Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroki wiosny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroki wiosny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2024

Od Caroline CD Ezry — ,,Uroki wiosny"

Poprzednie opowiadanie

Caroline na co dzień była osobą ekspresywną — emocje dziewczyny były wymalowane na jej twarzy, możliwe do odczytania przez każdego zainteresowanego. Zemsta jednak była czymś zgoła innym niż pierwsza emocja. Za jej pomocą dziewczyna potrafiła gromadzić i pielęgnować gniew trzymany w środku. Nonszalancko machnie ręką, odwróci się i odejdzie; a potem wróci, żeby nauczyć nieszczęśnika, z kim nie powinien był zadzierać. Zemsta była według niej czymś szlachetnym, czego trzeba dokonać.
Wróciła do swojego domku, zignorowała parskające śmiechem rodzeństwo i czym prędzej poszła doprowadzić się do porządku. Musiała przede wszystkim wziąć prysznic i zmienić ubranie. Spodnie prawdopodobnie musiała wyrzucić, bo plamy z trawy na kolanach wyglądały na ciężkie do zmycia. Westchnęła, zwijając je w kulkę dosyć gniewnym ruchem. To były jedne z jej ulubionych. Dopisała w głowie kolejny punkt do listy pod tytułem ,,Dlaczego Ezra dostanie srogi wpierdol”. Zezłościła ją sama myśl o dziecku Tanatosa. Wcześniej Ezra było dla niej jedynie osobą, z której mogła się raz na jakiś czas pośmiać. Teraz żądała jejgo krwi.
Po prysznicu znów była czysta i pachnąca. Czarne fale miękko opadały jej na plecy, już kręcąc się na końcach. Posmarowała twarz kremem i z niesmakiem spojrzała na swoje paznokcie. Dwa się złamały, a reszta była zabrudzona i zielonkawa. Sam prysznic nie wystarczył, żeby pozbyć się śladów upadku. Nawet bycie dzieckiem Aresa nie mogło pozbawić ją resztek poczucia estetyki.
Zanim się obejrzała, nadszedł czas na kolację. Ironizując pogodny uśmiech, razem z resztą rodzeństwa pojawiła się w pawilonie. Zrzuciła część jedzenie ze swojego talerza do ogniska i poprosiła w duchu, żeby ojciec pobłogosławił ją mocną ręką. Potem zasiadła przy stole i pochłonęła swoją porcję. Czasami ze śmiechem wbiła łokieć w bok swojego brata, innym razem uchyliła się przed lecącym ponad jej głową ziemniakiem. Kątem oka jednak wciąż spoglądała na Ezrę, siedzącego przy stole nieopodal.
Wydawać się mogło, że miała kompletnie w dupie jejgo żywot, ale wciąż obserwowała, co robi. Czas po kolacji zwykle był leniwy; obozowicze albo rozchodzili się do swoich domków, albo zasiadali przy ognisku. Idealna pora, aby zapędzić kogoś w kawałek ciemnej przestrzeni i rozstrzygnąć spory.
Kiedy większość osób wstawała od stołów, wstała i ona. Widziała, że Ezra zaczął odchodzić gdzieś na pozór spokojnie. Uśmiechnęła się złośliwie. Głupi, trzeba się było trzymać z całą resztą.
— Znowu idziesz dręczyć tego dzieciaka? Nie dość cię już sponiewierał? — Usłyszała, kiedy odłączyła się od grupy.
Zdobyła się jedynie na prychnięcie i przewrócenie oczami.
— Sponiewierane, to będzie ono, jak tu wrócę — warknęła, odwróciła się na pięcie i odeszła.
Nie musiała iść za Ezrą krok w krok. Wystarczyło, że widziała, w którą stronę poszło. Poza tym wcale jej się nie spieszyło; w obozie przez jakiś czas każdy będzie zajmował się samym sobą i ewentualnie swoimi znajomymi. Zatem oboje mają świetny zapas czasu.
Leniwym i niespiesznym krokiem podeszła pod budynek, w którym znajdowały się prysznice. Oparła się o ścianę po stronie lasu; nie chciała wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Czekała przez jakiś czas. Nie miała zamiaru tam wpaść podczas prysznicu.
Szum wody się urwał, więc odczekała jeszcze kilka minut i bezszelestnie uchyliła drzwi. Wślizgnęła się do środka i równie cicho zamknęła je za sobą. Ezra uderzające głową o ścianę-niecodzienny widok, ale sprawił jej satysfakcję. Bało się. I dobrze, bo dzięki temu będzie miała większe do popisu.
Niespiesznie przeciągnęła się i strzeliła palcami. Widziała, jak jejgo mięśnie sztywnieją, a sam Ezra odwraca się w jej stronę.
— Przepraszam… — powtórzyła po nim ironicznie, układając usta w podkówkę. A potem jej twarz na powrót pałała gniewem. — Przepraszasz, kurwa za co? ,,Nie” co? — warknęła, robiąc krok w jego stronę.
Wcześniej Ezrze udało się ją przestraszyć, ale w tym momencie była napędzana złością. Nie miała zamiaru się cofnąć. Złość dodawała jej zarówno odwagi, jak i sił. Irytowało ją zachowanie Ezry. A tym bardziej to, że udało się jejmu przed nią uciec. Dlatego teraz nie miała zamiaru się wycofać.
— Mogłabym cię zlać. Mogłabym ci wcisnąć ten durny łeb do zlewu i zapewniam cię, że ciężko byłoby się wyrwać. Ale najpierw z chęcią popatrzę, jak się poniżasz. No dawaj, tłumacz się, za co przepraszasz — syknęła.
Czasami mówiła przed sobą, że wcale nie jest okrutna. Może trochę wredna. Dopiero teraz skrzywiła się nieznacznie i uświadomiła sobie, że oszukiwanie samej siebie nie ma sensu.
— Ja sobie poczekam — prychnęła, zaplatając ramiona na piersi.
Weźmie swoją cenę za zniewagę, spodnie i połamane paznokcie.

WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (BRAK AKTYWNOŚCI).
────
[706 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 18 kwietnia 2024

Od Ezry CD Caroline — ,,Uroki wiosny"

Poprzednie opowiadanie

Tchórzliwa fretka. To porównanie wyryło obraz przed oczami Ezry, skupionymi na teksturze deski, będącej częścią struktury prysznica. Dziecko Tanatosa opierało czoło o ciepłe drewno, koncentrując przekrwione oczy na chropowatej desce i usiłując uspokoić oddech, i miast wielkiego, genialnego planu przeżycia w jego umyśle znajdował się obraz małego, puchatego zwierzątka z różowym nosem.
Do tej pory Ezra był porównywany jedynie z parszywymi szczurami i marnymi kundlami, tak więc gdyby nie to, że Caroline wywrzeszczała te słowa jako obelgę, może uznałby je za komplement. Gdyby nie to, że groziła im śmierć z rąk córki Aresa, może spędziłby więcej czasu na docenianiu długich, pociesznych łasic.

Ezra jęknął. Potarł skronie, jakby to mogło mu w jakikolwiek sposób pomóc. Potrzebował planu, chciał wiedzieć, co ma robić. Uciec do reszty, wtopić się w jedną z grupek, grających w siatkówkę albo piknikujących na kraciastym kocu? To nie wchodziło w grę z tak wielu powodów. Po pierwsze, większość grupek nie przyjmowała chętnie obcych. A przynajmniej nie obcych, noszących imię Ezra i zalatujących aurą niepokoju. Większość dzieci w Obozie była dobra, a przynajmniej lepsza od przeciętnej populacji nastolatków. Byli wyrozumiali, wiedzieli dokładnie, jak to jest odstawać, jak ważne jest mieć kogoś, przy kim można być sobą. Mało kto pałał do kogoś innego nienawiścią – poza dzieciakami wojny, które potrafiły być tak okropne, że Ezra szufladkował je z dala od sumy względnie miłych i neutralnych obozowiczów.
Mimo wszystko Ezra rzadko kiedy… pasował. Patrzył na innych ludzi, którzy zawsze znajdowali odpowiednie słowa, albo gesty, albo nawet gdy nie znali odpowiednich słów ani gestów, ani powiedzeń, mieli tę ciepłą aurę, której nie dało się nie lubić. Ludzie śmiali się z nimi, a nie z nich. Mogli tańczyć, nie znając kroków i popełniać błędy, a każdy nadal ich lubił. Może nawet byli bardziej lubiani przez to, jak ludzcy byli.
Ezra nie miał czarującego uśmiechu ani ładnej twarzy, ani uniwersalnego poczucia humoru. Do tego ludzie szczerze się go bali. Ileż razy Ezra usłyszało rzucony mimochodem komentarz o tym, jak nagle zrobiło się zimno. Ile razy małe dzieci wybuchały płaczem na jejgo widok, czepiając się spódnicy matki i krzycząc, że ma nigdy, ale to przenigdy nie umierać.
Omen śmierci i postrach bachorów – w oczach pozostałych herosów Ezra nie był wart współczucia. Nie miało co liczyć na wsparcie przypadkowych rówieśników. Zwłaszcza gdy ci połączyliby kropki, a raczej gniew Caroline z zimnym potem, zalewającym Ezrę.
,,Hej, Caroline” zaczęliby. ,,Oddamy ci tego dzieciaka za darmo, co? Dopłacimy ci nawet za to, żebyś podtopiła go w trzecim kiblu od lewej – tym najbrudniejszym”.

Ucieczka również nie wchodziła w grę. Obóz był duży, to fakt – ale jego połacie ograniczone. Caroline była genetycznie zaprogramowaną tropicielką. Chęć zemsty i spuszczenia tęgiego wpierdolu dzieciakowi przygnałaby ją do Ezry migiem. Najgorsze było to, że miała doskonałe usprawiedliwienie. Tak, w teorii zaczęła, ale miała silniejsze argumenty, głośniejszy głos i mocniejsze pięści. Do tego fakty były po jej stronie, to, że Ezra ją popchnęło, było prawdą. Niechcący, tak, ale miała prawo do chęci zemsty.
— Kurwa — westchnął Ezra, przeciągając ostatnią głoskę. Następnie uniósł wzrok znad ściany, aby ponownie stuknąć czołem o drewno. Nie na tyle mocno, aby nabić sobie guza, lecz na tyle dosadnie, żeby wyrazić swoją frustrację.

Strzykanie stawów przerwało ciąg jego czarnych myśli, oderwało go od ściany i zastąpiło teoretyczne wizje końca bardzo praktyczną wizją końca. Caroline uniosła ręce, rozciągnęła przedramiona i palce, aż nie strzeliły jeden po drugim, mikroskopijna lawina niewypowiedzianych gróźb. Potem strzepnęła dłonie i nonszalancko wyprostowała palce i przeniosła wzrok na swoje paznokcie, jej malinowe wargi wydęte w udawanej kontemplacji.
— Przepraszam — wydukało Ezra głosem, który ledwo co przecisnął się przez zasznurowaną strachem krtań. — Nie…

I co dalej? ,,Nie zabijaj mnie, proszę”? ,,Nie myślałom”? ,,Nie dam się dręczyć kolejnej potomkini twojego ojca”?
Caroline prychnęła w odpowiedzi. Była straszna. Wyrachowana, zimna, kalkulująca każdy możliwy sposób na dowalenie brunetowi.

Caroline
──── 
 [622 słowa: Ezra otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Od Caroline CD Ezry — „Uroki wiosny”

Poprzednie opowiadanie

Ley nie była strachliwą osobą. Chociaż pomiędzy odwagą a skrajną głupotą granica była niewyobrażalnie cienka. Różnica potrafiła być nawet niemal nierozpoznawalna. Kiedy Ezra się do niej zbliżyło, nie zrobiła kroku w tył i nie opuściła hardo uniesionego podbródka. Na komentarz herosa w jej brązowych oczach błysnął gniew.
— Nie będziesz mi groził, ty szczy… — zaczęła mówić, a potem została popchnięta w tył.
Nie spodziewała się żadnego ruchu w tym rodzaju z jego strony. Na twarzy nastolatki przelotnie pojawiło się zaskoczenie, kiedy zachwiały się pod nią nogi. Spotkanie z miękką, świeżą trawą trwało krótko. Jeśli wcześniej była rozgniewana, w tej chwili emanowała furią.
Czas reakcji i koordynację ruchową miała dobrze wyrobioną. Poderwała się na nogi, zignorowała możliwość otrzepania spodni i ruszyła się za uciekającym Ezrą. Miało przewagę, wybiegło wcześniej i mogło stawiać większe kroki. Ale Caroline była napędzana przez złość, więc rzuciła się za herosem z prędkością godną atletyka. Ciemne loki łopotały za nią w zdradliwie ciepłym powietrzu, a kroki wybijały równy rytm.
Jej spojrzenie wwiercało się w plecy Ezry. Dręczenie go wyłącznie z nudów nagle nabrało całkowicie innego charakteru. Teraz na szali znajdowała się jej duma i honor. A dzieci Aresa o swój honor walczyły wyjątkowo zaciekle.
Niespodziewany okrzyk Ezry sprawił, że jej ciało nieznacznie się wzdrygnęło, ale grymas złości na twarzy ani trochę nie zelżał. Była rozjuszona i coś takiego nie było w stanie jej zdekoncentrować. A jedynie jeszcze bardziej ją sfrustrowało.
Dystans pomiędzy nimi stopniowo się zmniejszał. Jeśli przyspieszyłaby jeszcze odrobinę, za chwilę byłaby w stanie dotknąć opuszkami palców jego pleców. Tak mało brakowało, żeby mogła się zemścić na tym irytującym dzieciaku.
Była zmotywowana. Wybiła się nieco wyżej, chcąc go dopaść jednym susem. Pech chciał, że grunt był nierówny, a niedaleko lasu w ziemi tkwiły korzenie. Najpierw poczuła szarpnięcie, a potem świat nagle zawirował wokół niech. Wydała z siebie cichy, nieartykułowany dźwięk zawodu i schowała głowę w ramionach. Upadek był twardy, ale nieszkodliwy. Przetoczyła się po trawie, czując jej źdźbła na twarzy, rękach i włosach. Pewnie skończy z kilkoma bolesnymi siniakami; czuła, że obiła sobie biodro.
Niebo ponownie zatrzymało się w jednym miejscu, kiedy tylko otworzyła oczy.
Była wściekła.
Rozluźniła napięte podczas upadku ciało i wypluła nieco śliny z domieszką zielonej trawy. Wbiła palce w ziemię, wygniecioną jej wcześniejszym upadkiem. Włosy tworzyły splątaną mieszankę loków i zielska, ale w tej chwili ani trochę jej to nie obchodziło. Kwestia wyglądu została przyćmiona przez żądzę zemsty.
— Ty zasrany śmieciu — wysyczała przez zaciśnięte zęby, nawet nie myśląc nad tym, czy uciekające wciąż Ezra w ogóle ją usłyszało.
W jej głowie zgasły wszystkie wątpliwe myśli o zachowaniu rozsądku. Jedyne, o czym mogła teraz myśleć to to, że musi dopaść tego skurwysyna i zrobić z nim to, co powinna już na leśnej polanie.
Podniosła się i wiedziała już, że pomimo dzielącej ich odległości, za wszelką cenę dogoni jejgo jeszcze przed centrum obozu. Szczególnie, że Ezra zwolniło, oglądając się przez ramię. Głupi nawyk miłosiernego samarytanina.
Rzuciła się do biegu; nie, to już nie był bieg. To była pogoń, w której upokorzony myśliwy próbował dogonić ofiarę jedynie z prywatnych pobudek. Czuła szum krwi w uszach, kiedy biegła jak na skrzydłach w kierunku dziecka Tanatosa. Może gdyby nie piekło jej ego, to by sobie odpuściła. Może gdyby jej ojcem nie był bóg wojny, nie dałaby rady dogonić Ezry. Żałowała w tej chwili, że jej matką nie była Nemezis. Może matula pomogłaby jej wymyślić zemstę, dzięki której Ezra nie pomyślałby więcej, że to był dobry pomysł.
Czuła się ośmieszona, nawet jeśli jej upadek nie był w żadnej mierze winą Ezry. Ot, zrządzenie losu, który postawił na jej drodze wystający z ziemi korzeń. Ale logiczne myślenie w tym momencie naprawdę do niej nie przemawiało. Żądała tylko i wyłącznie krwi, która zmyłaby skazę na jej honorze.
Choć Ezra szybko zaczęło biec w poprzednim tempie, adrenalina dodała jej sił. Widziała, jak jejgo sylwetka w niezłym tempie się od niej oddalała, a potem biegli w równym tempie. Teren był jednak nierówny, co nie sprzyjało wyścigom. A Caroline teraz dużo bardziej uważała na to, co ma pod nogami. Biegła tak szybko, jak tylko pozwalało jej na to ograniczone ciało śmiertelnika.
— Spierdalasz jak tchórzliwa fretka! — krzyknęła za nim w porywie złości, a jej głos poniósł się do przodu wraz z wiatrem.
Nie wiedziała jakim cudem udawało jej się powoli zmniejszać dystans między nimi. Irytował ją fakt, że tym samym znajdowali się już niedaleko bliższego skrzydła domków. Była wściekła, ale nie zaślepiona; ktoś pewnie by na nią doniósł, gdyby zobaczył, jak mści się na innym dzieciaku. A ona nie chciała dostać dodatkowego dyżuru w kuchni.
Nadal jednak nie przestawała biec. Do jasnej cholery, Ezra naprawdę musiało wprawić się w uciekaniu, bo pędziło jak wiatr. Odległość między nimi zmniejszała się irytująco wolno. A wraz z tym rosła jej złość.
Mogła to rozwiązać w inny sposób. Mogła odpuścić jejmu teraz, a potem dopaść jejgo, kiedy będzie sam. Tak, to miało całkiem sporo sensu. Ale czy była w stanie teraz się zatrzymać i pozwolić, żeby uciekło? Nie wiedziała, czy da radę się na to zdobyć, kiedy już zatraciła się w tym szaleńczym pędzie. Choć prawdopodobnie nie miała innego wyjścia, bo Ezra znalazło się już kilkanaście metrów od najbliższych domków.
Stopniowo zwalniała. Być może Ezra pomyśli sobie, że odpuściła. To byłoby dla niej korzystne. Patrzyła, jak znika pomiędzy domkami, kiedy sama zatrzymała się na trawie. Serce biło jej mocno od adrenaliny i wysiłku fizycznego. Przeczesała palcami włosy, musiała skupić na czymś dłonie. Wyjęła z nich kilka kolejnych źdźbeł trawy i z nienawiścią w oczach wpatrywała się w miejsce, w którym zniknęło Ezra.
Nawet nie będzie wiedziało, kiedy w końcu jejgo dopadnie.

Ezra?
◇──◆──◇──◆
[922 słowa: Caroline otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 28 marca 2024

Od Ezry CD Caroline — „Uroki wiosny”

Poprzednie opowiadanie

Autobus z Long Island nie jeździł w niedzielę.
To znaczy – zgodnie z planem powinien znaleźć się na przystanku dwukrotnie. Jednak praktycznie w każdą niedzielę zdarzała się awaria, opóźnienie tak poważne, że nie opłacało się zajeżdżać pod samą granicę lasu albo wypadek, zagradzający drogę do serca Nowego Jorku.
Ezra i tak nie przegapiało wiele. Ot, angielski, biologia, algebra. Wszystko to dało się nadrobić. To było idealnym usprawiedliwieniem tego, że Ezra zdecydował się zostać w łóżku na dłuższą część niedzielnego przedpołudnia. Mógł uciekać od myśli o szkole przez dodatkową beztroską dobę i wrócić do domu w poniedziałek.
Nie było w stanie uciec od jednej, jedynej rzeczy – projektu z historii. Nauczycielka przedstawiła go klasie już przed początkiem przerwy wiosennej. Przedstawiła dostępne tematy, podzieliła wszystkich na pary (Ezra znalazł się obok wysokiej, popularnej dziewczyny, która kazała mu zrobić plakat, po czym mlasnęła balonem z gumy do żucia, ostentacyjnie odsunęła krzesło od ławki i zarzuciła brokatową torbę na ramię) i ostrzegła, że projekt ten będzie dużą częścią oceny końcowej.
Gdyby istniał konkurs prokrastynacji, Ezra dostałby list, przypominający im o odebraniu ich pucharu, co – oczywiście – prokrastynował. To, że zacznie pracę nad prezentacją dni przed terminem, było oczywiste.
Dlatego też uciekło do lasu wraz z kartą pracy, długopisem i kartką z zeszytu. Potrzebowało planu, pierwszych notatek na temat, aby wiedzieć, co ma wydrukować i przykleić na kartkę. O czym ma wyrecytować kilka skleconych na szybko zdań.
Oczywiście, domek dzieci Tanatosa oferował mnóstwo miejsca na odrabianie zadań domowych. Ezra liczył na to, że las odwróci jego uwagę od śmierci. Od tego, że wejdzie do domu, w którym znajdzie o jedną domowniczkę mniej. Że będzie musiał skonfrontować nietrzeźwą matkę.
Mylił się.
Gdziekolwiek by nie poszedł, potok myśli był ten sam. Wylewał się z niego, sprawiając, że stokrotki, przed chwilą uśmiechające się do słońca, spuszczały zwiędłe główki w dół.
Skończył udawać, że zajmuje się historią, gdy po trawie przebiegła wiewiórka, łypnęła czarnym jak paciorek oczkiem na krąg martwej trawy i uciekła w popłochu. Miała rację. Ezra musiało wstać, ogarnąć się i– ludzkie kroki przebiły się przez szum lasu. Oblicze ich właścicielki sprawiło, że dziecko Tanatosa zbladło.
Co jest gorsze od jednego Aresiątka? Dwa Aresiątka.
A co jest gorsze od dwóch Aresiątek? Trzy Aresiątka tego samego tygodnia.
Westchnienie było szybsze od zdrowego rozsądku Ezry i wydostało się z jejgo ust szybciej, niż je powstrzymało.
Co miał jej odpowiedzieć? Milczenie podjudziłoby ją jeszcze bardziej. Agresja byłaby spełnieniem jej marzeń. „Ustaw się w kolejce”? To było nierozsądne.
Szum wody w klozecie obijał się o uszy Ezry za każdym razem, gdy spoglądał w oczy jednego z Aresiaków. To skojarzenie było zakorzenione w ich podświadomości naprawdę głęboko. Siedziało w niej wraz ze wspomnieniami melodyjnego śmiechu Caroline, śmiechu, który mógł być barwny i radosny, a jednak wybrzmiewał okrucieństwem. Ten śmiech towarzyszył wszystkim razom, gdy podstawiła Ezrze nogę. Gdy sprawiła, że ich miecz wyleciał z ich dłoni – lub uderzył go w czoło z impetem. Uderzał w Ezrę, gdy wylewał się z dziewczyn za jego plecami. Rozbrzmiewał, gdy potrąciła Ezrę, sprawiając, że cały jego obiad ześlizgnął się do ofiarnego ognia. Był podkładem muzycznym, mieszającym się z kakofonią „przepraszam-przepraszam-przepraszam”, bo co innego można mówić, przywołując własnego boskiego ojca?
Ezra odepchnęło się od drzewa, zmniejszyło dystans między nimi o połowę. Teraz czuł rozżarzoną frustrację dziewczyny. Buchała od niej gorącem.
— Nikt mnie nie wyrzucił. Mam dać im do tego powód?
Z tymi słowami rzucił się w jej stronę. Susem pokonał ostatnie stopy, dzielące ich od dziewczyny i popchnął ją chłodną dłonią – nie z całej siły, nie na tyle, aby upadła. Ledwo co musnął jej jaskrawo pomarańczową koszulkę. Potrzebował tylko milisekundy przewagi, aby rozpędzić się, znaleźć rytm szaleńczego biegu w dół, w stronę Obozu. Nie musiał robić jej krzywdy. Chciał tylko uciec, uciec, jak najszybciej.
Trawa uginała się pod ciężarem kroków. Wpierw jednej pary stóp, potem drugiej. Córa Aresa nie wahała się ani sekundę. Nie krzyczała, nie fukała, biegła. Jej kroki wydawały się dudnić tuż za piętami Ezry.
— Bu! — Zakrzyknął, odwróciwszy się.
Sianie w innych niepokoju nie było ulubioną z odziedziczonych po ojcu umiejętności Ezry. Nie było również skuteczne wobec dzieci boga wojny – one miały absolutną, nieposkromioną władzę nad sobą podczas walki. Nie pokazywały przed nikim strachu.
A jednak Caroline wydawała się zaczerpnąć powietrza gwałtowniej niż poprzednio.
Może ze strachu, może z zaskoczenia, przyspieszyła, odbijając się od ziemi sprężyściej, niż poprzednio. I może nie z niepokoju, a z frustracji zahaczyła czubkiem buta o korzeń, straciła równowagę i upadła.
Już w trakcie lotu zwinęła się w kulkę, uderzając o ziemię ramieniem i skutecznie niwelując siłę upadku. Przeturlała się przez soczystą, wiosenną trawę, końcowo zatrzymując się u stóp pagórka. Podniosła się na czterech, rozczapierzone palce wbijając w kępy trawy, wypalając w plecach Ezry dwie dziury rozwścieczonym wzrokiem łypiących zza potarganych włosów oczu.
— O kurwa. O kurwa, o najsłodsi bogowie — wyszeptał Ezra, zipiąc i biegnąc dalej, z dala od Caroline. Nie miała upaść, nie miała tarzać się w trawie.
Czy była cała?
Ezra zwolniło, zerknęło za siebie przez ramię.
Jeśli Caroline przedtem nie miała powodu, aby dogonić ich i zawlec do Obozu za włosy, teraz miała do tego każdy ostatni. Zacięte usta były malinowe złością. Policzki umalowane dudniącą w niej krwią. Kolana umazane sokiem trawy.
To był jego koniec.


Caroline?
◇──◆──◇──◆
[856 słów: Ezra otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 17 marca 2024

Od Caroline do Ezry — ,,Uroki wiosny"

Caroline o dziwo lubiła spacery.
Kiedy nie trenowała, nie uczestniczyła w zajęciach lub akurat nie rzucała krzywych spojrzeń innym dzieciakom, lubiła zaszyć się na polach truskawek lub skraju lasu. Natura potrafiła ukoić jej rozedrgane nerwy. Nawet kiedy była stosunkowo spokojna, lubiła się przejść dla czystej przyjemności.
Często brakowało jej tu ukochanej muzyki, którą próbowała wypełniać pozorną, leśną ciszą. Szum wiatr w liściach drzew, teraz jeszcze ciche bzyczenie owadów, szelest wiewiórki poruszającej się między gałęziami - to wszystko składało się na całkowicie inny rodzaj muzyki.
Zazwyczaj jej przechadzki nie były niczym zakłócane; mądrzy herosi bez powodu nie zachodzili do lasu. Migające między drzewami driady również nie zwracały na nią większej uwagi, dopóki ich nie zaczepiała. Czasami jednak zdarzał się jakiś maruder, który napatoczył się jej na drodze.
Ezrę znalazła opierające się o drzewo blisko skraju lasu. Przeszkolona, zwykle poruszała się cicho, dlatego zapewne nie od razu można było ją usłyszeć. Ale uniosła brew i ruszyło w jejgo stronę.
⎯ A ciebie to wygonili z obozu, czy co? ⎯ zapytała, pojawiając się w polu widzenia Ezry.
Ley widziała, jak jedynie wzdycha na jej widok. Chyba już się przyzwyczaiło, że tak czy siak kręci się gdzieś w jejgo otoczeniu i nie umie trzymać buzi na kłódkę.
⎯ Ty też tu jesteś ⎯ zauważyło spokojnie, wciąż opierając się o drzewo. Caroline dostrzegła pożółkły okrąg trawy dookoła jejgo stóp.
Dziewczyna z cichym prychnięciem przewróciła oczami. Tak naprawdę nie miała zielonego pojęcia, dlaczego jejgo obecność tak ją mierziła. Może to była po prostu różnica pomiędzy ich pochodzeniem - jej ojciec był bogiem wojny, która przynosiła śmierć, ale wciąż była to żywa walka. A tymczasem ojciec Ezry po prostu władał śmiercią. Może irytowała ją aura herosa, a może nie miała ku temu żadnego konkretnego powodu. Po prostu kiedy tylko widziała Ezrę, nie umiała utrzymać języka za zębami.
⎯ Ale mnie nikt by nie wyrzucił, a co do ciebie, to nie byłabym tego taka pewna ⎯ odparła, krzyżując ramiona na piersi.
Krótkim ruchem głowy odrzuciła ciemne loki na plecy, ale spojrzenie wciąż miała zachmurzone. Musiała wyglądać zabawnie, ze swoją dziecięcą twarzą i niskim wzrostem, kiedy dokuczała wyższemu o ponad 10 centymetrów herosowi. Nie dopuszczała jednak takich myśli do siebie, ignorując ich istnienie.
Ezra jedynie przewróciło oczami. A jejgo obojętność irytowała ją jeszcze bardziej. Może gdyby otrzymała jakąś reakcję, to dałaby sobie spokój. A to, że Ezra przyjmowało jej odzywki z pełnym spokojem, niesamowicie działało jej na nerwy.
⎯ Na bogów, czy ty nie umiesz powiedzieć na raz więcej niż kilka słów? ⎯ parsknęła w końcu, patrząc na półboga wyzywająco.
Zrobiła krok w przód, jednak wciąż dzieliło ich ponad półtora metra. Nie mogła zaprzeczyć, że odpychała ją jejgo aura. Pewnie gdyby była satyrem, stwierdziłaby, że cuchnął śmiercią. A będąc sobą intuicja podpowiadała jej, że nie powinna się zbliżać. Uniosła podbródek do góry, patrząc na twarz Ezry. Niecierpliwie oczekiwała odpowiedzi, a z każdą sekundą ciszy coraz bardziej gotowała się w niej krew.
Była naprawdę bliska tego, żeby tupnąć nogą jak obrażona księżniczka. Powstrzymywała ją chyba tylko własna duma, która nie zniosłaby takiego zachowania. Wzrok błyszczących miękko czekoladowych oczu był ostry, psując delikatne rysy twarzy dziewczyny.
⎯ Doczekam się odpowiedzi? ⎯ syknęła, mrużąc powieki.
Bogowie, jak ona nienawidziła czekać.

Ezra?
◇──◆──◇──◆ 
[526 słów: Caroline otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]