Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I was thinking... Maybe you and I should partner up. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I was thinking... Maybe you and I should partner up. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kuźma zaczyna gubić się w tym całym chaosie. Jeszcze przed chwilą była pewna, że trumny NIE MA pod łóżkiem, tylko spokojnie leży wyciągnięta na podłodze baraku, gotowa na przykręcenie kółeczek. Oraz myślała, że makaron jest totalnie bezpieczny i nic nie zostanie przeżarte kwasem. Chyba się myliła. Prawdopodobnie za mało spała, nie wypiła niczego, co zawiera jakąkolwiek kofeinę i teraz to, co myśli zupełnie nie zgadza się z rzeczywistością i jakby chciała przejść się na spacer, to zostałaby stratowana przez słonia, uprzednio nie zauważywszy, że z prędkością sześćdziesięciu dziewięciu kilometrów na godzinę naciera prosto na nią.
Z przerażeniem rozgląda się, poszukując neonowej fioletowej mazi gdziekolwiek, gdzie jeszcze nie wyrządziła większych szkód.
Mazi nigdzie nie odnajduje. Ani makaronu. Ani w ogóle czegokolwiek. Jedynym, co przedziera się do jej mózgu, krzycząc „KURWA ZARAZ UMRZEMY” jest niewytłumaczalnie nieprzyjemny zapach, który równocześnie jest, z jakiegoś powodu, kompletnie dla niej nieidentyfikowalny. Nie jest to klasyczny swąd spalenizny, który zazwyczaj unosi się w tym baraku choćby jako cień jednego z eksperymentów Ricky'ego. Nie jest to też zapach chemikaliów, który zazwyczaj otacza Ricky'ego jak jakieś drogie i bardzo wytrzymałe perfumy (prawdopodobnie wszystkie jego ubrania są przesiąknięte całym układem okresowym oraz wieloma niemieckimi specyfikami, które miały w pokrętny sposób doczyścić szczególnie niezmywalne plamy, a jedyne, co zrobiły, to dorobiły kolejnych dziur w najbardziej odświętnej i najbardziej białej koszuli Ricky'ego).
Kuźma, coraz bardziej zaniepokojona, zaczyna szukać dymu albo czegoś, co zwiastowałoby nadchodzący wybuch. Wszystkie dzieciaki Wulkana również zaczynają w panice obracać głowy, jako broń ściskając w spoconych dłoniach śrubokręty. Ricky wreszcie wysuwa swój wypięty kuper spod łóżka, gwałtownymi ruchami wycierając twarz z jakiegoś szarego pyłu… bardziej przypomina szarą ciecz nienewtonowską i wszystkie próby starcia tego czegoś z policzków chemika skutkują dokładnie niczym.
– Gdzie ty położyłeś ten makaron? – pyta Kuźma, nawet nie próbując podać chłopakowi chusteczki. Nie wie nawet, czy ma jakąś przy sobie.
– Makaron? A, makaron. Makaron, tak, makaron – bełkocze Ricky, nie mogąc otworzyć sklejonych powiek. – Położyłem go… Był wciąż na talerzu, w każdym razie. A to nie ty go gdzieś odkładałaś? Ale jeśli go odłożyłem, to do trumny. Ale nie ma go w trumnie. Czy jest? Jak jest to tam jest. Jak go nie ma, to nie wiem. Na podłodze gdzieś?
– CO MASZ NA MYŚLI MÓWIĄC ŻE NA PODŁODZE GDZIEŚ – wrzeszczy Alvin, a razem z nim wszyscy podskakują i przemieszczają się w inne miejsca, jakby ktoś właśnie wrzasnął: „PODŁOGA TO LAWA”, ale oni nie do końca znali zasady gry.
– Ale on tu przecież był! Na wierzchu! – krzyczy Ktoś (Kuźma nie ma zamiaru rozróżniać tych wszystkich nastolatków, z których każdy ma na sobie ubrania robocze w odcieniach szarości oraz jest ubrudzone smarem; ona nawet nie ma pewności, czy rozróżnia ich kolory włosów, wszystkie szare od pyłu).
– Gdzie niby? – rzeczowo pyta Ktoś Inny.
– No, tu gdzieś. – Ktoś macha ręką, prawdopodobnie gdzieś wskazując. Jednak nikt nie wie, gdzie.
– Zgubiliśmy makaron – oznajmia Ktoś Jeszcze Inny.
W czasie tej wymiany zdań Kuźma rozpoczyna swoje samotne, ciche poszukiwania. Wytęża wzrok, nie mając pojęcia, jakim cudem minęło już tyle czasu, że na zewnątrz zaczyna się ściemniać. Uważnie obserwuje podłogę, łóżko, szafki nocne. Robi małe kółeczko wokół torby z narzędziami Alvina. W połowie tego kółeczka załamuje ręce. Wzdycha głęboko. Rzuca okiem na przekrzykujące się Wulkaniątka i na Ricky'ego, który coś tam od siebie dodaje i w końcu może patrzeć na świat jednym okiem, cały umazany cieczą nienewtonowską. Naciągnąwszy rękawy bluzy na palce, Kuźma tryumfalnie, ale równocześnie ostrożnie (na wypadek, gdyby talerz okazał się jakoś tak w trzech czwartych przeżarty na wylot i rozpadłby się pod jej dotykiem), unosi makaron. Nie za wysoko, żeby nie spowodować zbyt dużych szkód, jakby jednak upadł.
– Jest – oznajmia, ale najwyraźniej za cicho, bo reszta na nią nawet nie patrzy. Przewraca oczami, bo to staje się coraz nudniejsze i zamiast po prostu podnieść głos, postanawia zrobić coś znacznie bardziej wyrafinowanego, co powinna zrobić już dużo wcześniej.
Większość osób w baraku się wzdryga, część obraca, żeby spojrzeć za siebie. Inni uśmiechają się niezręcznie, analizując miny wszystkich dookoła, żeby zorientować się, czy tylko oni nagle czują jakiś taki dziwny niepokój, czy tyczy się to wszystkich.
– Prosz – mówi Kuźma i ostentacyjnie kładzie makaron na szafce nocnej Ricky'ego, ledwo powstrzymując się od trzaśnięcia talerzem. – Dokręćcie w końcu te kółka.
Wszyscy patrzą na nią, jakby była czarnowłosą dziewczynką, która właśnie wyszła ze studni i z niebezpieczną prędkością zbliżała się do ekranu niedającego się wyłączyć telewizora. Alvin pokazuje jej kciuk w górę i w milczeniu wreszcie wyszarpuje tę zasraną trumnę spod łóżka, żeby w parę sekund przykręcić do niej trzy kółka i spakować śrubokręty do torby.
– To utrzyma jej ciężar? – pyta Kuźma, pochyliwszy się nad kółeczkami, które wcale nie wyglądają na szczególnie wytrzymałe.
– Ta – rzuca Alvin, który już zbiera się do wyjścia i nawet na nią nie patrzy. – Obliczyłem wszystko.
– Jak? Nie zmierzyłeś tej trumny ani nic.
– Jestem synem Wulkana – zwraca jej uwagę, a ona kiwa głową w stylu „aha, slay, wciąż nic nie rozumiem”.
Po czym cała ekipa Wulkaniątek opuszcza barak, parę z nich jeszcze odwraca głowy, żeby rzucić ostatnie spojrzenie Kuźmie, która nie potrafi ich w żaden sposób rozszyfrować. Przez chwilę siedzi na podłodze obok trumny w dziwnej ciszy, której, co jest szczególnie dziwne i niespotykane, nie przerywa Ricky. Dopiero po chwili podnosi się z ziemi.
– Dobra, Ricky, to te- Czy ty skleiłeś sobie usta.
– nnn
– Zaprowadzę cię do łazienki – proponuje, już totalnie pokonana. Może jedynym pozytywem tego dnia będzie to, że padnie na łóżko i od razu zaśnie, choćby to miało być tylko na dwie godziny.


Ricky?
────
[900 słów: Kuźma otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Jeśli potarłabyś je w odpowiedni sposób, i stanęła… hm, z południa czy północy… W każdym razie, musiałabyś mieć wiatr za sobą! Albo przed sobą. Zależy jaki. Jakie mamy wiatry w Ameryce? Taki wilgotny byłby słaby, choć może właśnie dlatego miałabyś mieć wiatr z tyłu… no, ale i jak tak dmuchniesz jeszcze i…
— Staniesz na jednej nodze, odśpiewasz "Twinkle, Twinkle, Little Star" po hebrajsku, chwycisz się za nos i zdejmiesz skarpetkę?
— Nie wiem, co skarpetki… Ale możliwe, że nucenie mogłoby pomóc, wiesz, to zawsze wpływa na ciśnienie, ruch powietrza!
Ich rozmowę przerwało chrząknięcie jednego z dzieci Wulkana. Przez parę sekund Ricky zdążył zapomnieć, że tu są. Kiedy odwrócił się w stronę głosu, i twarzy z wypisanym "mamy sobie kurwa pójść, czy co? za obejrzenie takiego występu w cyrku musieliby mi zapłacić", zobaczył kółeczka od zwykłego, biurowego krzesła w dłoniach półboga. Wedle oczu merwkurwiaka, były pokryte co najmniej złotem i diamentami; tak się wgapił, że aż się zachwiał. I poleciał, a waląc o podłogę wydobył z siebie pisk, zaakompaniowany przez brzęki, szelesty i trzaski różnych przedmiotów w jego kieszeniach. Pewnie właśnie one ciągnęły go ku ziemi, i zdradziecki ciężar jego spodni tylko czekał na takie momenty jak ten. Kiedy trafił na podłoże, podniosła się chmura pyłu i kurzu, która osiadła na jego włosach, ubraniach i ciele podczas poszukiwań zapałek. Jako akcent na koniec, Ricky donośnie kichnął — głośniej, niż można by się spodziewać po kimś postury obgryzionego smażonego kurczaka.
— Żyję! — ledwo słyszalnie wydusił z siebie po dłuższej chwili młody chemik. Jego kończyny zaczęły się trząść, kiedy chwiejnie, ale z entuzjazmem rosnącym z każdą chwilą Ricky zaczął podnosić się z podłogi. Podczas upadku coś rozlało mu się w kieszeni, i jego kolano parę razy rozpaczliwie poślizgało się w poszukiwaniu oparcia, zanim syn Merkurego upadł ponownie. Potem spróbował znowu, z jeszcze większym entuzjazmem. Co spowodowało jeszcze szybszy upadek. Kiedy w końcu chwycił wyciągniętą mu na pomoc rękę — nie wiedział czyją, przed oczami latały mu plamki — prawie zwalił ową osobę na ziemię przez swoje chaotyczne ruchy. W końcu, przy wielu „kurwa” i „ja pierdolę”, Rickiemu udało się podnieść. Możliwe, że zmotywowało go „Kręci ci się w głowie? Jak tak słabo się czujesz, może zajrzymy ponownie do ambulatorium?”. Wspomnienie horrorów poza ludzkim zrozumieniem błyskawicznie wyczyściło mroczki sprzed oczu i usunęło wiotkość kończyn. Ricky stanął na obie nogi, jakby nic się nie stało. Nawet powierzchownie otarł twarz z kurzu wierzchem dłoni, żeby wyglądać bardziej przekonująco. I zdławił w sobie grymas bólu, kiedy jego biodro, lekko stłuczone przy upadku, zaprotestowało przeciwko przeniesieniu ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego ambulatorium nie trzeba.
— Dobra, zabierzmy się do roboty! Nie mamy całego dnia! — spojrzenie Rickiego znowu powędrowało na kółeczka, przez to całe zamieszanie odłożone na stolik kawałek stąd. Nie mógł sobie pozwolić na ich stratę. — Mamy śrubki, prawda, takie mocne? Możemy też użyć kleju.
Od razu ukucnął przy łóżku, i zaczął wyciągać — a bardziej komicznie się wyginać przy próbie wyciągania — ołowianą trumnę.
— Czy ktoś, kurwa, pilnował tego makaronu?


Kuźma?
────
[488 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Powrót do baraku Ricky'ego jest dla Kuźmy jak powrót do szkoły po wakacjach spędzonych na wszystkim, byle nie na żadnej formie nauki. W środku śmierdzi milionem niezidentyfikowanych substancji, których zapachy niefortunnie się na siebie nałożyły i jednogłośnie postanowiły przybrać swąd spalonego toksycznego mleka. Dziewczyna z całego serca współczuje wszystkim tutejszym lokatorom, dopóki nie orientuje się, że przecież wszyscy już dawno przyzwyczaili się do ekscesów Ricky'ego, z których zapach jest naprawdę najmniejszym problemem.
Całą swoją ekscentryczną grupką pochylają się nad ołowianą trumną Marii Skłodowskiej-Curie i pomiędzy nimi przelatuje niewypowiedziane przez nikogo pytanie: „To co tak właściwie teraz robimy?”. Atmosfera zmienia się dopiero wtedy, gdy któreś z dzieciaków Wulkana dostrzega spokojnie odpoczywające na jeszcze niedziurawym talerzu spaghetti. Wulkaniątko postanawia wznieść zatem okrzyk pełen niewysłowienie ogromnego zdumienia, a dopiero potem rzec podniesionym głosem:
– CO TO KURWA JEST.
– Latający Potwór Spaghetti – odpowiada Kuźma, wypluwając z siebie każdą sylabę z obrzydzeniem godnym zagozałego konfederaty, który właśnie odkrył istnienie kobiet. – Teraz leży. Ale może ci wlecieć w twarz i jeszcze bardziej wykrzywić nos, jak się nie uspokoisz. Zresztą. Rozmawialiśmy już o tym. To te grzyby. Nie narkotyki.
– Wy na pewno nie chcecie tym kogoś zabić? – rzeczowo pyta Alvin, który z dużą dozą niepewności i niepokoju poprawia swoje pancerne rękawiczki, żeby na pewno nie odsłoniły choćby najmniejszego fragmentu jego skóry. – Bo możemy powiedzieć centurionom i wtedy…
– Centurioni już wiedzą – ucina Kuźma. – Prawda, Ricky?
– Zostałem poddany torturom – mamrocze chłopak, co niekoniecznie ma jakikolwiek sens bez żadnego kontekstu. – Jeśli się tego nie pozbędziemy, to zostanę poddany kolejnym.
– Właśnie. Po to ta trumna.
– Inaczej zatrujemy ekosystem i już nigdy nie powstaną nowe Pokemony. I wszystkie inne wyginą. A moje karty… – Ricky nadgarstkiem wyciera nos, z którego sączą się gęste gluty. – To byłoby bardzo smutne.
– Okeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeej – Alvin i reszta Wulkaniątek wydają się jeszcze bardziej zdezorientowani niż wcześniej. – Dorobimy te kółka i spadamy. Tyle. Zapominamy o wszystkim, co się tutaj działo. Koniec.
– Mamy podpisać jakąś deklarację poufności? – prycha Kuźma, mimo że w głębi serca odczuwa coś w rodzaju ulgi.
– Mogę podpisać się ogniem – mówi Ricky i z jakiegoś powodu każdy go ignoruje. Chyba wszyscy stwierdzają, że to nigdy nie miało być pytaniem i nie ma sensu rozpoczynać kłótni, bo żadna deklaracja poufności nagle nie pojawi się w trumnie. – Gdzieś nawet miałem takie fajne zapałki!! Serio, takie wiecie. Takie super fajne, takie… nie potrafię wytłumaczyć, czekajcie, czekajcie, zaraz wam pokażę!!! – Z tymi słowami Ricky nurkuje pod łóżko, żeby jeszcze długo spod niego nie wyskoczyć.
– Długo wam to zajmie? – pyta Kuźma, po czym bardzo dokładnie lustruje skrawek łóżka Ricky'ego, żeby ostrożnie na nim usiąść i usłyszeć zgłuszone stęknięcie spod swojego tyłka. – Sorry.
– Nie szkodzi!! – odpowiada Ricky i przesuwa swoją akcję poszukiwawczą na trochę inny kawałek zakurzonej podłogi.
– Eee, nie, chwilkę tylko – rzuca Alvin, wracając do pytania dziewczyny. Skądś wyczarował kilka kółek od fotela biurowego i Kuźma podejrzewa, że po prostu nosi milion takich niepotrabnych części w swoich obszernych spodniach moro z większą ilością kieszeni niż najśmielsze wyobrażenia heroski o spodniach rasowych budowlańców.
– A one nie-
– MAM – przerywa jej Ricky, a jego krzyk zostaje odrobinę stłumiony przez materac. Chłopak desperacko próbuje wydostać się spod łóżka, ale czołganie się do tyłu tragicznie go zawodzi. Gdy wreszcie, po zdobyciu kilkunastu nowych siniaków i wzburzeniu ogromnej chmury kurzy, przez którą Kuźmie łzawią oczy, Ricky triumfalnie staje na obydwu nogach, cały brudny i wymięty, ale szczęśliwy. W dłoni tryumfalnie ściska pudełko jakby od zapałek, ale nie do końca. – MOJE ZAPAŁKI!!! – Potrząsa pudełeczkiem i, ku zdumieniu wszystkich obecnych, wydaje ono z siebie charakterystyczny dźwięk dla METALOWYCH przedmiotów obijających się o siebie.
– Pokaż. – Kuźma odbiera Ricky'emu pudełko zapałek, ogląda je pobieżnie (etykietę pieczołowicie zdrapano), a gdy odważa się je otworzyć, odkrywa kilkadziesiąt metalowych pałeczek, które w życiu obok zapałek nie stały. Wyglądają bardziej jak patyczki, których używa się do nauki liczenia we wczesnej podstawówce. – Jaki szajs. Ty tego nigdy nie zapalisz.
– Ej – mówi Ricky z bardzo smutną miną. – Kiedyś mi się udało.
Kuźma nie ma zamiaru uwierzyć mu w te słowa.


Ricky?
────
[650 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Bez przesady, przecież to bezpieczne! Ja też jestem cały! Wszyscy w Obozie są cali! Nic nie wybuchło. Znaczy, teraz teoretycznie może właśnie wybuchać i tego nie wiemy, bo fala uderzeniowa dopiero do nas zmierza, albo… ała! — Kuźma kopnęła Rickiego w nogę, bo mimo że zaczął dobrze, upewniając dzieci Wulkana o braku zagrożeń płynących z fioletowego grzybowego sosu, szybko jego słowa zaczęły się kręcić w niebezpiecznym kierunku.
— Jeśli teraz wybuchło, i tak nic nie zrobimy, więc nie musimy się martwić — dokończył pod nosem, a Kuźma zdecydowała połamać mu wszystkie piszczele. Mimo, że na pewno dzieci Wulkana nic nie słyszały!
— Pójdźcie po prostu ze mną. Z nami — poprawił się. — Nie pożałujecie! Oczywiście, to my prosimy o przysługę, ale zapewniam, że obie strony będą równomiernie zadowolone. Sama przyjemność robić z nami interesy.
W tym momencie Ricky podszedł do wszystkich po kolei i uścisnął im dłonie, patrząc bardzo intensywnie w oczy. Kolega z pryczy obok zostawił w zeszłym tygodniu na swoim łóżku otwartą książkę o samorozwoju. Kiedy syn Merkurego wylał na nią herbatę i wycierał ją rękawem, przeczytał trochę o tym, jak "zdominować swoją energią i sprawić, żeby druga osoba zaakceptowała każdą ofertę, jaką wysuniesz". Szybko przeanalizował grupę i na podstawie paru kryteriów — szerokości barków, wzrostu, odległości oczu od siebie i koloru skarpetek — wytypował lidera. Jemu dłoń ściskał szczególnie długo, i wsunął zgnieciony banknot w mankiet. W ciszy papierek spadł na podłogę, jedno z dzieci Wulkana powoli się po niego schyliło. Wszyscy patrzyli, jak po rozprostowaniu banknot okazuje się być nadpalonym monopoleonem.
— Chodźmy! — krzyknęła Kuźma i wyszła, ciągnąc za sobą Rickiego, szybko, wykorzystując szok półbogów.
Niestety, tu dziwactwa merwkurwiaka się nie skończyły — stronę dalej w nieszczęsnej książce zaczynał się rozdział o prawidłowej postawie ciała. Chłopak szedł sztywno, cały czas napinał barki i nieustannie się potykał. Próby zachowania nonszalancji nawet, kiedy leci się na żwirową ścieżkę nie kończyły się sukcesem, ale guru Rickiego nie przewidział, że jego uczniowie będą przyciągani do ziemi silniej niż normalni ludzie przez ilość śmieci w spodniach, ani że będą aż tak niezdarni. Młody heros musiał sobie jakoś radzić i bohatersko zbierał kolejne siniaki na kolanach.
Musiało to wyglądać naprawdę dziwacznie — Ricky bowiem prowadził, Kuźma szła obok, choć to była zapewne ostatnia rzecz, jakiej chciała, a za nimi podążała zdezorientowana gromadka potomków Wulkana.


Kuźma?
────
[372 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Ricky, ty jesteś kurwa głupi? – syczy Kuźma i trochę zaskoczona dostrzega, że niektóre dzieciaki Wulkana z jakiegoś powodu prychają głupkowatym śmiechem. Pojedyncze nawet szepczą pod nosami: „dobre” i kiwają do siebie głowami, jakby w uznaniu. Kuźma nigdy nie sądziła, że nadrabianie kultury internetowej kiedykolwiek jej się przyda, ale w tym momencie wątpi w niezawodność tego stwierdzenia tak mocno, że aż ją palce świerzbią, żeby szybko zairyfonować do Anastazego i ochrzanić go za ciągłe odkładanie w czasie zbudowania dla niej funkcjonującego iFajstosa.
– Dobra – wreszcie mówi lider Wulkaniątek, niesamowicie butny heros o ostrych rysach i surowym wyrazie twarzy. – Idziemy na układ. Budujemy wam te kółeczka. Ale nie za darmo.
– Czego niby chcecie? – prycha Kuźma, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyplucie tych słów w taki sposób raczej przysporzy jej więcej kłopotów niż… życzliwości drugiej strony ich marnego paktu.
Nagle chłopiec gubi gdzieś całą swoją pewność siebie i potrzebował do tego tylko krótkiego pojedynku na spojrzenia z Kuźmą. W niezręcznej ciszy, która zapada pomiędzy nimi, on uśmiecha się drżącymi ustami i wykonuje nieokreślony gest ręką, chyba chcąc coś w ten sposób wytłumaczyć. W odpowiedzi Kuźma marszczy brwi, próbujac tym samym dać mu znać, że nie ma najmniejszego pojęcia, co on chce jej przekazać. Najwyraźniej chłopiec też nie wie, bo przez dłuższą chwilę wysyłają sobie nic nie znaczące znaki i dopiero po paru dłużących się sekundach Wulkaniak znowu zabiera głos (gdy Ricky już miał zarzucić kolejnym błyskotliwym żartem, którym podbniłby każdą scenę stand-upową w okolicy).
– Miałem zapytać, czy macie coś do zaoferowania… – Te słowa sprawiają, że Kuźma jeszcze mocniej marszczy brwi, bo nie jest pewna, czy ona kiedykolwiek ma bądź miała cokolwiek do zaoferowania oprócz swojej obecności i paru drobniaków skradzionych z kuchennego blatu, gdy Gaudencja nie patrzyła. Chłopiec, choć pozuje na wspaniałego lidera, wzdryga się nerwowo. – Ale… Wystarczy parę części zastępczych. Taka zwykła, mała opłata.
– Części zastępcze? – odpala się Ricky, jego oczy lśnią blaskiem niezdrowego podekscytowania, od którego Kuźmie chce już się rzygać. Kończą jej się jakiekolwiek pomysły, co ten idiota znowu wymyślił. Po pewnym czasie zgadywanie przestało mieć jakikolwiek sens. – Czyli na przykład…
– POOO PROSTU JAKIEŚ ŚRUBKI, HAHA – przerywa mu syn Wulkana, swoją drogą zdecydowanie zbyt donośnie i z za małą dozą szczerości. Aktorem nie byłby za dobrym, nawet gdyby urodził się dzieckiem Bachusa. – Tak. Śrubki. Ech. Cokolwiek. Gdzie wy macie tę trumnę?
– Pod moim łóżkiem! To znaczy, właściwie to już nie pod, a obok, bo ją stamtąd wytargałem, ale problem właśnie jest w tym, że nie mogę jej przetargać dalej bez zerwania sobie co najmniej dziesięciu mięśni, jeśli wiecie, co mam na myśli. No i mamy szkopuł taki, fajny byłby jakiś wózek widłowy albo coś, ale tego w Obozie chyba nie mamy. Zreszyą, już ustaliliśmy, że kółka, no i będą kółka – rozgadany prowadzi ich w stronę baraku piątej kohorty. Zanim wychodzą z warsztatu, Kuźma zauważa, że syn Wulkana z miną pełną boleści zakłada na dłonie bardzo grube rękawiczki i jest poklepywany przez swoje rodzeństwo, które cicho życzy mu powodzenia. – W ogóle, jak masz na imię?
– Alvin – odpowiada bardzo smutnym, ale równocześnie zdeterminowanym tonem. – W tej trumnie coś jest?
– Eee, nie wiem czy W. Raczej obok, mam taki makaron z grzybami, który własnie musimy zuty… Znaczy. Makaron z grzybami, którego możesz spró-
– Nie – stanowczo ucina Kuźma.
– No eeeeeeeeeeej!
– Chcesz, żeby on też przeżył to, co ty przeżyłeś w ambulatorium? Albo coś jeszcze gorszego?
– Jesteś dobra w straszeniu ludzi, wiedziałaś? – Ricky chichocze pod nosem, nie zważając na to, jak mocno krzywi się Kuźma po usłyszeniu jego słów. – W każdym razie, musisz i tak uważać na tę trumnę, bo jest z czystego ołowiu, dlatego grzyby tego nie przeżrą, jak przeżarły wszystko inne. A myślałem że serio będą dobrym sosem do spaghetti.
– Chyba… chyba jednak muszę wrócić, wiecie? Wziąć jakiś… kombinezon albo coś… – mamrocze Alvin, nerwowo bawiąc się swoimi rękawicami.
– Nie martw się – kąśliwie rzuca Kuźma. – Jak widać, wciąż żyję. Niestety.


Ricky?
────
[638 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Substancje psychoaktywne? — powtarza Ricky, jakby go olśniło. — No macie może rację, to by mogło parę rzeczy wytłumaczyć, ale najpierw musiałbym zrobić parę testów…
— Tobie nawet najbardziej psychoaktywne substancje nie zaszkodzą — warknęła szeptem Kuźma — i tak już masz beret zryty do reszty.
Przez cały dzień Kuźma lawirowała między wyrazem osłupienia i żarliwego gniewu, teraz przedstawiała właśnie to drugie. Ricky aż się przyjrzał, czy z uszu jej nie leci para.
— Ricky — warknęła ponownie, jeszcze ciszej i przez jeszcze bardziej zaciśnięte zęby — kurwa, powiedz im...!
— Jakim i-? — zapytał odruchowo, na szczęście też odruchowo szeptem, po chwili jednak zorientował się, że Kuźma ma na myśli dzieci Wulkana. Stali przed nimi, już z wyłączonymi urządzeniami, na razie spokojni, ale kto wie, na ile taki stan się utrzyma? Może by wykorzystać sytuację i zwinąć coś, te błyszczące na stole, o, albo to takie matowe z tym, wygląda jak krokodyl…
— To w końcu chcecie szmuglować dragi czy nie, o co chodzi? — po tak długiej ciszy w końcu jeden się zirytował, a Kuźma wyglądała, jakby miała się posikać ze złości.
— Nie no, narkotyki? No co ty, przysięgam na trumnę Marii Skłodowskiej-Curie - też ołowianą! To nie narkotyki! To jest niesamowicie cudowne osiągnięcie, ale podobnie jak pani Curie, niestety świat nie jest wystarczająco... wystarczający w tym przypadku. I dlatego właśnie tych kółeczek potrzebujemy…
Tutaj Ricky puścił oczko i zaczął szperać w kieszeniach. Przesuwał palcami po szklanych kulkach i monetach (w obu przypadkach ich gładką powierzchnię szpeciły niekiedy ślady zębów), paragonach, nie jego, innych ludzi, które zbierał i które już dawno wyblakły, obiecująco wyglądających kamieniach, kawałkach jego pokruszonych mlecznych zębów, obrazkach z gum Turbo i takich tam, innych istotnych przedmiotach.
— Może się jakoś dogadamy?
Niektórzy próbowali dojrzeć, czy Ricky wyciąga pieniądze (i o jakie nominały pójdzie), inni odsunęli się, jak od terrorysty — bo naprawdę bogowie wiedzą, co Ricky mógł trzymać w tych spodniach. Im dłużej Ricky grzebał w tych spodniach, tym więcej było tych drugich. Ricky zorientował się, że zaraz sytuacja wróci do punktu wyjścia, i potomkowie Wulkana znowu się zirytują brakiem odpowiedzi, stwierdził więc, że trzeba jakoś zająć ich czas. Zacisnął palce na plastikowym dinozaurze, który świecił w ciemności (nie z zamiarem oddania go, po prostu, żeby dodać sobie trochę pewności siebie — nie żeby jej potrzebował!).
— Słyszeliście kiedyś może żart o psie spawaczu?


Kuźma?
────
[374 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 21 kwietnia 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kuźma wpada do warsztatu tuż za swoim wspaniałym, niebiezpiecznym przyjacielem i lojalnie zajmuje miejsce u jego boku. Pierwszy raz udaje jej się stanąć stabilnie na usłanej trocinami i zgubionymi śrubkami podłodze, a nie tylko zajrzeć do środka przez szczelinę w drzwiach lub niewielki skrawek akurat niezakurzonego lub niezaparowanego okna. Zazwyczaj jej wścibska obserwacja kończyła się niesamowicie szybko, gdy któreś z dzieci Wulkana podejmowało brawurową próbę wygonienia jej z okolic warsztatu piekielnie głośnym wrzaskiem, w którym złość przeplatała się z niecierpliwością i prawdopodobnie milionem innych negatywnych emocji. Wykrzyczana wiadomość zawsze miała bardzo podobną treść, coś w stylu: „TY GÓWNIARO PRZEZ CIEBIE MÓJ BRAT PRAWIE ODCIĄŁ SOBIE PALCA CO TY SOBIE KURWA WYOBRAŻASZ NAJLEPSZEGO SPIERDALAJ NATYCHMIAST” (przy czym Kuźma nie ma pojęcia, czemu ktokolwiek miałby sobie przez nią obcinać palce, ale akceptowała te informacje w milczeniu – odpowiadanie i tak niczego by nie wskórało w pojedynku z woskiem wepchniętym głęboko w uszy każdego szanującego swój słuch dziecka Wulkana). Teraz dziewczynka również spodziewa się nagłego krzyku: „AAAAAAAAAAA ILE TU KRWI”, chwycenia jej za kark, albo gorzej, za ucho, i wykopania jej gdzie pieprz rośnie. Ta perspektywa jakoś szczególnie jej nie zadowala, więc jak tak stoi obok Ricky'ego, to ktoś mógłby zrobić im zdjęcie i podpisać je: „why this [emotka_reprezentująca_kuźmę] looks so mad”.
Ricky nie daje się wypchnąć z warsztatu, mimo usilnych prób trójki odwiedzionych od pracy dzieciaków. Przed ostatecznym wyrzuceniem go z pomieszczenia chłopak zapiera się nogami, rękami, pośladkami, potem plecami i głową w sumie też. Wszyscy coś wrzeszczą, cholera wie, co, bo jedyne, co dociera do uszu Kuźmy to dźwięk cięcia metalu, skrobania metalu, gięcia metalu i żłobienia w metalu. Dziewczyna tak bardzo nie wie, co ze sobą zrobić, że bliska jest splecenia palców za plecami i przechadzania się dookoła, gwizdając. Jednak nie umie gwizdać, więc oprócz stania jak słup soli, próbuje zainterweniować. Niestety, została jej odebrana jej główna broń (niewyparzony jęzor), więc musi posłużyć się drugą, której użycie przypomina szybkie przeglądanie karty postaci w dnd, żeby znaleźć ten jeden czar, o którym zapomniało się pięć sesji temu, a jest idealny akurat w tej jednej, rozgrywającej się właśnie teraz, specyficznej sytuacji.
Zanim Kuźma postanawia rozpocząć przemianę rodem z anime o magicznych dziewczynkach, szybko przegląda w myślach swoje możliwości. Tym razem stado różowych chmurek nie zadziała, bo ktoś rzeczywiście odetnie sobie palce. Po namyśle, to w sumie żadna iluzja, jaką Kuźma jest w stanie z siebie wyprodukować, może spowodować trwałe urazy na ciele wszystkich dookoła. Kończy się na tym, że robi parę kroków w stronę szamotających się legionistów, próbując nadać atmosferze jak najwięcej… grozy. Jak panda czerwona, która staje na dwóch łapach, żeby wyglądać na straszniejszą.
Najpierw udaje jej się osiągnąć majestatyczne nic. Potem jeden z synów Wulkana posyła jej zaniepokojone spojrzenie. Następnie gapi się na nią z przerażeniem, co ona wykorzystuje na dramatyczne uniesienie ręki w może, opcjonalnie, prawdopodobnie, lecz niekoniecznie, jakimś celu. Wynikiem tych działań jest sukces. Jakimś cudem. Sukcesem jest dość głośny wrzask pełen przerażenia i uwolnienie Ricky'ego.
Kuźma decyduje, że odpowiednią reakcją na to wszystko byłby szyderczy śmiech i komentarz: „boicie się niskiej piętnastolatki?”, ale i tak nikt nie usłyszałby tej pretensjonalniej uwagi.
Wreszcie, po tych desperackich staraniach Kuźmy, dwójka niezrównoważonych psychicznie legionistów, oprócz stanowienia bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia wsystkich obecnych, powoduje jeden plus: każde dziecko Wulkana po dostrzeżeniu zagrożenia najpierw wyłączają trzymanych w dłoniach szlifierek, wiertarek i innych bardziej skomplikowanych narzędzi, które Kuźma widzi pierwszy raz w życiu (dla dodatkowej pewności odpinają je od wijących się po podłodze przedłużaczy lub listw), a następnie na migi przekazują swoim sąsiadom, że też powinni to zrobić. Chwilę to trwa, żeby w warsztacie zapadła cisza, o którą trudno nawet w godzinach późnonocnych i wczesnoporannych.
– Czego chcecie? – odzywa się jeden z robotników, zdjąwszy z uszu ogromne słuchawki.
– Potrzebujemy czegoś do transportu trumny!!! – radośnie oznajmia Ricky. – Najlepiej kółek dokręconych prosto do niej, żeby niczego nie komplikować…
– Trumny? – powtarza chłopak. Akompaniują mu zaniepokojone szepty.
– Tak, ołowionej! – Merkurwiak radośnie się uśmiecha, gdy to mówi, a Kuźma tylko kiwa głową, zachowując całkowicie poważną minę.
– A… a kto jest w tej trumnie?
– Grzyby – odpowiada dziewczyna, zanim Ricky zacznie wywód naukowo-biologiczno-chemiczno–kulinerny na temat tego, co właściwie stworzył. Nikt raczej nie chce wiedzieć, jaka to forma nowego życia.
– Że już gnije? – dopytuje syn Wulkana. Wygląda jak ktoś, kto zaraz wyciągnie telefon i zadzwoni na policję.
– Nie, co ty. Zwykłe grzyby. Fioletowe – wyjaśnia Kuźma. – Dokręcicie kółka, będzie git.
– Albo dodatkowo napęd!!! To ciężka trumna. Choooooooolernie ciężka – dodaje swoje trzy grosze Ricky.
– Grzyby. Fioletowe – chłopak przez chwilę się zastanawia. – Chodzi o narkotyki?
– Co – mówi Kuźma, a Ricky mamrocze coś do siebie o tym, że nie przeprowadził stosownych badań, których wyniki mogłyby nawet go nie zawieść i teraz wszystko stracone przez głupią centurionkę i trumnę.
– No, jak to co. Substancje psychoaktywne.
Wszystkie Wulkaniątka albo wymieniają ze sobą zaniepokojone spojrzenia, albo bezwstydnie gapią się bardziej na Ricky'ego, niż na Kuźmę, bo chyba on wydaje się lepiej wiedzieć, co robi, niż ona. Dziewczyna byłaby przeciwnego zdania, gdyby właśnie w jej krtani nie budowała się najdziwniejsza wiązanka przekleństw, które jest w stanie wymyślić i gdyby właśnie nie szykowała się do rzucenia nimi prosto w twarz temu bezczelnemu chłopakowi, który ŚMIAŁ ZASUGEROWAĆ, że ONA może mieć COŚ WSPÓLNEGO z NARKOTYKAMI.


Ricky?
────
[855 słów: Kuźma otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 30 marca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Jaja? Jajami chcesz trumnę przetransportować? — prycha teraz Ricky, zaaferowany pomysłem o doczepieniu kółek. Chociaż pomysł Kuźmy, geniusz właściwy komuś takiemu jak on, na pewno wpadła na niego dzięki jego niesamowitemu wpływowi, można więc ten pomysł właściwie nazwać połowicznie należącym do merwkurwiaka. Albo przynajmniej w 1/4, co jest wystarczającą i zadowalającą liczbą dla młodego chemika, przecież nawet roztwór o takim stężeniu jest silny, nie można więc i tu umniejszać jego roli.
— Idioto, zatrzymaj się! — coś w tym stylu pewnie by usłyszał Ricky, gdyby nie kręcił się w karuzeli samochwalenia dalej w kółko, wznosząc się coraz wyżej. Ale zachwyt nad własnym geniuszem przejął go zupełnie, aż nie tylko metaforycznie, ale też dosłownie wzleciał - po potknięciu się o wystający z ziemi kamień, jakie to symboliczne, rzeczywistość nadająca siłę do lotu, a potem podcinająca skrzydła uzdolnionemu odkrywcy.
To nieco otrzeźwiło Rickiego, dało przestrzeń do namysłu, kiedy rozcierał guz na czole. W bólu musiał przyznać, że chociażby prędkość, z którą spieszył do zrealizowania pomysłu o dzieciach Wulkana, była nieodpowiednia. Kuźma najpierw zaśmiała się, kiedy niczego się nie spodziewający syn Merkurego zaliczył glebę, potem się zmartwiła, ale potem dalej się śmiała, kiedy się upewniła, że będzie żył. Myślała pewnie też, że to zdarzenie nieco go przystopuje, i może skłoni do nieco bardziej racjonalnego osądu sytuacji? Rzecz jednak jest o Rickym, także było to mało wątpliwe. Otrzepał kurz z koszulki w skarpetki w krewetki, upewnił się, że na pewno ma tyle samo zębów, ile dziś rano naliczył i wstał.
— Na pewno wszystko w porządku? Może chcesz wrócić do infirmerii? — powiedziała nagle Kuźma.
Te słowa podziałały na niego jak kubeł zimnej wody, i wyrwał się w końcu z pozycji pępka świata.
— Infi… rme… rii? — przeciągnął sylaby, jak by to miało fizycznie zwiększyć dystans od tego strasznego miejsca, które już dobrodusznie i w szczerej nadziei zepchnął w otchłań zapomnienia.
— Infirmerii — piętnastolatka bezlitośnie delektowała się tym słowem.
Ricky postąpił więc jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Podciągnął spodnie, bo trochę mu opadły i było widać bokserki z Garfieldem, zacisnął zęby, aż zazgrzytały, odwrócił się i szedł dalej, na tyle szybko, na ile stłuczony palec u stopy mu pozwalał. Nie byli już tak daleko od warsztatów zajmowanych przez dzieciaki Wulkana. Merwkurwiak potarł jeszcze raz czoło, jakby dotyk jego obgryzionych paznokci i częściowo wyżartego, pobliźnionego różnymi substancjami naskórka miał zdziałać cuda. Upadek wytrącił go nieco z równowagi, a Kuźma jeszcze tą infirmerią… wiedział, że boi się ciemności, ale do dziś nie był świadomy swojego przerażenia instytucjami medycznymi. I nie chciał się dowiadywać, jaki strach może odczuwać, patrząc na zwykłą strzykawkę, którą normalnie wstrzykiwał by coś do…. czegoś? robiąc coś? jakiś eksperyment, ważny, a przede wszystkim, przyjemny? Coś takiego nie powinno służyć jako narzędzie tortur! Aż zadrżał, ale przełknął dzielnie ślinę i wszedł przez drzwi garażowe do nieco ocienionego wnętrza warsztatu.
— Halo! — starał się przekrzyczeć wizg wiertarki. Jednak kiedy ta się wyłączyła, ktoś inny zaczął coś spawać. Przez moment pozostał niezauważony, aż nie szturchnął kogoś swoim brelokiem Waltera White'a w pośladek. Wtedy do dźwięków, razem ze stukami młotka. dołączyły się jego krzyki. Dla półgłuchego merwkurwiaka nie czyniło różnicy natężenie hałasu, i tak ledwo co słyszał, musiał więc wyczytać „To ty? Wypierdalaj, zanim coś wybuchniesz!” z ruchu jego warg.


Kuźma?
────
[526 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 12 lutego 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Umysł Kużmy bardzo desperacko próbuje nie popaść w stan totalnego obłędu, przy czym szybko orientuje się, że coraz trudniej jest jej zachować jakąkolwiek jasność umysłu. Choćby taką, która graniczyła z przyzwoitą zdolnością myślenia i łączenia faktów (grzybkowe opary chyba dały jej w kość i powoli zbliża się do granicy między normalnością a epizodem maniakalnym). Każda kolejna powoli mijająca sekunda coraz lepiej uświadamia jej, że powinna była krzyknąć bardzo głośne i kategoryczne „NIE!!!”, gdy jeszcze miała na to okazję. Chciałaby (a aktualnie nie jest w stanie, bo w jej zachowaniu nie zmieniło się wiele) jakoś udowodnić Ricky'emu, że nie jest już tą samą osobą, która dwa lata temu uwierzyła mu w magiczną moc mieszanki cebuli i bryzy morskiej, która, jak Kuźma myśli o tym z perspektywy czasu, mogła wcale nie być żadną bryzą morską.
– W sensie pod łóżkiem w baraku? U nas? U ciebie w baraku?? – pyta z miną tak skrzywioną zaskoczeniem i bardzo dziwną imitacją podekscytowania, że Ricky od razu czuje mrowienie niepokoju na karku. Szybko je zdrapuje i półświadomie ucieka wzrokiem od Kuźmy, której spojrzenie z każdą chwilą tylko przybiera na intensywności.
– No, a gdzie indziej? – Kuźmie prawdopodobnie się tylko wydaje, ale na twarzy Ricky'ego widnieje dziwnie cwany uśmieszek, którym nigdy wcześniej jej nie obdarzył i do teraz była pewna, że on nie jest w stanie przybrać takiego wyrazu twarzy. Mruga i Ricky znowu jest dla niej świetnie znanym szalonym chemikiem z trochę obłąkanym spojrzeniem i dobrymi intencjami, które dla nikogo nigdy nie okazują się dobre.
– Nie, a-czeka-! – bełkocze dziewczyna, gdy Ricky bez skrupułów chwyta ją za dłoń, ściska odrobinę zbyt mocno i gwałtownie ciągnie ją w stronę niczego innego, jak jego baraku (przy okazji lawiruje talerzem z grzybową potrawką jak w najbardziej przeklętym i nienawidzonym przez graczy symulatorze kelnera). Rozmowy legionistów, obok których przebiegają, natychmiast cichną, gdy biedni półbogowie dźwigający na swoich ramionach brzemię przynależności do piątej kohorty, podążają za nimi wzrokiem i już wyobrażają sobie zniszczenia, jakie ta dwójka jest w stanie wykonać. – Ricky, ja coś mówię!
– Hm? A co? – Chłopak zatrzymuje się ułamek sekundy po tym, jak to powiedziała i Kuźma, trochę tym zaskoczona, nie jest w stanie powstrzymać dość gwałtownego i brutalnego zderzenia z jego plecami (oraz dowiedzenia się, że są one bardzo twarde i tę kolizję można porównać do nagłego spotkania ze ścianą bądź losowym słupem na środku chodnika).
– Okej, więc – odchrząkuje Kuźma, prędko odsunąwszy się od niego i sprawdziwszy, czy jakiś wybity ząb nie dynda jej nad językiem, przytwierdzony do drutu jej aparatu zaledwie jedną gumką. (Na szybko sprawdza też, czy nie ucierpiał talerz z fioletową radioaktywną mazią, ściskany przez Ricky'ego i wcale nie odczuwa ogromnej ulgi, gdy palce chemika najwidoczniej nawet nie musnęły promieniotwórczego budyniu). – Ta trumna z ołowiu. Pod twoim łóżkiem.
Ricky chyba nie potrafi odnaleźć źródła jej zaskoczenia i tylko wpatruje się w nią wzrokiem nieskalanym choćby najlżejszą i najmniej destrukcyjną myślą. Chłopiec po prostu kiwa głową, gdy Kuźma dalej nic nie mówi, tylko wciąż się na niego gapi, w oczekiwaniu na odpowiedź na niezadane pytanie, dla niej zbyt oczywiste, żeby je w ogóle wypowiadać. Nagle olśniony Ricky uśmiecha się, gotowy opowiedzieć jej o wspaniałych właściwościach ołowiu, dzięki których te grzybki i ich dziwne moce przeżerania się przez każdy materiał zostaną zneutralizowane.
– Chodzi o specyficzną reakcję chemiczną, którą…
– Nie. – Kuźma szybko mu przerywa tonem nie pasującym do piętnastolatki, a prędzej do zgorzkniałej nauczycielki matematyki, takiej, która powinna od dawna być na emeryturze. – Ty ją tam ukrywałeś przez cały czas?
Nagle to, czy ich plan się powiedzie, staje się dla niej rzeczą drugorzędną. Przed jej oczami ukazuje się zapętlony film sceny, która rozegrała się może jakiś rok temu. Wszystkie najbardziej wstydliwe sekrety Kuźmy w dłoniach Anemone, jej oceniający wzrok, który zawsze był taki poirytowany i równocześnie bezbarwny, to, jak zmusiła ją do ponownego skupienia się na treningach i zabroniła jej przynoszenia kolejnych wydrukowanych fanfików do Obozu… to wszystko składa się teraz na obraz dość nieciekawej traumy, która sprawia, że dziewczynka jest nad wyraz ostrożna, gdy ma ochotę poczytać o romantycznych perypetiach swoich ulubionych fikcyjnych postaci. (Poza tym, gdy nareszcie wie, co oznaczają te śmieszne ikonki przy tytułach, z łatwością rozpoznaje, które opowiadania może bezpiecznie przytaszczyć do Obozu lub do mieszkania Gabriela, które przeczyta w zaciszu swojego pokoju, gdzie nikt nie ma prawa zapytać jej, co czyta, a które pod żadnym pozorem nie nadają się nawet do otwarcia, nie mówiąc już o drukowaniu, bo kompletnie splugawiłyby nieskazitelną biel i niewinność papieru w zakurzonej bibliotecznej drukarce).
– Co? – Ricky chyba nie dowierza, że ona naprawdę, ale tak naprawdę naprawdę, nie kwestionuje jego pomysłu (ona tylko chce dowiedzieć się o tajnikach ukrywania OŁOWIANEJ TRUMNY przed centurionami i wszystkimi dookoła).
– Ukrywałeś przez cały czas – powtarza już trochę mniej pewnym tonem.
– E… No chyba tak?? – Ricky rzeczywiście się nad tym zastanawia i dziewczynka musi przytrzymać jego nadgarstek, żeby grzybowa maź nie wylądowała na jego koszulce (z jego winy, bo, zupełnie ignorując toksyczną substancję na trzymanym talerzu, coraz bardziej przechylał go w swoją stronę, a fioletowy glut w najlepsze podróżował ku jego klatce piersiowej). – Sam ją tu przytargałem, potem ją wcisnąłem pod łóżko i tak… sobie leży.
– I nikt się do tego nie przyczepił? Nie miałeś jakiejś rewizji albo coś? – Karci sama siebie za zadawanie kolejnych kompletnie niepotrzebnych pytań, zamiast stworzenia grzybowej bomby i wysłania jej na księżyc. Albo do kopalni złota lub innych błyszczących kamyków, może wtedy przynajmniej by coś zarobili i przy okazji unicestwili fioletową chemiczną maź.
– Nie???
– Kurwa – mamrocze pod nosem Kuźma. – Ja pierdolę – dodaje, żeby doprawić jej poprzednie wielce elokwentne zdanie szczyptą ewidentnego wkurwienia. – A mi robili rewizję. Jak gestapo jakieś.
– Co-?
– Idziemy po trumnę – ucina dziewczynka, zanim Ricky zdąży wyartykułować pytanie. – Idziemy po trumnę – powtarza ciszej, już tylko do siebie, zagubiona we własnych myślach.
Po krótkim zastanowieniu doskonale rozumie, czemu Philip nie zaglądała pod łóżko Ricky'ego i czemu Kuźma nie postanowi uznać tego miejsca za lepszą kryjówkę dla jej fizycznej wersji ao3.
– To jest absurdalnie ciężka trumna – stwierdza Kuźma, gdy Ricky'emu udało się wyszarpać spod łóżka sporej wielkości blok ołowiu (podczas sunęcia po podłodze, wydał z siebie typowy dźwięk z trudem przesuwanej cegły). – Masz jakąś plamę na dupie – rzuca do przyjaciela, bawiąc się trzymanym w dłoniach talerzem z grzybkową potrawką (to już trzeci, poprzednie dwa zakończyły swój żywot w dość dramatyczny sposób). Ricky ogląda się przez ramię, po czym wzrusza ramionami i z uśmiechem ociera pot z czoła.
– Ty weźmiesz łopaty, dobra?
– A ty jesteś tak totalnie pewny, że nie potrzebujesz żadnej pomocy? – sceptycyzm w jej głosie jest bardziej niż słyszalny.
– Gdzie tam, jaka pomoc!
Kuźma wzrusza ramionami (na końcu języka ma słowa: „Spociłeś się jak świnia, wyciągając ją spod łóżka. Na twoim miejscu to bym się zastanowiła tak jeszcze z pięć razy”) i chwyta łopaty, przezornie przyniesione przez nią do baraku podczas jednej z przerw na „GRZYBY PRZEŻERAJĄ TEN TALERZ NA WYLOT IDĘ UKRAŚĆ KOLEJNY”. Gdy się odwraca, Ricky już zdążył przelać fioletowy budyń do trumny, nad którą teraz modli się jak stanowczo zbyt dużo osób nad rzeczami do zrobienia.
– Znajdź dziecko Wulkana i poproś, żeby dokręciło jej kółka. Proste – prycha Kuźma, a gdy Ricky odwraca się do niej z niesamowicie szerokim uśmiechem, wrzeszcząc: „Eureka!”, dodaje pospiesznie: – Nie, ja tak tylko… jaja sobie robię?
Ku jej dotkliwemu cierpieniu, Ricky zdaje się jej nie słyszeć, nawet gdy słabym głosem woła za nim: „Jaja?”.


Jaja?
────
[1200 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 lutego 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy „I was thinking... maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Piekło istnieje, a Ricky właśnie je przeżył. Wyszedł cało. Zbawiony. Ocalały. Tak musieli czuć się ułaskawieni skazańcy, na których głowy już rzucała cień gilotyna. Tak musiał czuć się Dante po opuszczeniu kręgów piekielnych. Tak musiał czuć się Odyseusz po ocaleniu przed Scyllą i Charybdą. Tak musiała czuć się Maria Skłodowska — no, akurat nie mógł sobie przypomnieć o żadnym tragicznym incydencie z życia chemiczki, z którego wyszłaby szczęśliwie, cało i zwycięsko — ale samo porównanie siebie do Marii Skłodowskiej poprawiło jego nastrój i sprawiło, że nogi przestały mu się nieco trząść, po czymkolwiek stało się za drugą stroną tej zasłonki. Lekarze to słudzy Lucyfera. Do końca życia będzie mył ręce, zęby, spał na poduszce ortopedycznej, jadł zdrowo, pił wodę, uprawiał sport i unikał niebezpieczeństw — wszystko zaraz, naraz, od teraz, byle już tu nigdy nie trafić. Może założy nawet rękawice ochronne podczas następnego eksperymentu…
Słońce świeciło na zewnątrz tak samo, jak gdyby nic się nie stało. Ale Ricky widział i przeżył już rzeczy. Nie będzie już takim samym człowiekiem.
Mimo obecnego gdzieś w tłumie jego myśli faktu, że to grzybki są bezpośrednią przyczyną, dla której się tu znalazł, nie fatum i gniew bogów, nadal czuł się zadowolony ze swojego eksperymentu. Takich rzeczy pod mikroskopem to nigdy w życiu nie widział — swojego mikroskopu potem też, roztopił się niedługo po tym, jak światło lampki dotknęło kawałka grzybka, który no cóż, zapalił się. Tortury, które przeszedł, nie wykorzeniły więc jego dumy, jednak zrozumiał, że grzybków faktycznie trzeba się pozbyć. To wyzwanie, miało więc potrzebny do otrząśnięcia się po badaniach dreszczyk emocji — ale będzie zabawa!
Mniej zadowolona była Kuźma. Ale Ricky nie przejmował się tym — pewnie tylko udawała, na pewno chętnie zakopie z nim grzybki sześć metrów pod ziemią w ołowianej trumnie, w końcu od czego są przyjaciele?
Ostatnie słowa wypowiedział na głos, kiedy już szli w stronę baraku, razem z masą innych pomysłów na to, jak się pozbyć grzybków. Większość propozycji Kuźma odrzucała jako nieskuteczne, niektórych nawet nie komentowała.
— A skąd ty masz zamiar wziąć ołowianą trumnę? — popełniła błąd — zamiast jawnego zaprotestowania, nazwania go idiotą, zadała p y t a n i e co do realizacji przedstawionego pobieżnie planu — w oczach Rickiego było to niewiele dalekie od radosnego klaśnięcia w dłonie, krzyknięcia „genialny pomysł” i pobiegnięcia po łopatę.
— Jak byłem mały, odlałem z Josephem taką, chciałem zrobić przedstawienie o życiu Marii Skłodowskiej Curie, o całym jej życiu. Tylko nikt nie chciał pozwolić na zakopanie siebie w takiej trumnie, nawet wejście do niej... więc trzymam ją pod łóżkiem. Nie jest nawet taka duża, ale zgrabna, idealnie pomieści to — wskazał brodą na grzybki na metalowym półmisku, z resztkami talerza.


Kuźma?
────
[431 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

środa, 26 listopada 2025

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Nie martwi się. Albo przynajmniej próbuje sobie wmówić, że wcale się nie martwi. Ani o Ricky'ego, ani o kogokolwiek innego, zresztą nikogo innego wartego martwienia się aktualnie nie ma w jej okolicy. Jest kompletnie niezależną dziewczyną i nie zwraca najmniejszej uwagi na to, że wreszcie ktoś interesuje się nią na tyle, żeby nawet zaprosić ją do (prawdopodobnie mającego efekt śmiertelny) skosztowania ugotowanego przez siebie dania (liczy się gest). W głowie czasem przypadkiem nazywała Ricky'ego „przyjacielem”, bo tak jakoś naturalnie przychodziło jej to na myśl. Z drugiej strony, chyba nie powinna mówić o przyjaźni w przypadku osoby, która:
a) wzięła ją na jakże przyjemny spacer w poszukiwaniu grzybów (tak zwane grzybobranie) tylko przez to, że bała się ciemności i potrzebowała kogoś, kto potrzyma ją za rękę, co i tak skończyło się na praktycznym pozbawieniu Kuźmy palców,
b) próbowała namówić ją do zjedzenia niekoniecznie jadalnego sosu, który wcześniej nie przeszedł żadnego zakończonego pozytywnie testu bezpieczeństwa.
Może pokusiłaby się o stwierdzenie, że Ricky po prostu ukazuje swoją przyjaźń i przywiązanie do ludzi w bardzo specyficzny sposób, a jako że zazwyczaj utrzymywała, że lubi ludzi oryginalnych, to chyba powinno jej się to podobać. Takie myślenie byłoby nader logiczne, bo przecież chłopiec jest osobą… Kuźma nie szczędziłaby w słowach i po prostu powiedziała, że jest dziwakiem i wariatem, a nie że jest oryginalny, i ona już nie wie, czemu w ogóle się z nim zadaje i po co spędza z nim czas (pomija to, że kiedyś, bardzo dawno temu i na pewno nie teraz, Ricky w jej imponował). Jej jedyną korzyścią znajomości z nim jest darmowy pobyt w ambulatorium oraz rola opiekunki przedszkolaka (będąc znacznie młodszą od owego przedszkolaka), którą piastuje już od dłuższego czasu, a tego raczej nie zalicza się do przyjemności.
– Musi boleć? – pyta Ricky żałosnym tonem, wpatrując się w Kuźmę tymi swoimi ogromnymi, pełnymi smutku oczami. Wolałaby dostrzec w nich więcej zafascynowania możliwością przeprowadzenia paru eksperymentów. Może nie przez niego, a na nim, ale każdemu czasem przyda się jakaś odmiana.
– Powinieneś się cieszyć – stwierdza, nie planując zmienić swojej niezłomnej postawy surowej nauczycielki od matematyki (ledwo powstrzymuje się od powiedzenia, że się doigrał i ma to, na co zasłużył). – W końcu to prawie jak bycie królikiem doświadczalnym jakiegoś naukowca. To pewnie też boli.
– Ale to JA jestem naukowcem! – kontrargumentuje Ricky, choć już trochę mniej zdeterminowanym tonem. Może argument o doświadczeniu, jak to jest, gdy przeprowadza się na nim eksperymenty, wpłynął na niego tak, jak Kuźma oczekiwała, że wpłynie. Jednak do niego trzeba mieć specyficzne podejście, które, ku swojemu zaskoczeniu, dziewczynka zaczyna powoli odnajdywać.
– Jesteś co najwyżej idiotą – mamrocze Kuźma, jakby jeszcze przed chwilą nie wypatrywała na jego ciele śladów fioletowych zmian skórnych lub zestresowana nie czekała na pojawienie się opuchlizny na jego szyi. W głowie miała już milion scenariuszy z rzucającym się z bólu Rikcym, z mdlejącym Rickym, z duszącym się Rickym… Chciałaby wyrzucić z głowy te wszystkie głupie emocje, które pojawiają się w jej głowie chyba po raz pierwszy i ani trochę się jej to nie podoba.
Ricky przenosi swój błagalny wzrok z Kuźmy na Cherry, która wydaje się również podejmować grę dziewczynki. Ledwo widoczny uśmiech błąka się na jej ustach, gdy krzyżuje ramiona na piersi i stwierdza, że, niestety, trzeba będzie przeprowadzić bolesne testy i możliwe, że będzie zmuszona do przeprowadzenia pełnej diagnostyki, pewnie też sięgnie po skalpel. Ricky chyba nawet nie wie, o co się tutaj rozchodzi, ale w miarę tłumaczenia przez Cherry kolejnych kroków swojego zakrawającego o tortury przedsięwzięcia, chłopiec okropnie blednie, a strach jest bardziej niż widoczne na jego twarzy — pewnie tak musiał wyglądać, gdy byli razem w tamtej ciemnej jaskini. Albo wtedy wyglądał jeszcze gorzej, ale Kuźma była zbyt zajęta tamtymi przeklętymi chmurkami, żeby skupiać się na tym, na jak przerażonego wygląda Ricky. Dziewczynka z trudem powstrzymuje się przed pogorszeniem jego stanu swoimi mocami, byłoby to coś w stylu złośliwego pstryczka w nos w jej wykonaniu.
– Potem możliwe, że trzeba będzie ci dać jakieś zastrzyki albo czopki… ale pewnie się z tego wykaraskasz jakoś – kończy Cherry i zapraszającym gestem pokazuje Ricky'emu pustą leżankę, która pewnie wygląda dla niego jak łoże tortur. Tak wygląda też dla Kuźmy, mimo że tylko słuchała o tym, co ma się stać jej koledze (i zresztą nie wierzy, że ostatatecznie Cherry posunie się do najdalszych i najstraszniejszych wymienionych środków, bez przesady).
Chłopiec się nie sprzeciwia, bo już chyba stracił całą nadzieję na wyjście z tej sytuacji w jednym kawałku. Mamrocze coś o tym, żeby jego organy przeznaczyć na cele naukowe w przypadku, jeśli ich zabiegi się nie powiodą, po czym zatrzymuje się, jakby sobie o czymś przypomniał. Podbiega do Kuźmy, która już chciała usiąść sobie w kącie ambulatorium, kładzie dłonie na jej ramionach i konspiracyjnym szeptem zaczyna mówić:
– Okej, tylko tobie w tym pomieszczeniu ufam na tyle, żeby ci to powiedzieć. Słuchaj uważnie, bo będziesz musiała to powtórzyć notariuszowi w przypadku najgorszego… najgorszego wypadku, rozumiesz przecież. Okej. To będzie mój testament i naprawdę musisz się skupić, bo nie chcę, żeby coś z mojego majątku zostało roztrwonione. Zaczynając od mojego sprzętu chemicznego, to chciałbym, żeby został przekazany—
– Ricky, proszę tu podejść! – woła Cherry, a jej głos jest trochę zniekształcony przez maseczkę, którą zdążyła już nałożyć na twarz. – Nie będę wiecznie na ciebie czekać!
– Dobra, dobra, już! – odwrzaskuje Ricky, zdecydowanie za głośno jak na przestrzeń, w której się znajdują. – Kuźma, ja cię proszę, ty mnie znasz dość dobrze, prawda? Gdzieś w notatkach chyba mam wersję 1.087 mojego testamentu, wprowadź tam tylko parę poprawek, nie wiem, dopisz tam siebie i swojego psa, nie wiem, czy masz psa, ale chciałem ci przekazać ostatnie zapasy grzybów, które zebraliśmy i jedną czwartą mojej kolekcji kart pokemonów, i jeden z moich układów okresowych, ten fioletowy magnetyczny, okej? Pamiętasz? Okej, dobra, to tyle, tak to powinno być okej, napisz na dole, że to będzie wersja 1.088 i będzie w porządku, potrafisz pewnie naśladować moje pismo, prawda?
Kuźma, która z całych sił stara nie zdradzić po sobie, jak bardzo jej ten monolog nie interesuje, kiwa głową z największym zainteresowaniem, jakie jest w stanie wyrazić zwykłym pokiwaniem głową. Ricky klepie ją po ramionach ze łzami w oczach. Prawie tak, jakby zaproponowała mu ostatniego papierosa przed pójściem na stryczek po zostaniu skazanym na śmierć. Pewnie poprosiłby o coś innego albo zapytałby, czy nie miałaby przy sobie innej firmy, która by mu bardziej odpowiadała, a potem zwymiotowałby fioletowymi grzybkami, które zjadł parę miesięcy temu i od tego czasu żerowały na jego układzie pokarmowym, rosnąc sobie tam w najlepsze.
Zalicza to do najmniej realnych rzeczy, które kiedykolwiek przyszły jej do głowy i zajmuje bardzo niewygodne miejsce na obrotowym taborecie w kącie ambulatorium, tuż przy biurku jednej z pielęgniarek. Panuje na nim tak zwany zorganizowany rozgardiasz i Kuźma wie, że jeżeli ruszy choćby jeden z dokumentów, to osoba, do której to wszystko należy nigdy niczego nie odnajdzie, bo tylko ona ma zakodowane w pamięci, gdzie co odłożyła. Na samym wierzchu widać książkę z zapisanymi osobami, które śmiały zabrać stąd jakieś leki i Kuźma pozwala sobie ją otworzyć. Co ciekawe, ciągle pojawiają się tam te same imiona. Albo ktoś nie zauważył, że mają w obozie parę osób uzależnionych od spożywania lekarstw, albo po prostu musiały zażywać jakieś leki regularnie (co wydawaje się bardziej prawdopodobną opcją). Tylko skąd Obóz w ogóle brał leki? Ktoś musiał co jakiś czas polecieć na pegazie do pobliskiej apteki („JA NIE CHCĘ IGŁY”), obrabować ją i przywieźć wszystko do ambulatorium („CHERRY PRZESTAŃ TO JEST ZIMNE”), żeby potem porozdawać wszystko nieświadomym tego przekrętu legionistom? („AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA”)
Zanurzona w swoich myślach, próbuje ignorować cierpiętnicze jęki Ricky'ego, któremu Cherry pewnie mierzy temperaturę najstraszniej wyglądającym termometrem, który udało jej się wygrzebać z pudeł na zapleczu. Z pewnością jest okropnie stary i to dlatego wygląda jak narzędzie tortur. Ewentualnie to taki mały termometr z żabką dla dzieci, żeby nie bały się włożyć sobie pod pachę czegoś, co jak rozbiją zatruje nie tylko ich rodzinę, ale też całe osiedle (o czym była przekonana Kuźma, gdy w wieku pięciu lat po raz pierwszy mogła zacisnąć swoje dłonie na termometrze rtęciowym i od razu została ostrzeżona o najbardziej prawdopodobny konsekwencjach tak nieodpowiedzialnej decyzji powierzenia jej tego przedmiotu).

Czeka na Ricky'ego tak długo, że zdążyła przejrzeć księgę wydanych leków aż do momentu, w którym próbowała wybłagać Elianne o jakieś leki nasenne, a ona dała jej tamto ziołowe gówno, które tak pomogło, że aż nic się nie zmieniło (oprócz całonocnego poczucia, że jej palce pachną psią karmą przez samo dotykanie tamtych tableteczek). Potem Kuźma unikała nie tylko ambulatorium, ale też samej Elianne, której sam widok niemiłosiernie ją irytował. Na całe szczęście, zanim zaczęła na nowo roztrząsać tamtą sytuację, zza zasłonek wyłania się Ricky, który wygląda, jakby doświadczył przed chwilą co najmniej czterech wojen światowych, ataku lwów morskich i wykąpania się w gorącym asfalcie. Zaraz za nim wychodzi Cherry, żeby wyrzucić gumowe rękawiczki i maseczkę do pobliskiego kosza na śmieci, po czym oznajmić wesoło:
– U kolegi wszystko w najlepszym porządku.
Kuźma niemal widzi, jak na końcu jej wypowiedzi widnieje: „:)”.
– Ja już… ja już nigdy więcej nawet… nawet już nie wiem co… – stwierdza Ricky i zarówno Kuźma, jak i Cherry wiedzą, że on jeszcze wiele razy nawet, a poza tym on totalnie wie, co.
– Teraz macie to stąd wziąć i jak najszybciej zutylizować. – Centurionka wskazuje na grzybowy sos, który powoli zaczyna przeżerać się na wskroś talerza. – Tak, żeby nam nie zanieczyścić obozowego ekosystemu. Wymyślicie coś, ja w to wierzę – dodaje na widok bardzo niechętnej i równie zdegustowanej miny Kuźmy.
– Ja się nie znam na ekologii – broni się dziewczynka, ale Ricky już pocieszająco klepie ją po ramieniu.
– Mam w baraku książkę o ochronie środowiska! – oznajmia radośnie.
– Przepraszam, daj mi chwilę na uderzenie się otwartą dłonią w czoło.
– Widzisz, kolega ci pomoże. – Uśmiech Cherry nagle wydaje się Kuźmie zadziwiająco nieprzyjazny.
– Mówiłam już, że cię nienawidzę? – zwraca się do Ricky'ego i wreszcie podnosi się ze swojego obrotowego taboretu. – A jeszcze bardziej nienawidzę tych twoich grzybów.
– Ej! Zranisz ich uczucia!
Kuźma chyba nie ma już na to wszystko siły.


Przedszkolaku?
────
[1638 słów: Kuźma otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

sobota, 22 listopada 2025

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking... Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Zasłonki w ambulatorium, chorzy i ranni na łóżkach, coś się rozlało na podłodze, a tam ktoś zostawił stetoskop… zdaniem Rickiego wszystko było ciekawsze, niż odpowiedź na zadane mu właśnie pytanie. Owszem, był dumny ze swojego dzieła i jeszcze przed chwilą byłby gotów rozprawiać o nim w nieskończoność, zanim nie został przyparty do ściany - pytaniem, czy sam próbował swojego specjału?
— No, widzicie, jaki ma niesamowicie świetlisty kolor? Czy wspomniałem już, jak udało mi się go uzyskać?
Może jeśli dalej będzie ignorował, co się do niego mówi, albo słuchał tylko wybiórczo i śmiał się, w końcu mu odpuszczą?
— Jest taki skomplikowany chemiczny proces, który udało mi się…
— Jadłeś czy nie?
Słowa zostały wypowiedziane przez naczelną lekarkę, ale presja, którą czuł syn Merkurego nie wynikała w takim stopniu z nich, jak ze złowrogiej postawy Kuźmy. Zaciśnięte pięści, oczy strzelające błyskawicami, przekleństwa szeptane pod nosem - i z każdym następnym oddechem wydawała się coraz bliższa uduszenia go.
— Czy jadłem, czy nie, to nie jest tak bardzo istotna rzecz…
Prawie słychać było uchodzącą z uszu Kuźmy parę, a coraz większe zainteresowanie, jakie wzbudzał Ricky, wytrąciło go w końcu z równowagi.
— Próbowałem posmarować nim kanapkę, ale chleb rozpadł mi się w rękach — zaczął pleść od nowa. — Pomieszany z makaronem, tworzył trudne… no, niemożliwe do rozbicia widelcem grudki… właściwie jedną grudkę…
— Do brzegu — przerwała mu Cheryl. No tak, pewnie jako naczelna lekarka ma dużo zajęć, a on z Kuźmą są ciekawym, ale przeszkadzającym w pracy incydentem.
— Stwierdziłem jeszcze, że warto przetestować — w tym momencie Kuźma nie wytrzymała i kopnęła go w nogę. — Ale stwierdziłem też, że najbezpieczniej będzie, jeśli nie ruszę tego sosu. I trzymałem się tego postanowienia.
Półbogowie nie wyglądali, jakby wierzyli jego wyznaniu. Zapadła cisza, jakby starano się na nim wymusić przyznanie się do winy. Ale naprawdę tego nie zrobił, na trumnę Marii Skłodowskiej-Curie! Rozważał to może, ale w sumie początkowo i tak przemyślał danie Kuźmie zaszczytu spróbowania jego arcydzieła jako pierwszej, więc nie było mu się aż tak trudno pogodzić z porzuceniem tej idei. Był świadom, że sos po zetknięciu z nieszczęsnymi muszkami owocówkami smażył je na smutne kawałeczki, miał nadzieję, że może jak heroska spróbuje jego specjału, okaże się, że to były tylko halucynacje i sos jest już jadalny - ale naprawdę, naprawdę powstrzymał się przed choćby dotknięciem czasem bulgoczącej powierzchni! - nie no, z tym to już przesadził - przypomniał sobie dwa pieczące nadal niemiłosiernie palce, które planował z fioletowej mazi oblizać. Zamiast tego wsadził je prosto pod kran i modlił się do Mendelejewa, żeby nie odpadły mu zbyt szybko.
— Tak czy siak, myślę że samo wąchanie tej substancji, czy przebywanie w jej pobliżu, było wystarczającym zagrożeniem. Bezpieczniej będzie, jeśli zatrzymamy cię na noc — ciszę przerwała jedna z pielęgniarek, po obejrzeniu odstawionego przez kogoś na stolik talerza. Patrzy na Kuźmę, jakby była opiekunką szalonego chemika.
— Zróbcie mu jak najwięcej bolesnych badań i upewnijcie się, że niczego nie przeoczycie!
Ricky, mimo swoich osiemnastu lat i tatuażu legionisty na ramieniu, stał teraz jak przedszkolak, który przypomniał sobie o hodowli rzeżuchy w niedzielę wieczorem. Zawsze tak było, kiedy ktoś mieszał się do jego eksperymentów - ile dni spędził z przybranym ojcem, kiedy ten jeszcze żył w ambulatorium? Potem już mało kto interesował się Rickym nie tylko na tyle, żeby na niego nakrzyczeć, ale żeby zatroszczyć się o jego dobrostan.

Kuźma?
────
[539 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 30 września 2025

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up?"

Poprzednie opowiadanie

Kuźma z istnym przerażeniem wpatruje się w fioletowy sos, a trzeba wiedzieć, że na jej twarzy bardzo rzadko można dostrzec strach. Nigdy nie spodziewała się, że ktokolwiek kiedykolwiek podsunie jej pod nos paluszki rybne obficie polane fioletowym sosem, który wyglądał równie apetycznie co te wszystkie wybuchające roztwory chemiczne, a swego czasu naoglądała się ich sporo w podręcznikach do chemii. Oczywiście, czasem ktoś rzucił, że ale by zjadł taki rad czy polon, ale Kuźma… raczej nie widziała w nich nic więcej, niż truciznę. Coś, co po dotknięciu jej języka obróci się w skwierczący dym, a wraz z nim zacznie skwierczeć również wnętrze ust Kuźmy. Poza tym, oprócz wyglądania jak napromieniowany gulasz, sos… wygląda jak napromieniowany gulasz i chyba nic nie może być od tego gorsze. Drobne kawałki grzybów wybijają się z gęstej mazi, to wszystko powoli spływa po wyraźnie niedopieczonych (a w innych miejscach zwęglonych) paluszkach rybnych, tworzy kałużę na wyszczerbionym talerzu i ogólnie wygląda jak niejadalne… coś.
— To wygląda obrzydliwie — wypala Kuźma. Nie potrafi oderwać wzroku od jedzenia(?), uznając je za zagrożenie dla swojego życia (takie rzeczy lepiej jest mieć cały czas na oku), więc nie widzi natychmiastowego smutku, który pojawia się na twarzy Ricky'ego. — W sensie, wiesz, mogłeś użyć jakichś barwników, bo to… bo to wygląda jak farba, no. Jak farba wygląda — mamrocze dziewczynka, bojąc się nawet dźgnąć paluszki końcówką widelca. Zresztą, obawia się, że widelec mógłby spłonąć w kontakcie z sosem grzybowym. Metalowy widelec.
— Aha — smutno mamrocze Ricky. — Czyli radzisz mi, żebym…?
— Popracuj może nad estetyką, wiesz, eee… — Kuźma nie do końca wie, co mówi, ale coś wyczuwa, że zaraz jej przyjaźń z Rickym może się spektakularnie skończyć (niekoniecznie spektakularnie, raczej bardzo smutno i o wiele smutniej dla chłopca, niż dla niej). Skoro chce dostać konstruktywną krytykę, no to ją dostanie. — W restauracjach zawsze posypują, no nie wiem, serem jakimś. Kiełkami. Orzechami. No i kolor jest… ohydny. TO nie wygląda na jadalne, typie.
— Jest jadalne! — wykrzykuje Ricky. Parę kropel sosu powoli stacza się z talerza, spada na podłogę z bardzo cichym pluśnięciem. Wokół małej plamki powstają przebarwienia. Obydwoje patrzą w dół, na ciemniejsze miejsce w panelach. — Chyba. Chyba jest jadalne. Zmieniam zdanie. Nie, ale przecież testowałem…
— Na czym? Chyba nie na sobie, nie?
— A na kim innym! — dumnie odpowiada Ricky, kładąc upapraną fioletową mazią dłoń na sercu. — Jako że nie mam żadnych małych, dużych też nie, zwierząt, to…
— Jesteś skończonym idiotą — stwierdza Kuźma.
Dziewczynka łapie Ricky'ego za nadgarstek (bo to miejsce względnie nieubrudzone żadną mazią) i ciągnie go w stronę wyjścia z baraku, zupełnie jak on wcześniej wyszarpał ją z jadalni (wciąż wspomina swoją biedną kanapkę z nutellą). Kuźma marszczy brwi i przybiera najbardziej surowy wyraz twarzy, jaki jest w stanie przybrać czternastolatka i nagle na obozowych drogach tworzy się korytarz, po którym ona, Ricky i talerz pełen neonowofioletowego sosu i utopionych paluszków rybnych mogą w spokoju przejść. Legioniści wzdrygają się i patrzą na nią z niechęcią, odsuwając się od Kuźmy prawdopodobnie trochę ze względu na uczucie niepokoju, jakie w nich wywołuje (chociaż zazwyczaj w takich wypadkach ludzie podświadomie wolą znajdować się trochę dalej od niej), a trochę przez Ricky'ego, który próbuje poczęstować każdą mijaną osobę paluszkiem rybnym. Najpewniej z drugiego powodu nie muszą martwić się o przepychanie się przez tłum złożony z fioletowych koszulek.
— Dzień dobry! — krzyczy Kuźma, gdy wreszcie dotarli do ambulatorium.
— Przestań mnie w końcu ignorować! — fuka Ricky, który próbował jej coś przekazać przez całą drogę. Dziewczynka, zamiast "przestać go w końcu ignorować", panoszy się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiegoś lekarza lub kogokolwiek kompetentnego do sprawdzenia, czy z wnętrznościami Ricky'ego wszystko okej. — Przecież wcześniej zawsze mnie słuchałaś!
— Elianne?! — woła Kuźma, kompletnie nie zwracając uwagi na kolegę.
— Taaaaaaaaaak? — Dziewczyna wyjeżdża zza jednej z zasłon na obrotowym krześle. Przechyla się przez oparcie, żeby lepiej zobaczyć gości.
— Paluszka rybnego? Zrobiłem wyśmienity sos grzybowy! — W Rickym budzi się postawa faceta reklamującego najbardziej kiczowaty produkt, jaki człowiek może sobie wyobrazić. Kuźma prawie przyznaje, że całkiem nieźle sprawia się w tej roli.
— Yy. Nie lubię grzybów? — łagodnie odmawia Elianne z niepewnym uśmiechem.
— Znowu masz koguta — zwraca jej uwagę Kuźma i wskazuje na jej głowę. — Tam z tyłu, przy lewym war…
— Ale to nie smakuje jak grzyby, to jest kompletnie nowe odczucie smakowe, którego nigdzie indziej nie będziesz w stanie doświadczyć…
— No, tak, tam, musisz trochę… wiesz, chyba będziesz musiała to rozpleść całe…
— Nie prosiłam się o takie komentarze…
— A do tego dodaje wspaniałego posmaku tymże paluszkom, które zostały zrobione z najlepszej jakości ryb w… w Morzu… Jakiegoś Koloru Na Pewno.
— Nie lubię też paluszków rybnych.
— Powinnaś częściej używać szczotki, tak mi się coś wydaje…
— Co tu się dzieje?
Wszyscy milkną, ich głowy zwracają się do naczelnej lekarki – Cheryl. Stoi w swoich crocsach (ma na nich przypinki z tabletkami i strzykawkami) na środku ambulatorium, dłonie gniewnie opiera na biodrach, patrząc na trójkę dzieciaków jak matka na swoje nieporadne pociechy. Pociechy, dla których właśnie szykuje reprymendę, na razie tylko w myślach, bo nawet do końca nie wie, co przeskrobały. Swój wzrok skupia na Elianne, najwyraźniej chcąc, żeby to ona odpowiedziała. Albo spodziewając się, że to ona odpowie najbardziej rzeczowo i bez kłamstw.
— Przyszli tutaj i zaczęli…
— On zjadł jakieś dziwne grzyby z lasu i przyszliśmy tutaj na płukanie żołądka — wcina się jej w słowo Kuźma, wskazując na Ricky'ego. Perfidnie, palcem wskazującym. Chłopiec przyciska dłoń do piersi, z szoku otwiera usta, dotkliwie urażony.
— Wcale nie! Żadne płukanie żołądka! Ja się czuję wyśmienicie! — zapiera się, a Kuźma posyła mu bardzo zirytowane spojrzenie, od którego Ricky'ego przechodzą dreszcze. Zwala to na przeciąg (którego nie ma), bo nie uważa Kuźmy za straszną osobę. Tym bardziej osobę, która samym spojrzeniem wywołuje u kogoś drżenie.
— To w końcu je zjadłeś czy ich nie zjadłeś? — pyta Cheryl, skupiając się bardziej na talerzu w dłoniach chłopca niż na nim samym. — I co to jest?
— To jest, droga centurionko, mój nowy, powiedzmy, wynalazek kulinarny. Nowatorskie odkrycie. Użyłem do tego grzybów gatunku… yyy… no, jakaś łacińska nazwa, one mi zawsze wypadają z głowy… — Ricky mierzwi włosy, patrzy w sufit, wygląda przez okno, liczy swoje sznurówki, aż wreszcie kończy niepewnie: — Devilomicus smacznikos?
— Mogę? — Cheryl wyciąga dłonie po talerz, a Ricky ochoczo jej go podaje, pewnie przekonany, że dziewczyna ma zamiar spróbować tego kulinarnego ewenementu. — Wygląda… ciekawie.
— Chciałaś powiedzieć: wygląda jak maź stworzona przez trzylatka z plasteliny i farbek akrylowych, na widok której człowiek czuje śniadanie w gardle? — podpowiada Kuźma. Z kompletnie poważną miną, bez cienia uśmiechu. Ricky chichocze rozbawiony i klepie ją po plecach.
— Niezłe! — chwali ją, ale Kuźma nie jest z tego jakoś szczególnie zadowolona. — Najlepiej smakują właśnie z paluszkami rybnymi, słowo!
— Czyli ich próbowałeś? — powtarza Cheryl po raz trzeci, przyglądając się talerzowi spod różnych kątów.
Kuźma wbija spojrzenie w Ricky'ego, w myślach grożąc mu, że jeżeli się nie przyzna, to przez następne parę dni będzie zsyłać na niego koszmary o okropnych ciemnych jaskiniach, w których zjada pierwsze lepsze znalezione na ziemi grzyby. Potem będzie wybuchał w samotności i mroku, nieświadomy nawet, że wybucha. Nie, słaby koncept. Będzie świadomy, że wybucha, żeby dodać temu wszystkiemu grozy.

Ricky?
────
[1153 słowa: Kuźma otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

piątek, 5 września 2025

Od Rickiego CD Kuźmy — „I was thinking... Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

Resztę zimy Ricky spędził na suszeniu, wędzeniu w dymie różnego pochodzenia, kiszeniu, ucieraniu grzybków, które znalazł z Kuźmą. Niektóre grzybki spleśniały, zbutwiały- chemikowi krajało się serce, próbował jeszcze je odratowywać, choć Niezbędnik grzybiarza, 101 sposobów na wykorzystanie grzybów, a nawet Grzyby i pani domu kazały już mu się poddać. Zafascynowany spędzał przy nich całe dnie — to chyba jeden z dłuższych okresów, kiedy tak długo i intensywnie się na czymś skupił. Przed grzybami były świeczki zapachowe (rozpoczął produkcję i miał paru klientów, dopóki jedna z nich nie wybuchła na czyjejś randce), koszyki wiklinowe, a także oczywiście ciągle przewijająca się przez jego życie fiksacja Marią Skłodowską-Curie. Legioniści zwykle początkowo przyjmowali te zainteresowania pozytywnie — skupiony Ricky był mniej skłonny do psocenia i zabójczej dla otoczenia nudy — niestety, zazwyczaj po upływie czasu i tak udawało mu się kogoś podpalić albo spowodować wybuch — nawet przy pleceniu mulinowych bransoletek. A grzyby? Już od początku śmierdziały, a wszystkie procesy, jakim poddał je syn Merkurego, dały początek zupełnie nowym zapachom, o których pewnie psy gończe miały koszmary. Szczęście w nieszczęściu, miał też nawyk porzucania swoich projektów prawie tak gwałtownie, jak ich zaczynania.
Minusy grzybowej obsesji — śmierdziały, na wiele różnych sposobów; wywoływały mdłości, wyglądały, jakby stworzyły już nowy ekosystem. Plusy — nie rozwinęły się (jeszcze) w coś zdolnego poruszać się i zagrozić reszcie legionistów, jednak na wszelki wypadek większość przeniosła się do baraku obok. Ricky był zachwycony, na prześcieradle jednego z opuszczonych łóżek świetnie wysuszyły się szczątki grzybich kapeluszy.
Na podobnych procesach i czytaniu Muminków po hiszpańsku minęła mu zima, a potem wiosna. Wydawać by się mogło, że jego zainteresowanie królestwem fungi słabnie — i faktycznie, wiosna próbowała bezskutecznie wywietrzyć stęchły zapach, znad łóżek znikły grzybie girlandy. Legioniści odetchnęli z ulgą i wrócili do swoich baraków. Oprócz fioletowych plam wszystko wydawało się tak, jak dawniej.
Lato minęło również spokojnie, a potem przyszła jesień. Pierwszy tydzień września i Ricky wyparował. Ani widu, ani słychu w żadnej części obozu — aż do momentu, kiedy sam postanowił się ujawnić. Mógłby wybrać sobie dogodniejszy moment niż śniadanie.
Ciągnąc dalej protestującą Kuźmę, dotarli w końcu do baraku.
— Chodź tutaj, usiądź.
Pod ścianą był ustawiony stolik nakryty jakąś płachtą. Okna były zasłonięte, przez co nie było widać szczegółów, ale przez wypalone dziury prześwitywały również poznaczone ogniem nogi stołu. Na środku znajdowało się coś, pod kocykiem w Minionki. Ricky jeszcze szczelniej zasłonił żaluzję i pstryknął włącznik na elektrycznej imitacji świeczki. Kuźma nie miała innego wyboru, jak zaufać taboretowi, na którym półbóg kazał jej usiąść. Zachybotał się, ale wytrzymał pod jej ciężarem.
Syn Merkurego spojrzał na zegarek.
— Jeszcze tylko…
Spod kocyka dobiegło stłumione piknięcie. Mistrz ceremonii odkaszlnął, podrapał się po nosie i zerwał przykrycie z... mikrofalówki. Miał minę na tyle poważną, że Kuźma spodziewała się, że wyciągnie z niej uran. Tymczasem na talerzyku leżały równo…
— Paluszki rybne?
Ricky skłonił się i postawił talerz (lekko pęknięty, bardzo stary, trudno było ocenić czy był pomalowany w kucyki, psy, dzieci, czy może Minotaury).
— To jeszcze nie wszystko, najlepsze przed tobą!
Zza mikrofalówki wyjął sosjerkę. Podobnie jak talerz, najlepsze dni miała nad sobą, ale obrazki zachowały się na niej lepiej — wyglądało na to, że były z tego samego kompletu, kompletu naczyń w słonie ze spadochronami. Z namaszczeniem zamieszał zawartość plastikową pipetą Pasteura, a potem polał zawartością jedzenie na talerzu. Sos był neonowo fioletowy i świecił się w ciemności.
— Dzięki twojej pomocy udało mi się odtworzyć tę recepturę. Uznałem więc za sprawiedliwe, żebyś była pierwszą, która będzie mogła skosztować tego, co udało mi się stworzyć.


Kuźma?
────
[571 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 9 sierpnia 2025

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up"

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Zamknij py… Okej, dobra, ale naklejkę z Garfieldem daj — mamrocze Kuźma, a w jej głowie już układa się jasny plan, gdzie owa naklejka wyląduje. Niedawno zdrapała jej się taka ze Slendermanem, która straszyła połowę baraku (nie taka była intencja Kuźmy, tak dla wyjaśnienia), bo świeciła w ciemności i wszyscy wzdrygali się, gdy budzili się w środku nocy i dostrzegali ją kątem oka, gdy dumnie zdobiła łóżko Kuźmy (o je zdrapanie obwinia innych legionistów, bo nie ma szans, że tak po prostu uległa samodestrukcji, jak usilnie próbują jej wmówić). Podobnie było z marionetką z kultowej gry Five Nights at Freddy’s, więc Kuźma już wie, co oni knują. Musi wypowiedzieć im otwartą wojnę, kupując kolejne pięćdziesiąt świecących naklejek, bo najwyraźniej to one są najbardziej niepokojące. Bardziej niepokojące niż ona, a to już sukces.
— Oki doki! — Ucieszony Ricky już przegrzebuje kieszenie swojego plecaka, a Kuźma naprawdę próbuje nie być w szoku, że on trzyma tam takie rzeczy. Jakby się zastanowić, to nie takie dziwne, pewnie po prostu od lat niczego stamtąd nie wyciąga i na samym dnie leży sobie warstwa śmieci, o których przeznaczeniu Ricky zapomniał już lata temu. — Proszę bardzo! — Przed nos Kuźmy leci naklejka w całkiem niezłym stanie, tylko z boku ma niewielkie plamki po jakiejś brązowej cieczy, a z drugiej strony jest leciutko nadpalona. Nie będzie widać, jak już ją naklei, nie ma tragedii. Nie jak z tymi kartami pokemonów.
— Dzięki. — Kuźmie nawet udaje się lekko uśmiechnąć z zaciśniętymi wargami, aparat na zębach drapie ją od wewnątrz.
— Jak ją nakleisz, to mogę się podpisać pod spodem z datą! — proponuje Ricky, którego ta akceptacja prezentu wznosi pod niebiosa. To chyba pierwszy raz, jak ktoś w obozie nie boi się dotknąć czegoś, co wyszło z czeluści jego plecaka i zostało przez niego dotknięte.
Reszty drogi powrotnej Kuźma nie pamięta. Ricky cały czas coś szczebiotał, a ona potakiwała mu, nie słuchając ani słowa. W baraku padła na łóżko i zanim się obejrzała, była już czwarta w nocy.

JESIEŃ

— Udało mi się w końcu!
Kuźma słyszy zza siebie rozradowany okrzyk, przez który legioniści wokół niej wzdrygają się zaskoczeni (znaczy, trudno powiedzieć, że wokół niej, bo zazwyczaj wszyscy siedzą w odległości co najmniej dwóch metrów od niej, a i tak coś niepokojącego obejmuje ich ramiona). Ona już dawno się do tego przyzwyczaiła, nic strasznego: to po prostu Ricky znowu do niej biegnie, żeby pochwalić się swoimi wynalazkami, które znacznie częściej kończą jako czarna plama na ścianie, niżeli cokolwiek funkcjonalnego (do tego też się już przyzwyczaiła: nigdy nie spodziewaj się niczego wspaniałego i zapierającego dech w piersiach, bo się rozczarujesz). Kuźma odwraca się, żeby popatrzeć na wyszczerzone zęby kolegi, który łapie ją za ramię i zaraz gdzieś ciągnie. Dziewczynce ledwo udaje się przełknąć ostatni kawałek bułki z nutellą, którą niestety upaprała sobie palce, bo nagłe pociągnięcie doprowadziło ją do niekontrolowanego zaciśnięcia dłoni.
— Ej, idioto, nie wypiłam jeszcze mleka! — krzyczy już w biegu, nie mając najmniejszych szans na porwanie serwetki z któregoś ze stołów.
— To jest ważniejsze od jakiegoś tam mleka! — przekonuje ją Ricky, a Kuźma tęsknym wzrokiem żegna wysoką szklankę z różową rurką, jej ulubioną. Pewnie ktoś jej to ukradnie, bo przecież nie wypiła ani łyka. A co, jeśli zabiorą też rurkę i nigdy jej nie dostanie? Jest taka fajna, gumowa…
— Niby co takiego ci się udało? — prycha trochę zirytowana, spodziewając się, że gdy wreszcie dotrą do baraku, to skończy się na tym, że inni obozowicze ze strachu przed śmiercionośnym wytworem Ricky’ego już zdążyli się go pozbyć i właśnie wącha kwiatki od spodu. Jeżeli można mówić w tym kontekście o jakiejś dziwnej miksturze lub jeszcze dziwniejszej maszynie. — Poza tym, masz plamę na policzku.
— Pamiętasz, jak poszliśmy po te grzyby? — pyta kompletnie nieprzejęty Ricky, jakby Kuźma wcale nie próbowała być dla niego niemiła. Na samo wspomnienie tamtych różowych chmurek, Kuźmę zaczyna boleć głowa. — No, to nareszcie udało mi się zrobić z nich użytek. — Ta wiadomość zdecydowanie nie jest wesoła. Raczej brzmi jak bardzo, bardzo złowroga wróżba. — Zostało mi ich trochę mało, bo początkowe projekty, no, słowem, nie wypaliły, ale zawsze znowu możemy po nie skoczyć, prawda?
Kuźma ma ochotę odpowiedzieć, że nie, nie ma mowy, że ona kiedykolwiek wróci do tamtej jaskini, w ogóle nie ma szans, że kiedykolwiek znowu pójdzie na jakąkolwiek wyprawę z Rickym, a już zwłaszcza tam, gdzie jest ciemno. Nie obchodzi ją, jak bardzo będzie tego potrzebował, ona nie będzie znowu jakichś głupich puchatych króliczków i jednorożców, które pocieszą Ricky’ego i dodadzą mu… Co prawda nie dodadzą mu odwagi, a tylko głupio go rozproszą i sprawią, że będzie jeszcze trudniej go dopilnować. Prawie tak, jakby to on był młodszy od niej. Tragedia.
— I co ty z tego zrobiłeś? — pyta z niespodziewanie dużymi obawami o swoje bezpieczeństwo. Wolałaby spodziewać się, że zaraz zostanie skonfrontowana z trucizną albo z wielkim robotem, który równocześnie jest mikrofalówką i maszyną do suszenia grzybów, a dodatkowo jeszcze ugotuje ci z tych grzybów zupę. Swoją drogą, pewnie trującą, bo fioletowe grzyby o kształcie kalosza nie są w stanie być dobre dla ludzkiego organizmu.
— Dowiesz się — tajemniczo odpowiada Ricky, a raczej chciałby, żeby zabrzmiało to tajemniczo, bo nie może powstrzymać chichotu. Czy on zrobił gaz rozweselający i testował go na sobie?
— Nie lubię niespodzianek.
— To musisz polubić, bo ja lubię.
Zirytowana Kuźma przewraca oczami. Krzywo stawia nogi, prawie się potykając, gdy próbuje nadążyć za Rickym, bo nie dość, że jest niższa i ma znacznie krótsze nogi, to dodatkowo chłopiec robi niespodziewanie duże kroki. Musi za nim prawie biec, ale nie do końca biec, utrzymując to dziwne pośrednie tempo, którego szczerze nienawidzi.
W baraku unosi się dziwny zapach i jeśli Kuźma mogłaby sobie zaufać, to coś jej się wydaje, że unosi się tu jakaś dziwna mgła. Bardziej prawdopodobnym jest, że tylko jej się wydaje, może to tylko wytwór jej zestresowanej wyobraźni, która już nie wie, co może jej podpowiedzieć. Ricky jest dziwny, zbyt dziwny, żeby mogła go jakoś rozgryźć. Patrzy na dumną minę, która przykleiła się do jego twarzy i nie może zrozumieć, o co chodzi, czemu ją tu zaciągnął, co ma powiedzieć? Nie zna się na chemii, jej największym osiągnięciem było zrobienie mydełka na zajęciach w szkole, które potem i tak wylądowało w śmieciach, bo się na nie zezłościła.
— Um, to o co ci chodzi?

Ricky?
────
[1023 słowa: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 30 czerwca 2025

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Z grzybami, niezbyt bezpiecznie zapakowanymi w torebkę foliową upchniętą w plecaku Rickiego pod zapasową latarką, zaplątaną w linę — oby nożyczki dla leworęcznych ze świnką Peppą nie rozpruły tego woreczka, bo wtedy fioletowa masa połamanych kapeluszów i nóżek przepadnie w śmieciach torby młodego chemika — dwójka półbogów w końcu wyruszyła z powrotem do Obozu Jupiter. Ricky zaraz po wyjściu z jaskini prawie rzucił się na ziemię jak Jan Paweł II, chociaż w sumie nie było aż tak źle, jak się spodziewał. Różowe chmurki były ciekawym zaskoczeniem i elementem, przez który nawet zastanawiał się, czy nie zostać tam dłużej — kto wie, czy taka szansa się jeszcze powtórzy? Niestety, zaczęły w którymś momencie znikać, więc pokornie posłuchał Kuźmy i ruszył w kierunku wyjścia z jaskini, uczepiony dziewczynki mocniej niż rzep psiego ogona.
Był bardzo podekscytowany grzybami, ciągle lekko przerażony miejscem, gdzie się znajdowali, dużo emocji kotłowało się w młodym chemiku. Spojrzał na idącą obok dziewczynkę. To wręcz śmieszna sytuacja, że bez młodszej od niego cztery lata dziewczyny by sobie nie poradził — ktoś mógłby tak pomyśleć, Ricky jeszcze (nie wiadomo czy w ogóle to się stanie) nie wpadł na ten tor myślenia. Miał problem, poprosił kogoś o pomoc, i ten ktoś faktycznie mu pomógł, co pomogło uzyskać to, czego chciał, czy to nie zadziwiające?
Tak właśnie Ricky widział interakcje z ludźmi — pewnego rodzaju przewidywalne równanie, gdzie mógł określić, czego potrzebuje, co się stanie, i co dostanie na końcu. Czasem nie szło wszystko po jego myśli — na przykład kiedy zaczął się śmiać, kiedy jakiemuś maluchowi lód spadł na chodnik. Śmiech zwykle poprawia humor dzieciom, a przynajmniej powinien odwracać ich uwagę? Matka malca miała chyba inne zdanie.
Takie przypadki uważał za skrajne wyjątki, choć cenne dla nauki. Ludzie są tacy trudni, w przeciwieństwie do chemii, więc priorytetyzował to drugie.
Spróbował wykorzystać swoje społeczne umiejętności, zarzucił rozmowę, zaproponował pomoc, co spotkało się z niezrozumiałym dla niego oburzeniem. Chciał dobrze!
Prychnął jeszcze raz i spróbował ponownie. Skoro ona mu pomogła, może mógłby jej podziękować? Nie pomyślał jeszcze nad tym.
— Kuźma wiesz, w ogóle dziękuję za to, że ze mną poszłaś, no do tej dziury. Tak trochę trudno byłoby mi sobie bez kogoś poradzić, a ty byłaś jedyną osobą, jaka przyszła mi do głowy, i nie spodziewałem się sukcesu, ale jednak mam te grzyby! — powiedział Ricky na jednym wydechu i się zaciął. Powinien dodać coś jeszcze?
— Um, wiele to dla mnie znaczy. Chcesz może, na przykład, naklejkę z Garfieldem? Skoro nie chcesz tego kremu. Albo, może spodoba ci się, mam taką szalkę Petriego z ciekawym fioletowym czymś. Będziesz miała pamiątkę po naszej wyprawie!


Kuźma?
────
[423 słowa: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]