Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haul Away Joe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haul Away Joe. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Jeśli sytuacja wydawała mu się abstrakcyjnie głupia już na etapie czyszczenia kamieni ze śliny dzieci, to nie wiedział, jak powinien nazwać ją teraz. Utkwił wzrok w Dahlii tylko na chwilę, marszcząc przy tym brwi. Nawet przerwał na moment sprzątanie, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Czy powinno go to dziwić? Pewnie nie. Wśród wielu znanych mu historii o problemach na linii pracownik – przełożony, problemy związkowo-podobne były całkiem częste. Na pewno dużo częstsze, niż być powinny, biorąc pod uwagę, jak wiele jego miejsc pracy oficjalnie sprzeciwiało się takim relacjom. Nasłuchał się tego wystarczająco, by teraz nie być zaskoczonym.
– Och.
A jednak to była jedyna reakcja, na jaką w pierwszej chwili było go stać. Nie było to „och” z kategorii „jak mogłaś, on zdecydowanie ma powód, by cię nie lubić i tak traktować”, raczej „och” z tych pełnych niedowierzania. I może ukrywających rozbawienie. Tylko odrobinę rozbawienia.
Oczywiście wiedział, że nie powinno go to bawić, bo było to zwyczajnie niegrzeczne. Wystarczyły dwie podsłuchane (bo dokładnie takie były, nie zamierzał się oszukiwać, nie miał nic na swoją obronę i teraz już nawet nie czuł się z tym szczególnie źle) rozmowy Dahlii z koordynatorem, by zorientować się, jak wielkim utrapieniem był ten facet. Chait nawet nie chciał wiedzieć, jak paskudnie nieznośny musiał być na dłuższą metę. Wystarczyło mu, że może się domyślać. Równocześnie fakt, że ktoś mógł tak bardzo trzymać urazę z tak głupiego powodu, był zabawny. W ten bardzo przykry sposób.
Uniósł przepraszająco dłoń, bo naprawdę nie miał nic złego na myśli. A jeśli miał, to na pewno nie w kierunku Dahlii, bo ta przecież nigdy nic mu nie zrobiła i nie była niczemu winna.
– To… cholernie głupi powód – powiedział, doskonale wiedząc, że jest to oczywiste i nie wymaga dodatkowego powiedzenia na głos.
Ale w sumie co innego miał powiedzieć? To było głupie. I niedojrzałe. I prawdopodobnie nadawało się do zgłoszenia komuś jeszcze wyżej. Tego ostatniego nie mógł w pełni uczciwie zaproponować, bo przecież sam nigdy nie przejmował się czymś takim jak zgłaszanie problemów przełożonym. Nie mógł być aż takim hipokrytą. Poza tym Dahlia nie wyglądała, jakby potrzebowała takich porad. Być może już tego próbowała, a być może nie miało to żadnego sensu. Albo był jakikolwiek inny powód. Może zapyta o to później, kiedy nie będzie w pobliżu żadnego wiaderka, które mogło paść jej ofiarą.
– Jemu to powiedz.
Chait powiedziałby, że Dahlia wygląda na wyjątkowo zmęczoną i zrezygnowaną. Kompletnie jej nie winił i nie chciał kontynuować tematu na siłę. Jeśli będzie chciała się wygadać, to sama powie coś więcej. Albo i nie. Wtedy pewnie będzie się martwił trochę bardziej, bo to na pewno nie było zdrowe.
Rozejrzał się jeszcze raz po otoczeniu. Jeśli sprzątanie w tym miejscu miało być formą zemsty, kary czy cokolwiek innego tamten facet sobie ubzdurał, to było niesamowicie mało kreatywne. To z całą pewnością nie mogło być najbardziej upierdliwe, nieprzyjemne czy w jakiś inny sposób złośliwe zadanie, jakie można było komuś przydzielić w tak wielkim parku rozrywki. A może mogło?
Może miał zaburzone postrzeganie takich rzeczy, a może po prostu różniły ich codzienne standardy. A może chodziło o sam fakt władzy nad cudzymi obowiązkami. Albo zaraz miały przyjść dzieci, które będą im pluły na głowy w trakcie sprzątania. To ostatnie mogło sprawić, by zadanie stało się bardziej upokarzające, ale musiało być niezgodne z jakimiś zasadami BHP. Obstawiałby, że chodzi o to poprzednie. To tylko stawiało koordynatora w jeszcze gorszym świetle.
Uśmiechnął się do Dahlii, chociaż podejrzewał, że wcale jej to nie pocieszy. Niektóre rzeczy trzeba było po prostu przetrwać.
– Może nie jest to najciekawsze możliwe zajęcie, ale przynajmniej wydaje się całkiem spokojne.
Przytaknęła. Chait nie miał pojęcia, czy może jakoś poprawić sytuację. No, na pewno nie w tych warunkach.
Wrócili do sprzątania i przez chwilę znów trwali w ciszy, każde skupione na swojej części kamieni. Nie była to bardzo ciężka cisza, na pewno mniej, niż Chait by się spodziewał. Pracował z ludźmi, z którymi milczenie było dużo gorsze. Nawet nie czuł się źle z tym, jak bardzo bezsensowne było to zajęcie. Oczywiście, było dość (bardzo) nudne, ale raczej nie istniało ryzyko, by ktoś przyszedł tu jeszcze bardziej zatruwać Dahlii – bo on sam czuł się raczej jak npc będące w złym miejscu o złym czasie – życie. Po latach walki ze szczurami, sprzątania po imprezach dla dzieci i tych dla dorosłych, pełnych alkoholu, sprzątanie jaskini było… cóż, zdecydowanie nie najgorszą rzeczą, jaką robił w życiu.
Tylko trochę za bardzo zmuszało go do bycia sam na sam z własnymi myślami.
– To ma nam zająć całą zmianę? – zapytał, przerywając sprzątanie i przenosząc wzrok na Dahlię. – Znaczy… jeśli gdzieś tam nie ma wielkiego potwora, który zaraz nas zje, to naprawdę bardzo kiepski sposób na zemstę.
Jego wzrok uciekł w ciemność, w której wcześniej zniknęło wiadro. Normalnie stresowałby się, że coś wykracze, ale przecież to nie mogło być możliwe w wielkim parku rozrywki. Chyba.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 lipca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czy myślała cały czas o tym kretynie, który napsuł jej krwi parę lat temu? Może. Czy myślała, jak go unikać na różne sposoby? Możliwe. Rozważała, skąd mogła kojarzyć Chaita? Tak. Czy to miało jakikolwiek związek z jakąś głupią walką na plastikowe szabelki? Nie. Tego była pewna, przecież tego dnia dzieci były zachwycone, a czas im szybciej mijał.
Już w szatni rozważała, jakie powinna brać zmiany, a jakich powinna uniknąć. Z kim się wymienić i na co. Wcześniej parę razy zerkała na tablicę, próbując spamiętać godziny oraz stanowiska. Nie było tragedii, choć mogło być lepiej.
W gąszczu tych myśli wkradło się pytanie Chaita. Nawet się nie wzdrygnęła. Odpowiedziała machinalnie, tak, jak odpowiadała w swoich rozważaniach.
— Jakiej sytuacji? Że z tym kierownikiem?
— No, z tymi szablami. Czy to było… okej? Że mieliśmy sparing?
— Nasz największy problem, Chait, w tym momencie jest to, że ten koordynator jest pełen gówna. — skwitowała sucho, a parę osób w szatni parsknęło śmiechem. — Nie jakieś walki na plastikowe szabelki, które spotkały się z pozytywnym odzewem. Gdyby to nie było zgodnie z OSHA, bardzo szybko by nam przerwali.
Chait tylko nerwowo się uśmiechnął i kiwnął głową. Dahlia chwilę zatrzymała myśli, wpatrując się w niego. Może powinna nieco zwolnić? Wyglądał mizernie i poprawiał plecak zdecydowanie za często. Żarówki o wyjątkowo chłodnej barwie światła tylko pogłębiały ten depresyjny widok.
— Słuchaj. Stresowanie się w nowym miejscu pracy jest, eee, naturalne. Nie zrobiłeś nic złego. Jeszcze. Po prostu… trafiliśmy na mojego nemezis.
— A, aha. Nemezis.
— Wiesz, co to znaczy? — upewniała się.
Już miała wielokrotnie problem z powodu używania greckich słówek, które dla innych brzmiały zbyt mądrze i elokwentnie. Wyjaśnianie tego też było problematyczne. „Wychowywałam się w obozie, w którym razem z innymi dzieciakami z ADHD uczyłam się greki oraz mitów, to jest dla mnie naturalne i normalne”.
— Tak, tak, wiem. Orientuję się. — skwitował od razu, unosząc ręce. — Nie lubimy tego koordynatora i go unikamy.
— Ja na pewno unikam. Ty jeszcze mu nie podpadłeś. On i tak pewnie uważa, że to ja cię do tego performansu zmusiłam.
Stanęli na korytarzu przed tablicą stanowisk. Szukali swoich nazwisk, po czym wskazała na mapie, gdzie Chait ma się udać. Tego dnia mieli pracować na zupełnie osobnych punktach, jedno w księżniczkowej strefie a drugie w sci-fi. Dała koledze parę wskazówek, jak radzić sobie w tej pierwszej lokacji i już miała ruszyć w swoją stronę, gdyby nie postać stojąca we framudze. Na końcu korytarza. Światło dzienne musiało być wyjątkowo mocne, bo zauważyła, jak głowa cienia prawie styka się z jej butami.
— O, dobrze, że cię widzę, Dahlia. Zmiana planów. Sprzątacze zachorowali i potrzebujemy kogoś na cito. — padł mocny nacisk na „dobrze”.
Przekleństwo memłało się w jej ustach.
— To przykre.
— Już rozmawiałem z innym koordynatorem. Dzisiaj idziesz na sprzątanie. — uśmiechnął się sztucznie Nathaniel.
Stanęli naprzeciwko siebie. Mało było ludzi, którzy byli w stanie zrównać się z jej wzrostem, ale on był jednym z nich. Był za to dosyć cherlawej postury. Co się pierwsze rzucało w oczy, to jego gładka czaszka. Nie można było mu zarzucić braku schludności, swoje wąsy oraz brodę utrzymywał nienagannie. Miał też wyjątkowo irytujący, zdaniem Dahlii, tik podwijania wąsa.
— Co za zbieg okoliczności. Drugiego dnia nagle ktoś zachorował i to ja mam pracować. Taka potrzebna jestem. Złota rączka. — chłodno odpowiedziała.
Przynajmniej wiedziała, jak w jego towarzystwie rozmawiać, żeby nie dostać uwagi. Ostatnim razem prawie skończyła z dyscyplinarką. Teraz popełniła zasadniczo tylko jeden błąd.
Obejrzała się za siebie, sprawdzając, czy Chait dalej tam stoi. Oczywiście, że stał. Co ma robić świeżak, kiedy jego „mentorka” wdaje się w dyskusję z koordynatorem? Nate to zauważył i momentalnie oczy mu się zwęziły.
— A to kto?
— Świeżak z Nowego Jorku. Wdrażam go w zasady, koordynatorze. — akcentowała ostatnie słowo.
Mierzył Chaita od góry do dołu. Widocznie w jego oczach był zbyt drobny i mizerny, więc machnął reką.
— Myślę, że możesz kontynuować mentorowanie przy sprzątaniu. Przydzielę ci go, w ramach towarzystwa. Żeby nie było, że sama masz zamiar wykonać czarną robotę.


— Zabawa. — to był jej jedyny komentarz. Po tym, jak się przebrali w stroje sprzątaczy, całą drogę Dahlia wpatrywała się morderczym wzrokiem w płytki. Chait dotrzymywał jej kroku, wpatrując się dyplomatycznie w miotłę oraz wiaderka. Możliwe, że dla innych wyglądała właśnie jak krążownik, który idzie na pełnowymiarową wojnę i pospiesznie odsuwali się jej z drogi, a on mógł tylko nerwowo się uśmiechać do nich.
Stanęli przed znajomą strefą. Zamiast wchodzić po mostkach, musieli zejść na poziom jaskini. Nie było głęboko, w ścianach były ukryte włączniki światła, generalnie nie było niczego, co by miało być niebezpieczne. W pewnym momencie zatrzymała się i rozłożyła środki do czyszczenia.
— To… tutaj? — niepewnie zapytał się Chait.
— Tak. Okazuje się, ze trzeba czyścić kamienie w jaskiniach. Super robota.
Mrugnął parę razy.
— Czyszczenie kamieni?
— Tak. Jest wilgotno, plus dzieci lubią tutaj pluć. Patrzą, gdzie to spada.
— Czyścimy ślinę dzieci z kamieni.
— Tak.
Po czym wzięła jedno z wiaderek, postawiła na ziemi. Wzięła głęboki oddech, stała tak jeszcze chwilę, po czym nagle jednym, celnym kopniakiem posłała wiaderko w czeluść jaskini. Zniknęło w ciemności, można było tylko usłyszeć głośny trzask. Przyniosło to natychmiastową ulgę. Gdy się odwróciła, Chait szybko odwrócił wzrok, szorując kamienie szeroką szczotką. Wzięła swoją, po czym zajęła się swoją partią ściany.
— To nie twoja wina. — przerwała ciszę między nimi.
Miała wrażenie, że Chait rzadko sam z siebie pyta. Wydawał się tym typem osoby, co nie chce się narzucać. Nawet na moment wezbrało się w niej poczucie winy, że z jej powodu teraz szoruje zatęchłą grotę, zamiast być dobrze ubranym, miłym kelnerem w świecie księżniczek. Zbierałoby się dalej, gdyby nie fakt, że to nie ona przydzieliła go do tej roboty. Należały się jemu wyjaśnienia.
— Widocznie dalej boli go, że odrzuciłam go na randce, na którą zgodziłam się z litości. — wyjaśniła, najkrócej jak mogła, przy okazji się krzywiąc. — Bogowie, jakie to żenujące. Aż mnie dreszcze przechodzą, jak o tym opowiadam.


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 czerwca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie odpowiedział Dahlii od razu. Na chwilę znowu spojrzał w miejsce, w którym doszło do nieprzyjemnej rozmowy, marszcząc brwi i ściągając usta w wąską linię.
Pracował jako animator od lat. Nie, że jakoś bardzo wielu, ale jednak lat. Wiedział, że ludzie są różni. Oczywiście, że w swojej karierze spotkał też tych okropnych. Przed oczami na chwilę stanął mu nawet jeden konkretny kierownik z jego normalnego, codziennego miejsca pracy. Ten sam, z którym pracował jakimś cudem zawsze wtedy, gdy obowiązki zmieniały się z „animator dla dzieci i osoba pilnująca porządku” na „cholerny półbóg wpadający w kłopoty”. Sam siebie nie lubił za to, jak fałszywie miły zwykle dla niego jest. Zwykle też nie mógł nic na to poradzić.
Ten konkretny mężczyzna wydawał się jednak jeszcze gorszy. Nie była to pewnie żadna obiektywna cecha, na którą Chait mógłby się powołać. Wydawał się po prostu dziwnie nieprzyjemny, bardziej, niż było to konieczne w danej sytuacji. Chaitowi przeszło przez myśl, że wydarzyło się jeszcze coś, czego nie usłyszał, ale to też nie miało sensu.
– Och, tak. Pewnie. Do jutra – rzucił w końcu, odwracając się do Dahlii i uśmiechając prawie bez rezygnacji. Nawet uniósł dłoń i pomachał jej delikatnie na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie odebrała tego jako olewające lub niegrzeczne. Nie zamierzał przecież być niemiły akurat w stosunku do niej.
Może powinien ją zatrzymać i zapytać, czy wszystko w porządku. Tak, na pewno powinien, przecież on też był odpowiedzialny za walkę na plastikowe szabelki.
A i tak nie ruszył się z miejsca. Przez cały dzień nie zająknęli się słowem o tym, czy już wcześniej skądś się znali – nie chciał stwarzać sytuacji, w której będą zmuszeni o tym porozmawiać. Myśli Chaita od razu uciekły w stronę Aye, które przez jedno głupie pytanie do dzisiaj nie mogło zaznać spokoju od jego towarzystwa, w połączeniu z najgłupszymi możliwymi powodami przebywania w tym właśnie towarzystwie. Przyznawanie się do boskiego pochodzenia i wspólnego pobytu w obozie nigdy nie kończyło się dobrze. Nieważne, czy mieszkali w tym samym mieście, czy w dwóch różnych stanach. Zresztą, ten dzień był wystarczająco męczący, nie chciał jeszcze dodatkowo zmuszać Dahlii do rozmowy o irytującym szefie.
Poczekał, aż ta zniknie za zakrętem, zanim sam ruszył do wyjścia. Podejrzewał, że to było jeszcze bardziej niegrzeczne niż ta późna, pospieszna odpowiedź. Pozostało mu uznać, że to nie jest problem na teraz, bo teraz i tak już nic z tym nie zrobi. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, na drzwi do szatni. Miał nadzieję, że reszta współpracowników okaże się bardziej sympatyczna, niż na razie mu się wydawało.
Poprawił plecak na ramieniu, przyspieszając kroku. Na pewno przesadzał, przecież nie mogło być aż tak źle. Nigdy nie było aż tak źle.

*

O dziwo nie wpadł na Dahlię w innych miejscach – ani ogarniając kilka spraw w okolicy parku, ani pod drzwiami hostelu, w którym się zatrzymywał. Podejrzewał, że to nawet nie było za bardzo prawdopodobne. Bo dlaczego niby miałoby być? Chyba po prostu nie potrafił przestać myśleć o tamtej sytuacji. I o tym, że jednak powinien od razu zapytać, czy wszystko w porządku.
To on zwykle był tym, który zbierał baty za głupie zachowania, a każde to zachowanie było głupsze od ich sparingu. Czuł się zwyczajnie niekomfortowo, że teraz jakimś cudem go to ominęło (nie miało znaczenia, czemu go to ominęło. Naprawdę).
Jeszcze zanim wszedł na teren parku rozrywki wiedział, że zapyta Dahlię o całą tę sytuację jak tylko ją zobaczy. I o to, co konkretnie miała na myśli, mówiąc o zabawie. Miał nadzieję, że nie zrozumie go źle. Nie miał nic przeciwko kłopotom. Przyzwyczaił się. Podejrzewał, że szef z jego pracy w Nowym Jorku też jest jak najbardziej przyzwyczajony i tylko czeka na telefony ze skargą, że kogo on tutaj wysłał. Podczas poważnej rozmowy w biurze on będzie zrezygnowany, a Chait tylko wyszczerzy zęby i przeprosi, kompletnie nie mając tych przeprosin na myśli.
Z tą myślą przemknął korytarzem, jeszcze tylko na krótki moment zatrzymując się przed wejściem do szatni, tak w ostatniej chwili zastanowienia się nad sensem życia i reszty pracy w tym miejscu. Nic szczególnie głębokiego, mimo wszystko.
Wszedł do środka, kiwając głową jakiemuś chłopakowi, z którym złapał kontakt wzrokowy. Odpowiedział tym samym gestem, ale bez uśmiechu. Chait nie zamierzał się o to obrażać. Zamiast tego rozejrzał się, szukając w tłumie Dahlii. Zobaczył ją przy jednej z szafek, więc tylko złapał mocniej pasek plecaka i od razu do niej podszedł. Nie było sensu czekać.
– Dahlia. – Uśmiechnął się na przywitanie, mierząc ją tylko odrobinę zmartwionym spojrzeniem. Odpowiedziała mu, ale nawet za bardzo tego nie zarejestrował. – Słuchaj, ech… Wszystko w porządku? Po tej wczorajszej… – Zawahał się. – Sytuacji?
Mówił pół tonu ciszej, nie chcąc zwracać uwagi innych pracowników. Ich reakcje wczoraj nie wydawały się szczególnie zachęcające. Albo po prostu sobie to wyobrażał. Dlatego na razie wbijał wzrok w Dahlię. I jeszcze raz poprawił plecak, udając, że to wcale nie jest nerwowy gest.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 24 marca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Starła pot z czoła.
To była niezła walka. Na tyle niezła, że dużo dzieciaków było zachwyconych i nie odklejały się od balustrad. Zauważyła, jak jedno z nich ciągnęło za koszulkę rodzica i krzyczało „też chcę tak walczyć, tato, kupisz mi szablę?!”. Inne się sprzeczało z koleżanką, czy aby na pewno „ten mniejszy pan” przegrał, bo ze złamaną szablą da się dalej walczyć.
Oparła się o skrzynię, wciąż procesując sparing. Bronie pozostawały wiele do życzenia, ale za to zwody, natarcia, symulacje udowodniły jej, że zna Chaita z Obozu Herosów. Ten konkretny, grecki styl walki był nie do przeoczenia. Na początku starała się sobie wmawiać, że jej nie obchodzi jakiś drugi półbóg, ale chęć upewnienia się, z kim ma do czynienia, brała górę. Nie chciała się też przyznawać, nawet przed sobą, że teraz postawiła cel dowiedzenia się, jakiego on ma boskiego rodzica. Kto wie, może kiedyś walczyli, ale nie zapamiętała go jakoś szczególnie?
Słońce zachodziło, lampy powoli się zapalały jedna za drugą. Park rozrywki jeszcze długo będzie otwarty, do dwudziestej trzeciej, za to im kończyła się powoli zmiana. Chait wciąż odmachiwał dzieciakom, odpowiadając niektórym na pytania albo komplementy, kątem oka Dahlia zauważyła zmienników. Podeszła do kolegi, odmachując dzieciom, i pochyliła się do niego.
— Kapitan nas wzywa, majtku.
Nawet nie zdążył zareagować, gdy usłyszeli jęki rozczarowania i niezadowolenia. Rodzice uspokajali kiedy mogli, podziękowali za performance i starali się zabrać swoje latorośle. Wydawało się jej, że dzieci w tych czasach mają spalone styki od tabletów, ale jak widać, jeszcze mogła mieć nadzieję, że nie będzie tak źle. Poprzednim razem była świadkiem wielu grup, których najzwyczajniej w świecie nie były zainteresowane czymkolwiek. No, chyba że rollercoasterami.
Kiedy odchodzili, zerkała co jakiś czas na Chaita. Dalej się uśmiechał, pomimo zmęczenia trzymał się na nogach i wyglądał na zadowolonego. Ciężko nie było uśmiechnąć się pod nosem.
— I jak ci się podobał pierwszy dzień pracy?
— Było w porządku. Naprawdę.
— Bardzo szybko załapałeś robotę. Inni zwykle potrzebują więcej czasu.
— Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że mam doświadczenie jako animator.
Pominęli całkowicie tematy związane ze sparingiem. Czuła, że nie ma co drążyć tematu. Owszem, mogłaby powiedzieć "hej, dobrze ci też szło z szablą", ale nie spodziewała się jakiejś pozytywnej reakcji. Kto wie, może by się spiął i przestał dobrze sobie radzić w pracy? Zakładała, że potrzebuje pieniędzy, biorąc pod uwagę szmat drogi przebyty aż z Nowego Jorku. Długo rozpatrywała w głowie scenariusze, grzebała także w pamięci jakiekolwiek wspomnienia, w których mogłaby go zidentyfikować.
Nie postawiła stopy w obozie od jakichś kilku lat, bardzo dużą część wspomnień po prostu wyparła. Tak, jakby ktoś upuścił świecę na mapę skojarzeń z obozowiczami. Twarze, nazwiska się mieszały i mogła wyciągnąć tylko pojedyncze nitki. Takie, jak to uczucie znajomego zastanawiania sie nad imieniem nowego-nienowego kolegi.
Właśnie się odezwał, wybudzając ją z myśli.
— Chyba już dotarliśmy. Trzeba tam zbliżyć kartę, prawda?
Wskazał szare, bezpłciowe drzwi, za którymi znajdowała się tak samo pozbawiona koloru klitka, z automatem do zarejestrowania czasu pracy.
— A. Tak, tak.
Po przekroczeniu progu i zakończeniu pracy udali się do szatni. Tam Dahlia poinstruowała, gdzie ma się udać do sekcji męskiej, w której są toalety i prysznice, po tym jak parę współpracowników zażartowało o pracy na galerach, z której wracają śmierdzący niewolnicy. Dobrze, że park codziennie wieczorem uruchamiał pralnię na swój koszt, bo nie uśmiechałoby się jej szukać innej w okolicy. Kiedy już się odświeżyła pod prysznicem, a ubrania wrzuciła do kontenera, natrafiła w szatni na inną grupę, która dopiero co skończyła. Był też tam jeden z koordynatorów, który napsuł jej krwi te kilka lat temu i od tej pory jej nie znosił, ze wzajemnością. A teraz tutaj był.
Westchnęła ciężko. Dzień zakończył się bardzo dobrą notą, a koordynator Nathaniel ma zapewne zamiar jej to zjebać. Wyglądał na niezadowolonego, bardziej niż zwykle. Dahlia często się zastanawiała, czy kiedykolwiek te brwi odpoczywają, czy zawsze ma taką minę srającego kota. Nie doszła jeszcze do konsensusu. Wyminęła go, idąc do swojej szafki z pokerową miną. Pokazanie, że jego widok w jakikolwiek sposób ją ruszył, byłoby aktem słabości i startowałaby z przegranej pozycji. Według niej.
— Nie sądzisz, że lepiej by było zostawić performance tym, którzy rzeczywiście muszą go zrobić? Zwracaliście za dużo uwagi.
Oczywiście. Nie przerywała wkładania pudełka śniadaniowego oraz termosu do torby.
— Coś było nie tak, koordynatorze?
— Przeszkadzaliście w występie z kartami i pochodniami.
Zamknęła szafkę i odwróciła się do rozmówcy.
— Przykro mi, że byle sparing plastikowymi szabelkami zwrócił większą uwagę. Może trzeba było lepiej zaaranżować te występy, koordynatorze?
— Radzę ci się nie wychylać poza posadę.
— Naszym celem jest zabawianie dzieciaków i uważam, że tutaj zrobiliśmy dobrą robotę. A teraz wybacz, mam lepsze plany niż stanie tutaj. — Uśmiechnęła się pod nosem. Powstrzymując mocno chęć splunięcia.
Zwykle nie była tak szorstka i nienawistna dla innych, ale ten facet potrafił nadepnąć perfekcyjnie na każdy jej odcisk. Ktoś jej kiedyś powiedział, że każdy musi mieć jakieś nemezis (ha, ha, półboski świecie) i on z całą pewnością tym był. Musiała po tamtym sezonie procesować swoje emocje i instynkty, prawie też poszła do psychologa. Dla osoby postronnej wydawałoby się to paradoksalne, że nie prostowała swoich traum z misji, i że jej granicą był wredny ziutek z pracy, ale gdyby opowiedziała komuś o przygodach z leukrotami, to by trafiła na oddział zamknięty. Ciekawe, czy są jacyś biedni półbogowie zamknięci w izolatkach, z kaftanem bezpieczeństwa, bo odważyli się mówić o spotkaniach z potworami?
Rozejrzała się po szatni. Parę osób ją obserwowało z uśmieszkami na twarzy, część miała dość po kilku godzinach chodzenia w słońcu. Jeszcze inni po prostu nie wiedzieli co robić, kiedy patrzyła na nich to odwracali wzrok. Zauważyła Chaita przy wyjściu z szatni, który prawdopodobnie miał już wyjść, ale nagłe wydarzenie odwróciło jego uwagę i zamurowało w miejscu. Gdy zobaczył, że Dahlia się zbliża, otworzył pospiesznie jej drzwi.
— No to będziemy mieć zabawę, Chait. — Mruknęła, kiedy przechodziła obok niego. — Do jutra?


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 21 marca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Przez chwilę przyglądał się Dahlii, trochę zaskoczony, a trochę zainteresowany złożoną mu propozycją.
Kiedy ostatnio miał broń w dłoni? Rzadko trafiał na potwory. Może nawet na tyle rzadko, że powinien się tym martwić. Po odejściu z obozu ćwiczył jeszcze jakiś czas walkę mieczem, ale z upływem lat znajdował na to coraz mniej czasu, chęci i sprzyjających okoliczności. Ostatnio największym zagrożeniem byli pijani klienci barów, w których czasem pracował, a na nich półboska broń i tak by się nie sprawdziła. Czasami w ogóle zastanawiał się, czy jest jeszcze sens, by nosił ją przy sobie, a potem i tak to robił, bo był pewny, że gdy przestanie, to akurat w pobliżu pojawi się jakiś potwór.
Na chwilę przeniósł wzrok na marną szablę, która w najlepszym wypadku mogła posłużyć do podbicia oka jakiemuś dzieciakowi, który podszedł trochę zbyt blisko. Ewentualnie, w trochę lepszych okolicznościach, podbicia oka samemu Chaitowi albo Dahlii. Zdecydowanie nie była narzędziem mordu potworów czy ludzi.
– Czemu nie – odpowiedział w końcu. Na jego ustach błądził uśmiech, który mógł, zależnie od interpretacji, zostać odebrany jako nieco zbyt wyniosły albo wyrażający tysiąc wątpliwości.
To drugie byłoby zdecydowanie bardziej zgodne z prawdą. Był półbogiem, nie mógł zapomnieć, jak się walczy. Miał ADHD, miał lata treningu, nawet jeśli z kilkuletnią przerwą. A mimo to nie do końca w to wierzył.
Chait upewnił się jeszcze, że na pewno żaden dzieciak nie przekroczył tej bezpiecznej granicy, za którą nic nie mogło mu się stać. Teoretycznie żaden nie powinien – byli za barierkami, w pewnej odległości. Teoretycznie wszyscy byli bezpieczni. Za długo pracował z dziećmi, by w to bezpieczeństwo wierzyć. To, że teraz wszystko wyglądało w porządku, mogło bardzo szybko się zmienić.
W końcu jednak sam sięgnął po szablę. Szabelkę? Plastikowy wytwór o kształcie szabli? Była lekka i raczej mało wytrzymała. Dzieciaki nie szukały tu przecież realizmu. On tez go nie szukał. Mogli robić sobie sparing, ale nie zamierzał traktować tego bardzo poważnie.
Dahlia była silniejsza od niego. Wiedział to jeszcze zanim w ogóle zgodził się na jej pomysł, ale i tak go to zaskoczyło. Musiał wycofać się pod jej naporem. Dźwięk uderzających o siebie kawałków cienkiego plastiku był nieprzyjemny, irytujący bardziej, niż dźwięk prawdziwych mieczy.
Na początku strasznie go to rozpraszało.
Wymieniali się szybkimi, krótkimi ciosami. Trochę zbyt poważnymi, jak na miejsce i okoliczności, ale taka już chyba była natura półboga. I tak się powstrzymywali: plastikowe rekwizyty nie były stworzone do prawdziwego sparingu.
Chait był słabszy od Dahlii, ale był od niej szybszy i bardziej zręczny. Niewiele, ale wystarczająco, by prowadzić bardziej wyrównany pojedynek.
Chociaż ciężko było nazwać to pojedynkiem, gdy broń była największym przeciwnikiem.
Przy każdym cięciu plastik wydawał niepokojący dźwięk. Każde pchnięcie i każdy zablokowany atak sprawiały, że szabelka wyginała się w nienaturalny dla niej sposób.
Chait sparował kolejny cios, a na plastiku został ślad po startej farbie.
Poprawił uchwyt i wyprowadził kolejny atak. Dahlia zablokowała uderzenie. Naparł mocniej, nie pozwalając jej odzyskać kontroli. Broń wydała niepokojący dźwięk.
Szabelka zgięła się w sposób, w który nigdy nie powinna się zgiąć i tak już pozostała. Przez ułamek sekundy Chait zastanawiał się, czy rzucić nią jak bumerangiem – przede wszystkim ku swojej własnej uciesze. Może rozbawiłby też Dahlię. Na pewno nie byłoby w tym nic złego, dopóki w nikogo by nią nie trafił.
W końcu jednak odsunął się, stanął prosto, jeszcze przez chwilę patrząc na to, co przed chwilą było rekwizytem. Potem podniósł wzrok.
– Cóż. To… chyba oznacza, że przegrałem. – Uśmiechnął się, rozkładając ręce w bezradnym geście.
Zanim zdążyła mu odpowiedzieć, gdzieś zza barierek dotarły do nich piski i klaskanie. Odwrócili się w dokładnie tym samym momencie.
Grupka dzieci, w większości tych trochę starszych, wpatrywała się w nich z błyszczącymi oczami. To te młodsze, w liczbie sztuk trzech, piszczały i klaskały. Jedna z dziewczynek podeszła pod same barierki, zaciskając na nich dłonie i nie odrywając wzroku od Dahlii. Za nimi, bliżej tego dużego statku, Chait zauważył jednego z koordynatorów. Przyglądał im się, ale ciężko było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Nie wydawał się zły, ale mogło to być krótkie i mylne wrażenie.
Chait zerknął kątem oka na Dahlię. Potem uśmiechnął się promiennie do dzieciaków, kłaniając się im teatralnie i po cichu chowając zgiętą szabelkę za plecami.
Skoro dzieciaki tak dobrze się bawiły, to nie zamierzał teraz im tego niszczyć.


Dahlia?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 13 marca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Sezony ogórkowe były dobijające, szczególnie latem.
Z roku na rok przybywało jej coraz mniej zleceń, co miało związek z brakiem zainteresowania gazetami w tych czasach. Już się przyzwyczaiła, że świat coraz bardziej zasuwał w stronę wszechobecnej technologii opierającej się na prądzie, ale opcja utraty stałej pracy była stresująca. W dodatku dowiedziała się, że chcą produkować masowo gównoartykuły na stronie internetowej za pomocą AI, na co tylko reagowała westchnięciem. Może wróci do Obozu, założy obok wioskę o jakiejś wdzięcznej nazwie, na przykład Nowe Saloniki, i będzie sadzić choćby marchew? Boscy rodzice mogliby naprawdę pomyśleć nad paczkami ze wsparciem finansowym dla dzieci, biorąc pod uwagę wszechobecność prądu. Czy by się dało pozwać boga za brak BHP i narażanie na większy uszczerbek na zdrowiu? Wysoki sądzie, w tych czasach to nawet żelazka mają wi-fi i AI.
Wszystko to sprawiało, że łapała się każdego zlecenia. Wszystko, byleby utrzymać mieszkanie, siebie i mieć jakieś grosze na kupno działki gdzieś w dupie USA. To był też na szczęście idealny sezon na szukanie pracy w parkach rozrywki, w których kiedyś pracowała, ale mimo dobrych zarobków wolała siedzieć w mieście.
Parki rozrywki były o tyle fascynujące, że dzieci się jej tak nie bały. Nawet gdy się przebierała za jakiegoś złodupca, im to nie przeszkadzało, a młodsze dzieci były na tyle przyklejone do tabletów, że im było wszystko jedno. Dahlii to pasowało, dorośli ludzie też jakoś przyjaźniej się odnosili do niej, myśląc, że blizny są narysowane. Z pracownikami sprawa była nieco inna, szczególnie gdy przyjeżdżali imigranci z problematycznymi nawykami. Dalej wzdrygała się na myśl o zasyfionym baraku, obok którego miała nieszczęście pomieszkiwać wtedy.
Gdy przyjechała, z zadowoleniem stwierdziła, że tak dużo się nie zmieniło. Owszem, sama struktura dla gości się zmieniała, ale kulisy były identyczne, zasady również. Było to na swój sposób satysfakcjonujące, że nie musieli uciekać się do rozwiązań „ułatwiających życie”, od których tylko głowa bolała.
Od tygodnia kierownicy i bywalcy narzekali, jak to mieli w zwyczaju, na nowo przybyłych. Nie wchodziła z nimi w dyskusje, ale miała swoje zdanie na ten temat i współczuła tym, którzy byli zostawieni sami sobie. Pamiętała swoje pierwsze kroki, pamiętała również wywalczenie jakiegokolwiek respektu i od tamtej pory informowali ją o wszystkim, co powinna była wiedzieć. Ile czasu i pieniędzy może zająć wydrukowanie kartek z zasadami? Naklejenie strzałek na podłodze? Manager nie przyjmował tego do wiadomości, w dodatku komentował coś o upadku czasów, prowadzeniu za rączkę i płatkach śniegu. Przynajmniej tym razem doceniał ich obecność, bo bardzo dużo ludzi zachorowało (ktoś mówił o epidemii dżumy, oby w żartach), a część się wykruszyła z niejasnego powodu.
Pośród nowych osób zauważyła znajomą twarz. Jednak nie na tyle znajomą, żeby mogła sobie przypomnieć, jak ma na imię i skąd go zna. Raczej nie mieszkał w San Francisco? Aparycja też nie pomagała, bo nie wyglądał na tyle charakterystycznie na tle innych ludzi, ot krótkie i rozczochrane włosy, sympatyczna twarz i oczy porzuconego szczeniaka. Oby nie kojarzyła z Obozu, już wystarczająco wpadała przypadkiem na innych półbogów. Tak, jakby los igrał z nią, bo im czym więcej się izolowała od innych, tym bardziej ich przyciągała i zawracali jej głowę. Miała z nikim się nie spotykać, a teraz pomaga Arnar w odhaczaniu rzeczy z tej głupiej listy, jeszcze prawdopodobnie dostanie zaproszenie na ślub, gdzieś w rzędach z przodu. Jak nie ono, to jeszcze ci z rzymskiego obozu, ściągający na nią arcyciekawe potwory. Tu, w tym cholernym parku rozrywki, liczyła na to, że będzie odpoczywać od nich. Jeszcze dostaje tego typa do pary, według starej zasady „przydziel świeżaka do weterana”.
Nawet jeżeli go kojarzyła, to widocznie nie było to obustronne. Albo starał się tuszować ten fakt i mu to dobrze wychodziło. Jeżeli nie chce jej znać, czemu by miała zmienić status quo? Co prawda, byłoby miło, jakby przestała mieć pustkę w głowie za każdym razem. Jeżeli półbóg, to jaki domek? Raczej nie z tych najsilniejszych bogów, oni mieli swoją charakterystyczną aurę. A może bez sensu szuka, bo to śmiertelnik? Tak czy siak, nie ma zamiaru wchodzić w rozważania, bo jeszcze będzie źle wykonywać swoją pracę.
— Poradzimy sobie sami, mamy dzisiaj proste rzeczy.
Stanęła przed tablicami, z naklejonymi tabelkami i nazwami stanowisk.
— Masz swoją kartę?
— Tak. — Wyciągnął szybko plastik z kieszeni spodni.
— Na niej masz swój numer. Jak nie wiesz, co robić, to możesz tutaj poszukać. — Stuknęła w tablicę, przy dziale pirackim. — Masz tutaj też godziny swoich zmian.
— Ma sens.
— Przypomnij mi, jak masz na imię?
Na ułamek sekundy się zawahał, po czym odpowiedział z uśmiechem.
— Chait.
— Chait, idziemy teraz na strefę. Tam się przebieramy. — Przejechała kartą przez rejestrator czasu pracy. — Pamiętaj, żeby zawsze zbliżyć tą kartę, jak zaczynasz robotę i ją kończysz. Karta jeszcze zapewnia ci wstęp na strefy dla pracowników, także postaraj się jej nie zgubić. Jak pewnie zauważyłeś, kierownik jest dosyć… drażliwy.
— Ciężko przeoczyć. Ciekawe, jakie ma ciśnienie na co dzień.
Uśmiechnęła się pod nosem. Wytłumaczyła mu jeszcze parę rzeczy, wykorzystując fakt, że droga na piracką strefę była jedną z dłuższych w tym przybytku. Chait był całkiem w porządku, jeszcze wspominał coś o doświadczeniu w pracy z dziećmi, słuchał jej uwag i odpowiadał grzecznie. Przez ten cały czas jednak się zastanawiała nad tym, jak specyficzne było imię i jak z tego powodu miała déjà vu. Na pewno kiedyś się widzieli, praktycznie znała tylko jedną osobę z tym imieniem. Z obozu, bo pamiętała rozważania z Hermesiakami, jakie w ogóle dzieciaki teraz mają imiona. Który to był rok? Drugi czy trzeci w obozie? Ile mogła mieć wtedy paciorków, które w tym momencie leżały gdzieś na dnie szafki w mieszkaniu w San Frisco, czekające na zapomnienie?
Gdy byli już przebrani (Chait obwiązał sobie głowę czerwoną chustą i przytroczył sobie pas z repliką strzelby, Dahlia stawiała na prostotę za pomocą koszulki w niebieskie pasy), wdrapali się na statek. Mieli towarzyszyć głównemu aktorowi, kapitanowi, który wygrażał śmiejącym się dzieciakom. Nie mieli bezpośredniego kontaktu z odwiedzającymi, bardziej stanowili tło i pilnowali, czy jakiś łobuz nie przeskakuje przez barierki. Bycie piratem było o tyle wspaniałe, że mogli pozwolić sobie na trochę straszenia plastikową szabelką. Gdy któryś z aktorów chciał odpocząć, przenosił jakieś skrzynki czy beczki z miejsca na miejsce. Dahlia nawet nie musiała mówić, samo stanie z założonymi rękami budziło respekt. Za to Chait miał swego rodzaju dryg, pomijając jego koszmarny „piracki” akcent, wchodził chętnie w rozmowy, machał końcówką liny nad głowami dzieciaków i wtórował kapitanowi. Innymi słowy, dobrze mu wychodziło i nie trzeba było go pilnować.
Kiedy mieli przerwę, mieli zapewnioną wodę oraz jakieś przekąski. Były to zazwyczaj brzydkie wypieki oraz uszkodzone lizaki, które nie mogły być wystawione do sprzedaży w strefie gastronomicznej, ale były wciąż zdatne do spożycia. Kiedy skończyła jeść swoją bułkę, zagadała od niechcenia.
— Skąd jesteś, Chait?
Nawet nie był zaskoczony pytaniem. Możliwe, że się spodziewał, że w końcu zacznie go wypytywać.
— Mieszkam teraz w Nowym Jorku. A ty?
— Właśnie w San Francisco, stąd mam blisko. Do Nowego Jorku stąd to szmat drogi. Samolot?
Chait prychnął śmiechem, kręcąc głową.
— Żartujesz?
— Chciałbym. Skorzystałem z podwózki, żeby trochę przyoszczędzić.
— Nie zazdroszczę.
Nowy Jork. To by pasowało, większość dzieciaków z Obozu Herosów przechodziła do tego nieszczęsnego miasta. Nie drążyła dalej, zawsze mogą ignorować fakt, że prawdopodobnie mijali się kilka razy dziennie przy tych cholernych polach truskawek. Czy też jedli kolację przy ognisku, wrzucając ofiary dla swoich boskich rodziców. Mogą, na przykład, poudawać śmiertelników. „Totalnie mamy normalne życie, żaden potwór na nas nie czycha i naszym największym zmartwieniem jest zgubienie karty oraz podatki, haha”.
Słońce już tak nie grzało, przez co wszyscy mogli paradować z ulgą w przebraniach, szczególnie po przerwie. Jerry, odgrywający kapitana, był potrzebny do odegrania scen przy rollercoasterach, przy których zbierało się najwięcej ludzi. Dahlia i Chait zostali sami na mniejszym statku, na większym dział się jakiś pokaz z kartami.
— Co mamy robić?
— To, co tej pory. Chyba że wolisz robić coś innego.
— A jakie są opcje?
Zważyła w rękach plastikową szabelkę. Odwróciła się do Chaita, z miną „rzucam ci wyzwanie”.
— Masz ochotę na sparing?


Chait?
────
[1304 słów: Dahlia otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 12 marca 2026

Od Chaita do Dahlii — „Haul Away Joe”

Nie spodziewał się, że wywiezie go za pracą gdzieś poza Nowy Jork. Nigdy nie brał takiej opcji pod uwagę – nie było potrzeby. Zawsze znalazło się coś do roboty. Czasem tracił tę robotę przez szczury, czasem trwała tylko jeden sezon, ale zawsze trafiała się jakaś kolejna i naprawdę nie miał na co narzekać.
Możliwe, że nie miało to żadnego znaczenia. Prawdopodobnie nie miało, bo to nie tak, że wyjeżdżał przez brak pracy. W sumie to nawet nie wyjeżdżał na stałe. Raczej nie zdecydowałby się na wyjazd na stałe. To jeden z jego pracodawców – ten, z którym pracował regularnie, związany z organizacją festynów i zajęć dla dzieci – dał mu znać o nowej propozycji pracy. Kolejnej pracy na chwilę. Chait nie wiedział, czy szef polecił go, ponieważ uważał go za dobrego pracownika, czy zwyczajnie z litości.
Albo sadyzmu. Po czasie skłaniał się głównie ku tej opcji. Pokonał zdecydowanie zbyt wiele kilometrów i nie potrafił docenić tego, że nie pokonał ich najbardziej uciążliwym środkiem transportu, jaki miał do wyboru. Wolałby pokonać je w sposób bardziej odpowiedni dla gówniarza Iris, ale głupio było odmówić, gdy inny pracownik zaproponował mu wspólną podróż. Nie jechali dokładnie w to samo miejsce, na polu bitwy Chait miał zostać już kompletnie sam.
Spodziewał się, że nie dojadą na miejsce w jednym kawałku, więc faktyczne pojawienie się pod bramą parku rozrywki było zadziwiająco miłym, przynoszącym ulgę uczuciem.
W miejscu przyszłej swojej nowej pracy tymczasowej pojawił się na czas, nawet chwilę przed, po tym, jak udało mu się przespać kilka godzin w tanim hostelu pół godziny piechotą od parku. Pracodawca zapewniał swoim pracownikom zniżki, co też przyjął z pewną ulgą.
Ostatnio coraz częściej pojawiał się przed czasem, a nie na styk lub grzecznie spóźniony. Normalnie pewnie ludzie by go za to chwalili, ale wśród jego grona znajomych był to raczej powód do nowych żartów.
Poczuł się przytłoczony okolicą, jeszcze zanim udało mu się dobrze wejść na teren obiektu. Zapytał o pomoc jednego z pracowników, uśmiechając się do niego grzecznie i ignorując palące, oceniające spojrzenie, którym go przywitano. Optymistycznie założył, że stoi za tym zmęczenie okropnie ciężką pracą, a nie jakiś prywatny problem do przyjezdnych.
Pracownik wskazał mu drogę pełnym zniechęcenia gestem, na który Chait zareagował jeszcze szerszym uśmiechem, trochę zbyt beztroskim „dziękuję!” i machnięciem dłonią tak energicznym, że starczyłoby tego dla nich obu. Poprawił jeszcze zwisający z ramienia plecak, kierując się do odpowiedniego budynku.
Dopiero przekraczając próg, poczuł, że chyba jednak odrobinę się stresuje. Pracował na festynach, jako animator i na obozach z dziećmi, ale nigdy w tak ogromnym parku rozrywki. Zakładał, że tutaj może to wyglądać nieco inaczej. Przeszedł wąskim korytarzem, z dłońmi dalej zaciśniętymi na ramionach plecaka, bezmyślnie przeplatając między palcami regulację.
Zajrzał do pierwszego napotkanego pomieszczenia. W środku kręcili się jacyś ludzie. Większość z nich musiała być w jego wieku, niektórzy może trochę starsi, kilku młodszych, ale bardzo niewiele. Jeden chłopak, z tych trochę młodszych, od razu go zauważył.
– Nowy?
Chait skinął głową.
– Tutaj możesz zostawić rzeczy. Zaraz będziemy rozdzielać obowiązki, to pewnie ci powiedzą, co i jak.
Chciał dodać coś jeszcze, ale ktoś coś do niego zawołał. Obejrzał się przez ramię, potem spojrzał przepraszająco na Chaita i wyszedł, rzucając jeszcze coś o tym, że w razie pytań służy pomocą. Chait i tak nie planował korzystać z tej oferty, bo dzieciak i bez tego wyglądał na rozchwytywanego. Jakoś sobie poradzi. Jak zawsze.
Odłożył plecak we wskazane mu miejsce, witając się z kilkoma innymi, tymczasowymi pracownikami i przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Stanął trochę z boku, by nie przepychać się między ludźmi i oparł się o ścianę, starając się nie przyglądać pozostałym zbyt nachalnie.
– Potrzebujemy dodatkowych ludzi w kilku sekcjach.
Podniósł głowę, dopiero gdy usłyszał mocny, stanowczy głos. Należał do mężczyzny, trochę starszego od reszty znajdujących się w pomieszczeniu osób. Obrzucił ich wszystkich spojrzeniem kogoś, kto nie do końca lubi swoją pracę, a potem kontynuował. Chait był w stanie tylko w połowie skupić się na jego poleceniach: ktoś miał iść przebrać się za jakąś postać, kilka innych osób miało pomóc gdzieś indziej, ktoś w jeszcze jakimś innym miejscu. Mężczyzna przez cały ten czas ani razu nie spojrzał na Chaita.
Wskazani pracownicy zbierali się powoli, niektórzy bardziej ociężale od innych, ale pomieszczenie stopniowo pustoszało.
– Dobra, a wasza dwójka. – Tutaj w końcu mężczyzna spojrzał na Chaita. Ten wyprostował się, uśmiechając przyjaźnie. – Wy pójdziecie do sekcji pirackiej, bo kilku aktorów się rozchorowało.
Piraci. Chait prawie parsknął śmiechem. Znał jedną osobę, której coś takiego albo bardzo by się spodobało, albo śmiertelnie by się obraziła. Nie rozmawiał z tą osobą już bardzo długo.
Dopiero kiedy kierownik (Chait nie był pewny, czy tu funkcjonuje takie nazewnictwo. Zamierzał go używać, bo było logiczne) wskazał kierunek i ruszył do wyjścia, nie przejmując się tym, czy trafią na miejsce, Chait spojrzał na tę drugą osobę. Wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, o ciemnych włosach i z bliznami na twarzy.
Zmarszczył na sekundę brwi, ale zaraz wyszczerzył zęby w uśmiechu, mrużąc delikatnie oczy. Nie chciał, by źle odebrała jego zachowanie.
– Chyba dalej musimy poradzić sobie sami – zauważył zamiast przywitania.
Na usta cisnęły mu się inne słowa, myślał też o czymś kompletnie innym niż szukanie ich nowego miejsca pracy. Nauczony doświadczeniem nie zadał tego pytania, które pojawiło mu się z tyłu głowy, bo zwykle kończyło się ono bardzo źle.
Zresztą, pewnie i tak tylko mu się wydawało. Wiedział, że przed nim nie stoi śmiertelniczka, ale to przecież jeszcze nic nie znaczyło.
Uniósł dłoń, by puścić kobietę przodem w kierunku, który wcześniej wskazał im kierownik.


Dahlia?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]