Poprzednie opowiadanie
Isai patrzył na troglodytę przez kilka długich sekund, niezdolny zdecydować, czy alkohol powoduje halucynacje, czy może jedynie pogarsza istniejącą rzeczywistość – bo przecież nie mogła być to prawda, odrzucał taką możliwość i gorąco się jej sprzeciwiał. Może tequila mieszała się z Mgłą i zamiast ukrywać potwory pod postacią ludzi, kryła ludzi pod mitologicznym płaszczem. Może tak naprawdę wcale nie był to człekokształtny płaz, tylko pospolity menel.
Naprawdę wolałby menela.
Jednak pysk, rozciągnięty w głupkowatym uśmiechu, był zdecydowanie żabi. Wytrzeszczone oczy mrugnęły powoli. Najpierw prawe, potem lewe. Oba, zupełnie jak pysk, bez wątpienia żabie. Cała żabia postać zabulgotała z zadowoleniem:
– Pssssyjaciel.
Isai zamknął drzwi.
Spokojnie docisnął skrzydło do futryny, bez trzasku, i przekręcił zamek. Jak kulturalny, cywilizowany człowiek, kończący właśnie fałszywie uprzejmą rozmowę ze starszą panią, zdeterminowaną, by sprowadzić przebrzydłego pedała na drogę jasności.
Oparł czoło o chłodne drewno i zacisnął powieki. Mógł wrócić do sypialni. Powinien wrócić do sypialni. Jeszcze nie wszystko musiało być przecież stracone. Wystarczyło przekonać futbolistę, że wciąż jeszcze mogło być miło. Że mógł zrobić z Isaiem na co tylko miał ochotę.
Mógł próbować utopić się w dotyku, skoro alkoholu na to było za mało.
Tym razem pukanie było ciche i niemal uprzejme.
– Odejdź. – Zabrzmiało to dużo bardziej jak prośba, niż polecenie.
– Pssssyjaciel.
Isai zaśmiał się cicho, bez sił.
– Chamaco, powtarzanie tego nie zmieni rzeczywistości. Uwierz, próbowałem tej metody z wieloma rzeczami.
Zza drzwi dobiegło szuranie.
– Głodny.
– Fantastycznie. Znajdź sobie jakąś knajpę, śmietnik, innego frajera z lodówką, wisi mi to.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Isai odczekał chwilę. Potem kolejną. Otworzył oczy.
Odetchnął słabo i odsunął się od drzwi. Jak na życzenie, troglodyta zapukał jeszcze raz, pojedynczo.
– Ssssam.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Nie. Nie sam. Bardzo, bardzo nie sam. I bardzo, bardzo zajęty.
Troglodyta wciąż pukał. Jednostajnie, niemal cicho, z cierpliwością, która właśnie skończyła się Isaiowi. Pękła niczym mydlana bańka i nie zostało z niej nic, nawet truchełko.
Może dlatego właśnie popełnił błąd i otworzył drzwi na całą szerokość, gotów zapomnieć o drobnostkach takich jak cisza nocna. Na końcu języka miał już wszystkie hiszpańskie wyzwiska, obsmarowujące gównem troglodytę i cały jego rodowód trzy pokolenia wstecz.
Potem długo zastanawiał się, czemu słowa, które tak wyraźnie huknęły w jego głowie, uwięzły mu wtedy w gardle. Czy było to spowolnienie spowodowane alkoholem, który wciąż oblepiał wszelkie działanie? Czy może cała złość była zbyt słaba i wypaliła się z podjęciem jednej czynności, zostawiając po sobie zmęczoną obojętność. Bo chyba nie był na tyle naiwny, żeby liczyć, że wystarczy mu zgromić troglodytę spojrzeniem i ten po prostu zniknie w mętnym półmroku klatki schodowej.
Drzwi otworzyły się na całą szerokość i Isai nie powiedział nic. Dla troglodyty musiało być to wystarczającym zaproszeniem, by ruszyć przed siebie. Isai warknął pod nosem coś pomiędzy uprzejmym „nie”, a pozbawionym przekonania „wypierdalaj” i spróbował jeszcze zamknąć drzwi. Równie dobrze mógłby siłować się z zaparkowanym samochodem. Potwór nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, nie szarpnął nagle, nie rzucił się na półboga. Po prostu parł naprzód z pobłażliwą cierpliwością i znalazł się wewnątrz mieszkania, a Isaia uderzyła żenująca refleksja, że może jednak powinien kiedyś po ludzku pójść na siłownię, zamiast wiecznie polegać na magii (której wezwanie też szło mu ostatnio dziwnie topornie).
Przez kilka chwil tylko patrzył z otępieniem na niechcianego gościa. Nie zaprotestował, gdy troglodyta strącił jego dłoń z klamki i zamknął grzecznie drzwi. Zamiast zdobyć się na jakąkolwiek logiczną reakcję, zaczął się zastanawiać, czy określenie niechciany gość było w ogóle właściwe, czy może jednak powinien mówić już o włamywaczu.
Kulturalnym włamywaczu, jak wcześniej nazwał go futbolista.
Ciekawe, czy facet nadal siedział na łóżku jak przestraszony nastolatek, czy zdążył się już znudzić tym wszystkim i skorzystał ze schodów pożarowych jako drogi ucieczki.
Z otępienia wyrwała go seria mlaśnięć i dźwięków na pograniczu słów. Nie wyłapał wyraźnie żadnego z nich, ale i tak nie spodziewał się, by któreś z nich mogło wykraczać poza znany mu już repertuar związany z żebraniem o jedzenie.
– Powiedziałem, że... – Isai urwał. Przecież i tak powtórzenie, że nie, że się nie zgadza, że troglodyta znalazł się jakimś magicznym sposobem po złej stronie drzwi, nic by nie zmieniło. Westchnął, przegrany, i omiótł przybłędę ponurym spojrzeniem.
Na ramionach miał zbyt dużą kurtkę, znalezioną pewnie w jakimś śmietniku. Była poplamiona i podziurawiona. Spodnie miał przykrótkie i poszarpane. Od stworzenia bił zapach ziemi, deszczu i czegoś, nad czym Isai nie chciał zastanawiać się zbyt długo, ale co zdecydowanie nie towarzyszyło mu podczas ostatniej wizyty. Potwór patrzył na niego z zadowoleniem wymalowanym na pysku.
Isai przejechał dłonią po twarzy. Sam był sobie winien, nie miał co do tego żadnych złudzeń. Było zupełnie jak z Gatito (chociaż Gatito miał oczywistą przewagę bycia uroczym kotkiem). Raz dał przybłędzie pełną miskę i przybłęda postanowiła się do niego przykleić.
– Jeśli dam ci coś do jedzenia, pójdziesz sobie? – zapytał pozbawionym barwy głosem.
Troglodyta postąpił mały krok do przodu, jakby zbliżał się do przestraszonego zwierzątka, a nie pijanego półboga, i uśmiechnął się szerzej. Wskazał śluzowatym palcem najpierw w kierunku salonu, a potem na Isaia. Mlasnął raz, drugi, jakby szukał właściwych słów... ale ostatecznie zamiast ludzkiej mowy, zdobył się jedynie na żabi rechot. Półbóg zamrugał bez zrozumienia i na wszelki wypadek odpowiedział:
– Nie.
Troglodyta posmutniał jakby, ale zamiast się wykłócać, poczłapał do niewielkiej kuchni. Isai ruszył za nim.
– Dostaniesz coś i znikasz – przypomniał. – Nie rozsiadasz się w salonie. Nie dotykasz niczego. Nie liżesz niczego. Nie—
Troglodyta zdążył sięgnąć do drzwi lodówki. Wiedział już, że jej drzwi trzeba szarpnąć mocniej, bo uszczelka przywierała. Otworzył ją bez wahania i zaczął przeglądać zawartość. Isai gdzieś podświadomie wiedział, że powinien się zirytować, może nawet sięgnąć ponad ramieniem stworzenia i zamknąć drzwi. Nie zrobił tego. I tak w lodówce nie było wiele więcej niż światło i resztka ginu.
– Doskonale – mruknął. – Świetnie. Cieszę się, że uzgodniliśmy warunki, na które wszyscy się zgadzamy.
Za plecami Isaia skrzypnęła podłoga. Półbóg zwiesił głowę, zamknął oczy i odetchnął głęboko. Szybko pożałował tej decyzji – stał zdecydowanie zbyt blisko troglodyty, by móc cieszyć się jakkolwiek świeżym powietrzem. Cofnął się o krok, przełknął falę nudności i spojrzał wreszcie na futbolistę.
Mężczyzna stał na środku przejścia do salonu. Zdążył się ubrać w czasie, który Isai spędził na podejmowaniu kolejnych złych decyzji. Przez moment mierzyli się spojrzeniami. W końcu wzrok mężczyzny przesunął się na troglodytę. Mgła najwyraźniej znalazła jakąś znośną wersję rzeczywistości, bo nie zaczął panikować. Isai nie miał pojęcia, co dokładnie mu podsunęła.
– A to, kurwa, kto?
Pytanie było nieuniknione i Isaias Senvi powinien mieć przygotowane na nie co najmniej kilka dobrych odpowiedzi. W końcu, to szło mu zawsze najlepiej: czarowanie prawdy. Nonszalanckie dopasowywanie narracji świata na swoją korzyść kilkoma dobrze dobranymi słowami.
Charyzma jednak najwyraźniej postanowiła zostać w łóżku i nie brać udziału w tym zamieszaniu.
– To... mój kuzyn – imbécil. Un completo idiota.
Futbolista uniósł brwi.
– Kuzyn.
– Adoptowany – dodał Isai bez przekonania. – Moja rodzina jest postępowa. I skomplikowana. Głównie skomplikowana... Nie, tego nie możesz – zwrócił się do troglodyty, właśnie wyciągającego z lodówki małe, plastikowe pudełko.
Nim zdążył otworzyć wieczko, Isai wyrwał mu je z łap i odłożył na miejsce. Zatrzasnął drzwi, zanim potwór sięgnął po kolejną rzecz (Isai obawiał się, że tym razem padnie na tę smutną resztkę ginu).
– Jest też... niepełnosprawny – rzucił przez ramię. – Dlatego czasem pojawia się bez zapowiedzi. I nie rozumie granic. Pracujemy nad tym.
Troglodyta w końcu zwrócił uwagę na obecność futbolisty i pomachał do niego entuzjastycznie. Facet skrzywił się. Nie odmachał.
– Jesteś pojebany – skierował słowa do Isaia.
– Tak – przyznał Isai odruchowo, krzyżując ręce na piersi.
Futbolista pokręcił głową i zaśmiał się krótko. Było w tym dźwięku coś nieprzyjemnie znajomego. Coś na granicy ostrzeżenia.
– Jeszcze przed chwilą zachowywałeś się jak zdesperowana kurwa, byle ktoś na ciebie spojrzał, a teraz masz mnie w dupie, bo o trzeciej nad ranem przyszedł twój adoptowany kuzyn?
No właśnie cię nie mam, prawie odpowiedział mu Isai, bo ta część zarzutu wydała mu się najbardziej istotna, po czym zdał sobie sprawę, że kwestie semantyczne tego stwierdzenia nie były jednoznaczne. Patrzył więc na mężczyznę w milczeniu. Wiedział, gdzieś głęboko, że riposta powinna przyjść naturalnie, lecz teraz wszystkie odpowiedzi gdzieś utonęły. Miał otępiałą świadomość, że futbolista właśnie przestał być czymkolwiek więcej niż rozczarowaniem. Jednocześnie jakaś jego cząstka – może ta pijana, albo właśnie ta trzymająca się resztek trzeźwości – zaczęła machać karteczką: zagrożenie. Czemu? Przecież słowa go nie dotknęły, nie mogło go dotykać coś tak miałkiego. Chodziło o mięśnie? O wzrost? O to, że facet był mniej pijany? Przecież radził sobie z poważniejszymi problemami niż facet z dotkniętym ego. Zdesperowana kurwa. Może faktycznie nią był. Zagrożenie? Może rozwiązanie. Porażka, pomyłka, rozczarowanie.
Cállate, cállate, CÁLLATE.
– Możesz już iść – usłyszał nagle własny głos, i wszystkie inne ucichły.
Nie był pewien, kiedy podjął decyzję, żeby to powiedzieć, ale był sobie bardzo wdzięczny. Był tak cholernie zmęczony.
Wzdrygnął się, słysząc obok siebie, gdzieś poza polem widzenia, szelest. Obrócił głowę i napotkał widok troglodyty siłującego się z opakowaniem krakersów. Ah. No tak. Bez słowa wyciągnął opakowanie z łap potwora, otworzył je i mu je oddał.
Futbolista zmarszczył brwi i przez chwilę patrzył na niego, jakby oczekiwał czegoś… czegoś. Czegoś więcej, być może.
– Serio?
– Mhm. – Isai skinął głową i ruszył przed siebie.
Podłoga zdawała mu się wić pod bosymi stopami niczym gniazdo pierdolonych węży, jakby nawet samo mieszkanie chciało mu zrobić teraz na złość i rozchwiać jego krok. Minął swoje futbolowe rozczarowanie, blisko, wystarczająco blisko, by poczuć jego ciepło i zapach perfum wymieszanych z potem i alkoholem. Dotarł do drzwi i je otworzył. Oparł się o framugę i patrzył na mężczyznę wyczekująco.
Może powinien był go zapytać o imię...?
Mężczyzna stał w bezruchu przez jeszcze chwilę, diabli wiedzą, jak krótką bądź długą, bo Isaiowi czas zdążył się w jej ciągu zagiąć co najmniej kilka razy, porobić pętle, piruety, skoczyć do przodu i potulnie wrócić na swoje miejsce. W końcu – prychając pod nosem – futbolista ruszył w stronę salonu. Z oparcia fotela podniósł swoją kurtkę, sprawdził kieszenie i zarzucił ją na ramiona.
Drzwi były otwarte dostatecznie szeroko, by mógł swobodnie wyjść. Ale przeszedł blisko, wystarczająco blisko, by Isai znów poczuł jego ciepło i zapach i–
Isai zachwiał się o krok, trącony barkiem z siłą na której przyjęcie zupełnie się nie przygotował. Próg mieszkania przechylił się gwałtownie, panele mieszkania zatańczyły z posadzką klatki schodowej i przez chwilę nie był pewien, po której stronie drzwi stoi. Dłoń zacisnęła się odruchowo na framudze.
Isai odetchnął płytko, mocniej opierając się na ścianie. Poczekał, aż korytarz wróci na swoje miejsce. Przez chwilę patrzył za mężczyzną, bardziej zamroczony własnym zagubieniem w przestrzeni niż urażony o popchnięcie.
Nie poczuł złości i w jakiś sposób ten fakt rozczarował go.
– Miło było – rzucił bez przekonania w półmrok korytarza.
Odpowiedziało mu tylko echo oddalających się kroków.
────
[1739 słów: Isaias otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]