piątek, 2 października 2026

Od Luciena — drabble „Miasto”

Pierwszy raz uciekł z ekipą z Obozu do Nowego Jorku niecałe dwa miesiące po przyjeździe. W głowie miał tylko zabawę, ale też potrzebę powrotu do miejsca, które nijako kojarzył. Nijako, bo większość życia spędził we Francji, a w Ameryce siedział dopiero od dwóch miesięcy z czego w Nowym Jorku był tydzień i to w hotelu.
— Piwo smakowe? Fuuuuj! — krzyknął jakiś dzieciak, inny syn Dionizosa. Miał jakieś dwanaście lat, a w ręce dumnie dzierżył butelkę jasnego piwa.
— Smakowe też jest okej — mruknął Lucien, chowając za plecami dwie butelki cytrynowego piwa.
— Prawdziwi mężczyźni piją tylko czysty chmiel!
— Ty masz dwanaście lat, John.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dante — drabble „Miasto”

— Chcesz wyjść ze mną na miasto?
Zdziwiony, że mu ktoś to w ogóle zaproponował, uniósł głowę. Przed nim stał młody chłopak, z którym udało mu się wcześniej nawiązać kontakt. Nawet do końca nie pamiętał, jak miał na imię.
— Na miasto? — powtórzył. — To randka?
Znowu o to zapytał, a mógł zwyczajnie przemilczeć. Był zbyt spragniony bliskości. Oczekiwał, że kiedyś naprawdę dostanie propozycję randki.
— Co? — Chłopak uśmiechnął się niezręcznie. — Uch, myślałem bardziej o przyjacielskim wyjściu.
Ach, no tak. Mógł się przecież tego spodziewać.
Zagryzł policzek od środka i uśmiechnął się promiennie, nie dając po sobie poznać, że w środku zraniło go odrzucenie.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Havu — drabble „Miasto”

San Francisco najpiękniejsze było nocą. Po ulicach w większości pałętali się ludzie, wracający ze swoich zmian bądź pracownicy nocni, którzy dopiero rozpoczynali pracę. Wśród nich kręciły się też rude loki, znudzone, szukające czegoś, co go dzisiaj zabawi lub zaskoczy.
Lubił zatrzymywać się w miejscach, gdzie zwykli przechodnie nie chcieli się zapuszczać. Kucał i rzucał szczurom jedzenie. Czuł więź z tymi stworzeniami. Tak samo, jak one, nie pasował do tego środowiska i czuł się zagubiony.
Kiedy zwierzątka zostały nakarmione, Havu szedł dalej, podziwiając nocną scenerię miasta. Cykl powtarzał się każdego wieczora.
Dziwił się tym, którzy woleli wstawać wraz ze wschodem słońca.

────
[100 słów: Havu otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona — drabble „Miasto”

Gdyby mógł, to wyjechałby w niezamieszkane lasy i tam żył, ale los skazał go na to cholerne miasto z cholernymi klientami, których trzeba było obsługiwać na infolinii.
Czuł się niebywale zmęczony, a jeszcze musiał odebrać telefon od kobiety, która najwyraźniej nie powinna mieć dostępu do takiego sprzętu.
— Nie, nie dodzwoniła się pani na policję.
— Pali się — odpowiedziała z przejęciem, głosem największej wariatki.
Biedna starsza, samotna pani babcia.
— Nie, na straż pożarną też nie.
Już chciał uciąć rozmowę i się rozłączyć, ale kobieta zaczęła w kółko podawać mu cały swój adres, powtarzając przy tym, że jej syna nie ma w domu.

────
[100 słów: Filemon otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Artema — drabble „Miasto”

Pamiętał zgiełk, szum nadjeżdżających samochodów i światła latarni. Szalonych ludzi na Times Square, zarabiających na życie poprzez przeróżne pokazy sztuczek magicznych. Kolorowe światła neonów, zapach tłustego jedzenia, serwowanego w pobliskich restauracjach. Tak na początku wyglądało dla niego miasto — jak miejsce nie do życia, nieznośnie głośne i pozbawione duszy. Bez zieleni. Bez czystego powietrza.
Wiedział jednak, że miasto jest jego ratunkiem. Jego nowym domem. Jedynym, który mógłby wyciągnąć go z opresji. Jednocześnie z bólem, ale też nadzieją chodził po wiecznie zatłoczonych ulicach Nowego Jorku. Z bólem, bo nie potrafił sobie poradzić w zupełnie nowym środowisku, a z nadzieją na lepsze życie.

────
[100 słów: Artem otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 1 października 2026

Od Isaiasa — drabble „Sztylet”

10 lat temu


Siedział na mokrej ziemi, sparaliżowany strachem. Oddychał płytko. Spomiędzy palców zakrywających prawe oko sączyła się krew. Gorąca, lepka, o metalicznym zapachu przyprawiającym o mdłości. Pod powieką pulsował tępy ból.
Lewym okiem patrzył na leżący w kałuży zakrwawiony sztylet.
Musiał spróbować się uleczyć. Spleść zaklęcie. Wstać. Odejść z tego miejsca, znaleźć się jak najdalej od przeklętej broni. Od jej głosu. Od obietnicy, którą powtarzała mu tak długo, że w końcu zabrzmiała jak jego własna myśl i ruszyła jego ręką. Nawet teraz słyszał w głowie jej słodki szept, że powinien dokończyć to, co zaczął.
Przecież jeszcze mógł to zrobić.
Wystarczyło podnieść ostrze...

────
[100 słów: Isaias otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Erin — drabble „Sztylet”

Erin zdarzało się tęsknić za dzieciństwem w Irlandii częściej i mocniej niż się spodziewała. Mimo wszystko miało ono swój klimat. A Halloween? To zdecydowanie była jej ulubiona pora roku — z najciekawszymi aktywnościami, najśmieszniejszymi wspomnieniami, i najpiękniejszymi dekoracjami. Teraz, patrząc na grupkę herosów wycinających uśmiechy dyniom, przypomniała sobie pewną nieznaczącą sytuację sprzed ośmiu lat. Razem z jej przyjaciółką, Mary, spotkały się pierwszy raz na wycinanie dyni. Mary pochwaliła się, że jej wujek z Krakowa robi przedstawienia dla dzieci, wycinając dynie sztyletem. W rzeczywistości jednak okazało się, że przesiaduje na placach zabaw, siejąc postrach wśród rodziców, a uśmiechy w dyniach wycina maczetą.


────
[100 słów: Erin otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Artema — drabble „Sztylet”

Pierwszy sztylet trafił w najbardziej skrajną obręcz tarczy. Kolejny już trafił w sam jej środek. Trzeci minął drugi o zaledwie parę centymetrów.
Artem był bardzo skupiony. Marszczył brwi, kiedy szykował się do rzutu. Wyobrażał sobie, że zamiast tarczy, do drewnianej ściany przyklejone jest zdjęcie jego ojca. Paskudnego i obrzydliwego człowieka. Najgorszego, jakiego poznał w życiu.
Czwarty sztylet poleciał ze świstem. Gdyby mógł, to zamieniłby zdjęcie w prawdziwego człowieka. Mógłby wtedy ostatni raz spojrzeć mu w oczy. Pomyślałby, że na to zasługuje. W końcu jako dzieckiem był jego tarczą. Żywą tarczą. Tylko ojciec zamiast sztyletów trzymał w ręku butelki po piwie.

────
[100 słów: Artem otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Isaiasa — „You've got a friend in me” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

Zamek kliknął miękko, odcinając mieszkanie od reszty świata. Isai oparł czoło o zimną powierzchnię drzwi. Znów. Kręciło mu się w głowie od tego, jak noc zataczała kolejny krąg.
Stał tak przez dłuższą chwilę. Cisza wokół była gęsta, dudniła mu w uszach i nawet nie próbowała się upodobnić do tej ciszy, której wcześniej szukał w bliskości drugiego ciała. Słyszał brzęczenie lodówki i odległy szum ulicy, wpadający przez któreś z uchylonych okien, i huk własnych myśli w głowie. Nie niosły już nawet konkretnych oskarżeń, tylko zmęczenie. Zamiast złości czy wstydu czuł tylko rosnący ciężar własnego ciała, jakby grawitacja postanowiła specjalnie dla niego zadziałać ze zwiększoną siłą. Odrętwiające zmęczenie rozlewało się po kościach.
Obok niego zaszeleściła folia.
Otworzył niechętnie oczy i odwrócił głowę. Troglodyta stał tuż obok. Przypatrywał mu się wielkimi, wilgotnymi oczami z łagodnym, nieco niepewnym uśmiechem – zupełnie jakby to on był człowiekiem, ostrożnie zbliżającym się do dzikiego zwierzęcia. Jedną łapą przyciskał do piersi paczkę krakersów, drugą wyciągał w stronę Isaia. Na płaskiej, śluzowatej dłoni leżało ciastko.
Isai długo patrzył na ten absurdalny dar.
– Masz brudne łapy – zauważył z zaskakującą przytomnością.
Troglodyta zdawał się rozważać tę informację przez chwilę, po czym cofnął łapę i sam zjadł krakersa, całkowicie zadowolony z takiego obrotu spraw. Isai pokręcił głową i z przytłaczającym wysiłkiem odepchnął się od drzwi.
Droga do kuchni, choć liczyła zaledwie kilka kroków, wydawała się teraz nieskończenie długa. Każde postawienie stopy na podłodze wymagało od niego świadomego wysiłku woli. Jedynym, co go pocieszało, był fakt, że tym razem granica między tu, a Rozdrożem, pozostała wyraźna. Z lodówki wyciągnął butelkę z ginem, a z szuflady paczkę Marlboro. Pośród zapasu goldów znalazła się pojedyncza paczka czerwonych, nie wiedzieć jakim cudem. Isai przez chwilę patrzył na nią podejrzliwie, próbując ustalić, czy była jego. Nie pamiętał, żeby ją kupował. Nie pamiętał też wielu innych rzeczy, które znajdował czasami we własnym mieszkaniu, więc nie był to szczególnie mocny argument. Ostatecznie doszedł do wniosku, że w tej chwili było mu to absolutnie obojętne. Wziął czerwone.
Opadł ciężko na kanapę, jak marionetka, której odcięto sznurki. Sprężyny jęknęły cicho pod jego ciężarem. Przez chwilę siedział pochylony, z łokciami opartymi na kolanach, i patrzył tępo na szkło w dłoniach. W końcu odkręcił korek i pociągnął łyk. Skrzywił się przez cierpki, gorzki smak, ale nie miał energii, by poszukać w kuchni czegokolwiek, co mógłby zmieszać z alkoholem. Odstawił butelkę na podłogę. Grawitacja znów pociągnęła go mocniej do siebie. Nie kłócił się z nią, położył się wyciągnięty na kanapie. Przeszło mu przez myśl, że jest mu nieco chłodno, i że nie chce mu się wstawać, by jakkolwiek temu zaradzić. Bardziej zależało mu na zapaleniu. Po chwili siłowania się z folią i własnymi, niezgrabnymi palcami, wsunął do ust papierosa.
Pstryknął. Raz, drugi, chuj. Nie miał siły nawet na tak małe kłamstewko rzeczywistości jak pojedynczy płomień. Wypuścił powietrze przez nos i nie podnosząc się, wyciągnął rękę po leżącą na stoliku zapalniczkę. Ledwie musnął ją opuszkami palców.
– Tú gilipollas – wymamrotał pod nosem.
Spróbował sięgnąć jeszcze raz, napinając mięśnie ramienia, ale kanapa zdawała się wciągać go w siebie niczym ruchome piaski. Zapalniczka leżała zaledwie o centymetr za daleko, złośliwy pomnik jego dzisiejszej porażki. Isai opuścił rękę i sapnął z czystej, bezsilnej irytacji. Przymknął oczy. Gotów był się poddać. Odłożyć papierosa i mieć nadzieję, że sen przyjdzie szybko.
Szelest.
Uchylił powieki. Troglodyta znów był przy nim. Kucnął przy stoliku całkowicie bezszelestnie, co przy jego potężnej posturze wydawało się łamać wszelkie prawa fizyki, i wyciągał w stronę Isaia rękę. Tym razem jednak, zamiast krakersa, trzymał w niej plastikową zapalniczkę.
Isai zamrugał powoli. Spojrzał na szeroki, żabi pysk potwora, z którego bił spokój i wciąż ta sama, absurdalna cierpliwość. Potem przeniósł wzrok na zapalniczkę. Przyjął ją ostrożnie, spodziewając się, że może to jednak jakaś pułapka. Nic się nie wydarzyło.
– Miałeś wziąć jedzenie i wyjść – wymamrotał.
Troglodyta wzruszył ramionami. Odsunął się o krok, usiadł na podłodze naprzeciwko kanapy, oparł plecy o fotel i wsunął do pyska kolejnego krakersa. Nie wyglądał na urażonego taką formą podziękowania.
Isai odpalił papierosa. Gryzący dym wypełnił płuca, przytłumił nieco huk w jego głowie i zasnuł go mgłą. Szansa na absolutną ciszę przepadła, ale jakimś sposobem pustka przestała nagle tak bardzo ciążyć. Może to dzięki nikotynie. Nie był aż tak pijany, żeby przypisać zasługę towarzystwu potwora. Strzepnął popiół na podłogę. Nie miał siły sięgać do popielniczki.
Jednostajny szum mieszkania i miasta za oknami, teraz tak niesamowicie abstrakcyjnego i odległego, co kilka sekund przerywało chrupanie krakersów i szelest opakowania. Na początku go irytowało, gdziekolwiek ten początek się faktycznie zaczynał. Po pewnym czasie stało się częścią tła.
Szelest folii.
Chrup.
Szum.
Szelest.
Chrup.
Szum.
Nie był pewien, jak długo tak trwali – on palący w półmroku i pociągający zimny gin prosto z butelki, i potwór systematycznie opróżniający paczkę ciastek. Nie wiedział już nawet, ile czasu mija pomiędzy kolejnymi myślami. Sekundy rozciągały się w minuty, minuty składały do kilku oddechów. Gdzieś za oknem zatrąbił samochód.
W końcu sen litościwie upomniał się o swoje.

*

Nie potrafił odróżnić, czy obudziło go światło, czy suchość w ustach.
Świt wdarł się pod powieki tysiącem malutkich igiełek. W ustach miał smak popiołu i porażki. Chciało mu się pić tak bardzo, że pragnienie przeradzało się w fizyczny ból. Z żałosnym jękiem odwrócił twarz od okna.
Coś zsunęło się z jego ramienia.
Koc. Leżący wcześniej na fotelu. Nie pamiętał, żeby po niego wstawał. Właściwie był niemal pewien, że gdyby spróbował w nocy się po niego ruszyć, obudziłby się w najlepszym razie na fotelu, a w najgorszym – na podłodze, nie zaś na kanapie.
Isai przejechał dłonią po twarzy. Usiadł powoli, walcząc z żołądkiem podchodzącym do gardła, i rozejrzał się półprzytomnie po pokoju, chociaż nie wiedział nawet, czego właściwie szuka. Jedyne, co mu się rzuciło w oczy, to brak. Nie było ani troglodyty, ani kiepów na podłodze. Spojrzał na stojącą obok kanapy butelkę po alkoholu. Dzięki bogom, że była pusta. Potrzebował wody. Wyłącznie wody, ale to wymagało podniesienia się i przejścia do kuchni.
Mdłe światło poranka wpadające przez okna było bezlitośnie jasne, wibrujące odgłosy z ulicy wdzierały się do czaszki jak wiertło. Ze zrezygnowanym pomrukiem padł z powrotem twarzą w poduszkę.
Sekundę później z sypialni rozbrzmiał ostry, skrzeczący dźwięk budzika. Isaias zaklął siarczyście.

────
[1012 słów: Isaias otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Isaiasa — „You've got a friend in me” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

Isai patrzył na troglodytę przez kilka długich sekund, niezdolny zdecydować, czy alkohol powoduje halucynacje, czy może jedynie pogarsza istniejącą rzeczywistość – bo przecież nie mogła być to prawda, odrzucał taką możliwość i gorąco się jej sprzeciwiał. Może tequila mieszała się z Mgłą i zamiast ukrywać potwory pod postacią ludzi, kryła ludzi pod mitologicznym płaszczem. Może tak naprawdę wcale nie był to człekokształtny płaz, tylko pospolity menel.
Naprawdę wolałby menela.
Jednak pysk, rozciągnięty w głupkowatym uśmiechu, był zdecydowanie żabi. Wytrzeszczone oczy mrugnęły powoli. Najpierw prawe, potem lewe. Oba, zupełnie jak pysk, bez wątpienia żabie. Cała żabia postać zabulgotała z zadowoleniem:
– Pssssyjaciel.
Isai zamknął drzwi.
Spokojnie docisnął skrzydło do futryny, bez trzasku, i przekręcił zamek. Jak kulturalny, cywilizowany człowiek, kończący właśnie fałszywie uprzejmą rozmowę ze starszą panią, zdeterminowaną, by sprowadzić przebrzydłego pedała na drogę jasności.
Oparł czoło o chłodne drewno i zacisnął powieki. Mógł wrócić do sypialni. Powinien wrócić do sypialni. Jeszcze nie wszystko musiało być przecież stracone. Wystarczyło przekonać futbolistę, że wciąż jeszcze mogło być miło. Że mógł zrobić z Isaiem na co tylko miał ochotę.
Mógł próbować utopić się w dotyku, skoro alkoholu na to było za mało.
Tym razem pukanie było ciche i niemal uprzejme.
– Odejdź. – Zabrzmiało to dużo bardziej jak prośba, niż polecenie.
– Pssssyjaciel.
Isai zaśmiał się cicho, bez sił.
– Chamaco, powtarzanie tego nie zmieni rzeczywistości. Uwierz, próbowałem tej metody z wieloma rzeczami.
Zza drzwi dobiegło szuranie.
– Głodny.
– Fantastycznie. Znajdź sobie jakąś knajpę, śmietnik, innego frajera z lodówką, wisi mi to.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Isai odczekał chwilę. Potem kolejną. Otworzył oczy.
Odetchnął słabo i odsunął się od drzwi. Jak na życzenie, troglodyta zapukał jeszcze raz, pojedynczo.
– Ssssam.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Nie. Nie sam. Bardzo, bardzo nie sam. I bardzo, bardzo zajęty.
Troglodyta wciąż pukał. Jednostajnie, niemal cicho, z cierpliwością, która właśnie skończyła się Isaiowi. Pękła niczym mydlana bańka i nie zostało z niej nic, nawet truchełko.
Może dlatego właśnie popełnił błąd i otworzył drzwi na całą szerokość, gotów zapomnieć o drobnostkach takich jak cisza nocna. Na końcu języka miał już wszystkie hiszpańskie wyzwiska, obsmarowujące gównem troglodytę i cały jego rodowód trzy pokolenia wstecz.
Potem długo zastanawiał się, czemu słowa, które tak wyraźnie huknęły w jego głowie, uwięzły mu wtedy w gardle. Czy było to spowolnienie spowodowane alkoholem, który wciąż oblepiał wszelkie działanie? Czy może cała złość była zbyt słaba i wypaliła się z podjęciem jednej czynności, zostawiając po sobie zmęczoną obojętność. Bo chyba nie był na tyle naiwny, żeby liczyć, że wystarczy mu zgromić troglodytę spojrzeniem i ten po prostu zniknie w mętnym półmroku klatki schodowej.
Drzwi otworzyły się na całą szerokość i Isai nie powiedział nic. Dla troglodyty musiało być to wystarczającym zaproszeniem, by ruszyć przed siebie. Isai warknął pod nosem coś pomiędzy uprzejmym „nie”, a pozbawionym przekonania „wypierdalaj” i spróbował jeszcze zamknąć drzwi. Równie dobrze mógłby siłować się z zaparkowanym samochodem. Potwór nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, nie szarpnął nagle, nie rzucił się na półboga. Po prostu parł naprzód z pobłażliwą cierpliwością i znalazł się wewnątrz mieszkania, a Isaia uderzyła żenująca refleksja, że może jednak powinien kiedyś po ludzku pójść na siłownię, zamiast wiecznie polegać na magii (której wezwanie też szło mu ostatnio dziwnie topornie).
Przez kilka chwil tylko patrzył z otępieniem na niechcianego gościa. Nie zaprotestował, gdy troglodyta strącił jego dłoń z klamki i zamknął grzecznie drzwi. Zamiast zdobyć się na jakąkolwiek logiczną reakcję, zaczął się zastanawiać, czy określenie niechciany gość było w ogóle właściwe, czy może jednak powinien mówić już o włamywaczu.
Kulturalnym włamywaczu, jak wcześniej nazwał go futbolista.
Ciekawe, czy facet nadal siedział na łóżku jak przestraszony nastolatek, czy zdążył się już znudzić tym wszystkim i skorzystał ze schodów pożarowych jako drogi ucieczki.
Z otępienia wyrwała go seria mlaśnięć i dźwięków na pograniczu słów. Nie wyłapał wyraźnie żadnego z nich, ale i tak nie spodziewał się, by któreś z nich mogło wykraczać poza znany mu już repertuar związany z żebraniem o jedzenie.
– Powiedziałem, że... – Isai urwał. Przecież i tak powtórzenie, że nie, że się nie zgadza, że troglodyta znalazł się jakimś magicznym sposobem po złej stronie drzwi, nic by nie zmieniło. Westchnął, przegrany, i omiótł przybłędę ponurym spojrzeniem.
Na ramionach miał zbyt dużą kurtkę, znalezioną pewnie w jakimś śmietniku. Była poplamiona i podziurawiona. Spodnie miał przykrótkie i poszarpane. Od stworzenia bił zapach ziemi, deszczu i czegoś, nad czym Isai nie chciał zastanawiać się zbyt długo, ale co zdecydowanie nie towarzyszyło mu podczas ostatniej wizyty. Potwór patrzył na niego z zadowoleniem wymalowanym na pysku.
Isai przejechał dłonią po twarzy. Sam był sobie winien, nie miał co do tego żadnych złudzeń. Było zupełnie jak z Gatito (chociaż Gatito miał oczywistą przewagę bycia uroczym kotkiem). Raz dał przybłędzie pełną miskę i przybłęda postanowiła się do niego przykleić.
– Jeśli dam ci coś do jedzenia, pójdziesz sobie? – zapytał pozbawionym barwy głosem.
Troglodyta postąpił mały krok do przodu, jakby zbliżał się do przestraszonego zwierzątka, a nie pijanego półboga, i uśmiechnął się szerzej. Wskazał śluzowatym palcem najpierw w kierunku salonu, a potem na Isaia. Mlasnął raz, drugi, jakby szukał właściwych słów... ale ostatecznie zamiast ludzkiej mowy, zdobył się jedynie na żabi rechot. Półbóg zamrugał bez zrozumienia i na wszelki wypadek odpowiedział:
– Nie.
Troglodyta posmutniał jakby, ale zamiast się wykłócać, poczłapał do niewielkiej kuchni. Isai ruszył za nim.
– Dostaniesz coś i znikasz – przypomniał. – Nie rozsiadasz się w salonie. Nie dotykasz niczego. Nie liżesz niczego. Nie—
Troglodyta zdążył sięgnąć do drzwi lodówki. Wiedział już, że jej drzwi trzeba szarpnąć mocniej, bo uszczelka przywierała. Otworzył ją bez wahania i zaczął przeglądać zawartość. Isai gdzieś podświadomie wiedział, że powinien się zirytować, może nawet sięgnąć ponad ramieniem stworzenia i zamknąć drzwi. Nie zrobił tego. I tak w lodówce nie było wiele więcej niż światło i resztka ginu.
– Doskonale – mruknął. – Świetnie. Cieszę się, że uzgodniliśmy warunki, na które wszyscy się zgadzamy.
Za plecami Isaia skrzypnęła podłoga. Półbóg zwiesił głowę, zamknął oczy i odetchnął głęboko. Szybko pożałował tej decyzji – stał zdecydowanie zbyt blisko troglodyty, by móc cieszyć się jakkolwiek świeżym powietrzem. Cofnął się o krok, przełknął falę nudności i spojrzał wreszcie na futbolistę.
Mężczyzna stał na środku przejścia do salonu. Zdążył się ubrać w czasie, który Isai spędził na podejmowaniu kolejnych złych decyzji. Przez moment mierzyli się spojrzeniami. W końcu wzrok mężczyzny przesunął się na troglodytę. Mgła najwyraźniej znalazła jakąś znośną wersję rzeczywistości, bo nie zaczął panikować. Isai nie miał pojęcia, co dokładnie mu podsunęła.
– A to, kurwa, kto?
Pytanie było nieuniknione i Isaias Senvi powinien mieć przygotowane na nie co najmniej kilka dobrych odpowiedzi. W końcu, to szło mu zawsze najlepiej: czarowanie prawdy. Nonszalanckie dopasowywanie narracji świata na swoją korzyść kilkoma dobrze dobranymi słowami.
Charyzma jednak najwyraźniej postanowiła zostać w łóżku i nie brać udziału w tym zamieszaniu.
– To... mój kuzyn – imbécil. Un completo idiota.
Futbolista uniósł brwi.
– Kuzyn.
– Adoptowany – dodał Isai bez przekonania. – Moja rodzina jest postępowa. I skomplikowana. Głównie skomplikowana... Nie, tego nie możesz – zwrócił się do troglodyty, właśnie wyciągającego z lodówki małe, plastikowe pudełko.
Nim zdążył otworzyć wieczko, Isai wyrwał mu je z łap i odłożył na miejsce. Zatrzasnął drzwi, zanim potwór sięgnął po kolejną rzecz (Isai obawiał się, że tym razem padnie na tę smutną resztkę ginu).
– Jest też... niepełnosprawny – rzucił przez ramię. – Dlatego czasem pojawia się bez zapowiedzi. I nie rozumie granic. Pracujemy nad tym.
Troglodyta w końcu zwrócił uwagę na obecność futbolisty i pomachał do niego entuzjastycznie. Facet skrzywił się. Nie odmachał.
– Jesteś pojebany – skierował słowa do Isaia.
– Tak – przyznał Isai odruchowo, krzyżując ręce na piersi.
Futbolista pokręcił głową i zaśmiał się krótko. Było w tym dźwięku coś nieprzyjemnie znajomego. Coś na granicy ostrzeżenia.
– Jeszcze przed chwilą zachowywałeś się jak zdesperowana kurwa, byle ktoś na ciebie spojrzał, a teraz masz mnie w dupie, bo o trzeciej nad ranem przyszedł twój adoptowany kuzyn?
No właśnie cię nie mam, prawie odpowiedział mu Isai, bo ta część zarzutu wydała mu się najbardziej istotna, po czym zdał sobie sprawę, że kwestie semantyczne tego stwierdzenia nie były jednoznaczne. Patrzył więc na mężczyznę w milczeniu. Wiedział, gdzieś głęboko, że riposta powinna przyjść naturalnie, lecz teraz wszystkie odpowiedzi gdzieś utonęły. Miał otępiałą świadomość, że futbolista właśnie przestał być czymkolwiek więcej niż rozczarowaniem. Jednocześnie jakaś jego cząstka – może ta pijana, albo właśnie ta trzymająca się resztek trzeźwości – zaczęła machać karteczką: zagrożenie. Czemu? Przecież słowa go nie dotknęły, nie mogło go dotykać coś tak miałkiego. Chodziło o mięśnie? O wzrost? O to, że facet był mniej pijany? Przecież radził sobie z poważniejszymi problemami niż facet z dotkniętym ego. Zdesperowana kurwa. Może faktycznie nią był. Zagrożenie? Może rozwiązanie. Porażka, pomyłka, rozczarowanie.
Cállate, cállate, CÁLLATE.
– Możesz już iść – usłyszał nagle własny głos, i wszystkie inne ucichły.
Nie był pewien, kiedy podjął decyzję, żeby to powiedzieć, ale był sobie bardzo wdzięczny. Był tak cholernie zmęczony.
Wzdrygnął się, słysząc obok siebie, gdzieś poza polem widzenia, szelest. Obrócił głowę i napotkał widok troglodyty siłującego się z opakowaniem krakersów. Ah. No tak. Bez słowa wyciągnął opakowanie z łap potwora, otworzył je i mu je oddał.
Futbolista zmarszczył brwi i przez chwilę patrzył na niego, jakby oczekiwał czegoś… czegoś. Czegoś więcej, być może.
– Serio?
– Mhm. – Isai skinął głową i ruszył przed siebie.
Podłoga zdawała mu się wić pod bosymi stopami niczym gniazdo pierdolonych węży, jakby nawet samo mieszkanie chciało mu zrobić teraz na złość i rozchwiać jego krok. Minął swoje futbolowe rozczarowanie, blisko, wystarczająco blisko, by poczuć jego ciepło i zapach perfum wymieszanych z potem i alkoholem. Dotarł do drzwi i je otworzył. Oparł się o framugę i patrzył na mężczyznę wyczekująco.
Może powinien był go zapytać o imię...?
Mężczyzna stał w bezruchu przez jeszcze chwilę, diabli wiedzą, jak krótką bądź długą, bo Isaiowi czas zdążył się w jej ciągu zagiąć co najmniej kilka razy, porobić pętle, piruety, skoczyć do przodu i potulnie wrócić na swoje miejsce. W końcu – prychając pod nosem – futbolista ruszył w stronę salonu. Z oparcia fotela podniósł swoją kurtkę, sprawdził kieszenie i zarzucił ją na ramiona.
Drzwi były otwarte dostatecznie szeroko, by mógł swobodnie wyjść. Ale przeszedł blisko, wystarczająco blisko, by Isai znów poczuł jego ciepło i zapach i–
Isai zachwiał się o krok, trącony barkiem z siłą na której przyjęcie zupełnie się nie przygotował. Próg mieszkania przechylił się gwałtownie, panele mieszkania zatańczyły z posadzką klatki schodowej i przez chwilę nie był pewien, po której stronie drzwi stoi. Dłoń zacisnęła się odruchowo na framudze.
Isai odetchnął płytko, mocniej opierając się na ścianie. Poczekał, aż korytarz wróci na swoje miejsce. Przez chwilę patrzył za mężczyzną, bardziej zamroczony własnym zagubieniem w przestrzeni niż urażony o popchnięcie.
Nie poczuł złości i w jakiś sposób ten fakt rozczarował go.
– Miło było – rzucił bez przekonania w półmrok korytarza.
Odpowiedziało mu tylko echo oddalających się kroków.


────
[1739 słów: Isaias otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

Od Isaiasa — „You've got a friend in me” cz. 1

JESIEŃ, 2 LATA TEMU


Wreszcie przestał być sobą.
W ostatnim czasie osiągnięcie tego rezultatu przychodziło mu z coraz większym trudem. Dziś kosztowało go stanowczo za dużo tequili, podjęcia całej serii złych decyzji i przetrwania zbyt długo w ryku klubowego techno, które z powodzeniem mogłoby uchodzić za współczesną formę lobotomii. Dlatego skoro już zdołał wprowadzić się w ten stan ledwiebycia, zamierzał w nim jak najdłużej pozostać. Niezachwiana pewność siebie, która biła od mężczyzny nad nim, pomagała mu pozostać zanurzonym.
Wcześniej, gdzieś pomiędzy drugim a „chyba już o jeden za dużo” kieliszkiem tequili, Isaiowi coś w facecie skojarzyło się z licealnym kapitanem drużyny futbolowej. Może była to kwestia szerokich barków, albo tego specyficznego przekonania, że wszystko mu się należy; było w nim coś szczeniacko bezczelnego, mimo, że czasy licealne zdecydowanie były już dawno za nim. W inny dzień Isai nawet nie zwróciłby na niego uwagi i szukałby kogoś z odrobiną polotu. Dzisiaj futbolista był wszystkim, czego potrzebował.
Nie potrzebował natomiast pukania do drzwi, które zachwiało rytmem nocy. Bez zawahania uznał je za blef, za drobną złośliwość świata, która zaraz minie.
Bo w końcu w jego głowie było cicho. Oskarżycielskie głosy rozmyły się w szum, wspomnienia przestały domagać się uwagi, rachunki straciły wartość. Ktoś większy, silniejszy i bardziej zdecydowany zdjął z niego ciężar jakiejkolwiek odpowiedzialności. Szorstkie dłonie kierowały go pewnie tam, gdzie go chciały; niski głos mówił krótko, czego od niego oczekuje, a on mógł być niczym więcej, niż tylko uległym ciałem.
Pukanie powtórzyło się. Tym razem głośniejsze i bardziej natarczywe.
Otworzył z niechęcią oczy. Spojrzenie przepłynęło przez ciemną masę pokoju, bezsensowną i bezkształtną. Potrzebował zostać w tej mgle jeszcze choć kilka minut.
Ale futbolista już przerwał rytm i ta nagła zmiana scenariusza sprawiła, że Isai wrócił do siebie.
Powietrze weszło do płuc ze świstem. Powieki zacisnęły się odruchowo. Puls tequili w skroniach i ciężar w mięśniach nagle stały się zbyt bliskie i rzeczywiste.
Vete a la mierda. Vete a la mierda. Vete a la mierda, powtarzał w myślach uparcie, jak zaklęcie.
– Mówiłeś, że sąsiedzi nie będą przeszkadzać – rzucił futbolista z przekąsem.
– Bo zwykle nie przeszkadzają – odpowiedział Isai. Słowa były szybsze niż myśl; skrzywił się, gdy dotarło, jak żałośnie to zabrzmiało. – Po prostu to zigno... – przerwała mu trzecia seria uderzeń.
Obaj westchnęli ciężko, niemal jednocześnie. Futbolista obejrzał się przez ramię w kierunku przedpokoju, a potem na mężczyznę pod sobą.
– Może jednak powinieneś to sprawdzić.
– Może powinniśmy kontynuować.
Przez krótką chwilę łudził się, że to wystarczy. Że świat usłyszał odpowiedź, przyjął ją do wiadomości i uprzejmie zniknie za rogiem. Futbolista też zdawał się zaakceptować tę decyzję. Isai był niemal pewny, że w półmroku dostrzegł uśmiech, gdy mężczyzna niemal już odzyskał wcześniejsze przekonanie–
Rozległ się łomot tak głośny, jakby dupek za drzwiami postanowił nie tyle zapukać, co sprawdzić konstrukcyjną wytrzymałość całego budynku.
Patrząc tępo w sufit, Isai starał się, bezskutecznie, zignorować głosik z tyłu głowy sugerujący, że może jednak naprawdę wkurwił czymś któregoś z sąsiadów. Może kobieta z mieszkania wyżej zorientowała się w końcu, że regularnie psująca się klimatyzacja nie była niewinnym zbiegiem okoliczności? Nie wina Isaia, że do naprawy zawsze przyjeżdżał facet o niewinnym uśmiechu i zdecydowanie mniej niewinnych dłoniach.
– Wiesz – zaczął futbolista, odsuwając się i siadając na skraju łóżka – twój gość chyba nie zamierza odpuścić.
– Chuj, a nie gość.
Isai z niezadowolonym pomrukiem podparł się na łokciu i posłał futboliście pełne pretensji spojrzenie. Facet patrzył już znowu w kierunku salonu i przedpokoju, jakby oczekiwał, że ktoś zaraz wyważy drzwi i wpadnie do mieszkania. Cała jego wcześniejsza bezkompromisowość zniknęła zaskakująco szybko, jakby była zbyt nieśmiała, żeby zadziałać w sytuacji odbiegającej od planu.
Rozczarowujące, choć nie niespodziewane.
– Daj spokój – Isai spróbował po raz ostatni. – Ponapierdala chwilę w drzwi, zorientuje się, że nikt mu nie otworzy i sobie pójdzie.
– Może to włamywacz?
Isai nie zdołał ukryć pobłażliwego uśmiechu. I tyle by było z tego pewnego i zdecydowanego macho, którego spotkał w klubie.
– I zapowiada się pukaniem?
– Kulturalny włamywacz.
Kolejne uderzenia rozeszły się po mieszkaniu. Futbolista (chociaż to określenie już zupełnie przestało do mężczyzny pasować) spojrzał na Isaia.
– Dobrze, kurwa, idę.
Podniósł się z łóżka zbyt szybko. Mdły blask ulicznych świateł na krótką chwilę zgasł zupełnie, a cały pokój odpłynął w lewo. Isai zachwiał się na nogach i gdyby nie stabilna bliskość ściany, prawdopodobnie powitałyby go ramiona podłogi. Zaczekał chwilę, wsparty o ścianę, aż świat przestanie się chwiać. Wyprostował się. Resztki ciszy w jego głowie zachwiały się z ruchem, przechyliły i wreszcie roztrzaskały. Wszystko to, co tak starannie utopił w tequili, zaczęło wpełzać na swoje miejsca. W tym świadomość własnego ciała.
W ustach czuł cierpki smak alkoholu i papierosowego dymu. Techno wciąż zdawało się wibrować gdzieś pod mostkiem, a skóra lepiła się od potu i... innych przyjemności tego wieczoru. Z ostentacyjnym westchnieniem Isai odgarnął włosy z twarzy i schylił się po jakiekolwiek ubranie. Spodnie leżały na podłodze obok łóżka, ale koszula najwyraźniej postanowiła skorzystać z wolności i zniknąć w ciemności gdzieś między drzwiami wejściowymi a przejściem do sypialni.
Droga do przedpokoju zdawała się absurdalnie długa. Czuł, jakby szedł po cienkiej granicy dzielącej San Francisco i Rozdroża, i co chwilę zbaczał prosto we Mgłę. Jakby coś z tego upiornego lasu otaczającego żwirowane ścieżki wołało jego imię.
Kolejna seria trzech uderzeń zabrzmiała tuż przed nim. Półbóg wzdrygnął się. Przez chwilę tylko tępo patrzył w drzwi wejściowe, które nagle postanowiły wyrosnąć tuż przed nim. Nie był w stanie stwierdzić, czy faktycznie po prostu przeszedł ten krótki odcinek, czy jednak Mgła – lub cokolwiek, co się w niej kryło – zdołało go zwabić do zejścia na Rozdroża i zakrzywić przestrzeń.
Ta druga myśl owinęła się wokół jego gardła niczym wąż. Przekręcił zamek i nacisnął klamkę zanim zdążyła zacisnąć się zbyt mocno.
Za drzwiami uchylonymi na szerokość dłoni stał troglodyta.


────
[932 słowa: Isaias otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita — drabble „Sztylet”

– Skąd to wziąłeś? – zapytał, kucając przed chłopcem i ostrożnie wyjmując mu sztylet z dłoni.
Był lekki, słabo wykonany i z całą pewnością plastikowy. Ostrze ugięło się, kiedy nacisnął na nie palcami. Ciężko było mu uwierzyć, że ktoś naprawdę uznał to za prawdziwą broń i że wywołała ona aż taką panikę. Kierowniczka wyglądała mu przez ramię, dalej ściskając w dłoni telefon, gotowa dzwonić na policję. Słyszał, jak odetchnęła z ulgą, że to tylko atrapa.
Chłopiec naburmuszył się.
– Zabrałem bratu. On zabija tym ludzi w teatrze!
Chait uśmiechnął się tylko trochę zrezygnowany.
– To może poczekamy na twoich rodziców i wtedy wszystko opowiesz?


────
[100 słów: Chait otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — drabble „Sztylet”

– Przysięgam, zaraz go dźgnę – wymamrotała, bardziej sama do siebie, niż do kogokolwiek innego. Jakiś inny, młody legionista spojrzał na nią z przestrachem i zaraz bardzo szybko odwrócił wzrok, wyraźnie przestraszony.
Arisu nawet nie poczuła z tego powodu satysfakcji. Nie zależało jej na straszeniu głupich dzieciaków. W sumie to nie zależało jej na straszeniu nikogo, może poza kilkoma wyjątkami, o których wolała nie wspominać.
Kątem oka widziała, jak legionista chowa swój sztylet, zerkając na nią nerwowo.
Obóz miał wiele przedmiotów, którymi mogłaby kogoś dźgnąć. Nawet jeśli nie miałaby pod ręką żadnego sztyletu, to strzała od gastrafetes też sprawdziłaby się całkiem nieźle.


────
[100 słów: Arisu otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Shayela — drabble „Sztylet”

– Co robisz?
Shayel podniósł wzrok znad trzymanej w dłoni ulotki. Arisu pochylała się nad stołem i zdążyła już sięgnąć po drugą. Dziewczyna wyglądała, jakby za chwilę miała nazwać go starym. Znowu.
– Co to? – zapytała, jeszcze zanim zdążył odpowiedzieć na pierwsze pytanie.
Wychylił się, żeby zajrzeć jej przez ramię i sprawdzić, na co wskazuje.
– Sztylet zecerski.
Widział, jak marszczy brwi.
– Kiedyś używano tego do wstawiania i wyjmowania czcionek.
Arisu w końcu na niego spojrzała.
– Oczywiście, że to coś starego.
Co do zasady nie odpowiadał na zaczepki.
– Zostałem zaproszony na wykład o zecerstwie. Możesz iść ze mną.
Naburmuszyła się, ale nie odmówiła.


────
[100 słów: Shayel otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kurta — drabble „Sztylet”

W przeciwieństwie do reszty legionistów, pretorzy nosili za pasem parazonium. Kurt przypatrywał się sztyletowi za każdym razem, kiedy miał okazję, głęboko w tłumie Drugiej Kohorty, gdy pretor wyciągał go w trakcie ceremoniałów.
Uważał go za niepraktyczny. Długa klinga błyszcząca cesarskim złotem i rękojeść przypominająca orła. Parazonium był przekazywany z rąk do rąk pretorów, ale nigdy nie wykorzystywano go w walce. Pugio, jako element wyposażenia legionisty, wydawało się w rękach Kurta tak mało istotne, chociaż doskonale wiedział, że spełniało ważniejszą funkcję.
Próbował wyobrazić siebie w miejscu pretora, ale ceremonialny sztylet nie leżał w jego dłoni. Zawsze wracał do szeregu, dzierżąc pugio.


────
[100 słów: Kurt otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Shayela — „There is nothing more”

Shayel podniósł wzrok znad sterty starych książek, które ktoś sprzedał im już dobry tydzień temu, jeszcze zanim dzwoneczek nad drzwiami zdążył się rozdzwonić. Skinął głową przekraczającemu próg mężczyźnie, żeby zaraz znowu skupić się na jednej z przeglądanych pozycji. Usłyszał, jak właściciel antykwariatu – będący też jedynym faktycznym, stałym pracownikiem tego miejsca – wita się z klientem jak ze starym znajomym i znowu zerknął na nich krótko.
Obcy mężczyzna miał na sobie elegancki, lekki czarny płaszcz i właśnie zdejmował z głowy kapelusz w tym samym kolorze. Był młodszy od właściciela, ale raczej już w średnim wieku; ciemne włosy miał już przetykane siwizną.
– Wybacz, że tak bez zapowiedzi – mówił głębokim, miłym dla ucha głosem. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
Jego wzrok na chwilę skierował się w stronę Shayela, więc ten szybko wrócił do interesowania się książkami. Nie chciał wykazywać zainteresowania gościem, bo to nigdy nie kończyło się dobrze.
– Och nie, skądże. To tylko mój nowy pomocnik.
Shayel uważał, że właściciel przecenia go, nazywając swoim pomocnikiem. Nie robił nic szczególnego, a tym bardziej nie robił nic z czystej chęci pomocy. W antykwariacie potrzebny był ktoś do pomocy w katalogowaniu rzeczy. Tak się zwyczajnie złożyło, że Shayel akurat na tym się znał, a przy okazji lubił odwiedzać to miejsce. To był po prostu zbieg okoliczności, który miał korzyści dla obu stron.
Chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że darzy właściciela jakimiś negatywnymi emocjami. Był raczej jedną z osób, z którymi relację uznałby za całkowicie poprawną i w porządku. Może tylko czasem mężczyzna trochę za bardzo traktował go jak dziecko. Z tej jednej rzeczy Shayel zdecydowanie nie był zadowolony.
Nazwanie go pomocnikiem m usiało być wystarczające, bo nieznajomy mężczyzna nie drążył tematu dalej. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę i Shayel od razu odwrócił wzrok, kiedy gość obdarzył go szerokim uśmiechem. Miał dziwny, szczery uśmiech, taki obejmujący też oczy.
Przełożył książki z jednej sterty na drugą, bo to było bardziej naturalne od nic nierobienia i stania w bezruchu. Właściciel znowu coś powiedział, ale Shayel był za mało skupiony, by zrozumieć wszystko. Wyłapał tylko coś o cukrze. Założył, że rozmawiają o herbacie i odsunął się trochę, by ułatwić dwójce mężczyzn przejście na tyły sklepu. W głównej części sklepu nie trzymało się żadnych napoi. Właściciel nie miał nic przeciwko butelkowanej wodzie, ale Shayel nawet ją wolał trzymać na tyłach. Nawet jeśli nie z szacunku do samych pozostawionych w antykwariacie obiektów, to z szacunku dla swojego własnego czasu.
– Przyniosłem też kawałek szarlotki. Młody jakimś cudem zamówił prawie dwa razy więcej jabłek, niż miał, więc teraz jemy je we wszystkim.
To był tylko kolejny dowód na to, że niechęć do technologii czasem na coś się przydawała. Nie zamierzał komentować tego na głos.
Wcisnął się jeszcze trochę głębiej między sterty książek, by swobodnie przeszli na zaplecze. Właściciel jeszcze odwrócił się do niego.
– Jakbyś miał ochotę, to śmiało, na pewno starczy dla nas obu.
Skinął głową.
– Dziękuję.
Nie zamierzał skorzystać z tej oferty. Wydawało mu się, że już kiedyś o tym rozmawiali – o tym, że Shayel nie przepada za słodkościami. Chyba nawet o tym, że to jedna z rzeczy dotyczących też Arisu. A raczej nie mówił zbyt wiele o siostrze, bo to nigdy nie było ważne w tych rozmowach. Poza tym wiedział, że Arisu nie chciałaby być obiektem rozmów. Ani za jej plecami, ani tak ogólnie.
Poczekał, aż zostanie sam w pomieszczeniu i usiadł na jednym z krzesełek. W drugim pomieszczeniu zatrzeszczało radio, które w połowie nie działało, a które właściciel i tak uparcie próbował naprawiać i uruchamiać za każdym razem. Słyszał strzępki rozmowy, ale przecież nie planował podsłuchiwać.
Westchnął ciężko. Może powinien skończyć na dzisiaj część roboty. Może powinien wrócić do domu i napisać do Arisu. Nie wiedział, czy zaczęła czytać jego listy, ale widywali się częściej, od kiedy zamieszkał w San Francisco, więc już nie przejmował się tym aż tak bardzo. To dalej nie były częste spotkania – raz na kilka miesięcy, raz na kwartał, ale dalej częstsze, niż ich spotkania z ojcem zsumowane razem. Wydawało mu się, że Arisu nawet dobrze sobie radzi w Obozie.
Na pewno bardzo dużo narzekała.
Wziął do ręki jedną z książek. Okładka była już przetarta. Nie była w klasycznym formacie, w którym wydawano książki w Stanach. Do antykwariatu często trafiały inne, bardziej specyficzne pozycje. Przejrzał ją ostrożnie, powoli, ale nie wydawała się niczym szczególnie interesującym.
Odłożył ją na miejsce i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Przy drzwiach stał wózek z książkami, które rozdawali za darmo. W jednym z kątów stała stara lampa, która pewnie nigdy nie miała doczekać się sprzedaży. Obok niej stał regał z różnymi pierdołami. Shayel zawiesił na chwilę wzrok na szklanej kuli. Miniaturka w środku przedstawiała zamek z wieżą, zabarwiony przez latający w środku, zielony brokat. Ominął dziwną figurkę, która nie przypominała żadnego znanego mu zwierzęcia i porcelanową lalkę, która mogła co najwyżej wywołać u dziecka koszmary.
Wstał i podszedł na zaplecze, by zabrać swoją torbę.


────
[800 słów: Szlajejajak otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Shayel Hayashi

When you've run into a wall with no place to go, return to the basics.


POTOMEK ATENY

Od Inez — drabble „Sztylet”

Inez nie była zbyt dobra w radzeniu sobie ze sztyletami. Nigdy. Drobna broń nie była dla niej, nie bez powodu używała gastrafetesa. To dziś miała przebłyski tego jak trafiła do Obozu i miały miejsce jej pierwsze ćwiczenia. Mieli rzucać sztyletami w kukły. Nic trudnego, to nie była ciężka broń. A jednak w jej wspomnieniach wciąż pojawiały się przebłyski jak jeden sztylet trafił prosto w bark jej koleżanki. Krzyk. Ludzie podbiegający. Bandaże. I ten okropny paraliż. Nie mogło się ruszyć. Nie mówiąc już, że nie mogła się odezwać, choć zawsze była tak rozgadana. Nigdy nie spojrzała już na sztylety tak samo.


────
[100 słów: Inez otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus — drabble „Sztylet”

Lotus naprawdę bardzo chciała wysłuchać do końca tego, co Amy miała jej do powiedzenia. Z ich dwójki to raczej Lotus była tą osobą, której buzia się nigdy nie zamykała, więc kiedy role się zamieniły, pragnęła zasygnalizować przyjaciółce, że zawsze będzie jej słuchać. Niestety prawie nie spała w nocy i teraz powieki same jej się zamykały, kiedy Amy (która ostatnio z nieznanych przyczyn bardzo zainteresowała się historią starożytnego Rzymu i Grecji) paplała jej nad uchem coś o ceremonialnych sztyletach.
— Ej, ty mnie słuchasz w ogóle? — zapytała w końcu Amy, podejrzliwie zerkając na przyjaciółkę.
— Tak, jasne.
Lotus powoli potaknęła głową, mrugając nieprzytomnie.


────
[100 słów: Lotus otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Havu — drabble „Sztylet”

Zazwyczaj nie dotykało się cudzych broni, chyba że dostało się na to słowne pozwolenie. Przykuwający wzrok sztylet jednak nie dawał Havu spokoju. Połyskujące ostrze, grawer na rękojeści.
Nie była to jednak jego własność. Właścicielem tego cuda był chłopak z pierwszej kohorty. Niezwykle silny, uzdolniony oraz wredny. Za wzięcie do ręki jego własności Havu mógł liczyć na konfrontację.
Ta myśl nie przeszkodziła mu jednak w zabraniu sztyletu i wsadzeniu go sobie w pasek od spodni. Broń okazała się niezwykle ciężka jak na coś tak małego.
Szkoda, że właściciel bardzo szybko się zorientował i Havu później chodził po obozie z podbitym okiem.

────
[100 słów: Havu otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Luciena — drabble „Sztylet”

Stanąwszy przed wyborem różnych broni nie wiedział, na co powinien się zdecydować. Dzieciaki odchodziły z mieczami w dłoniach, z łukami, jeśli wolały zachować dystans od przeciwnika bądź z włóczniami, jeśli… sam nie był pewien ich wyboru.
Czuł na sobie ponaglające spojrzenie. Jeśli zaraz się na coś nie zdecyduje, to wybierze coś naprawdę głupiego i zostanie skazany na bezsensowną broń.
— Co to jest?
— Sztylet ceremonialny. Parazonium.
Zastanowił się. Brzmiało to naprawdę potężnie. Jak coś, co mogłoby ochronić go od każdego zła.
— Wybieram parazonium.
Jak głupi to był wybór, kiedy musiał za pomocą sztyletu walczyć z dwa razy większymi od siebie potworami?

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona — drabble „Sztylet”

Sztylet był jego najmniej ulubioną bronią. Potrafił się nią posługiwać, w końcu nie bez powodu był autorytetem i nauczycielem wielu półbogów. Nie przepadał jednak za budową sztyletu i to, jak krótkie ostrze miało. Kogo tym niby można było zranić?
Załamał się, kiedy pewnego dnia piętnastoletni chłopiec stanął przed nim i obwieścił, że za broń wybrał sobie sztylet.
— Ze wszystkich broni wybrałeś akurat to?
— Tak — potwierdził kiwając głową. — Nauczysz mnie walki?
Filemon momentalnie spochmurniał. Miał uczniów, których uczył walki z włócznią, uczniów, których uczył posługiwania się mieczem. Teraz trafił mu się chłopiec ze sztyletem.
Prędzej wsadzę ci go w dupę, pomyślał.

────
[100 słów: Filemon otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dante — drabble „Sztylet”

Było to jak sztylet wbity prosto w serce. Nieznośnie tępy, ostry ból.
Nie płakał, bo wtedy nie potrafił. W pierwszej chwili poczuł strach, a gdy już to minęło i na jego miejsce wpełznął szok, to przestał czuć cokolwiek. Zwykła pustka, której nic wtedy nie potrafiło wypełnić.
Dopiero po latach zdarza mu się w samotności zapłakać z tego powodu i pomyśleć, jak bardzo tęskni za matką. W końcu była jedyną osobą, która potrafiła ukoić jego ból. Jedyne lekarstwo, które rzeczywiście działało. Bandaż, który tamował lecącą krew. Plaster na największe rany. Była właściwie wszystkim, czego tylko potrzebował.
Gdy zniknęła, to stracił wszystko.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel — drabble „Sztylet”

— Wiecie co, nie wiem, czy to jest dobry pomysł—
— Cichoooo! Już za późno, wchodzisz na scenę!
Czyjeś małe rączki niemalże wepchnęły jedenastoletnią Isobel w wąskie przejście za kurtyną. Jaskrawe światła reflektorów oślepiły ją na chwilę, ale dość szybko odzyskała rezon. W końcu patrzyła na nią cała widownia. Zrobiła wolny piruet, przykładając wierzch dłoni do czoła.
— Marny mój żywot! — powiedziała do mikrofonu przyklejonego do policzka.
Wyciągnęła z kieszeni starej szmaty, która robiła jej za pelerynkę, plastikowy, składany sztylet.
— Umrę więc marnie! — dodała, a potem dramatycznie udała, że wbija sobie sztylet prosto w pierś.
Plastik zaskrzypiał cicho, a sala rozbrzmiała gromkimi brawami.


────
[100 słów: Isobel otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne — drabble „Sztylet”

— Ała, cholera jasna — syknęła Eli, zawijając koniuszek palca w chusteczkę.
Próbowała poskładać do kupy swoje sprawozdanie, ale najwyraźniej papierkowa robota nigdy nie mogła pójść całkowicie po jej myśli, bo któraś z kartek paskudnie zacięła ją w opuszek palca. Kal uniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Stwierdził, że Elianne wciąż ma wszystkie palce i wrócił do znęcania się nad swetrem Eli, z którego pozbywał się ponadrywanych nitek.
— Więcej razy w życiu zacięłam się kartką, niż nożem. Przecież ja z raz w tygodniu trenuje ze sztyletem! To są żarty — burknęła pod nosem, zaciskając dłoń w pięść.
Kontuzjowana czy nie, wróciła do pracy.


────
[100 słów: Elianne otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline — drabble „Sztylet”

— Chryste panie, ty chcesz tym sobie po prostu oczy wydłubać, czy co? — żachnęła się Alex, spoglądając na dłonie przyjaciółki.
Caroline przyjrzała się swoim paznokciom. Testowała nowy kształt i może faktycznie zażyczyła je sobie trochę za długie.
— Caoimhe powiedziała, że to nowy krzyk mody. Sztylety, czy coś takiego. Nie wyglądają zajebiście?
— Stara, wyglądają, jakbyś mogła ich używać jako nożyczek.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i jeszcze raz rzuciła okiem na swoje dłonie. Ładny, ciemnoczerwony kolor, trochę brokatu; dokładnie tak, jak lubiła. Sobie oczu raczej nie wydłubie; nikomu też oczywiście nie zamierzała, ale jakby się zdarzyło, to przecież mógł się do niej nie pchać.


────
[100 słów: Caroline otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche — drabble „Sztylet”

21 LAT TEMU

Drżąca dłoń zaciska się na rękojeści sztyletu. Chwilę wcześniej wyciągnęła go z pochwy u boku Willie. Krew córki Demeter, jej towarzyszki podczas tej misji, wsiąka w ziemię. Być może da życie szkarłatnym kwiatom.
Broń jest zbyt lekka, ostrze zbyt krótkie. Źle leży w dłoni, trudna do wyważenia. To, co zostało z jej własnego miecza, ciąży jej teraz coraz bardziej. Jeśli bogowie okażą się łaskawi, któreś z dzieci Hefajstosa powinno dać radę go naprawić.
Teraz jednak pozostaje tylko ona, sztylet martwej dziewczyny i potwór, który zaczyna szarżować w jej stronę. Chwilę później ostrze zanurza się w ogromnej gardzieli z obrzydliwym plaśnięciem.


────
[100 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Theodore'a — drabble „Sztylet”

Theo doskonale pamiętał dzień, w którym znalazła go Lupa. Ciężko byłoby zapomnieć moment, w którym własna matka zostawiła go gdzieś na odludziu i kazała szukać jakiegoś dziwnego miejsca. Gdy spotkał gadającą wilczycę, zrobiło się jeszcze dziwniej.
Lupa nauczyła go tak wielu rzeczy, że pewnie w wielu przyszłych sytuacjach uratowała mu życie. Pokazała mu, jak korzystać z najróżniejszych rodzajów broni i sama podpowiedziała, że sztylet leży mu w dłoni najlepiej. Zrugała go, kiedy sięgnął po coś większego, cięższego, upierając się, że będzie bardziej niebezpieczny. Wilczyca zapewniła go jednak, że broń wcale nie musi wyglądać groźnie. Najniebezpieczniejsze rzeczy przecież wyglądają całkiem miło.


────
[100 słów: Theodore otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii do Kaliny — „Dzyń dobry”

Taśmy policyjne wierzgały się od silnych podmuchów wiatru, tego dnia wyjątkowo smagały po twarzach.
Gapiowie podchodzili co jakiś czas, zerkając na dzieło anonimowego sprawcy. Okutani w kurtki i szaliki, starzy, młodzi, ubrani w koszulki lub garnitury, głównie w przyszarzałych kolorach. Na tle klasycznych domów, jakich można było widywać w San Francisco, zlewali się w jedną masę. Całości dopełniało szare niebo i gdzieniegdzie ślady mgły. Ludzie odchodzili jednak, kiedy zdążyli zarejestrować przestępstwo. Co niektórzy prychali na widok sceny. Gdzieniegdzie, niczym akcenty, w morzu głów pojawiały się niestandardowe kolory, takie jak czerwony czy niebieski. Albo czapki, albo włosy.
Dahlia miała dobre wyczucie, żeby się pojawić w tej dzielnicy, o odpowiedniej porze, przedłużając ostatkami sił zatrudnienie. Wizja zwolnienia się zbliżała się nieustannie, szczególnie gdy ludzie znajdowali informację w internetowej sferze. Nie miała pojęcia, na co się przebranżowić. Wertowała różne ulotki, zasady działania w różnych branżach i miała tego serdecznie dość. A na razie, chodziła za oficerem krok w krok.
Co prawda, za taśmami nie było żadnego ciała, ale napis na ścianie instytucji sądowej był… poważny. Nawoływał do nienawiści na tle rasowym, zapowiadał porwanie kolejnej osoby czarnoskórej lub prostytutki. Pogoda zrobiła już wystarczająco, co mogła, żeby napisy były jeszcze bardziej posępne. Technik nakładał na różne patyczki próbki farby, która była brunatno-ceglana i wyglądała zasadniczo jak krew. Usłyszała rozmowę dwóch innych osób, że mają nadzieję, że to krew świni, bo już takie wygłupy się zdarzały.
— Czy kamery zarejestrowały coś? — Zapytała rutynowo wręcz, od niechcenia bazgrząc coś na marginesie. Nie był to pierwszy napis. Patrząc na bezradność na twarzach policjantów, można było przypuszczać, że nie będzie ostatnim.
— Pracujemy nad tym. — odburknął oficer.
Policjanci, z którymi próbowała współpracować, mieli różne postawy, od pogodnych gaduł po sceptycznych milczków. Ten zdecydowanie należał do drugiej kategorii. Prędzej czy później ich zwierzchnicy podawali do opinii publicznej co się stało, ale dla Dahlii każda minuta zwłoki odejmowała ryż z miski. Jak nie postępujące AI, to konkurencja w postaci koleżanek i kolegów z biura, dajcie żyć.
— Czy to może mieć związek z ostatnią falą porwań w tym mieście? — zapytała się, nieco ryzykownie. Wóz albo przewóz.
Policjant wzdrygnął się, ale nic nie odpowiedział. Wskazał na przestrzeń za taśmami i gestem wyprosił ją z miejsca zdarzenia. Podziękowała, w myślach memłając przekleństwa. Gdy patrzyła na swoje notatki, ot, typowa notka. Nic szczególnego. Tak zwane: mniej dolarów na koncie. Rozejrzała się zrezygnowana po okolicy. Było szaro, buro i ponuro. Jedyną uwagę zwracał ciepły akcent: szyld z grafiką dzwonka.
Ruszyła w stronę, jak się później okazało, kawiarni. Która prezentowała się dosyć schludnie. Gdy wchodziła, barista obsługiwał innych klientów, więc miała czas się rozejrzeć. Miejsce było dosyć często odwiedzane przez artystów i inne osoby nawiedzane atakiem weny, sądząc po ilości mazań na ścianach, ławkach, bibelotów, rzeźb i w tym podobne. Menu było równie imponujące, najeżone mnóstwem kombinacji, które miały na celu chyba zabić smak kawy. Barista patrzył na Dahlię wyczekująco.
— Małą czarną, poproszę.
— Zwykła przelewowa? — dopytał, zaskoczony.
Kiwnęła głową. Była przyzwyczajona do takich reakcji, szczególnie w uroczo wyglądających kawiarniach. Nie mogła się jednak wyzbyć wrażenia, że pracownik zareagował poniekąd ulgą, że nie musi robić wielowarstwowego, cukrowego potwora. Nie mogła wyzbyć się też wrażenia, że ktoś inny ją obserwuje.
Było tu zaskakująco dużo dzwonków zwisających nad ladą. Mniejsze, większe, miedziane, pękate, wąskie. Niektóre były naprawdę imponujące. Można było się zastanawiać, ile razy ktoś uderzył w nie głową. Albo ile razy dzieci próbowały doskoczyć do nich, powodując harmider. Dahlia wpatrywała się metalowe powłoki z innych względów, czekając na kawę. Część z tych instrumentów była dobrze wypolerowana. Na jej oczach rozgrywała się sceneria koloru ochry, w której stojąca za nią dziewczyna widocznie walczyła z myślami. Zamyślała się, podnosiła rękę i wycofywała ją. W pewnym momencie nawet liczyła na palcach?
Westchnęła i odwróciła się bokiem do interesującej postaci. Jednym rzutem oka zmierzyła niebieski nieład na głowie. Oraz szeroki uśmiech na twarzy.
— Metr dziewięćdziesiąt pięć. Uprzedzając następne pytanie. — wyrecytowała standardową formułkę. — Nie zaatakował mnie niedźwiedź. I nie jestem zainteresowana podpisami na wyb—
— Ogólnietozauważyłamżejesteśdziennikarką. — Jakby ktoś zniszczył tamę, to zostałby zalany podobnie jak Dahlia słowami w tym momencie. — A tak się składa, że ja też! Znaczy się, ja na studia. Poszłam na studia dziennikarskie! Chcesz mi może opowiedzieć warunkach pracy? A może jakieś tipy? — uśmiechnęła się szelmowsko.
— Och.
Powstrzymała przewrócenie oczami. Jeszcze tego brakowało.
— Nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do tego…
— Ile już pracujesz? Na czym piszesz? Bo ja mam telefon, nie jakiś wybitny, ale nawet się trzyma, dopóki oczywiście, bateria mu nie pada. Ale się zdarza. Czy serio na dalsze lata będzie wymagany laptop? Bo nie wiem, czy mam tyle kasy.
Dahlia modliła się o szybkie wydanie jej zamówienia. Ileż czasu zajmuje taki głupi przelew? Zerknęła na przestrzeń za ladą, na tyle ile mogła. Barista powoli kończył glukozowy drapacz chmur z bitej śmietany oraz kolorowej posypki.
Nie był to najlepszy dzień na rozmowę. Z drugiej strony, nie miała nic do roboty. Czy ma dać tej dziewczynie gorzką pigułkę do przełknięcia? „Nie, sorry, zaraz mnie wypierdolą z pracy, bo korzystam ze starej, wysłużonej maszyny do pisania. Zastąpią mnie czatemGPT premium, który zrobi piętnaście chujowych artykułów, z clickbaitowymi nagłówkami, które pierdolą coś o najlepszym sposobie na usuwanie pieprzyków, z adnotacją o nienawidzących lekarzach”.
Westchnęła, wskazując na stolik przy oknie.
— Chcesz usiąść?
Chwilę po barista się wychylił zza lady i zapytał się przybyszki, czy coś zamawia.


Kalina?
────
[871 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany — drabble „Sztylet”

Testowała wiele broni, ale żadna z nich nie leżała jej dobrze w dłoniach, czy to pod względem ciężaru, czy kształtu. Wszystkie były nieporęczne i zaczęła myśleć, że może nie jest stworzona do dzierżenia żadnej z nich.
— Dalej, dawaj!
Odetchnęła. Ruszyła, ale przeciwnik złapał ją za przegub ręki, wykręcił go i zwinnym ruchem powalił Orianę na ziemię. Na moment zakręciło jej się w głowie.
— Ile jeszcze? — jęknęła zbolała. — Czy to jest mi tak potrzebne?
— Aż nauczysz się korzystać z szans, jakie masz pod ręką. I to dosłownie.
Wstała, ściskając ostrze.
Pewne już było, że nie lubi walczyć sztyletem. Co za cholerstwo.

 
────
[100 słów: Oriana otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Noel — drabble „Sztylet”

— Mamy walczyć… tym?
Noel niepewnie obracało niewielki sztylet w dłoni. Broń wydawała mu się straszliwie nieporęczna.
— Pierwsze dwa, może trzy treningi, dopóki nie nauczycie się podstaw — wyjaśnił starszy chłopak. Noel nie pamiętało jego imienia. Może w ogóle się nie przedstawił? — U Lupy chodziło o siłę, teraz uczycie się techniki — uprzedził sprzeciw.
Zmarszczyło brwi, ważąc drewniany nóż w dłoni. Powoli przesunęło palcem po gładko wypolerowanym, tępym ostrzu. Miało piętnaście, może dwadzieścia centymetrów, a do tego gładko przechodziło w rękojeść. Już czuło nadchodzące siniaki na dłoni.
— Ale później dostanę coś dłuższego, prawda?
Nie spodziewało się, że tak szybko zatęskni za szermierczą szpadą.


────
[100 słów: Noel otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa — drabble „Sztylet”

Gdy pierwszy raz miał sztylet przy swoim gardle, nie czuł nawet odrobiny strachu. Mogłoby być to dla kogoś innego dziwne, będąc w obliczu śmierci, w zagrożeniu posiadania ostrza w tak witalnym miejscu. Jeden zdecydowany ruch decydował o tym, czy wszystkie jego lata życia pójdą na marne i wydawało się ironią, że człowiek jako tak potężna istota może tak łatwo umrzeć.
Bycie dzieckiem boga trwogi dawało pewną przewagę nad innymi. Mógł panować nad swoim strachem, ale nie do końca rozumiał przez to czyjeś lęki i jakie to uczucie przez nie drżeć.
Mógł za to je wzbudzać. To dopiero była duża przewaga.

 
────
[100 słów: Judas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Edgar — drabble „Sztylet”

Ostrze zanurza się jak sztylet w swej ofiarze — gładko, bez żadnego oporu. Cierpki, soczysty zapach roznosi się wokół, pobudzając zmysły i sprawiając, że język zaczyna być wilgotny od śliny, jak u dzikiego zwierzęcia, którego ofiara już nie może się już ruszyć ani o milimetr. Ma ją już prawie na wyciągnięcie ręki — wystarczy tylko subtelnie wbić w nią pazury i rozerwać na strzępy, aby móc rozkoszować się jej wnętrzem, nagrodzić się za to uprzykrzające polowanie, cały wykorzystany wysiłek w celu ukojenia głodu, tak grożącego, a jednocześnie motywującego uczucia.
— Co to, kaczka?
Po przekrojeniu dania w pół, odkłada nóż na bok.
— Gęś.

 
────
[100 słów: Edgar otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny — drabble „Sztylet”

— Ja naprawdę dużo rozumiem — Amanda stanęła w drzwiach pokoju Kaliny. Dziewczyna zaskoczona podniosła wzrok zza biurka. — A przynajmniej próbuję.
— Coś się stało?
— Wybielacz w kuchni, farby w lodówce, kasztany w łazience, okej…
— Zebrałam i były całe w błocie — wzruszyła ramionami.
— Ale powiedz mi, błagam, czemu trzymasz miecz w moim bucie? Dlaczego ty go w ogóle masz?
— Miecz? W bucie?
Zaciekawiona Kalina wyszła za przyjaciółką na korytarz. Ta wskazała wyjęte z szafy martensy, z których wystawał ostry szpic.
— Sama jesteś miecz — wyciągnęła broń z buta. — To sztylet.
— Okej, dlaczego masz sztylet w mieszkaniu?
— Pamiątka — zaśmiała się, oglądając zdobioną rękojeść. — Zapomniałam oddać.


────
[100 słów: Kalina otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — drabble „Sztylet”

— Proszę pani! Bo on mnie uderzył! — zapłakany dzieciak pobiegł w stronę wychowawczyni.
— Wcale nie! — krzyczał za nim Mikołaj. — To on zaczął!
— Beksa! — zawtórował mu Feliks. — Głupi mazgaj!
Kobieta pokręciła głową z dezaprobatą i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę chłopców. Coraz bardziej żałowała pokazania grupce dziesięciolatków stoiska z pamiątkami.
— To Maciek powiedział pierwszy, że mój sztylet jest do niczego! — Mikołaj chował plastikową broń za plecami. — Jego wina!
— Daj mi to — wystawiła rękę, czekając, aż chłopiec odda jej zabawkę. — Dostaniesz z powrotem, jak odbierze cię mama.
— Ale—
— I ty też! — wyciągnęła z rąk Feliksa procę. Wycelowany w Maćka kasztan spadł na trawę.


────
[100 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii — drabble „Sztylet”

Tego jesiennego wieczora na plaży buchały ogniska. Obozowicze rozdzierali paczki z piankami, żeby wetknąć je na patyki. Szła wtedy za Flannery, popijając piwo imbirowe, dopóki się nie odwróciło. Z grymasem na twarzy.
— To był głupi prank. Dzieciak się popłakał.
— Wyluzuj, uspokoi się.
Zmarszczyło brwi.
— Mam dość! Jakbyś mi wbiła sztylet w plecy. Nie chcę już tego kontynuować! Siedź sobie z tymi Hermesiakami.
Odwróciło się i poszło dalej. Wprawiło to ją w osłupienie. I w złość.
— Teraz to ty wbijasz mi nóż w plecy. Serio, Flannery? Zrywasz ze mną, bo braciszek płacze?
Została sama, wśród obozowego tłumu, zgniatając puszkę w dłoni.


────
[100 słów: Dahlia otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki — drabble „Sztylet”

Światło odbijało się od chłodnej powierzchni klingi, rozrzucając słoneczne zajączki na skupionej twarzy grupowej. Jakby chciały zmiękczyć i stal sztyletu, i stal oczu Weroniki, zapraszając do zabawy.
Pojawiła się w końcu wyczekiwana sylwetka w drzwiach. I nawet rzucony przez nią cień stawał w szranki z odblaskami.
— Rewanż?
Nikt nie czekał na odpowiedź. Zajączki rozbiegły się gorączkowo po ścianach, wtórując szczęknięciom broni. Na przemian cień, światło, cień, pchnięcie, unik, cień, rozbłysk. Zachwianie, zarys postaci chwiał się jak pacynka na sznurkach. Brzdęk. Jeden ze sztyletów ugrzęznął w ziemi, bliki światła rozpierzchły się na dobre.
Mogła już wypatrywać się w odbiciu klingi, zrezygnowana.


────
[100 słów: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Arnar — drabble „Sztylet”

Z trudem manewrowało mieczem w zamkniętej przestrzeni – desperacko lawirowało ostrzem, rozdzierając tapetę i krusząc tynk. Od nieprzyjemnych dźwięków wydawanych przez tnącą ściany klingę bolały go zęby i uszy. Przez brak miejsca przyjmowało coraz więcej ciosów, nie będąc w stanie poprawnie wycelować, gdy miecz zahaczał o wszystko, tylko nie o wrogów.
Było niezgrabne, duże i praktycznie bezbronne. Uciekało poważnym obrażeniom wyłącznie dzięki swojej nadnaturalnej szybkości, ale ucieczka do defensywy nie mogła powstrzymać monstrum, które nacierało na niego coraz szybciej i gwałtowniej.
To był jeden z niewielu momentów, gdy Arnar zazdrościło Lucienowi jego pretensjonalnego i bogato zdobionego, ale krótkiego i zgrabnego sztyletu.


────
[100 słów: Arnar otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kala — drabble „Sztylet”

Po nieudanej próbie zbeszczeszczenia pościeli, Ezra rozłożyła swoje znaleziska na podłodze pokoju Kala. Chłopak patrzył na nie z zainteresowaniem wahającym się od umiarkowanego po zerowe, kwalifikując szaprgały jako bezużyteczne, brudne i obrzydliwe. Oglądanie ich wiązało się dla niego wyłącznie ze wspomnieniem wstrętu, który odczuwał, gdy obserwował Ezrę szukającą ciekawych tekstur i kształtów pośród trawy w pobliskim parku.
– Spójrz – poleciła, choć on nigdy nie odwrócił wzroku. – Sztylet.
Uniosła pióro, które dla Kala wyglądało niesamowicie zwyczajnie.
– Gęsie pióro z pokrywy skrzydła – wytłumaczyła, odpowiadając na niezadane pytanie.
– A skąd ty niby wiesz, że jest gęsie? – spytał, ale na to już nie raczyła odpowiedzieć.


────
[100 słów: Kal otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa — drabble „Sztylet”

Domyślał się, że w jej głowie wypowiadane przez nią słowa były ostre jak sztylet, albo nawet tak ostre, jak jej gladius, który traktowała lepiej niż kolekcjonerzy noży swoje zbiory. Często patrzył na nią znacząco, gdy kończyła swoje przeintelektualizowane zdania ze swoim klasycznym uśmieszkiem rozpostartym na twarzy. Chciał jej przekazać, że nie była w niczym lepsza od ośmiolatka przekonanego o błyskotliwości swoich sklejonych na szybko ripost.
Zdarzało mu się informować ją o banalności i prostocie jej słów, które ze znacznie korzystniejszym efektem zastąpiłaby zgrabna wiązanka przekleństw. Z powodu, który określał jako płytko skrywaną mizoandrię, nigdy nie brała jego uwag do serca.


────
[100 słów: Niketas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy — drabble „Sztylet”

W filmach ludzie trzymali noże pod poduszką. Przestraszone dziewczyny zasypiały, ściskając rękojeści, jakby ich dotyk miał je uspokoić, a ostrze nie mogło przedrzeć się przez poszewkę i watę, żeby dosięgnąć odsłoniętej szyi. Kuźma traktowała te praktyki jak babcie, które przestrzegają wnuczęta przed spaniem w słuchawkach, wierząc, że dzieci uduszą się we śnie.
Choć nie wyobrażała sobie sytuacji, w której zaatakowanoby ją w łóżku, zamiast trzymać sztyletu pod poduszką, kładła go na szafce nocnej. Dla pewności, że nigdy nie jest całkowicie bezbronna. W Obozie nie było osoby, która by to kwestionowała – widok gotowej do użycia broni był tu na porządku dziennym.


────
[100 słów: Kuźma otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Edel — drabble „Sztylet”

U Silasa obowiązywały zasady, których Edel nie pojmowała, ale próbowała respektować. Najgorzej wychodziło jej to podczas pierwszego dnia odwiedzin, gdy frustrowała ją każda różnica między jej mieszkaniem a tym Silasa i Yasmin.
Często były to rzeczy kuriozalne.
Przetarła oczy i rozmazała resztki makijażu po policzkach, niemrawo człapiąc do aneksu kuchennego. W prawie pustej lodówce znalazła dwa pomidory zaopatrzone w pisaną ręką Silasa notkę: „Dla Edel, nie kraść :)”. W szufladzie odkryła plastikowe sztućce i nożopodobne przedmioty – chwyciła pierwszy z brzegu, w roztargnieniu ignorując jego kształt.
– Tym sztyletem kroimy bataty – powitał ją Silas, wnosząc do kuchni zapach tytoniu.
Postanowiła tego nie kwestionować.


────
[100 słów: Edel otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]