Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merideth Davidson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merideth Davidson. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2025

Souksakhone i Merideth Davidson umierają

zdjecieSouksakhone Bualoi NamvongON/JEGO — 18 LAT — NAJADA-PÓŁBÓG — LAOTAŃCZYK — 172 PD — 0 PU — 100 PZPostać NPC



zdjecieMerideth DavidsonONA/JEJ — 20 LAT — PÓŁBOGINI — AMERYKANKA — 0 PD — 3 PU — 100 PZPostać NPC



W niewyjaśnionych bliżej okolicznościach w jednym z barów Nowego Jorku ginie osiemnastolatek. Przy śmierci nie było (podobno) żadnych świadków, a podejrzani są pracownicy baru, jednak monitoring przeczy tej hipotezie (tak jak właściwie przeczy każdej innej, bo nie widać na nim... kompletnie niczego). Gdyby tego było mało, zgłasza się zaginięcie kobiety, którego poszlaki wskazują na jej powiązania ze zmarłym oraz wysokie prawdopodobieństwo, iż też jest ofiarą tajemniczego mordercy.

piątek, 21 października 2022

Od Merideth — „Comeback is real”

Lato i jesień przeminęły za mrugnięciem oka. Nim się obejrzała, już za oknem widać było biel. Przecież jeszcze do niedawna było 30 stopni na dworze, a ona pocąc się w jej zbyt ciepłych ubraniach, zastanawiała się, jaki do cholery jest sens życia. Merideth, nie miała przygód w ciągu ostatnich miesięcy, a spędzała czas, jakby wszystko miało trwać wiecznie.
Siedziała pod pierzyną bądź na ganku z fajką w ręce, nie raz kieliszkiem wybitnego wina od dzieci Dionizosa. Nie sięgała po nic mocniejszego, nie widziała w tym sensu i nie miała takiej potrzeby. Rzadko jednak kiedy zdarzyło jej się przesiedzieć cały dzień w piżamie, w końcu miała ADHD wraz z domieszką autystyczności, więc wybiegania poza jej codzienną rutynę nie było dla niej niczym przyjemnym. Dodawało jeszcze poczucia, że cokolwiek zrobiła w trakcie wskazanego przez nią dnia, a nie wegetowała w łóżku niczym chory na oddziale, bądź dzieciak w depresji.
Dzisiaj jednak miało być inne, lepsze, aktywniejsze. Zebrała się z łóżka, zapaliła faję jeszcze przed wejściem pod prysznic, jak zwykle zgasiła go, oblewając się zimnym strumieniem wody, który powoli przechodził do temperatury pokojowej. Umyła zęby, założyła na siebie beżowy sweter, pod którym znajdowała się biała luźna koszulka, do tego czarne buggy jeans z naszywkami zespołów rockowych. Popatrzyła na znak Nirvana na jej łydce, była gotowa, by rozpocząć dzień. Chwyciła za książkę, słuchawki bezprzewodowe, paczkę niebieskich camelów, rzuciła na odchodne: spierdalaj, do chłopaka, który ostatnio jej podpadł i wyszła z domku. Rozejrzała się wokoło za potencjalnymi zagrożeniami i wchodząc na drogę prowadzącą ją nad jezioro, wyłączyła myślenie, wsłuchując się w: „Lemon Tree” Fools Garden.
Czuła, że wraca do gry, miała energię, by podjąć się misji, zakumplować się z obozowiczami, których wcześniej nie widziała na oczy, a być może po prostu powegetować: czytając książkę z fajką w ustach. Cokolwiek, by to nie było, miała dość sterczenia z założonymi rękoma. Jak to mówią: comeback is real.


◇──◆──◇──◆
[310 słów: Merideth otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Od Merideth CD Florence — „Kłopot na czterech łapach”

Poprzednie opowiadanie
[LATO]

Merideth, jak zwykle przed całkowitym przebudzeniem przeleżała chwilę w łóżku, próbując poskładać myśli. Przekręcając się z boku na bok, rozgrzewała swoje kończyny, stopniowo wybudzając się z mar sennych. Sprawdziła półkę obok swojego łóżka i gdy zauważyła pełną paczkę szlugów, usiadła z ucieszoną mordką. Odepchnęła się od łóżka sprawnym, kocim ruchem biorąc przy okazji książkę, gdy następnie skierowała się w kierunku ganku. Odpaliła papierosa, wyciągając jak zwykle potrzebną zapalniczkę z papierowej paczuszki z napisem Chesterfield i kolejnym zdjęciem martwego płodu. Dziewczyna nostalgicznie przypomniała sobie czasy, gdzie te obrzydliwe nadruki wzbudzały w niej przejęcie. Teraz jedynie spoglądała na nie z uśmiechem politowania. Zastanawiała się, z czego one wynikają? Przecież to była antyreklama produktu, na którym się znajdowała, a wciąż ludzi to nie przestrzegało. Przynajmniej nikogo nie znała, kto postanowiłby odmówić nałogu, kierując się tymi powodami.
Zgasiła, gdy otrząsając się z zamyślenia, poczuła smak spalonego filtru w jej płucach, odkrztuszając go z niesmakiem wymalowanym na twarzy. Niedopałek wrzuciła do popielnicy, sięgając tymczasem drugą ręką do książki. Przeczytała rozdział z zamyśleniem na twarzy i kończąc swój poranny rytuał, wstała, odsunęła krzesło, skierowała się do szafy z ubraniami, wybrała swój outfit: niebiesko-białą koszulę w kratkę i ciemnobrązowe lniane spodnie, nie zwracając uwagi na swoich przyrodnie boskie rodzeństwo. Poczekała, aż ktoś wyjdzie i wchodząc pod prysznic zmyła z siebie resztki zmęczenia.
Spojrzała w lustro, nałożyła na siebie srebrny naszyjnik z zawieszką księżyca, użyła tuszu do rzęs, przejeżdżając matową pomadką po ustach, po czym przechodząc przez swój domek, wyszła na zewnątrz. Postanowiła dzisiaj wybrać się nad jezioro, poczytać książkę, która odruchowo wzięła z ganku, a może, nawet jeśli starczyłoby czasu poćwiczyć swoje bojowe umiejętności.
Bez wahania skierowała się w kierunku zbiornika, przechodząc przez jakże dobrze znane jej otoczenie. Wszystkie domki z własną charakterystyką przypisaną danemu bóstwu, mocom, lecz niekoniecznie osobowościom. Greckie, marmurowe kolumnady, latający na wszystkie strony satyrowie goniący za swoimi obowiązki, bądź pięknymi driadami. Zastanawiała się tylko, czy spotka Pana D lub Chejrona po drodze. Nie było jej to po myśli, jednak zawsze trzeba być przygotowanym na różne nieprzyjemne warianty, bo mogą cię one zaskoczyć niczym kubeł lodowatej wody spuszczony na twój łeb. Na temat pomyślała, przejeżdżając wzrokiem po tafli jeziora, dostrzegając jakieś dwieście metrów od niej molo, w którego kierunku postanowiła się skierować, pakując do kieszeni kamienie, które znalazła po drodze. Usiadła na ławce położonej na samym krańcu mola, by przypatrzeć się najlepszej perspektywie na otaczający ją las i wodę. Raz po raz rzucała kamieniami, raz udając zrobić mniemaną: „kaczkę” drugi nie. Z czasem szło jej coraz lepiej, a gdy zauważyła, że wszystkie znajdki, które zebrała po drodze, zostały przez nią wykorzystane, postanowiła sięgnąć po kolejnego szluga. Wpierw sięgnęła do prawej, gdy przetrząsając niczego nie znalazła oprócz drobinek ziemi i piasku, z lekka spanikowana do lewej, gdy tam sytuacja się powtórzyła, postanowiła wstać i sprawdzić po tyłach. Nie było. Musiała je zostawić po poranku na ganku, co oznaczało, że już ich raczej nie znajdzie. Wkurzona poszła w krzyk, co nie było u niej częste, jednak zdecydowanie potrzebne w tej sytuacji. Nie miała teraz zamiaru trzymać ich w sobie, w szczególności, że poszła nad jezioro w celu rozładowania się. Postanowiła, więc szybko pobiec z ułamkiem nadziei na znalezienie ich.
Przeskoczyła barierkę zwinnym, wręcz parkourowym ruchem, przeskoczyła między obozowiczami, wchodząc metalowy element, którzy nieprzejęci sytuacją jedynie wzruszyli ramionami, po czym powrócili do rozmowy, aż w końcu wpadając na satyrów, straciła równowagę i upadła na tyłek. Oboje popatrzyli na siebie ze zdenerwowaniem, Merideth jednak postanawiając, że nie będzie na niego tracić czasu, bo ma ważniejsze rzeczy do zrobienia, wstała, otrzepała się i ruszyła sprintem. Zmachana w końcu docierając do domku, przeskoczyła trzy stopnie, od razu znajdując się na ganku, przeszukując podłogi, barierki, stolik, a nawet szczeliny między deskami. Nic nie znalazła. Postanowiła wejść do środka i zapytać się Andrew, czy nie widział, żeby ktokolwiek zabierał paczkę pomarańczowych Chesterfieldów: jedynie pokręcił głową. Cholera pomyślała ze zrezygnowaniem. Wiedziała, że jedynie może je dostać w sklepie poza obozem, a ten znajdował się kilka kilometrów od obozu. Zatrzasnęła drzwi ze zdenerwowaniem, po wyjściu z przytupem postanowiła znaleźć winowajcę i przyłożyć mu sidekickiem w łeb. O jednego szluga nie zrobiłaby awantury, ale całą pieprzoną paczkę wraz z zapalniczką? Za to trzeba było zapłacić.
Po półgodzinie mijając kolejny próg po przepytaniu prawie każdego w obozie, natknęła się na znajomą z widzenia dziewczyną z domku Demeter. Nie pamiętała, jak było jej na imię, lecz nie to teraz było ważne. Spojrzała na jej torebkę, w oczy, a następnie szybkim marszem zaczęła iść w jej stronę, gdy nagle zauważyła wystający czarny łebek z przyklapniętymi uszkami. Zatrzymała się na chwilę z osłupieniem, gdy jednak otrząsając się, postanowiła pójść w jej kierunku przeszukać torebkę. Bez pytania, podniosła duperelę psiaka, wytężając wzrok, czy na pewno nie ma w niej skradzionej paczki. Popatrzyła na nią z dezaprobatą głęboko schowaną w jej oczach, po czym na odchodne rzuciła:
— Nie daj się tylko złapać Chejronowi — po czym powolnym krokiem zaczęła iść szukać dalej.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (JEDNA Z POSTACI PRZESZŁA DO NPC)
◇──◆──◇──◆
[811 słów: Merideth otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 czerwca 2022

Od Merideth — zlecenie #2 — część 2

POPRZEDNIE OPOWIADANIE

Merideth postanawia przeszukać mieszkanie Pana Moore'a. Nie znajduje jednak nic ważnego, a — pomimo swoich wcześniejszych podejrzeń — zleceniodawca również nie wydaje się czegoś ukrywać.
Merideth po paru wymienionych zdaniach z mężczyzną nabrała poważnych podejrzeń, że może coś istotnego ukrywać. Nakładała się na to wielka warstwa reakcji zleceniodawcy, przez które wyglądał na dość zestresowanego jej pytaniami. Jej profesjonalny wyraz twarzy jednak wciąż utrzymywał się, dzięki czemu mężczyźnie było trudniej domyślić się, co kryje się w głowie dziewczyny. Składając palce w piramidkę, na którą oparła swoją brodę w zamyśleniu, w końcu zapytała się:
— Czy może dać mi pan rozejrzeć się mieszkaniu? — dochodząc do wniosku, że może znaleźć coś ważnego, co mężczyzna przeoczył.
Spojrzała na niego poważnym, dojrzałym wzrokiem profesjonalisty, gdy doczekała się w końcu wybrzmienia jego głosu.
— Oczywiście. Od jakiego pokoju chciałabyś zacząć?
Po paru postukiwaniach wskazującym palcem o jej brodę, które wskazywały na przemyśliwanie sytuacji, aż odpowiedziała:
— Od sypialni.
W momencie, kiedy wydobyła z siebie informację, mężczyzna złapał za pęk kluczy i charakterystycznym machnięciem ręki pokazał jej, żeby poszła za nim. Merideth z każdym krokiem rozglądała się uważnie po mieszkaniu, uważając czy czegoś nie przeoczyła w trakcie wchodzenia do mieszkania, lecz nic charakterystycznego nie znalazła, oprócz paru wkurwiających, brzęczących much. Kolejny triggerujący dźwięk w tym mieszkaniu, którego jako osoba autystyczna nie dzierżyła. Miała ochotę podskoczyć wyćwiczonym, akrobatycznym ruchem i pozabijać wszystkie te kurwibąki. Zagryzła jednak zęby i skupiła się na bawieniu się jej palcami, robiąc sobie szybki stimming pomagający jej w chwilach dokładnie takich jak te.
Po paru sekundach dotarli pod drzwi sypialni, gdy mężczyzna zaczął szukać potrzebnego klucza. Merideth dalej bawiąc się palcami, przeczekała chwile krępującego stania w ciszy: nie licząc brzęczenia.
— O, jest — mężczyzna nagle się odezwał, wkładając srebrny, delikatnie zardzewiały klucz w dziurkę przekręcając wraz z charakterystycznym dźwiękiem. Otworzył drzwi na oścież i z uśmiechem najwyraźniej starając się być elegancki, powiedział:
— Panie przodem.
— Wie pan, troszkę czuję się niekomfortowo wraz z wchodzeniem pierwsza do cudzej sypialni — „Odrobina ostrożności nie zaszkodzi”.
Mężczyzna w odpowiedzi szepnął coś o dzieciach ze zbyt bujną wyobraźnią, czego Merideth nie dosłyszała. Pokręciła jedynie głową i wchodząc, rozglądając się dookoła, czy jest bezpiecznie, zaczęła przeszukiwać pokój. Zaczęła od dywanu, który wpierw odsłoniła, przeczesując wzrokiem, niczego nie dostrzegając. Następnie schyliła się, pukając w każdą deskę z osobna, nasłuchując czy znajdzie się pusta przestrzeń, w której mogłoby się coś ukryć. Po chwili jednak pokręciła głową w znak, że niczego nie znalazła, dostrzegając nagle poirytowaną twarz mężczyzny.
— Niech pan wybaczy, musiałam sprawdzić, czy magia Troglodytów niczego tutaj nie pozmieniała — powiedziała, wymigując się z sytuacji, by nie wyszły jej faktyczny podejrzenia w stosunku do mężczyzny. Wstała, położyła dywan na miejsce, obejrzała się jeszcze dokładnie po pokoju, lecz znowu nic nie znalazła. Poszła zaraz za mężczyzną na powrót do salonu, rozglądając się, czy wskutek pewnych niewyjaśnionych zdarzeń nic się nie pozmieniało. Oglądnęła się po parę razy, gdy z każdym razem coraz bardziej jej coś nie pasowało. W końcu dowiadując się, obróciła się na powrót do mężczyzny:
— Gdzie się podziała skrzynka? — zapytała poirytowanym tonem.
— Jaka skrzynka?
— Zasłonięta obrusem w kwiatki, która przed chwilą znajdowała się w rogu pokoju — z każdą sekundą pokazywała coraz bardziej swoje zdenerwowanie.
— Nie było tutaj żadnej skrzynki… — tymczasem mężczyzna zamyślił się na chwilę, dochodząc powoli do pewnego wniosku — to może być sprawka żab.
— Troglodytów?
— Dokładnie.
— Skoro tak mówisz… poddam cię w takim razie moim mocom czytania w myślach — „Może pod wpływem presji załamie się i powie mi prawdę?”
— Ale ostrzegam, po piwku mogę mieć nieprzyzwoite myśli — uśmiechnął się delikatnie zawadiackim uśmiechem, nie sprzeczał się, jednak usiadł wygodnie na krześle. Dziewczyna w tym czasie zaczęła odgrywać swoją rolę, wyciągnęła dłonie przed siebie, dotknęła nimi jego głowy i z zamkniętymi oczami przybrała skupiony wyraz twarzy. Zleceniodawca nie poddał się jednak jej aktorstwie najwyraźniej nawet go nieświadomy.
— Dobrze już — dziewczyna odpuściła, dochodząc do wniosku, że mężczyzna mówi prawdę.
— Skoro już wiesz, że jestem uczciwy, mogę pokazać dalszą część mieszkania, albo przejdźmy do interesów.
— Dobrze, jednakże niech pan wpierw powie, gdzie mogła się podziać skrzynka.
— Najpewniej już jest daleko stąd.
— Jest pan pewien?
— Na 90%.
— Niech będzie, przejdźmy dalej… Proszę, by pan mnie jeszcze poprowadził po mieszkaniu – powiedziała Merideth, decydując się na poznanie głębiej tego człowieka.
◇──◆──◇──◆
661 słów: Merideth otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia (+30)

wtorek, 14 czerwca 2022

Od Merideth — zlecenie #2 — część 1

Merideth powoli zbierała się z łóżka, zaglądając ręką czy w pobliżu jest książka, w którą mogłaby się zanurzyć. Oddać się w świat swojej wyobraźni i mieć po prostu wyjebane. Jednakże zaspanym ruchem przetrząsając po szafkach, nie znalazła się ani jedna lektura. Jak? Może to kolejny żart dzieciaków Hermesa albo naprzykrzyła się komuś, nawet nie mając takiego zamiaru. „Wybornie” — pomyślała.
Poirytowana szybkim, zwinnym ruchem wstała z łóżka, poszła do szafy po ubrania, gdy nagle na wierzchu jej starannie poukładanych koszul zauważyła list. Zainteresowana otworzyła go, spodziewając się zlecenia i jak widać, nie myliła się. Przeczytała z dokładnością kilkukrotnie, by upewnić się, że niczego nie przeoczyła, po czym szykując się, na wyprawę wzięła czarny, obcisły czarny t-shirt, szerokie shorty z wysokim stanem w kolorze „deep taupe” i srebrny naszyjnik z księżycową zawieszką.
Poszła do łazienki, nie przejmując się zbierającymi na około współlokatorami, umyła zęby, wzięła poranny prysznic, po czym sięgając po paczkę szlugów, które ktoś zostawił, zapaliła papierosa, głęboko się zaciągając. Wyszła, gdy nagle podszedł do niej jeden z chłopaków z jej domku.
— Nikt cię nauczył, by nie sięgać po cudze rzeczy? — był widocznie sfrustrowany zaistniałą sytuacją, a każda sekunda czekania jedynie pogarszała jego sytuację. Musiał jednak odczekać 5 sekund, by Merideth mogła mu odpowiedzieć po wypuszczeniu kolejnego bucha.
— Wiesz przecież, że mogłabym zwinąć całą paczkę, a jeszcze bym się na tym dorobiła, więc uspokój się, a rozejdziemy się w pokojowych warunkach — dziewczyna odpowiedziała widocznie jeszcze zaspanym głosem i nie czekając, skierowała się w stronę drzwi na zewnątrz. Włożyła beżowe buty, wyszła, skierowała się pod główną bramę i doszła aż do drogi.
Po wydostaniu się z obozu poczuła jakby… ulgę. Jasne to jest jej dom, ale ten cały gwar, imprezy, walki o honor, wspinanie się po zabójczych ścianach wspinaczkowych, to wszystko potrafiło wymęczyć człowieka, a w szczególności tego w spektrum autyzmu. Z drugie strony w tym całym harmiderze jest tyle bodźców, hałasów, nieprzyjemnych i triggerujących dźwięków, a wciąż da się znaleźć w tym jakąś harmonię i to było cudowne w tym całym półświatku popierdolonych herosów. Da się znaleźć tam wszystko od tapeciar, które najwyżej co wyniosą ze swoich rozmów to, jaki następnie dobrać sobie kolor paznokci, po chlejusów i narkomanów, którzy już nawet przed Chejronem muszą się kryć, by nie zostać odesłanym na odwyk. Każdy jednak ma tam wspólną cechę, każdy tworzy społeczność, która, choć utrzymuje się dzięki zjebanym rodzicom, to jednak jest połączona silnym splotem więzi i choć lepiej na pewno wypowiedzieliby się o tym potomkowie Afrodyty, tak myśli te są prosto z serca.
Nagle z zamyślenia wyrwał ją odgłos hamującego auta. Uśmiechnęła się do 40-letniego bruneta w okularach quicksilvera i białej koszuli z podwiniętymi rękawami.
— W którą stronę pan jedzie? — zapytała niezastraszona Merideth, starając się być jak najbardziej uprzejma dla kierowcy.
— Nowy Jork — odwzajemnił uśmiech, oczekując odpowiedzi siedemnastolatki.
— Idealnie, podwiezie mnie pan w rejon China Town? — zapytała.
— Jasne, wskakuj.
Rozsiadła się wygodnie w podniszczonym fotelu starego jak świat pick-upa, skierowała w swoją stronę wylot od klimatyzacji i oglądnęła się za widokami jej dobrze znanych lasów i pól uprawnych. Skierowała oczy w stronę mężczyzny, pytającym wzrokiem wskazując na charakterystyczną osłonę dłonią. Nie chciała w końcu, by wypaliło jej oczy, biorąc pod uwagę to, że słońce grzało jak szalone, a temperatura w cieniu osiągała 25 stopni. Facet zdążył już pogłośnić radio, które grało jakiś jeden z kiczowatych kawałków country. Merideth odwrócona od mężczyzny przewróciła jedynie oczami w odpowiedzi, wyczekując momentu, gdy ten postara się zacząć rozmowę. W końcu to była cena, którą musiała zapłacić, by dostać się do Nowego Jorku i w zamian co nieco zarobić.
— Co taka młoda dziewczyna robi pośrodku takiego zadupia? Tak wy to teraz na to mówicie? — zapytał, dalej koncentrując swoje oczy na drodze. Merideth była przygotowana na to pytanie, gdyż było jednym z najpopularniejszych początków. Znała więc już wymówki, zakute na pamięć przetarte tysiącami użyć.
— Ciotka tu mieszka, a jako że dzisiaj pogrzeb matki, a jej auto uległo jakiejś awarii, postanowiłam złapać stopa — dziewczyna odpowiedziała niewzruszonym głosem, co trochę zadziwiło staruszka.
— Pogrzeb powiadasz? Wiesz, ja też byłem w twoim wieku i miałem znajomych. — „Naprawdę? A nie wygląda pan” pomyślała nastolatka. — Jeździłem na wyjazdy pod namioty, więc wiem, jak to jest — facet spojrzał na nią z porozumiewawczym puszczeniem oka.
— No dobra… Przyłapał mnie pan — powiedziała Merideth, tym razem już bardziej starając się włożyć emocje w swoją wypowiedź.
— Poza tym nie Pan, a Bruce jestem — podał dłoń.
— Merideth — dziewczyna uścisnęła i czekała na dalszy rozwój wydarzeń, nie angażując się w rozmowę.
— Na dziko rozbiliście obóz? — powiedział Bruce, przypominając sobie, że w okolicy nie ma żadnego pola namiotowego. Dziewczyna miała już odpowiedzieć, jednak mężczyzna nie dał jej dojść do słowa, nie czekając na odpowiedź. — Dobrze, myślałem, że ten świat schodzi na psy, że nie ma już porządnych młodych ludzi, którzy poradziliby sobie ze zwykłym wystruganiem patyka na ognisko, a tu proszę, spotykam przykład, że jeszcze jest nadzieja na lepsze jutro.
Merideth nie odpowiedziała, pokiwała jednak głową na znak, że przyjęła do wiadomości, po czym przygryzła wargę, zaczynając swój stimming.
— Hmmm… A wierzysz w Boga? Może i tutaj dasz mi natchnienie. W końcu to nasz Pan i stwórca, miłosierny Jezu, który poświęcił się dla nas.
— Nie, nie wierzę.
— Ach te poglądy młodego pokolenia, was to już zdrowy rozum opuścił. Nie wierzyć w boga! Achhhh — „tylko się nie zapowietrz” pomyślała. — Niestety przez te cele równościowe i inne pierdoły, ludzie stają się zamknięci na tradycję. Geje, biseksualiści, transy to przecież wbrew naturze! Jak można opowiadać takie brednie? Jeszcze lesbijki przejdą, ale żeby tak chłop z chłopem! No ja pierdolę, co się z tym światem dzieje! A ty co? Pewnie chodzisz na te wszystkie marsze heretyków? Oj, biada ci.
Merideth jedynie pokręciła głową, odwróciła się na powrót do okna, obserwując klucz żurawi i wirujące w górze orły. To właśnie jest wada starego pokolenia, z jednej strony facet wywarł wrażenie młodzieżowej osoby, lecz z czasem przerodził się w twardego katolika, który prawiąc swoje poglądy, mógł skrzywdzić drugą stronę. Gdyby nie to, że przeprowadziła już tuziny takich rozmów, poczułaby się urażona. Teraz jednak postanowiła przeczekać, domyślając się, że mężczyzna już nie odezwie się do niej ani słowem. Dziwiła się jednak dlaczego nie wyrzucił jej jeszcze z auta? No cóż, lepiej tak niż czekać 45 minut, aż złapie się kolejnego stopa.

Na horyzoncie rozciągał się już Nowy York, gdy przejeżdżali właśnie obok jednej z plenerowych plaż nad jeziorem. Ocean był zbyt zanieczyszczony, by nadawał się jako świetne miejsca do wykąpania się, ponurkowania, czy snorkelingu mając jeszcze na uwadze to, że znajdowali się właśnie obok jednej z większych metropolii USA. Merideth sprawdziła, ile jej zostało pieniędzy po kieszeniach, by sprawdzić, czy wystarczy jej, by uczciwie zapłacić za jedną paczkę czerwonych Winstonów. Ucieszyła się, gdy wyczuła pod jeansem, że jeszcze ma 10 dolarów.
Przeczekała bez zbędnej życzliwości wobec mężczyzny, gdy nagle znaleźli się w China Town, pokazała na kiosk, mówiąc oschłym tonem:
— Może pan się tutaj już zatrzymać.
Bez słów mężczyzna wykonał jej prośbę, po czym bez pożegnania i obejrzenia się odjechał z miejsca zdarzeń. „Dziwny facet” pomyślała, jednak poszła do okienka, kupiła paczkę wspomnianych fajek, po czym odpalając jednego, skierowała się w kierunku mieszkania.
Gdy już dotarła na miejsce, zapukała, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
◇──◆──◇──◆
Merideth zaczyna zlecenie #2 z Mistrzem Gry.
1180 słów: Merideth otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia (+30).

Merideth Davidson

This is your life, you can go anywhere You gotta grab the wheel and own it and drive it like you stole it Rollin, this is your life, you can be anything You gotta learn to rock and roll it, you gotta put the pedal down And drive it like you stole it

zdjecieMerideth DavidsonONA/JEJ — 17 LAT — PÓŁBOGINI — AMERYKANKA — 10 PD — 0 PU — 100 PZOMEGA#5467

Córka Hekate o mega długim cytacie