Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szósty lipiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szósty lipiec. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu milczała przez chwilę. Wbiła wzrok w nagrobek, chociaż jej myśli nie były nawet blisko samego zmarłego. Może to było z jej strony nieodpowiednie, w końcu był na swój sposób winowajcą (chociaż było to okropnie złe określenie, a ona nie miała przez nie kompletnie nic negatywnego na myśli) całej tej rozmowy. Z drugiej strony, chyba i tak nie ona była zobowiązana do myślenia o nim. Nie wiedziała nic poza tym, co do tej pory udało jej się usłyszeć.
Poza tym siedząca obok kobieta myślała o swoim bracie wystarczająco często w pojedynkę. Może to był w tym wszystkim największy problem. Arisu przez chwilę bardzo chciała zapytać, czy jest ktokolwiek, kto mógłby jakoś ją odciążyć. Pomóc w niesieniu tej żałoby, która trwała już tak długo, ale też pomóc w codziennym życiu. Kobieta wyglądała, jakby potrzebowała kogoś takiego.
Szybko jednak doszła do wniosku, że to pytanie jest raz, że niewłaściwie, dwa – raczej zbędne. W życiu nigdy nie można było liczyć na pomoc kogoś innego, o tym mogła mówić z całkowitą pewnością popartą doświadczeniem. No, przynajmniej chciała sobie wmawiać, że jest to poparte doświadczeniem. Może miała na karku dużo mniej lat, niż siedząca obok towarzyszka i może nie straciła brata w tak samo dosłowny sposób, ale o tym naprawdę wiedziała bardzo dużo.
Inni ludzie (półbogowie, istoty – to naprawdę bez znaczenia) tylko sprawiali kłopoty, a na sam koniec i tak trzeba było sobie radzić w pojedynkę. Co gorsza, trzeba było jeszcze ogarniać bałagan, którego narobili.
To i tak nie była ta część, na której Arisu skupiła się najbardziej. To, na koniec dnia, nie miało przecież znaczenia. Żadna z nich nie mogła nic z tym zrobić.
– To nic złego, jeśli nie chcesz – odpowiedziała, na chwilę bardziej skupiając się na tym, co miało znaczenie. A przynajmniej ona uważała, że je ma. – Mam na myśl… Wydaje mi się to normalne.
Sama przecież też nie chciała spotykać się z Shayelem, gdy dowiedziała się, że ten przyjechał do San Francisco. Nie otwierała listów od niego, więc dowiedziała się o tym nagle i od razu stanęła przed bardzo ograniczonymi opcjami. A przecież mówiła tu o spotkaniu z żywym kretynem, który po prostu wyjechał. Nie o spotkaniu z dawno zmarłym bliskim.
Na takie spotkanie prawdopodobnie nigdy sama by się nie zdecydowała. Może było w tym coś żałosnego, ale to nie było istotne. Nawet Shayel i ojciec nie czepialiby się jej w takich okolicznościach.
Przeniosła wzrok na kobietę. Wyglądała na spiętą trochę bardziej niż do tej pory, ale to mogło być tylko wrażenie. Arisu poczuła, że ucisk w żołądku znowu staje się trochę większy. Powstrzymała nerwowe przełknięcie śliny. Nieważne, jak bardzo chciała w tej chwili narzekać na swojego brata i na to, w jaki sposób dowiedziała się o jego przybyciu. To nie było istotne – ani teraz, ani nigdy.
– To nie jest coś prostego – dodała, chcąc jakoś się wytłumaczyć. Nie miała w końcu na myśli nic złego. Może powinna nauczyć się lepiej komunikować swoje myśli. Nie, to też nie było teraz istotne. – Przynajmniej tak mi się wydaje.
Poprawiła się na ławce, znowu kierując wzrok na grób, by potem spojrzeć na korony drzew i na słonecznie niebo nad nimi. Niektórzy pewnie uznaliby taką pogodę za ironiczną. Nie wiedziała, czy może doradzić kobiecie coś jeszcze. Podejrzewała, że nie. Nigdy nie była w tym dobra. Shayel był w tym jeszcze gorszy. Ojciec też nigdy nie radził sobie najlepiej. Może to była kolejna rzecz, o którą powinna ich obwiniać.
Zaczynała coraz bardziej się tym wszystkim frustrować. Ta rozmowa dotykała wszystkich tematów, których Arisu nie chciała dotykać. I dalej ją ciągnęła, bo przecież nie mogła przerwać.
– Patrzeć na to z innej strony też możesz zacząć krok po kroku – zakończyła.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 8.09.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Lynn zastanowiła się nad odpowiedzią, bo nigdy nie analizowała swojej sytuacji ze swojej perspektywy. Czy coś jej pomaga? Zawsze skupiała się na perspektywie Nalina, co mogło wydawać się szalone, w końcu to on był martwy, a ona żywa — skarciła się od razu za tak bałwochwalczą myśl. Pamięć o Nalinie była ważna. O tym zdania nie zmieni. Ale sposób, w jakim o nim pamięta?
— Nie myślałam o patrzeniu na to z innej strony — przyznała. — Wiesz, zawsze czułam się winna, więc chyba z poczuciem winy i dyskomfortem muszę iść przez życie? W taki sposób wydaje to się… właściwe.
Ale czy inny sposób by nie zadziałał?
— Pozytywne emocje jakoś nie dopasowują się do tej sytuacji, nie potrafię ich dopasować.
Lynn nie zadawała sobie nawet pytania o przyczyny. Wszystko, co w jej umyśle stało za takim modelem działań, jaki utrzymywała przez ostatnie lata, pokryło się kurzem i nie mogło zostać ruszone. Tak jak wiele innych rzeczy, z szacunku do zmarłego. Każde wzniecenie pyłu zaciemniało jej obraz i powodowało, że chciała powrócić do swojego bezpiecznego, ciemnego kąta. Może dziś naszedł moment na próbę chociaż kroku w stronę światła rozpraszającego wirujące drobinki?
Ale nie chciała ścierać tej warstwy brudu, nie chciała odkopywać się spod masy cierpienia, którego doświadczyła przez długi czas, nie chciała próbować dotrzeć do tego, co było pod spodem. Przecież i tak znajdowało się tam to samo, co doprowadziło do jej rozłąki z Nalinem, co doprowadziło do tego, że siedzi dziś nad jego grobem. Ale mogła spróbować zrobić krok w bok. Zostawić pamięć o Nalinie w spokoju i spróbować przez chwilę żyć w jej pobliżu, zamiast dławiąc się nią.
Kiedyś brat był jej prawie całym światem, a tą resztkę jeszcze należącą do niej przejął po swojej śmierci. A może to ona z własnej woli mu ją oddała, może go tam wcisnęła? Nalin należał już do innego świata, tu pozostał w postaci pustki, która w Lynn przerodziła się w otchłań.
Sytuacja Arisu nieco różniła się od tej Lynn, ale łączyło je jedno. Tak przynajmniej wydawało się kobiecie.
— Obie byłyśmy młode, kiedy straciłyśmy kogoś nam bliskiego. Może fizycznie twój brat nadal gdzieś tam jest, ale tak samo ja, potrafię wyczuć Nalina gdzieś daleko — zbyt daleko, żebym mogła się z nim spotkać. Może nie chcę.


Arisu?
────
[368 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

sobota, 1 sierpnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu miała ochotę pokręcić bardzo gwałtownie głową, oburzając się i krzycząc, bo przecież oczywiście, że nie wynikało z jej winy. To była w pełni wina Shayela, tylko i wyłącznie. Może powinna wykrzyczeć, że przecież ją porzucił – dokładnie wszystko to, o czym myślała od początku przyjścia na cmentarz i co powtarzała sobie tak często, że jakiś czas naprawdę w to wierzyła. Że jest dupkiem, że łamie obietnice, że chociaż dalej żył, to równie dobrze mógłby być martwy, bo nie zrobiłoby jej to zupełnie żadnej różnicy.
Ale nie mogła tego zrobić. Nie w tych okolicznościach, nie przy tej kobiecie, ani w ogóle nigdy, bo takie zachowanie nie było godne kapitana statku, podróżnika, walczącego z potworami półboga, eksperta w kusznictwie i innych tytułów, do których dążyła, albo które przypisywali jej inni, nie zawsze zgodnie z jej wolą. Siedząca obok niej kobieta cierpiała, bo straciła brata, a Arisu zachowywała się jak gówniara, trzymając urazę sprzed lat.
Tę myśl odrzuciła jednak równie szybko. Shayel zasługiwał na każdą negatywną uwagę, to nie ulegało wątpliwości. Zmuszał ją do tego, by w kółko, ciągle i ciągle od nowa analizowała to samo, chociaż miała tego już zdecydowanie dość. Od kiedy wrócił, myślała o tym wszystkim jeszcze częściej, a teraz osiągało to już szczyt, którego nie chciała zdobyć.
– Mój brat… – zaczęła, chociaż dalej nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć. W końcu westchnęła z rezygnacją. – Znaczy, przyrodni brat. Jest śmiertelnikiem – wyjaśniła w końcu, splatając dłonie na kolanach.
I znowu na sekundę zamilkła, wpatrując się w coś przed sobą. Już nie w grób, nawet nie w coś konkretnego. Nie wiedziała, czy powinna nawiązać kontakt wzrokowy z kobietą, czy może jednak nie był to dobry pomysł. Chyba wolała, gdy rozmawiały tylko o niej, o obwinianiu się i przeżywaniu żałoby. Może nigdy nie powinna była mieszać w to wszystko Shayela.
Teraz musiała jakoś to wszystko wyjaśnić. Nie mogła zakończyć na tym głupim zdaniu, jakby wyjaśniało cały sens konfliktu, zrozumienia, o którym wcześniej tak bezsensownie palnęła, czy w ogóle egzystencji Arisu i jej brata.
– Nasz kontakt urwał się, kiedy zostawił mnie pod opieką Obozu Jupiter – powiedziała w końcu, bo przecież nie było to kłamstwo. Nie musiała od razu mówić całej prawdy. – On dużo wyjeżdża i podróżuje, praktycznie nie ma miejsca, w którym zatrzymałby się dłużej.
Nie wspomniała o tym, że do niej pisał i że to ona nigdy nie chciała utrzymać żadnej formy kontaktu, nawet jeśli mieli taką opcję. Nie chciała mówić o tym, jak okropnie poczuła się zraniona lata temu, bo przecież miała piętnaście lat i uważała się za bardzo dorosłą i do dzisiaj nie powiedziała Shayelowi wprost, że dalej chciałaby z nim podróżować, zadając tylko ogólne pytania i udając grzeczne, ale sztuczne zainteresowanie jego historiami. Nigdy nie przyznałaby, że jeszcze wchodząc na teren cmentarza myślała o tym, co może mu opowiedzieć, zupełnie jakby chciała mu zaimponować.
Może wcale nie była dojrzała bardziej niż te sześć lat temu.
– Więc… Nie wydaje mi się, by cokolwiek wynikało z mojej winy – kontynuowała, doskonale wiedząc, że obiektywnie może to być kłamstwo.
Zerknęła kątem oka na kobietę, która dalej pozwalała jej mówić. Arisu nie rozumiała, czemu. Przecież nic, co mówiła, nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia. Shayel żył, po prostu unikali kontaktu. Byli w lepszej sytuacji od niej.
– Nie wiem, czy powinnaś się dręczyć – zmieniła temat, a przynajmniej odsunęła rozmowę od samej siebie. – Znaczy… Czy to ci pomaga?
Wątpiła, by pomagało. Nie mogła mówić z czystego doświadczenia, ale wiedziała, że jej własna złość nigdy jej nie pomogła. Nieważne, jak długo sobie to wmawiała, to nigdy niczego nie zmieniło.
W końcu spojrzała na kobietę pewnie, odwracając do niej głowę.
– Nie musisz się dręczyć, by o nim pamiętać, prawda?


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Bardzo często myślę, że powinnam — powiedziała Lynn. Zamknęła oczy i skupiła się na oddechu, starając się nie myśleć o tym, że właśnie zwierza się jakiejś obcej dziewczynie. Ale ona, jak się wydawało, nie miała nic przeciwko. Kobieta czuła się bardzo naturalnie, mówiła to, co czuje.
— Ale chyba już niczego nie zmienię w ten sposób. Nigdy już nie cofnę się do tego dnia i nie dowiem się, czy mogłabym coś zrobić.
To brzmiało bardzo ładnie, uspokajająco wręcz, jakby zostało napisane na kredowym papierze jakiejś ulotki, z wizytówką psychiatry pod spodem. Lynn czuła się trochę dziwnie z tymi słowami. jakby nie mogła do końca się z nimi utożsamić. Nie wiedziała, czy może.
— Chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem byłoby zachowanie takiego złotego środka między żałobą, jaką jestem mu winna, a życiem dalej. Bo czuję, że powinnam przeżywać te negatywne emocje, nie zapominać Nalina, ale nie wiem, w jakim stopniu mam się dręczyć. I czy nie robię po prostu w ten sposób z siebie ofiary. W końcu to on umarł, nie ja. Wiem, że nadal tu jest w pewnym stopniu, ale nie wiem, czy moja postawa go satysfakcjonuje. Może uważa, że jestem żałosna.
Oj, to zabrzmiało ostro. Nie planowała mówić aż tak długo, ale było trochę za późno na uciekanie, więc po prostu zaśmiała się nerwowo. Śmiech po chwili zamieniał się w kaszel. Ale Arisu nie powiedziała nic, nie odeszła sobie.
Przypuszczała, że rozmówczyni rozumiała ją w pewien sposób - wspomniała również o swoim bracie. Oczywiście, nie wiedziała co się stało. Lynn dość wyraźnie chyba dała do zrozumienia, co stało się z Nalinem - w końcu siedziały na cmentarzu. Czy Arisu chciała również współczucia? Kobieta nie chciała, żeby rozmowa stała się nierównomierna i odczuła, że zignorowała jej emocje. Powiedziała że rozumie. Czemu Lynn nie zrobiła tego samego w odpowiedzi?
— A jak z twoim bratem? Jestem pewna, że nie zrobiłaś nic nie tak, jeśli coś się stało, na pewno nie wynikało z twojej winy.
Idiotycznie ułożone słowa, bardziej żałosna próba skierowania tematu na coś innego po jej żałosnym wyznaniu, którego sama do końca nie zrozumiała.


Arisu?
────
[337 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 12 lipca 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu znowu poczuła w żołądku ten głupi ucisk, który był trochę zbyt duży, by mogła go zignorować, i trochę zbyt znajomy, by nie uznać go od razu za okropnie irytujący. Wręcz nienaturalnie, w ten sposób, w który irytować mogą tylko te rzeczy, które bardzo chce się ignorować, chociaż oczywiste jest, że nie da się tego robić.
Chociaż starała się przekonać samą siebie, że jak najbardziej da się to robić i że nie jest to ani nic dziwnego, ani złego. Oczywiście wiedziała, że jest złe, a na pewno nie do końca dobre, ale do tej pory całkiem skutecznie przekonywała samą siebie, że wcale tak nie jest. Nie tylko ten ucisk, który towarzyszył jej od początku tej dyskusji, ale tez każdy inny, który pojawiał się w najbardziej absurdalnych i nieodpowiednich sytuacjach w jej życiu.
Do tej pory działało całkiem dobrze, więc czemu teraz nie mogła zepchnąć go w odmęty świadomości?
– Chyba… trochę rozumiem – mruknęła, zanim zdołała ugryźć się w język.
Głupia, durna idiotka. Nie miała prawa tak mówić; nie miała prawa rozumieć, a jej relacja z bratem zdecydowanie nie zasługiwała na to, by wyciągać ją na światło dzienne w takiej chwili. Idiota, który nazywał siebie jej bratem, dalej żył. Cholera, od kilku miesięcy mieszkał wcale nie tak daleko, mogła spotkać się z nim, gdy tylko naszła ją na to ochota (pod warunkiem, że akurat mogła wyjść z obozu, rzecz jasna). W żadnym stopniu nie pokrywało się to z sytuacją tej kobiety, chociaż Arisu bardzo długo udawała, że Shayel jest dla niej martwy. Może to było nawet gorsze.
Na pewno było dla niej w jakiś sposób prostsze. Chyba. Teraz już sama nie była pewna. Jej myśli skakały między Shayelem, słowami siedzącej obok kobiety i tym nieprzyjemnym uciskiem, który dalej nie chciał zniknąć i tylko stawał się coraz bardziej irytujący.
Arisu zacisnęła dłonie na ławce, ale pomogło to zdecydowanie mniej, niż miała nadzieję, że pomoże.
– Znaczy… – zaczęła, chociaż usprawiedliwianie się wcale nie brzmiało teraz sensownie, a tym bardziej nie było odpowiednie.
Przeniosła jeszcze na chwilę wzrok na nagrobek. Nie mogła powiedzieć, że jej brat nie żyje. Przez długi czas była to dla niej prawda, ale teraz byłoby to tylko okropne kłamstwo, którego nie mogła powiedzieć komuś, kto sam tkwił w żałobie. Nie mogła powiedzieć, że chciałaby, by jej własny brat nie żył. Nawet nie była pewna, czy to prawda, czy tylko niedojrzałe emocje, do których nie chciała się przyznać. Na pewno byłoby to coś okropnego do powiedzenia w tej chwili, nie musiała być dobra w emocje, by to wiedzieć.
Odetchnęła. Powoli, może nawet trochę zbyt wolno, jakby miało jej to kupić więcej czasu. Te sekundy tak naprawdę nie miały znaczenia. W niczym jej nie pomogły, tylko przedłużały dyskusję, która nigdy nie powinna się zacząć. Kobieta, jak na złość, jej nie przerywała.
– Też mam brata. – Dokończyła w końcu Arisu. – I też kiedyś byliśmy blisko, dopóki nie trafiłam do Obozu Jupiter. Oczywiście, to… nie jest to samo.
Naprawdę nie chciała zabrzmieć jak nieczuła kretynka, która porównuje brata debila do cudzej tragedii. Shayel zasłużył na wszelkie wyzwiska, jakie kiedykolwiek padły w jego stronę, sama zdecydowała, że już jej na nim nie zależy i wszystkie te podjęte decyzje były całkowicie świadome. Nie rozumiała, czemu w ogóle myśli o Shayelu podczas tej rozmowy. Nie zasługiwał na to.
Podobno. Bo mimo to, ucisk w żołądku dalej dawał o sobie znać w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
– Nie wiem, co się stało – kontynuowała, starając się brzmieć spokojnie. – Ale nie zawsze można coś zrobić. Nie… Nie powinnaś się obwiniać.
Czy sama obwiniałaby się, gdyby Shayelowi coś się stało, kiedy z nim nie rozmawiała? Na pewno. On też obwiniałby się, gdyby coś stało się jej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 28 maja 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu usiadła na ławce obok niej. Świat się nie skończył, nie wyśmiała jej, dalej była tak samo miła jak wcześniej. Lynn trudno było określić, skąd brał się ten wyraz zakłopotania na jej twarzy; z pewnością nie była to dla nieznajomej zupełnie komfortowa sytuacja, jednak jej słowa były łagodne i powoli upewniały Lynn, że w ciągu przynajmniej następnych paru minut wszystko będzie w porządku. Słuchała jej, i zadawała pytania. Kobieta nie odpowiedziała od razu, i Arisu już zaczęła się wycofywać z rozmowy, ale Lynn naprawdę chciała odpowiedzieć, porozmawiać. Mimo że będzie to trudne. Ale kiedy następny raz będzie miała okazję, kiedy ostatni raz miała okazję?
— Czego się boję? — zaczęła, żeby kupić sobie trochę czasu na zastanowienie i nie odstraszyć dziewczyny.
Brzmiało to głupio, siedziały przecież niedaleko grobu. Martwi ludzie nie mogli mieć takiego wpływu na żywych, żeby wywoływać w nich strach. Jej lęk był jednak powiązany z Nalinem, niezaprzeczalnie. Mimo że z punktu widzenia śmiertelników jego ciało od dawna rozkładało się w ziemi. Lynn nie była śmiertelniczką, była świadoma tego, jak blisko żywych przebywają zmarli, nie mogła więc tak po prostu odciąć się od kogoś, jeśli umarł. Paradoksalnie, przez jej powodzenie, śmierć czyniła wszystko jeszcze gorszym. Nalin towarzyszył jej przez większość życia, zawsze był obecny, jeśli nie obok, to w następnym pokoju. Słyszała jego głos, widziała cień na ścianie. Po jego odejściu czuła jego obecność niekiedy jeszcze bardziej intensywnie. Widziała jego dłonie w swoich, kiedy myła rano ręce, zastanawiała się, czy dalej mieliby podobny rozmiar buta, odruchowo robiła nieco więcej jedzenia, niż musiała. Czasem przyjmowała te obrazy z sentymentem, głównie jednak starała się odrzucać jakiekolwiek znaki brata. Nawet jeśli oznaczało to wymioty z wycieńczenia, skórę szarą i cienką jak papier i długie godziny w milczeniu przeplatane szlochem. Kiedy w jej głowie pojawiała się twarz brata i staw, nad którym spędzali całe godziny, starała się zignorować tęsknotę i ciepło tego obrazu, nie zasługiwała na niego. Może w ten sposób popełniała błąd. Nalin milczał w zaświatach, tak samo jak milczał za życia. Choć rozpaczliwie chciała usłyszeć, dlaczego tak właśnie się wszystko skończyło, bała się zakładać o inną możliwość niż jej winę. Kto inny mógł powstrzymać to, co się stało?
— Boję się, że jest na mnie zły. Że nie przychodzę. Albo że przychodzę.
No tak, tak naprawdę nie była stuprocentowo pewna słuszności tego, że tu przyszła. Uważała, że musiała, czuła, że nie da rady…
— Mój brat zmarł wiele lat temu i nigdy do końca się z tym nie pogodziłam. Nie dowiedziałam się, co mogłabym zrobić, żeby temu zapobiec i czuję… złość na siebie, w jego imieniu, ponieważ on nie może już być na mnie zły?
Choć pewnie jest. Albo i nie. Lynn odczuwała wiele emocji, i ciekawym sposobem na poradzenie sobie z nimi było przypisanie im wpływu martwych, mściwych energii. Chociaż nie miała pewności, przecież jako wnuczka Tanatosa rozmawiała ze zmarłymi częściej niż żywymi. Wody Styksu skutecznie zmieniały każdy nastrój, i przyzwyczaiła się do przygaszonych kolorów, bo nie mogła sobie przypomnieć już życia spod warstwy mułu. Brat był jedyną osobą, która ją rozumiała. Razem stanowili most między światem ludzi i fantastycznych istot. Teraz czuła się jak wyrzutek w obu. Nigdy nie dokończyła studiów, rzadko rozmawiała z ludźmi. Jeszcze rzadziej z nimfami. Czasem jakaś hamadriada gapiła się na nią przez okno. Lynn zaciskała poszarzałe pięści i starała się nie rozpłakać, choć czuła, jakby nie było w niej ani jednej kropli wilgoci.
— Wiem, że to brzmi bardzo chaotycznie, ale nie jestem w stanie poukładać sobie nawet tego w głowie, a co dopiero powiedzieć w uporządkowany sposób. Po prostu… byliśmy bardzo blisko, a potem się od siebie oddaliliśmy, aż zniknął. A kiedy zniknął, ja nie mogę sobie znaleźć miejsca.


Arisu?
────
[602 słowa: Lynn otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Usiadła na samym skraju ławki, robiąc to kompletnie wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi, który bił na alarm i krzyczał, że powinna już odejść. Pomogła już kobiecie usiąść, zaoferowała wodę – przecież nie mogła zrobić nic więcej, przynajmniej z czysto praktycznego punktu widzenia. Niestety, były takie momenty, gdy wola Arisu kłóciła się z jej zdrowym rozsądkiem i to był dokładnie jeden z takich momentów.
Przede wszystkim, chyba wcale nie chciała odejść. Nie mogła już nic zrobić, to prawda, ale równocześnie wiedziała, że odejście byłoby tak zwyczajnie nie w porządku. Czułaby się odpowiedzialna i winna, gdyby kobieta znowu poczuła się gorzej. Gdyby miała teraz czas, to obwiniałaby o tę decyzję brata i ojca. To oni nauczyli ją tej głupiej odpowiedzialności. Przecież nawet nie wiedziała, jak teraz się zachować i co dalej robić. Na pewno byli ludzie, którzy sprawdziliby się w tej roli znacznie lepiej od Arisu. I pewnie znacznie mniej by to przeżywali.
Machnęła ostrożnie ręką, próbując przekazać w ten sposób coś w stylu „nie masz za co dziękować”, bo naprawdę nie oczekiwała podziękowań. Nie zrobiła nic specjalnego. Zaraz jednak splotła dłonie, pochylając się ostrożnie, by móc przyjrzeć się kobiecie i nie wpatrywać się tylko niegrzecznie w nagrobek.
– Cieszę się, że mogłam zrobić przynajmniej tyle – odpowiedziała powoli, zastanawiając się nad tym, co chce i co może powiedzieć bez ryzyka, że zachowa się jak nieczuły potwór.
Brakowało jej doświadczenia w takich rozmowach. Nie miała nikogo, z kim mogłaby prowadzić głębsze i poważniejsze dyskusje. Przez lata stała się mistrzem w ich unikaniu, chociaż nie było to trudne, gdy nie rozmawiała z nikim więcej, niż było to konieczne.
Czy potrafiła zrozumieć strach kobiety? Nie była pewna. Czuła pewien ucisk w żołądku, gdy o tym myślała, ale nie potrafiła dokładnie określić jego przyczyny. Wydawało jej się to okropnie głupie.
Może Arisu naprawdę powinna zignorować ten głos, który chciał, by jeszcze tu została. Nie nadawała się do bycia dobrym i wspierającym człowiekiem.
Równocześnie nie mogła okłamywać samej siebie – to, że została, nie było tylko sprawką siejących zamęt nauk z dzieciństwa. Tym bardziej nie uważała się za miłą. Podłą i samolubną, tak, ale na pewno nie miłą.
Chciała usłyszeć więcej o osobie, do której należał grób. O tym, jak ci żywi sobie z tym radzili. Chciała? To raczej nie było dobre słowo. Czuła potrzebę, by to usłyszeć, chociaż nie zamierzała wypytywać i nie była pewna, czy naprawdę chce usłyszeć odpowiedzi. Pewnie i tak nie były uniwersalne, mogły co najwyżej zaspokoić niezdrową ciekawość, której nie potrafiła wyjaśnić.
– Czego się boisz? – zapytała w końcu, trochę mocniej splatając ze sobą palce. Zaraz zdała sobie sprawę, jak okropne jest to pytanie i że zdecydowanie nie powinna go zadawać. – Przepraszam. Nie chcę być wścibska ani sprawić ci przykrości, nie musisz odpowiadać – dodała, rzucając kobiecie krótkie, przepraszające spojrzenie. Opuściła głowę, mając wrażenie, że każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie w stanie zobaczyć też to, jak głupio jej się zrobiło. Gorzej: każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie wiedział, jak okropne pytania zadaje i że nie radzi sobie w rozmowie.
Arisu ściskała palce tak mocno, że zbielały jej knykcie. Czuła irytację, która była pewnie jeszcze głupsza od samego zadanego pytania.
Może powinna się wytłumaczyć. Powiedzieć, że też ma brata i nawet nie jest pewna, czy dowiedziałaby się o jego śmierci. Że myśl o tym, że miałaby odwiedzać jego grób, budziła w niej mieszankę bardzo dziwnych emocji, z którymi nie wiedziała, co powinna zrobić i że to jest jeszcze bardziej irytujące, bo powinno być jej to obojętne, bo i tak był tylko podłym zdrajcą. Że to, że statystycznie umrze przed nim, wcale jej nie pomaga.
Nie, to też nie był dobry pomysł. Dlatego nie powiedziała nic więcej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 kwietnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

— Dziękuję — wykrztusiła z siebie Lynn, prawie nieświadomie. Jej mózg zarejestrował jakąś grzeczną propozycję, za którą należało podziękować, więc tak zrobiła. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa już nie tak nieznajomej — że nazywa się Arisu, oferuje cień i wodę. Zrozumiała nie tylko formę, ale też przekaz. Na jej wargi wypłynął blady uśmiech.
— Dziękuję — powiedziała raz jeszcze, już w pełni przytomnie, i zaraz dodała, że chętnie usiądzie w cieniu, a bez wody się obejdzie. Na szczęście w pobliżu znajdowała się dogodna ławeczka, stojąca nawet frontem do nagrobka Nalina. Nie potrafiła określić, czy to dobrze, czy źle. Ścisnęła bukiet w dłoniach i przymknęła oczy na chwilę; pierwszy raz od niepamiętnych czasów dzisiejszego poranka nie tańczyły jej za powiekami czerwone plamki. Kiedy je otworzyła, zorientowała się, że Arisu nadal stoi przed nią. Poczuła lekkie zakłopotanie, dziewczyna była dla niej taka miła, a ona ogranicza się praktycznie do pojedynczych sylab. Za zakłopotaniem podążyło zobowiązanie, żeby coś powiedzieć, jakoś zrównoważyć niekompetencję.
— Może też usiądziesz? Ławeczka jest dość szeroka.
Na tak sformułowane pytanie trudno odpowiedzieć "nie". Były tu tylko we dwie, nie było żadnej innej istoty, która mogłaby przenieść tą sytuację na inne tory. Chociaż Lynn powiedziała parę głupstw, ich rozmowa poza tym ograniczała się do konwencjonalnych grzeczności. Po każdym z nich mogłaby się zakończyć, tak samo jak Arisu mogłaby teraz odrzucić jej propozycję. Z jakiegoś jednak powodu brnęły dalej. Czy to dobrze? W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo niekomfortowo się czuła? Jak bardzo za tym dyskomfortem ukrywała się jakaś wewnętrzna chęć, żeby go przezwyciężyć i zobaczyć, co się stanie? Może o to chodziło dziś rano Lynn, kiedy wstała i zdecydowała, że postara się coś zmienić? Może tego brakowało w jej każdej próbie? Może podążała dobrym torem. Koniec końców, nie miała wiele do stracenia. Ta dziewczyna może nagle przestać być miła, wyśmiać ją i uciec, i chociaż uszy Lynn piekły na samą myśl o choćby drobnym upokorzeniu, grymasie drugiej strony w reakcji na jej błąd czy porażkę, co z tego? Zdroworozsądkowo. W Nowym Rzymie od wielu lat nie była dłużej, niż to konieczne, wśród ludzi najwięcej słów wymieniała ze sprzedawcą jaj na targu. Nikt z pewnością nie pamiętał jej imienia na dłużej, niż to było konieczne, jej mały biznesik przynosił tyle rozgłosu, ile pieniędzy — czyli prawie wcale.
— Dziękuję — powiedziała już po raz trzeci. — Za to, że podeszłaś do mnie i… jesteś miła, i trochę ze mną porozmawiałaś. Inaczej bym chyba uciekła stąd, kiedy tylko upuściłam kwiaty. Rzadko przychodzę do brata, choć wiem, że powinnam robić to częściej. Sama nie wiem. Boję się? — zakończyła niepewnym znakiem zapytania, chociaż tego strachu była pewna. Czuła go. Jakby nie chciała ubierać tego przerażenia w słowa i żałowała już na pierwszej sylabie.


Arisu?
────
[443 słowa: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Arisu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kobiecie jest słabo zdecydowanie bardziej niż trochę. Przyglądała się, jak osłania oczy dłonią, obserwowała chwiejne ruchy. Co powinna zrobić, jeśli kobieta nagle tu zasłabnie? Nie spodziewała się, by gdzieś blisko kręcił się ktoś, kto będzie mógł jej pomóc. Była niemal pewna, że w okolicy są aktualnie same – przecież już wcześniej zastanawiało ją, że wszędzie jest pusto.
Nie uważała, by jej podejście tutaj było miłe. Czuła teraz wszystko, ale na pewno nie to, że zachowała się mile.
Doskoczyła, by schylić się po bukiet w tej samej chwili, co nieznajoma, ale była od niej minimalnie szybsza (miała w końcu bliżej do ziemi). Nie zrobiła tego w pełni świadomie, raczej jako bardzo głupi odruch, którego od razu pożałowała.
Podniosła ostrożnie kwiaty i od razu się wyprostowała. Krótko przyjrzała się wiązance, chociaż sama nie do końca wiedziała po co; to nie tak, że znała się jakoś specjalnie na kwiatach czy ich aranżacji. Gdyby ktoś ją zapytał, mogłaby powiedzieć tylko tyle, że kwiatki są już odrobinę wczorajsze. Zdecydowanie nie czuła się odpowiednią osobą do krytykowania ich stanu.
– Na pewno wszystko w porządku? – Upewniła się jeszcze, ostrożnie oddając wiązankę z powrotem w dłonie kobiety. Nie chciała trzymać jej zbyt długo.
Wydawała się zbyt osobista, by mógł trzymać ją ktokolwiek inny. Ta myśl wydała się Arisu bardzo głupia i naiwna, ale nie zamierzała teraz z nią walczyć. Trzymała kwiaty sekundę zbyt długo, niż było to konieczne, jakby chciała się upewnić, że na pewno będą leżały bezpiecznie w dłoniach właścicielki.
– Tak, naprawdę.
Arisu nie potrafiła tak całkowicie uwierzyć w te słowa. Przyjrzała się krótko twarzy kobiety, ale zaraz odwróciła wzrok w stronę nagrobka. Grób brata? Przez chwilę czuła dziwny ucisk w żołądku i jeszcze dziwniejszy posmak w gardle. Musiała przełknąć ciężko ślinę i dla pewności cofnęła się z powrotem o dwa kroki. Nie sprawiło to, że poczuła się bezpieczniej.
Pomyślała, że to mogło wyglądać niegrzecznie i irytujący głos Shayela powtarzającego, jak mało jej zachowanie przypomina kapitana, znowu odbił się echem gdzieś z tyłu jej głowy. Powstrzymała skrzywienie się, bo to już na pewno byłoby niegrzeczne bardziej, niż wypada. Kobieta przecież jeszcze nic strasznego jej nie zrobiła. Nie wyglądała, jakby w ogóle miała być w stanie.
Arisu znowu przeskoczyła wzrokiem z nagrobka na nią, żeby potem znowu wrócić do kamienia. Zdawała sobie sprawę, że jak na półboga bardzo rzadko myśli o śmierci. Wiedziała, że niektórzy legioniści Obozu Jupiter nigdy nie wracają, przez kilka lat pobytu widziała, jak wracają tylko ich zwłoki, słyszała, jak umierają mimo starań Cherry. Nigdy jednak nie czuła się z tym bardzo blisko związana. Nie wydawało jej się, by w obozie był ktoś, za kim naprawdę szczerze miałaby tęsknić.
Czy brakowałoby jej ludzi, z którymi razem pracowała na rzecz Kohorty? Na chwilę jej myśli zatrzymały się na pofarbowanym idiocie, z którym wyjątkowo często sprzątała, by zaraz szybko to od siebie odrzuciła. Cieszyłaby się ze świętego spokoju.
– Jestem Arisu – przedstawiła się, z powrotem odwracając się do nieznajomej i tym razem już nie odwracając wzroku. – Jesteś pewna, że nie chcesz na chwilę usiąść gdzieś w cieniu? Mogę przynieść ci wody, jeśli potrzebujesz.
Dziwny ucisk w żołądku nie chciał ustąpić. Arisu odepchnęła od siebie nagłą, irracjonalną potrzebę powrotu do baraku i odpisania na jeden z nieotwartych listów. Powstrzymała tupnięcie nogą, które byłoby zdecydowanie zbyt nerwowe i tylko sięgnęła dłonią, by chwycić pasek od torby, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie wzięła jej ze sobą. Splotła ręce, udając, że od początku taki był zamiar.
I znowu zerknęła na grób. Ile lat ta kobieta żyła już bez obecności brata? Jak sobie radziła? Nie zamierzała szukać tych informacji, a tym bardziej o nie pytać.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 26 marca 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Lynn czuła się, jakby była ogarnięta gorączką. Czy świat, czy ona się chwiała, czy tylko jej wyobraźnia powodowała takie wrażenie, wzrok uciekał wszędzie, z daleka od nagrobka tuż przed nią. Pojedyncze, ostre elementy otoczenia jak ptak na drzewie, chmura okrutnie jaskrawo jasna, kamień pod stopami, smuga na kamieniu, chrzęst żwiru. Nie chciały się połączyć w spójny obraz rzeczywistości, ale zlewały się w coś innego — chaos! Kwiaty w spoconych rękach ciążyły, szorstki liść nieprzyjemnie uwierał wnętrze jej dłoni, ale ściskała badylki coraz bardziej kurczowo, jakby były barierką, zza której oglądała piekło, i tylko usilne się jej trzymanie ratowało ją przed zepchnięciem w czeluść.
Nagle odwróciła się od nagrobka, na który i tak nie mogła spojrzeć, dlaczego? nie potrafiła sobie przypomnieć, ale musiał być jakiś powód. Na ścieżce stała młoda dziewczyna, miała śnieżnobiałe włosy, które iskrzyły w promieniach słońca. Musiała coś powiedzieć, chyba oczekiwała jakiejś odpowiedzi, kiedy powiedziała coś do Lynn, w końcu ta się odwróciła. "Co pani tu robi?" „W czymś pomóc?” „Zgubiła się pani?” — kobieta rozważała możliwe opcje. Nagły trzask gałązki nie przestraszył jej tak bardzo, już wcześniej nieświadomie wyrwała się z zamętu własnych myśli dzięki niedosłyszanemu niestety przez ten stan na granicy świadomości komunikat z ust dziewczyny, ale i tak podskoczyła.
— Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać — rzuciła dziewczyna, wyraźnie tak zawstydzona, jak i ona i już się odwróciła, kiedy zmieniła zdanie.
W paru słowach wyraziła swoją troskę, przedstawiła się i przedstawiła powód swojego… naruszenia spokoju Lynn? Wyglądała, jakby takie słowo czekało na końcu jej języka. Jednak źle zrozumiała milczenie kobiety, nie była oburzona tą napaścią. Nie była też aż tak pogrążona w żałobie, no nie można się tak nad sobą użalać. Była po prostu trochę otępiona słońcem i ograniczona własnym umysłem. Półnimfa zrobiła krok w przód, kolejny krok od grobu Nalina, co nagle wyczuła tak wyraźnie, jakby była uwiązana na smyczy, albo uwierał jej łańcuch u kostki.
— Nie nie, skąd, nie przeszkadzasz. Jestem z okolicy, wpadłam na grób brata i chyba po prostu zrobiło mi się trochę słabo. Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.
Pierwsze słowa zabrzmiały nieco skrzekliwie, ale potem było już coraz łatwiej. Łatwiej było zignorować łańcuch na kostce. Dziewczyna chyba też powinna się rozpogodzić, ale obecnie Lynn nie mogła tego zauważyć, słońce wyjrzało zza chmury i świeciło jej prosto w oczy, a nieznajomej rozświetliło jeszcze bardziej włosy. Najpierw zmrużyła oczy, a następnie przesunęła nad nie dłoń, aby lepiej się jej przyjrzeć. Dopiero kiedy usłyszała cichy, suchy odgłos gdzieś niżej, obok stóp, zorientowała się, że wypuściła z rąk kwiaty. Od razu, jakby to dziecko było, a nie już w połowie zasuszony pęk chwastów, schyliła się gwałtownie.


Arisu?
────
[429 słów: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 1 marca 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Arisu zdarzało się chodzić w miejsca, w których nie była nikomu do niczego potrzebna. Zwykle pozwalało to uniknąć większości niechcianych interakcji z innymi obozowiczami albo po prostu innymi ludźmi i stworzeniami ogólnie.
Nie było to zachowanie godne kapitana statku, a przynajmniej tak pewnie powiedziałby jej ojciec, gdyby wymieniła z nim przez ostatnich kilka lat, chociaż dwa słowa. Shayel czasami wspominał o nim podczas spotkań w San Francisco. O rozmowach, które zdarzało im się prowadzić przez telefon, albo o wysłanych pocztą książkach. Nigdy jednak nie naciskał na Arisu, by sama skontaktowała się z ojcem. W końcu Shayel też nigdy nie odzywał się do niego pierwszy. Po prostu nigdy nie byli dobrymi dziećmi.
Nie uważała, by wina leżała po stronie ojca. Starał się, kiedy jeszcze podróżowali razem, wyciągał ją z kłopotów, w które wpadała, równie często co Shayel. Pomagał też samemu Shayelowi. Po prostu ich światy były za bardzo od siebie oddalone. Arisu zwykle myślała o tym jak o naturalnym rozwoju relacji. Ojciec był zapracowany. Shayel był zajęty badaniami. Ona była w cholernym obozie dla półbogów, w którym kazali jej sprzątać toalety i naprawiać akwedukt, bo debil-półbóg nie potrafił wywiązać się z obowiązków, a centurionka uznawała trzymanie ich razem za świetny pomysł.
Jakimś cudem z nich wszystkich to ona skończyła najgorzej.
Podniosła głowę, przesłaniając oczy dłonią przed promieniami słońca, które przebiły się między gałęziami. Było ciepło, sucho. Na wszelki wypadek zawiązała na głowie chustkę, jedno z kolejnych przyzwyczajeń, które mimo upływu lat dalej z nią zostało.
Oceniła okolicę krytycznym wzrokiem. Dotarła aż do cmentarza. Ze wszystkich dostępnych miejsc, tego raczej nie odwiedzała często. Nie miała powodu. Pozostawiała to tym, którzy faktycznie czegoś szukali.
Przez chwilę myślała, by zawrócić, ale ostatecznie ruszyła dalej. To, że przyszła tu akurat pogrążona w myślach o ojcu i bracie, wywoływało w niej pewien rodzaj dyskomfortu, o którym nie chciała myśleć i nigdy nie zamierzała się do niego przyznać. To przecież było głupie.
Wokół było cicho i pusto. Arisu do tej pory nie poświęcała temu zbyt wiele uwagi, ale teraz zastanawiało ją, jak często inni chodzą na cmentarz. Czy to obozowicze, czy mieszkańcy Nowego Rzymu. Raczej nie miało to żadnego praktycznego znaczenia, ale jakoś nie mogła pozbyć się tej myśli.
Była pewna, że Shayela zainteresowałoby to miejsce. Interesowało go wszystko, co związane z historią i obrzędami. Może powinna rozejrzeć się dokładniej. Mieć coś do powiedzenia, gdy znowu się spotkają. Jeśli się spotkają.
Jej wizyty w San Francisco nie były regularne, a tym bardziej nie były częste. Nie widziała się z bratem co tydzień, w sumie to nawet nie raz w miesiącu. Może miała taką możliwość, ale dalej nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, że ma go niemal na wyciągnięcie ręki. Nie chciała też pokazywać mu, że naprawdę cieszy się z jego dłuższego pobytu w mieście.
Dalej była na niego zła.
Zerknęła na mijane groby. Nie było ich wiele, sam cmentarz był raczej malutki. Widywała dużo większe. Nie sprawdzała, do kogo należą, bo to byłoby niegrzeczne. Podobno. Nie musiała się z tym zgadzać.
Przystanęła, omijając drobną gałązkę na samym środku ścieżki. Przed jednym z nagrobków stała kobieta, na którą normalnie pewnie nie zwróciłaby żadnej uwagi. Za tę zmianę obwiniała czające się z tyłu głowy słowa ojca. Może źle świadczyło o niej samo to, że były jej potrzebne, by się zainteresowała. Prawdopodobnie tak było. Nie była pewna, czy to cokolwiek zmienia – nigdy nie uważała się za dobrą osobę.
Kobieta wyglądała słabo. Na tyle słabo, by Arisu faktycznie zaczęła się nad tym zastanawiać, zamiast po prostu po cichu się wycofać. To też nie było zachowanie kapitana, ale nie miała teraz czasu, by jeszcze bardziej się nad tym zastanawiać i obwiniać siebie lub kogokolwiek innego. Chociaż bardzo lubiła obwiniać brata o zło całego świata.
Przyjrzała się długim, splątanym włosom kobiety, dużo wyższej od samej Arisu. Potem wychyliła się ostrożnie, by zerknąć na grób, przed którym stała. Z tej odległości nie mogła nic dostrzec, co okropnie ją zirytowało.
– Przepraszam? – odezwała się, nim doszła do wniosku, że to głupi pomysł.
Wydawało jej się, że ją wystraszyła. Kobieta odwróciła się do niej i dopiero teraz Arisu zauważyła trzymane przez nią kwiaty. Być może właśnie przeszkodziła jej w zadumie nad grobem bliskiego.
Arisu prawie zrobiło się głupio. Cofnęła się pół kroku. Usłyszała pod butami trzask gałązki, na który chyba obie podskoczyły.
– Przepraszam – powtórzyła, unosząc dłoń, ale zaraz opuszczając ją luźno wzdłuż ciała. – Nie chciałam przeszkadzać.
Nie była pewna, czy mówi prawdę. Gdyby nie chciała przeszkadzać, to odwróciłaby się na pięcie i bez słowa odeszła, nie przeszkadzając nieznajomej. Shayel i ojciec powiedzieliby, że po prostu się zmartwiła, ale czy naprawdę tak było?
Raczej była po prostu wścibska i brakowało jej taktu.
– Słabo wyglądasz – dodała od razu, jakby to miało ją usprawiedliwić. – Jestem z Czwartej Kohorty w Obozie Jupiter. Chciałam upewnić się, że wszystko w porządku.
Zabrzmiała poważnie, zdystansowanie. Jakby wcale nie była to wina jej prywatnego zaciekawienia.


Lynn?
────
[800 słów: Arisu otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 lutego 2026

Od Lynn do Arisu — „Szósty lipiec”

Szósty lipiec.
Dzień szczególnie upalny — Lynn, ledwo wstała i zaczęła się krzątać, już się spociła, i oparzyła stopy na podłodze nagrzanej od słońca — wstała długo po jego wschodzie, nie nastawiła budzika. Obudziła się idealnie w czasie tych paru południowych, najgorętszych godzin. Może to ten upał ją obudził. Co można jeszcze zrobić w taką pogodę? Nie no, na pewno jest dużo roboty. Ale i woda przyniesiona ze studni stała w ocienionym kącie, i stół był czysty, a nie można było nieskończenie zamiatać podłogi. Roślin nie można było podlać, zaraz się ugotują w każdej kropli wody. Okna nagrzane, nie nadawały się do mycia — a nawet gdyby Lynn zaczęła wypatrywać smug na nich, rozbolałaby ją głowa. Wybrała sobie, chatkę na pustkowiu. Na szczerym polu. W zimie idealnie odsłonięta przed wiatrem, w lecie bez żadnej ochrony wystawiona z każdej strony na słońce. Trzeba by coś posadzić.
Z chęcią zajęłaby się nawet teraz. Z radością zrobiłaby wszystko, co odwróciłoby jej uwagę od przygotowanej wczoraj wiązanki kwiatów na stoliku nocnym. Wszystko, co zajęłoby ją na tyle, żeby nie musiała spoglądać w stronę kalendarza, gdzie świeciła na czerwono data — szósty lipiec.
Zaznaczona zresztą przez nią.
Minęło już wiele lat i stwierdziła, że tak dłużej być nie może. O Nalinie nie zapomni, może jakoś się oswoi z jego śmiercią? Okaże mu szacunek. Może brat nękał ją przez jej ignorancję, jej bezsilność, bezradność. Niewykluczone też, że uważał, iż oprócz nieustannych kryzysów i epizodów depresyjnych, nie celebrowała jego pamięci z należnym mu szacunkiem. Może nie smakował mu ten strach, jakim karmiła jego wybredną duszę w Hadesie. Może zbrzydło mu szlochanie po nocy i jej samobiczowanie.
Robi to w końcu dla niego.
Zaznaczyła więc datę w kalendarzu, przygotowała bukiet, ususzyła, czując chwilowe podekscytowanie — może brat teraz na nią patrzy i się uśmiecha? Teraz, w gorącu i wynikającym z tego stanu bólu głowy nie była już tak pełna nadziei. Może bała się, że to pójście na cmentarz będzie otwartym przyznaniem się do tego, że przez ostatnie lata go zaniedbywała i nie robiła tego, co należy. Pewnie na domiar złego jeszcze nie znajdzie grobu. Właśnie taka z niej siostra — tak samo uważna za życia, jak i po śmierci — czyli wcale.
A może przesadzała właśnie w drugą stronę — starała się wynagrodzić swoją nieobecność przy jeszcze zmagającym się z problemami, ale oddychającym i obecnym Nalinie, przez performatywne popłakanie przy jego nagrobku?
W podobny sposób zadręczała się od wielu lat. Zaraz po śmierci brata była w zbyt wielkim szoku, żeby podjąć jakiekolwiek działanie, a potem było jej dziwnie wyjść z tego stanu. Co nie znaczy, że ten bukiet, który patrzył na nią jak wyrzut sumienia, był pierwszym. Było ich już wiele, nawet parę ukradkowych przechadzek pod cmentarnym murem. Nagrobek Nalina był jak niewyraźne wspomnienie, nigdy nie wytrzymywała długo w tym miejscu.
Dość, to się musi skończyć. Chwyciła kwiaty, wstała zdecydowanie — zakręciło się jej w głowie, więc musiała zwolnić, ale zapału starczyło jej na energiczny marsz aż do furtki. Tam zatrzymała się, prawie się odwróciła, ale szła dalej. Po drodze starała się zagłuszać wszelkie myśli. I takim sposobem, truchtając od drzewa do drzewa, dotarła na cmentarz za wzgórzem, więc na szczęście w miarę w cieniu. Weszła — i tutaj ponownie się zatrzymała. Wzrok uciekał jej na wszystkie strony, tylko nie w kierunku nagrobka przed nią.
Szósty lipiec. Dzień urodzenia Nalina.


Arisu?
────
[542 słowa: Lynn otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]