Poważna rozmowa była ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę, a jednocześnie była nieunikniona. Jak się okazało — ich wybory życiowe kolidowały ze sobą.
— Obiecałaś — głos Violet przepełniony był goryczą. Może nawet pretensją, choć zdecydowanie wyrzutem, czego nawet nie próbowała ukryć. Niebieskie oczy przeszywały duszę Lairy na wskroś, a ona sama poczuła się mała, niczym dziecko karcone właśnie przez rodzica.
Córka Hekate zacisnęła szczękę mocniej, pocierając zaraz usta wierzchem dłoni gdy tylko jej dolna warga zadrżała; długie palce zacisnęła na kubku z w połowie wypitą, gorącą czekoladą.
— Wiem…
— Miałyśmy umowę, Laira. Obiecałaś.
Najbardziej zabolał nie wyrzut czy pretensja w jej głosie, a to cholerne słowo — Obiecałaś. Dobrze wiedziała, że obiecała i dlatego tak bardzo teraz pluła sobie w twarz.
Wzięła głębszy wdech, drżąc z nadmiaru emocji; tych nieprzyjemnych, trudnych, utrudniających funkcjonowanie. Miała ochotę zapaść się pod ziemię przez wyrzuty sumienia, wstyd i bezsilność, jakie ją ogarniały były nie do opisania, choć pod tym wszystkim tliła się złość.
Mówiła, że to była jej szansa. Dobrze płatna praca w zawodzie, który kochała, a który był tak strasznie mizoginistyczny. I to nie tak, że próbowała; starała się znaleźć pracę w Nowym Jorku jednak bezskutecznie a ostatnie, czego chciała to wylądować w jakimś fastfoodzie i pytać, czy do tego burgera dodać ogórka. Oczywiście dodatkowo płatnego. Miała wrażenie, że Violet momentami tego nie rozumie, że skoro ona znalazła kierunek, który ją interesuje i na pracę, względnie znośną, to Laira zrobi to samo.
— Zrozum Violet. To moja szansa, żeby wreszcie mieć dobrze płatną pracę. Jesteś pewna, że w San Francisco nie ma kierunku, który by cię interesował?
Nastała cisza, okropnie dzwoniąca w uszach, zaciskająca pętlę na szyi cisza.
— Mówiłam ci, że nie.
Już wtedy, gdy zawierała tą dziwną umowę, bała się, że mogą w przyszłości chcieć od życia różnych rzeczy.
I właśnie musiała się z tym zmierzyć. Gdyby wiedziała, że taki obóz działa właściwie jak dom dziecka — po osiągnięciu osiemnastu lat tak właściwie masz spierdalać i radzić sobie samemu, ominęłaby to miejsce szerokim łukiem.
— Więc? Co proponujesz? — Violet rozłożyła ręce zrezygnowana. Stały właśnie pod ścianą, której nijak nie potrafiły przebić.
— Nie wiem.
Nie chcę się z tobą rozstawać. Na samą myśl bycia daleko od niej, miała ochotę wymiotować. Żołądek wywracał się do góry nogami, a oczy mimowolnie wypełniały się łzami.
— Jesteś pewna, że Sam Francisco ma wszystko, czego ci trzeba?
Zacisnęła dłonie na fragmencie koszuli, aż zbielały jej knykcie.
Nie, nie ma tam ciebie.
— Tak.
— To… dobrze.
Nie, wcale nie dobrze. Kiwnęła głową, czując każdy mięsień w swoim ciele drgający z nerwów. Obiecały spotykać się raz w miesiącu, przynajmniej na kilka dni o ile życie im na to pozwoli. Miały też pisać do siebie listy.
I choć wizja przelewania uczuć na papier nie brzmiała tak strasznie, tak jednak ten dystans był przytłaczający; przecież miały zamiar zamieszkać po dwóch zupełnie przeciwnych stronach kraju.
Ich wizyty były dziwne. Obce. Jakby dystans oddzielił je od siebie nie tylko fizycznie; każde spotkanie sprawiało wrażenie tego pierwszego, podczas którego uczyły się siebie na nowo, niepewnie, starając się zapamiętać, gdzie przebiega granica, której nie należało przekraczać.
Choć tęskniły za sobą, w listach opisując, jak bardzo wyczekują kolejnego spotkania, tak, gdy przychodziło zobaczyć się w cztery oczy — rozmowy rwały się w pół zdania. Oczy uciekały zbyt szybko, jakby czując, że nie powinny obserwować drugiej osoby dłużej, aniżeli kilka sekund. Dłonie uciekały od siebie niczym poparzone i choć wracały w swoim kierunku, tak wciąż były niepewne czy mogą, czy powinny, czy to jest dozwolone.
Nieporadność wkradała się między nie bez zaproszenia.
Było w tym coś bolesnego, żałosnego wręcz, gdy tęsknota mieszała się ze strachem a chęć bliskości z dystansem, który choć znajomy, przybierał teraz inną nazwę, której nie potrafiły odgadnąć.
Każde kolejne spotkanie przepełnione było niedosytem, które wraz z niewypowiedzianą obietnicą zżerały je od środka. I coś ciągnęło je do siebie mocno, tak z równie wielką siłą trzymał je od siebie z daleka lęk. Lęk, że jeden nieostrożny ruch może zniszczyć już i tak delikatną relację.
Łóżko skrzypnęło pod ciężarem dwóch ciał, a kolejne nuty melodii wybrzmiewały ze starego radia, ozdobionego chaotycznymi gryzmołami i ledwie dającymi się odczytać napisami. Dźwięk był wytłumiony, brzmiący jakby w oddali przez stare głośniki, ale to przez nie był przyjemny, melancholijny wręcz. Ciepły.
Zbliżyły się do siebie, nieświadomie łącząc nieporadnie drgające z nerwów palce, które po zetknięciu, niemalże w ułamku sekundy, odsunęły się od ciebie, niczym porażone prądem; Ten krótki, acz niewinny gest pozostawił po sobie skórę palącą żywym ogniem.
Ciepło ciała Violet, która opierała cały swój ciężar na ramieniu Lairy, było przytłaczający, choć półbogini niczego więcej nie pragnęła niż być tu, teraz obok niej. Jakby ten jeden, subtelny gest mówił więcej, aniżeli tysiąc słów, jakby córka Hekate chciała pokazać cicho, jak bardzo jej ufa.
Czuła się przytłoczona; każdy oddech, każde delikatne przesunięcie drugiego ciała był czymś, co wysyłało miliony sygnałów alarmowych do jej systemu nerwowego niczym czerwone światło ostrzegające przed czymś niebezpiecznym, przed czym nie ma odwrotu.
A jednak te kilka uderzeń serca sprawiło, że zapragnęła więcej, miała ochotę rzucić się na to słodkie niczym nektar uczucie bliskości, ciepło drugiego ciała, które mimo wszystko było tak kojące. Liczyło się tylko tu i teraz, dwie zagubione w świecie kobiety i niewypowiedziane słowa wiszące między nimi jak gilotyna — gotowe opaść w dowolnym momencie, pozbawiając kogoś głowy.
Na moment wszystko straciło znaczenie.
Smukłe palce Violet owinęły jej ramię, ściskając lekko, wręcz nieśmiało, jakby ta próbowała zwrócić na siebie uwagę; niebieskie oczy wpatrywały się w nią, nie pierwszy raz tego wieczoru, tym razem miała wrażenie, że ich energia, uczucia płynące były inne. Jakby gdzieś tam, za tą niedostępnością kryła się cicha prośba, z każdą chwilą stając się jeszcze bardziej natarczywa.
Przesunęła się, tylko odrobinę, ten jeden raz, choć wiedziała, że nie ma już odwrotu, a tym gestem zburzyła za sobą most. Oddech utknął w jej gardle, wisząc ciężko, niczym zlepiona breja i choć płuca zaczynały palić ją żywym ogniem, jej myśli krzyczały tylko więcej i więcej.
Nie wiedziała, czy to w pokoju było ciepło, czy może to ona miała gorączkę, przez którą jej ciało wręcz płonęło… oddech uciekł z ust Lairy w chaotycznych spazmach — urwany i nierówny, niczym ryba wyjęta z wody desperacko walcząca o przeżycie.
„Jeszcze tylko trochę” powtarzała sobie w myślach.
Pochyliła głowę, jednocześnie rozpływając się niczym świeży śnieg pod wpływem jej dotyku. Druga dłoń Violet spoczęła na obojczyku rudowłosej.
Przez dłuższy moment żadna z nich się nie poruszyła, siedziały obok siebie, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu, wstrzymując oddech, jakby zbyt głośny dźwięk miał wszystko zniszczyć. Serce Lairy biło niczym oszalałe, jakby czuła, że jeśli się pochyli, zniweluje tę odrobinę przestrzeni, jaka między nimi pozostanie nawet o parę centymetrów, jeśli pozwoli impulsowi wygrać, to wszystko zniszczy.
Mimo strachu oraz resztki zdrowego rozsądku jej ciało krzyczało by zrobić to już, teraz, zaraz. Najlepiej w tej chwili.
Violet była tak blisko, że czuła jej oddech na skórze — ciepły, nierówny, zdradzający tę samą niepewność. Palce na jej obojczyku drgnęły, jakby chciały się cofnąć, ale zamiast tego zacisnęły się odrobinę mocniej, nieco boleśnie jakby córka Hekate zapomniała się na moment.
Ich spojrzenia splątały się, uwięzione jedno w drugim. I na przodków, błękitne oczy Violet wyrażały każdą emocję, którą bały się pokazać, każde pytanie, które nie było w stanie przejść im przez gardło.
Przełknęła ślinę, gardło miała ściśnięte z nerwów tak, że aż bolało, zaś serce waliło jej w piersi niczym oszalałe. Sekunda, która przecież miała trwać tylko ulotną chwilę, zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Chciała zamknąć oczy. Przysunąć się. Na boskich przodków, całą sobą chciała skrócić ten palący dystans.
Była jednak tchórzem, strach, który był równie silny i realny co pragnienie paraliżował ją, skutecznie odsuwał a ona, nie chcąc zostać odrzuconą i zniszczyć tego, co dotychczas zbudowały — trwała w tej niepewności.
Ich czoła niemal się zetknęły.
Niemal.
I w tym „prawie” było więcej napięcia niż w jakimkolwiek dotyku, który dzieliły.
Może to chwilowa brawura, której napływ będzie później rozpamiętywać, szlochając w łóżku ale gdy Violet ułożyła drugą dłoń na jej ramieniu — pękła.
Pochyliła głowę, nieśmiało ocierając swój nos o jej policzek.
Gorący oddech Violet musnął jej usta.
Alarm.
Ostry, dźgający w uszy brzęk starego zegara stojącego na komodzie przerwał to, co nie miało jeszcze szansy się rozwinąć. Zbyt głośny, by o nim zapomnieć, sprowadził je na ziemię.
Laira drgnęła gwałtownie, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej głowy a serce, gdy tylko odzyskała świadomość, podskoczyło jej do gardła.
Oddech urwał się na kilka sekund.
Violet cofnęła dłonie niemal instynktownie, machinalnie, jakby jej dotyk nagle parzył żywym ogniem. Ich spojrzenia, wystraszone i niepewne, uciekły w przeciwnych kierunkach. Dystans, jaki między nimi się wytworzył, znów był nieprzyjemny.
— Ja… — otworzyła usta, ale głos odmówił posłuszeństwa. Przełknęła ślinę, sięgając po przedmiot z drżącymi palcami. Zegar podskakiwał lekko na komodzie, nadal wydając z siebie znienawidzony dźwięk.
Violet odwróciła głowę, wypuszczając powietrze powoli, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, jak się oddycha. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, był nerwowy, kruchy, bardziej wymuszony niż prawdziwy.
— Oczywiście — mruknęła cicho, zasłaniając usta dłonią.
Laira skinęła głową, zbyt szybko, zbyt mechanicznie, tłumiąc śmiech, który groził przerodzeniem się w panikę.
— Tak… jasne. Jasne.
Spojrzały na siebie na ułamek sekundy. Może była dla nich jeszcze szansa.
[1498 słów: Laira otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz