— To będzie mój pierwszy pocałunek — zauważa Sony, zezując na rybę. Nie jest to szczególnie trudne, bo stworzonko zajmuje całe ich pole widzenia, ale żeby spojrzeć rybie w oczy wciąż trzeba się nieźle nagimnastykować. Nie widzi więc Lairy, która uśmiecha się, jak gdyby to był najnormalniejszy na świecie pierwszy pocałunek, o czym Sony, będąc jeszcze małym dzieciaczkiem, oczywiście nie wie.
Spodziewałby się kto, że każdy inny obozowicz postawiony na miejscu tego Apolliniątka odwróciłby się ze wstrętem wymalowanym na twarzy i zacząłby przeklinać Lairę za jej głupie żarty, oczywiście myśląc, że to jakiś głupawy dowcip. Jeżeli jednak wziąć Sony, które nie dość, że o wiele za bardzo entuzjastycznie podchodzi do podobnych pomysłów (i samo również miewa podobne), to jeszcze z jakiegoś powodu, gdy spojrzy rybie w jej ponętne ślepia, stwierdzi, że całowanie się z nią to najlepsze, co może w tej chwili zrobić. Dlatego też składa siarczystego całusa na śliskich łuskach, nie wzdryga się ani na sekundę, tylko potem, gdy rybka ginie już w odmętach jeziora, ukradkiem ociera usta. Macha jej jeszcze na pożegnanie i nawet posyła całusa w stronę wody w nadziei, że rybka doceni gest.
Laira uśmiecha się dumnie, patrząc na Sony jak na swoje ulubione dziecko, które zawsze posłucha się matki. Ono też chyba jest zadowolone – poczuło dzisiaj dziwną, ale mocną więź z rybami i ogólnie stworzeniami morskimi, które z jakiegoś powodu nagle wydały się im znacznie bardziej interesujące, niż chociaż poprzedniego wieczoru (zainteresowanie to pewnie przeminie za parę dni, podczas których znajdzie jakieś inne, ale równie wspaniałe, zajęcie, przebijające nowo odkryte wędkarstwo).
— Mega — komentuje z szerokim uśmiechem, a temu słowu z jakiegoś powodu udaje się pomieścić w sobie wszystkie… gwałtowne emocje towarzyszące całowaniu ryb, o ile można tak powiedzieć. — Ale, ale! — woła, zanim Laira zdąży wyskoczyć z kolejną wędkarską zasadą przekazywaną z pokolenia na pokolenie albo postanowi znowu zanurzyć spławik w wodzie. — I tak musi mieć jakieś imię! — upiera się przy swoim, choć ryby już nie ma między nimi.
— Skoro nalegasz. — Laira, zajęta przynętami i wędką, wzrusza ramionami. Chociaż, trzeba przyznać, sposób, w jaki Sony angażuję się w całą sprawę jest co najmniej… uroczy.
— Nie mogę tak o całować kogoś, kogo imienia nie znam! — tłumaczy jej Sony, choć ta argumentacja nie jest szczególnie silna. Poznanie imienia ryby raczej wymaga czegoś więcej niż zwykłego wymyślenia go, ale Sony wydaje się znać na tym najlepiej. Zaraz po powiedzeniu tego milknie, głęboko zastanawiając się, jak nazwać swoje (prawie) dziecko. Rybie dziecko. Małe, rybie dziecko, które dostało buzi w czółko i odpłynęło w siną dal, przeżyć swoje rybie życie. Od przedszkola, przez szkołę podstawową, liceum, studia, aż do zostania dorosłą rybą i założenia własnej rodziny. Zamyślone, Sony bardziej niż na imieniu skupia się na innych aspektach swojej ryby (o ile może nazwać ją swoją) – zastanawia się, jak będzie wyglądał jej ślub i czy zostanie zaproszone jako gość honorowy, a może nawet uda się im zostać chrzestnym małych rybiątek, albo chociaż jednego małego rybiątka, żeby nie być zachłannym.
— Może… Elisabeth? — proponuje Laira, gdy cisza się przedłuża.
— Nie — szybko protestuje Sony. — To jest zbyt szlachetne, a ja nie całowałabym się z arystokracją, rozumiesz. Ona byłaby… ona byłaby Helenką. Tak, właśnie. Taką Helenką, która bawi się z innymi… powiedzmy, Maćkami i Gosiami na rybim podwórku, wśród wodorostów. Właśnie tak, Helenka.
— Helenką? — powtarza dziewczyna z lekkim niedowierzeniem.
— No, tak, Helenką. Taką zwykłą rybką ze wszystkich rybek, której akurat dane było dostąpić… no, nie powiedziałabym, że to jest jakiś super świetny zaszczyt, ale której dane było mnie pocałować. Znaczy mnie ją. Ale to wtedy ja dostępuję zaszczytu, a to właśnie ma działać w odwrotną stronę. No, i ona… miałaby rybią mamę… rybią mamę… Tereskę i rybiego tatę, który — tutaj musi się dłużej zastanowić, bo Tereska z początku było alternatywnym imieniem dla Helenki, zanim ostatecznie stanęło na Helence — miałby na imię Pawełek. Oni mieliby taki swój dom wśród wodorostów i byliby szczęśliwą rodzinką, która… Pawełek codziennie jeździłby, znaczy, on w sumie jeździ, bo istnieje. Więc, Pawełek jeździ codziennie do pracy do rybiego biura, a Tereska pracuje w rybim przedszkolu albo żłobku, jeszcze nie jestem pewne. Tak. A Helenka… Ona teraz chodzi do podstawówki, właśnie tak.
— Mhm, dokładnie — reaguje Laira dokładnie tak, jak ludzie spodziewają się, że rodzice reagują na bezsensowny szczebiot ich czteroletnich pociech – nikt nie wie, o czym one mówią, bo zgubili się już z dziesięć zdań temu.
Sony zapomniało chwycić za wędkę, teraz już tylko siedzi obok Lairy, wymachując nogami nad powierzchnią jeziora. Obóz obudził się już na dobre, z domków zaczynają wychodzić tłumy obozowiczów, którzy teraz albo będą bić się o szybkie dostanie się do łazienki, albo o najlepsze przysmaki na śniadaniu. Sony cieknie ślinka na myśl o słodkich naleśnikach albo o kolorowych płatkach z mlekiem, ciągle odwraca głowę w stronę pawilonu jadalnego, jakby mogło dostrzec, co się tam dzieje i czy zostało jeszcze trochę czekoladowego mleka.
— Możesz przecież iść — mówi Laira, a Sony niemal natychmiast przestaje szczebiotać o swoim świeżo wymyślonym rybim świecie. Podrywa się na równe nogi, kłania się dziewczynie na pożegnanie i odbiega na śniadanie, krzycząc coś o tym, że ryby na pewno też jedzą właśnie przepyszne naleśniki.
────
[836 słów: Sony otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz