LATO, ROK TEMU
Arisu westchnęła głęboko. Zamknęła oczy i ucisnęła palcami nasadę nosa. W myślach odliczyła od zera do dziesięciu i od dziesięciu do zera. Nie pomogło.
Spojrzała na wojowniczo agresywnego dzieciaka, potem na trzymającego go Atlasa. Nie szukała w nim pocieszenia ani wsparcia, ale też nie życzyła mu bycia następną ofiarą gówniarza. Byłoby to dla niej zaskakujące, gdyby miała czas się nad tym zastanowić. Teraz myślała tylko o tym, że nigdy więcej nie chce zajmować się trenowaniem dzieci. Chyba wolała już czyścić kible. Byle bez Atlasa.
– Nic ci się nie stało? – zwróciła się do dalej leżącego na ziemi chłopca.
Nie skończyła mówić, a ten już zaniósł się histerycznym płaczem. Arisu drgnęła gwałtownie, w ostatniej chwili opanowując się na tyle, by nie odskoczyć. Tylko odsunęła się delikatnie, czując, jak sztywnieją jej ramiona.
Cherry ich zabije. Jakimś cudem do tej pory wychodzili cało ze wszystkich głupich sytuacji, ale to mógł być koniec. Bo jak wyjaśnić centurionce, a potem pewnie też rodzicom malucha, że ten został ofiarą agresywnego półboga podczas pierwszego dnia swojego przyjaznego dzieciom szkolenia? Kiedy powinien być pod stałym, uważnym nadzorem?
Odetchnęła powoli. Usłyszała, że Atlas mówi coś do kogoś – zakładała, że do młodego półboga, ale nie mogła teraz się na tym skupić.
– Coś się stało? Coś cię boli? – pytała ostrożnie, znowu delikatnie pochylając się nad chłopcem. Ten pociągnął nerwowo nosem, podniósł załzawione spojrzenie…
I przytulił się do niej mocno. Zacisnął palce na koszulce Arisu, dalej łkając. Przez chwilę trwała w bezruchu. Pozwalała się obejmować, ze wzrokiem wbitym przed siebie i z dłońmi zaciśniętymi w pięści tylko trochę zbyt mocno.
– Och.
Pogłaskała go po głowie, bardzo delikatnie i jeszcze bardziej niezręcznie. Gdzieś za plecami usłyszała parsknięcie śmiechem Atlasa, ale nie mogła w tej chwili odwrócić się, by zamordować go wzrokiem. Dzieciak trzymał się jej mocno, w jakiś dziwnie przejmujący sposób, przez który nie potrafiła od razu go odsunąć.
To było okropnie głupie.
Odczekała chwilę, aż chłopiec się uspokoi, zanim wyswobodziła się z jego uścisku.
– Wszystko w porządku? – zapytała znowu. Pokiwał głową, brzydko pociągając nosem i przecierając dalej załzawione, zapuchnięte i zaczerwienione oczy. Arisu przyjrzała mu się uważnie, ale wydawało jej się, że naprawdę nic poważnego mu się nie stało. – Dasz radę wstać?
Chłopiec przytaknął cicho, więc Arisu sama podniosła się powoli i wyciągnęła do niego rękę. Skorzystał z pomocy, otrzepując strój z ziemi. Wyglądał trochę spokojniej niż chwilę temu.
– Chcesz na razie odpocząć? Możesz posiedzieć z boku i popatrzeć.
– Chcę trenować.
Głos dalej miał zmieniony po wcześniejszym ataku płaczu, ale zabrzmiał całkiem pewnie. Arisu obejrzała się na Atlasa z ulgą, której nie zdążyła od razu powstrzymać.
– Świetnie. Pamiętaj, by dać znać mnie lub Atlasowi, jeśli poczujesz się gorzej, dobrze?
Chłopiec skinął głową, ale został tuż przy jej boku, widać jeszcze nie przekonany wystarczająco, by wrócić do pozostałych. Schyliła się, żeby podać mu drewniany mieczyk, wcześniej porzucony w błocie. Może jednak Cherry jeszcze ich nie zabije. Arisu z powrotem odwróciła się do Atlasa i zmrużyła oczy, wpatrując się w stojącego przy nim małego agresora.
– Komuś mogła stać się krzywda.
Dzieciak przewrócił oczami i zirytował ją tym jeszcze bardziej.
– Ale mówiliście, że mam zaskoczyć przeciwnika! Zadziałało!
Teraz Arisu posłała pełne irytacji spojrzenie Atlasowi. Chłopak przez chwilę wyglądał na kompletnie zaskoczonego i zbitego z tropu tym pytaniem. Najchętniej opieprzyłaby go w dokładnie tej sekundzie, ale to był na to bardzo zły moment. Jak bardzo nie byłoby to kuszące, przed dzieciakami powinni utrzymać wspólny front i nie dać sobie wejść na głowę.
Przynajmniej tak jej się wydawało, chociaż z tyłu głowy wył alarm, protestując przed zawarciem jakiegokolwiek sojuszu z tym debilem.
– No… To prawda.
Prawie się zamachnęła, żeby mu walnąć, bo to była najgłupsza odpowiedź, jakiej mógł udzielić, ale on kontynuował:
– Ta część wyszła ci dobrze. Ale trzeba wyczuć dobry… wiesz, odpowiedni moment. To taki nie był.
To, jak okropnie Atlas próbował się tłumaczyć, było wręcz urocze w tym, jak bardzo było żałosne. Arisu założyła ramiona na piersiach, unosząc brew i patrząc na niego z politowaniem. Odpowiedział poirytowanym spojrzeniem.
– Poza tym, nie bijemy kolegów! Chyba że zaatakują pierwsi.
Otworzyła usta, żeby zaprotestować. Nie zdążyła, bo poszkodowany chłopiec rzucił się do przodu, z mieczem uniesionym trochę zbyt wysoko i ze zdecydowanie zbyt dużym zapałem. Zdążył z całej siły walnąć go w bark i w biodro, zanim Arisu i Atlas zdążyli zareagować.
Dziewczyna złapała dzieciaka za ramię i odciągnęła w bok. W tym samym momencie chłopak złapał Zebulona, prawie podnosząc go do góry, byle odsunąć poza zasięg miecza.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Nie wiedziała, czy chce przekazać mu „zabiję cię, nikt nie znajdzie twoich zwłok wśród tego błota i brudnej ziemi”, czy coś bardziej pozytywnego (mniej śmiertelnego), jak „przysięgam, wyjdziemy stąd, to wsadzę ci ten miecz tam, gdzie być nie powinien”. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że jedyne, co jest w spojrzeniu zarówno jej, jak i Atlasa, to zwykła panika.
– Nie o to mu chodziło! – krzyknęła na dzieciaki. Stanęli z Atlasem między nimi, odgradzając jedno od drugiego ramionami. – Mówił ogólnie, nie o tej sytuacji. Nie wolno wam rzucać się na siebie!
Zgromiła wzrokiem ich wszystkich, nie omijając nawet (a może szczególnie) Atlasa. Wydało jej się, że jakoś się skulili – a przynajmniej ci młodsi debile.
– Uspokoiliście się już obaj? – warknęła. – To macie podać sobie ręce na zgodę. I nie robić więcej takich rzeczy!
Młody półbóg nie wyglądał na przekonanego. Utkwiła w nim przeszywające, wściekłe spojrzenie, aż w końcu niechętnie uścisnął wyciągniętą przez drugiego z dzieciaków dłoń.
– Świetnie. Obaj cali i pogodzeni? Możemy wrócić do treningu?
Spojrzenie Arisu znowu spoczęło na Atlasie, jakby wróciła do szukania tysiąca różnych sposobów na pozbycie się go. Oczywiście, o tym też myślała, ale nie był to w tej chwili główny bieg jej myśli. Idiota nie zaprotestował i to była jedyna rzecz, która aktualnie ją obchodziła.
Wrócili do ustawiania dzieciaków w parach i przekazywania im dodatkowej wiedzy. Upewnili się, że sprawiająca problemy dwójka nie jest razem w parze. Arisu nie była pewna, czy to dobry pomysł, ale pociągnęła Zebulona aż do Kalela. Skoro jako jedyny miał jakieś podstawy, to może miał dzięki temu większe szanse.
I chociaż nie ustalili tego między sobą, to z Atlasem i tak na zmianę obserwowali, czy dzieciak na pewno nie próbuje znowu nikogo zabić drewnianym mieczykiem. Przynajmniej o tę jedną rzecz nie musiała bardzo się martwić.
Przeszła kolejny raz między trenującymi dziećmi. Poprawiła postawę dwójki młodszych dzieci, pochwaliła sposób, w jaki poruszał się inny chłopiec (wydawało jej się, że to ten praprawnuk Juwentas). Nie była przecież potworem.
Tylko od czasu do czasu rzucała Atlasowi zirytowane spojrzenie, dalej pamiętając o tym, że musi dzisiaj znaleźć sposób, by go zabić. Irytowało ją, że ma dobry kontakt z większością tych dzieciaków. Równocześnie zwalała winę na to, że sam jest wielkim, głupim bachorem w ciele głupiego dorosłego.
– Kailey? Popraw uchwyt – podeszła do dwójki z trojaczków. Odpowiedziały jej tylko zmarszczone brwi.
– Jestem Hailey.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
– Tu w ogóle nie ma Kailey. Rozmawiasz z Hailey i Bailey. – Atlas stanął za Arisu, wskazując drugie z trojaczków.
– Dokładnie!
Jeśli Atlas chciał tym poprawić swój wizerunek w oczach Arisu, to osiągnął tym odwrotny efekt. Na szczęście Arisu była pewna, że Atlas nigdy nie zechciałby poprawić swojego wizerunku w jej oczach, więc nie miała nawet czym się przejąć. Kopnęła go, kiedy dzieciaki na chwilę odwróciły wzrok.
I sama zmarszczyła brwi.
– Ale w takim razie, gdzie jest Kailey?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz