niedziela, 26 lipca 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Atlas prawie nie pamiętał swojego dzieciństwa. Jego dzieciństwo było zbiorem szczątkowych wspomnień, których nie potrafił przypisać do żadnego okresu. Żadne wspomnienie nie trzymało się kupy i mógłby pomyśleć, że to sprawka Mgły, która bardzo usilnie próbowała zatuszować jakiekolwiek nadnaturalne zdarzenie, których w jego życiu było zapewne po pęczki, zanim jeszcze trafił do Obozu Jupiter. Kiedy jeszcze mieszkał w Kanadzie, terapeutka powiedziała mu, że niepamięć najprawdopodobniej jest wynikiem traumy i jego dysfunkcyjnej sytuacji rodzinnej.
Z tego wszystkiego najlepiej pamiętał, że sprawiał problemy. Wszystkim. Ludziom w ośrodku, nauczycielom w szkole, rodzinom zastępczym, innym dzieciakom, które z nim przebywały. Nic dziwnego, był półbogiem z ADHD, w dodatku synem boga złodziejstwa, handlu, podróżników i całego szelmostwa, które mogło występować na tym świecie. Teraz kiedy szedł w korowodzie osób statystycznie sięgających mu do łydek, zdał sobie sprawę, że najbardziej współczuł właśnie swoim przedszkolankom. Spieprzał. Multum razy. Zupełnie jak Kailey. Zdarzało mu się uderzyć innego dzieciaka, tak, jak robił to Zebulon. Dzięki bogom, że na tym etapie edukacji nie miał jeszcze do czynienia z ostrymi mieczami czy potworami, bo mały Atlas sam w sobie pracował jak jednoosobowa armia. Nie był wtedy jeszcze, rzecz jasna, myślącą jednostką (nadal nie był), ale w trakcie pochodu do Obozu Jupiter, naszła go refleksja, że w ostatnim czasie często dopadała go karma. Jeśli tym razem jego karmą miało być pilnowanie grupki takich samych dzieciaków jak on, to bał się, co będzie następne.
Zgubili dzieciaka i mieli zamiar wejść całą przedszkolną grupą w samo serce Obozu Jupiter, czego Atlas się spodziewał? Że na ich przyjście obóz magicznie opustoszeje, usłyszą o promocji 2+2 w kawiarni Bombilo i zbierze się taka kolejka, że nikt nie zauważy wycieczki do koszarów albo samotnej, płaczącej dziewczynki, która radośnie obwieści, że się zgubiła? Oczywiście, że musieli kogoś spotkać, prędzej czy później. Z dwojga złego może to i lepiej, że na samym wstępie, może unikną podwójnego ośmieszenia się, kiedy w zgiełku zaginie im kolejne dziecko.
Atlas stanął za małym Zebulonem i oparł mu dłonie na barkach, modląc się, żeby załapał aluzję, że jest to czas na zamknięcie się i pozwolenie gadać dorosłym. Szkoda, że jedynym dorosłym w towarzystwie była Arisu (bo z całą pewnością nie Atlas), a ona zajęła się odliczaniem w myślach od dziesięciu do zera, żeby przypomnieć sobie, że w tych czasach znęcanie się nad dziećmi jest passé i nawet w mikroświecie Starożytnego Rzymu tego nie praktykują. Od legionisty dzieliła go odległość kilku dzieci i nie mógł się do niego przybliżyć, bo był przekonany, że odwróci się tylko na chwilę, a po drodze zgubi kolejne troje bąbli. Za takie coś nie zostałby już tylko wydalony z Obozu Jupiter. Za takie coś byłby pewnie poszukiwany listem gończym w Stanach Zjednoczonych. Ekstradycji z kraju mógłby już nie wytrzymać.
Walker miał to szczęście — albo właśnie jego brak — że wiedział, kim jest stojący przed nimi legionista. Ze wszystkich opcji różnych osób w obozie, która mogłaby ich zatrzymać, ta nie wydawała się taka najgorsza. Atlas mógłby wręcz powiedzieć, że była gdzieś pośrodku spektrum. Gorsze od tego mógłby być jakiś centurion, pretor, albo gorzej, mogła być to Cherry Amoret. Przed nimi stał legionista raczej niewyróżniający się z tłumu. Atlas kojarzył, że był z Trzeciej Kohorty i mówili na niego Theo. Pamiętał, że był młodszy od niego i od Arisu i że stosunkowo niedawno wstąpił do legionu. Przez pewien czas chodziły o nim plotki, bo początkowo nie potrafił kontrolować swoich mocy jako dziecko Somnusa i przypadkiem usypiał przypadkowych ludzi na swojej drodze. Walker czuł, że serce nadal pędzi mu w piersi i ani trochę nie jest śpiący, więc zgadywał, że Theo nauczył się kontrolować swoje moce.
— Taaak. Wycieczka. Pokazujemy dzieciakom co, gdzie, i jak, jeszcze zanim wstąpią do legionu… za kilka lat, oczywiście — wytłumaczył Atlas. W myślach odmówił już swoje najgorliwsze modlitwy w intencji Merkurego i wszystkich przedszkolanek, które kiedykolwiek wkurwił w swoim życiu.
— Jeszcze nigdy nie widziałem wycieczki w Obozie Jupiter. — Theo wyraźnie zmarszczył brwi.
No, z całą pewnością było to jakieś stwierdzenie. Trafne nawet. Jeśli Atlas miałby polecić jakąś wycieczkę w okolicy, to postawiłby raczej na Nowy Rzym, zdecydowanie ładniejszy i bezpieczniejszy, a do tego widok torturowanych legionistów jest zredukowany do minimum. Malownicza byłaby także wycieczka do San Francisco, most Golden Gate albo Alamo Square wydawały się ciekawsze od stajennych przerzucających odchody pegazów.
— To nowy pomysł — pomogła mu Arisu. Atlas ochoczo pokiwał głową.
— Ahaaa. Podobno młodsi legioniści boją się strasznych rzeczy w obozie. Wiesz, ostrych mieczy, katapult, rozpruwania pluszaków dla wróżb, performatywnego zabijania się tylko po to, żeby zaraz wyleczyć się ambrozją. Te dzisiejsze dzieci są coraz słabsze psychicznie i w ogóle. Centurioni nie chcą, żeby ciągle moczyły łóżka.
— Będziemy rozpruwać pluszaki?! Mordować się?! Ostrymi mieczami?! — wykrzyknął Zebulon z entuzjazmem.
— Będziemy… rozpruwać pluszaki? M-mordować się… ostrymi mieczami? — powtórzyła Jessica słabo.
Atlas postanowił zignorować wszystkie nakazy i zakazy obcowania z dziećmi i zakrył Zebulonowi usta.
Zmarszczka między brwiami Theo wcale nie znikła. Po tym wszystkim, co usłyszał, mogła się tylko powiększyć.
— Powinienem… powinienem powiedzieć o tym centurionowi? — zapytał Theo.
— Nie! — odparował.
Atlasowi serce podeszło do gardła. Nie chciał słyszeć słowa „centurion” w przeciągu najbliższych kilku godzin, a zwłaszcza nie w takim kontekście. Zaakceptowałby co najwyżej „centurion osobiście chce wam wręczyć nagrodę za wszystkie wasze zasługi”, oczywiście pod warunkiem, że znajdą Kailey. W zasadzie bez Kailey też mogliby dostać nagrodę, tylko musieliby odpowiednio wmówić rodzicom, że nigdy nie mieli trojaczków i tak naprawdę od zawsze wychowywali tylko Hailey i Bailey. Po co im w ogóle było trzecie dziecko? I to jeszcze w tej ekonomii?
— Nasza centurionka o tym już wie. To był jej pomysł — skłamała Arisu.
W przeciwieństwie do Atlasa nie przejawiała większych objawów paniki. Wieczny grymas złości widoczny na jej twarzy nie zdradzał absolutnie nic nowego. Atlas, jako syn boga oszustw, sam musiał przyznać, że była całkiem przekonująca. Z tego samego powodu musiał też przyznać, że za tak okropne kłamstwo hipotetycznie mogliby beknąć jeszcze bardziej. Co innego zgubić dziecko, a co innego perfidnie kłamać przypadkowemu legioniście o odgórnym nakazie władz. Atlas był z niej nawet trochę dumny.
Theo przypatrywał im się jeszcze chwilę. Nieśpiesznie przebiegł wzrokiem po dziecięcych twarzyczkach, w większości milczących, skuszonych opcją późniejszego pobicia swojego opiekuna w nagrodę za bycie grzecznym. (Atlas był skłonny sam im wręczyć drewniane miecze w nagrodę, jeśli nic nie zdradzą). Zwrócił uwagę na wciąż przytrzymywanego Zebulona, śliniącego Walkerowi rękę. Ostatecznie legionista wzruszył ramionami, szczękając zbroją, i machnął dłonią.
— W sumie to co mnie to — mruknął i odszedł.
Atlas trzymał Zebulona jeszcze chwilę, czekając, aż Theo odejdzie na bezpieczną odległość. Tak szybko, jak tylko go puścił, zaczął z obrzydzeniem wycierać dłoń o koszulkę. Arisu odwróciła się i przeliczyła dzieci po raz kolejny, upewniając się, że nikt nie uciekł podczas tej krótkiej dyskusji.
— Panie Atlasie? To będziemy czy nie? Będziemy? Będziemy??? — wypytywał Zebulon.
Atlas ostatnimi resztkami cierpliwości powstrzymał się, żeby znowu nie zatkać mu ust.
— Pospiesz się — syknęła Arisu do Atlasa, jakby potrafił telepatycznie przyspieszyć poszukiwania kilkulatki i uciszyć dzieciaka o morderczych zapędach.
Musiał myśleć jak dziecko. Ale tak… bardziej, niż zawsze.
— Okej, dzieci. — Klasnął w dłonie, żeby zwrócić na siebie uwagę. Miał nadzieję, że nikt, kto nie powinien, tego nie usłyszał. — Czysto hipotetycznie, gdybyśmy mieli grać tutaj w chowanego, to gdzie byście się schowali?
— Co to znaczy hipote… hipotetyczka?
— Gramy w chowanego? — podekscytował się znowu Zebulon.
— Nie. Pod żadnym pozorem nie gramy w chowanego — odpowiedziała mu surowo Arisu.
Atlas westchnął i posłał dziewczynie spojrzenie, które mówiło tylko: „próbowałem”.


Arisu?
────
[1213 słów: Atlas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz