sobota, 14 marca 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Dzieci były dla Atlasa najłatwiejszą widownią dla jego błazenady; i prawdopodobnie jedyną, którą faktycznie potrafił skutecznie rozśmieszyć, a nie sprawić, że wszyscy wokół będą zwijać się z zażenowania. Dopóki wywoływał u nich chichot, mógł się czuć lepszym nauczycielem od Arisu, a już zdecydowanie tym fajniejszym nauczycielem, o którym dzieciaki będą opowiadać w domach. Wiadome było, kto z tej dwójki jest dobrym gliną, a kto jest złym gliną.
Atlas podniósł się do siadu, uśmiechając głupio do dzieci. Humoru nie zepsuła mu nawet powaga Arisu, próbująca zmusić go do wstania i zachowania (pozorowanej) klasy, której zdecydowanie NIE wymagała sytuacja.
Miała pecha, że zaraz oblazły go najodważniejsze dzieci. W pozycji półsiedzącej były bardziej na jego poziomie, więc wykorzystały to, żeby ciągnąć go za obozową koszulkę i zadawać swoje dziecięce pytania.
— A czy pan… czy pan już kiedyś naprawdę umarł? — zapytało jakieś zasmarkane dziecko, pociągając nosem.
— Nie, nie. Ja jestem niezniszczalny — odpowiedział, idiotycznie napinając mięśnie ramienia i wywołując tym samym u dzieci kolejny chichot. Usłyszał, jak Arisu prycha gdzieś w tle.
— A walczył pan kiedyś z jakimś potworem?
— I to niejednym.
— I wygrał pan?
Pomyślał, że „czasami” było złą odpowiedzią. Czasami po prostu uciekał. Może nawet częściej niż czasami.
— Eee… — Tak, to była mądrzejsza odpowiedź.
— Skąd się biorą dziury w serze? — uratowało go kolejne dziecko.
— To dlatego, że w procesie fermentacji wydziela się dwutlenek węgla, który tworzy takie przestrzenie i–…
— A skąd się biorą dzieci?
— Na to pytanie odpowie wam Arisu — odrzekł, wskazując na dziewczynę za ich plecami.
Dzieci umilkły na widok strasznej pani. Piorunowała wzrokiem, ale nie ich, tylko samego Atlasa, jakby próbowała telepatycznie mu przekazać, że jest już martwy i żaden drewniany miecz oraz małoletni świadkowie jej nie powstrzymają. Atlas, wykorzystując, że dzieciaki dały mu trochę przestrzeni, podniósł się na równe nogi i poprawił chwyt na mieczu.
— …na to pytanie odpowie wam po treningu — dokończył, uznając, że nie chce robić dzieciom traumy w postaci stania się młodocianymi świadkami morderstwa. (Albo gorzej, kłótni małżeńskiej). Dwóch smarków wydało z siebie smutny jęk, ale nie przejął się tym za bardzo, bo wiedział, że zaraz zapomną o tym pytaniu. — W walce mieczem ważny jest uchwyt miecza. Tak jak mówiła Arisu, to — postukał o element drewnianego kijka — jest rękojeść. To, czym będziemy dzisiaj walczyć, to tylko drewniany kijek, ale za jakiś czas będziecie trzymać prawdziwy miecz, który jest bardzo ciężki –…
— A moja mama ma włócznię!
— A mój tata strzela z łuku!
— …albo będziecie trzymać coś innego, ale dzisiaj uczymy się tylko miecza. Jak będziecie grzeczni, to mogę powiedzieć pani Cherry, żebyśmy następnym razem poćwiczyli na przykład strzelanie z kuszy. — Dramatycznie ściszył głos, chociaż i tak każdy mógł go usłyszeć. — Wiecie, słyszałem, że Arisu jest specjalistką w kusznictwie. — Oczy zwróciły się w stronę dziewczyny. Nie wyglądała na szczególnie zadowoloną z tego względu.
— Rękojeść trzymamy mocno. Musicie pilnować też ułożenia stóp, żeby były szeroko rozstawione. Jeśli nie będziecie mieć pewnej postawy, to przeciwnik wytrąci wam miecz z dłoni albo was przewróci — kontynuowała za niego Arisu, ignorując jego istnienie. — No, spróbujcie.
Pierwsi ochotnicy zaczęli nieporadnie wymachiwać drewnianym mieczykiem. Żadne nie wykonało ćwiczenia poprawnie, a Arisu chodziła między grupkami jak drapieżnik polujący na ofiarę. Co jakiś czas pokazywała im, gdzie postawić stopy i gdzie trzymać palce. Jednemu chłopcu wytłumaczyła, że miecz trzyma się z tej drugiej strony i jakimś cudem zachowała przy tym poważny wyraz twarzy.
Po pierwszych pięciu minutach dzieci zaczęły się kręcić, najwyraźniej okropnie znudzone koniecznością stania w bezruchu. Atlasa zaciekawiło, ile z tych dzieciaków miało ADHD. Większość była już dalszymi legatariuszami, w teorii nie potrzebowali dodatkowego mechanizmu przetrwania, jakim był neuroatypowy mózg u półbogów. Zresztą, Atlasowi też zaczynało się już nudzić. Może i nie miał pewności co do neuroatypowości tych dzieciaków, ale zdecydowanie miał pewność co do swojej. Półbogowie przecież uczyli się w ferworze walki. Jemu samemu wykłady dotyczące poprawności technik używania miecza wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim.
— W szermierce tak naprawdę najbardziej liczy się kreatywność — odezwał się, kiedy Arisu z powrotem stanęła niedaleko (w bezpiecznej odległości) niego. — Po latach treningu wasze ciało będzie instynktownie pamiętać, w jakiej pozycji układać ręce i stopy. Ale czasem będziecie musieli zrezygnować z tych wszystkich technik, bo nie będziecie mieli takiego pola manewru.
Dla tych dzieciaków musiał brzmieć wybitnie mądrze, ale Arisu spiorunowała go wzrokiem, najwyraźniej urażona tym, że miał zamiar pominąć szkółkę poprawnego rozstawienia łokci. Chyba zamierzała go opieprzyć, ale Atlas był w połowie swojego wystąpienia jako błazen.
— Musicie być kreatywni i zaskoczyć przeciwnika. Na przykład tak.
Wyskoczył w stronę Arisu i zamachnął się mieczem. Ciął z boku, ale Arisu zablokowała uderzenie. Naparł na nią mocniej i dziewczyna musiała zrobić krok do tyłu.
Wycelował w nogi, ewidentnie z zamiarem podcięcia ich tak, żeby jego przeciwniczka się przewróciła, ale Arisu była zbyt czujna. Nadepnęła na miecz butem tak mocno, że prawie wypadł Atlasowi z dłoni. Utknął w dziwnej pozycji, na wpół schylony przed Arisu, z mieczem przygwożdżonym między ziemią a stopą dziewczyny.
— Podcięcie nóg nie jest techniką w szermierce — skomentowała, bardziej do dzieci, niż do Atlasa, jakby chciała go ośmieszyć.
To była jego kolej, żeby zgromić ją wzrokiem od dołu. Co ona wiedziała o szermierce, żeby mówić mu, co było poprawne, a co nie? Błędy też były elementem walki, ale najważniejsze było, żeby…
Wykorzystał przewagę w masie ich ciał. Odchylił miecz jak dźwignię. Zaskoczona Arisu zatoczyła się do tyłu, a Atlas wtedy szybko podłożył jej stopę pod drugą nogę i tym sposobem dziewczyna wylądowała tyłkiem w błocie. Dzieci znowu zachichotały, małe grzmoty cieszące się z czyjegoś nieszczęścia.
— Kreatywność jest bardzo ważna, kiedy — wyszczerzył się zupełnie złośliwie do Arisu — czasem podwinie wam się noga w walce. Możecie sami spróbować.
„Możecie sami spróbować” było okropnym błędem ze strony Atlasa. Odwrócił wzrok od smarkaczy tylko na chwilę, żeby podać rękę Arisu i odwrócić jej uwagę od tego, jak bardzo chciała go teraz zabić. I tak by nie przyjęła jego pomocy, ale mógł chociaż udawać niewiniątko.
Nie zdążył nawet wystawić dłoni w jej stronę. Arisu podniosła się wściekle, otrzepała ubrania z ziemi i błota i zacisnęła palce na mieczu (w bardzo dobrze wyuczony sposób, musiał to przyznać) tak, jakby miała się zamachać i zajebać mu gonga. Powstrzymało ją chyba tylko to, że przerwały im krzyki jakiegoś dzieciaka.
— A MASZ, A MASZ!
Arisu i Atlas wymienili ze sobą bardzo krótkie spojrzenie, w ułamku sekundy upewniając się między sobą, że tak, dobrze słyszą i tak, brzmiało to, jakby mieli mieć przesrane, jeśli nie powstrzymają tego dostatecznie szybko. Egzekucja Atlasa została odroczona na później.
Rozsunęli grupkę dzieci i ich oczom ukazał się widok chłopca używającego miecza na swoim koledze w sposób, którego zdecydowanie im nie pokazywali. Z całą swoją siłą wymierzał cios za ciosem w kolana drugiego dzieciaka, który zdążył się już wyłożyć tyłkiem w ziemię tak, jak zrobiła to wcześniej Arisu. Gdyby nie to, że smarkacze zostali obłożeni ze wszystkich stron ochraniaczami, Atlas zacząłby obawiać się, że młody odetnie mu nogi tym tępym mieczem. Leżący na ziemi piszczał i krzyczał wniebogłosy, a nie płakał chyba tylko dlatego, że był w zbyt dużym szoku.
Atlas odciągnął napastnika na bok, a Arisu ukucnęła przy jego ofierze. Przez chwilę smarkacz wymachiwał mieczem jeszcze na oślep, prawie przy tym pozbawiając Atlasa możliwości posiadania własnych dzieci w przyszłości (za co w sumie mógłby mu podziękować, biorąc pod uwagę, jak sobie z nimi radził).
— Ale fajny ten miecz! — zapiszczał mały agresor, kiedy zorientował się, że nie napędzają go już krzyki jego ofiar. — Dobrze to robiłem?!
Atlas nawet nie wiedział co mu powiedzieć. Technicznie rzecz biorąc, na faktycznego przeciwnika by to mogło podziałać, Walker nie mógł odjąć mu tej pasji do wybijania komuś zębów. Zdawał się kompletnie nie zdawać sobie sprawy z tego, że mógł zrobić komuś krzywdę, zupełnie szczęśliwy, że dali mu możliwość machania mieczem.
— To Zebulon zaczął! — powiedziała jakaś dziewczynka w tłumie, wskazując palcem na przytrzymywanego przez chłopaka malca.
Atlas szybko przewertował w głowie formularze wszystkich dzieci. Jeśli Zebulon był tym chłopcem, którego boskie pochodzenie nadal pozostawało nieznane, to obawiał się, czego jeszcze mogą się o nim dowiedzieć.


mamo bo gniotek pękł w salonie
────
[1306 słów: Atlas otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz