wtorek, 15 września 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Fakt, że jego czas w Obozie Jupiter się kończył, Atlas brał za pewnik. Codziennie igrał z losem i cierpliwością centurionów. Nigdy nie nastawiał się, że w ogóle dożyje obozowej emerytury i osiągnie mistyczne dziesięciolecie stażu na służbie, większość osób kończyła przed tym z odgryzioną głową, a Atlas, nawet jeśli nie miał w zwyczaju zbyt często opuszczać obozu, a zatem i raczej nie narażał się na atak potworów, nie widział siebie w Nowym Rzymie. Miałby niby osiąść się w jednym z tych noworzymskich domków przy akwedukcie i ustabilizować się z innym półbogiem? Spacerować wzdłuż brzegu Małego Tybru, trzymając się za ręce? Może jeszcze miałby iść do pracy? To nie było w jego stylu.
Prędzej czy później ktoś miał go wyrzucić. Za nieróbstwo, na przykład. Za narażenie swoich kolegów. Za koncertowe spierdolenie czegoś nawet bardziej niż zawsze, czegoś, co przekroczyłoby granicę. Może gdyby ten dzień nie nadszedł odpowiednio szybko, Atlas w końcu sam spakowałby plecak i wymknął się przez barierę niezauważony, bywając to tu, to tam, tak jak to było, zanim znalazł się wśród innych półbogów. Przebywanie zbyt długo w jednym miejscu też nie było w jego stylu, był przecież dzieckiem boga podróżnych.
W myślach zawsze układał wiele różnych scenariuszy, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałby, że wyrzucą go stąd za zgubienie dziecka. To było zbyt dużo, nawet jak na niego, a poprzeczka leżała nisko, bo zdarzyło mu się już wybuchnąć akwedukt. Przynajmniej wtedy nikt (poza stanem psychicznym dwóch osób i pewnej centurionki za nich odpowiedzialnej) nie ucierpiał.
— W sensie… poddajemy się? — dopytał Atlas, nagle chętny do tego, żeby to Arisu objęła prowadzenie.
Arisu ścisnęła usta w wąską kreskę i posłała mu nieodgadnione spojrzenie w odpowiedzi, na tyle żałosne, że nawet nie poczuł się mordowany wzrokiem. Atlas pomyślał, że przecież dzieci Wiktorii nie miały w zwyczaju się poddawać, bo było to równoznaczne z przegraną, ale wyjątkowo przemilczał ten fakt.
— Po prostu wróćmy — mruknęła.
W drodze powrotnej dzieci zaczęły marudzić. Zebulon nie odzywał się do nikogo, zakładając ramiona na piersi i ściągając czoło w złości. Przedtem zrobił swoim opiekunom cały wykład o tym, że przecież im obiecali, a koniec końców nie zobaczyli nic. Jego złość udzielała się innym dzieciom. Wszyscy, łącznie z Atlasem i Arisu, szli przez Obóz Jupiter naburmuszeni.
Mogli wrócić przez tunele, tak, żeby nie natknęli się na kogoś w drodze powrotnej, ale Walker nie odezwał się, że zna drogę. I tak wszyscy mieli już dość ciemności. Najbliżej przyłapania byli w momencie, kiedy trzech młodszych legionistów śmignęło obok ich pochodu, ale byli zbyt zajęci gonitwą za pegazami, żeby zwrócić uwagę na gromadkę dzieci. Któryś legionista spłoszył pasące się pegazy i teraz wystraszone konie szybowały po niebie, nakłaniane przez krzyczących do nich półbogów do zejścia na ląd. Część dzieci nawet przestała marudzić, zachwycona, że mogli zobaczyć koniki.
Zeszli na wydeptaną ścieżkę prowadzącą na Pola Marsowe. Atlasowi życie przelatywało przed oczami. Nawet jeśli moment jego odejścia z Obozu Jupiter zbliżał się nieubłaganie, czuł, że ma tu jeszcze niedokończone sprawy. Cokolwiek sobie nie wmawiał i jak czarnego scenariusza nie miał w głowie, nie był jeszcze gotowy, żeby stąd odejść. Może i nawet nie chciał, ale nie mógł powiedzieć tego na głos, bo wtedy miałby wobec siebie jakieś zobowiązanie. No i pozostawała kwestia dziecka… nie był istotą bez serca, żeby się tym nie przejmować. Jasne, w pierwszej kolejności najważniejsze było dla niego ratowanie własnej skóry i szukając Kailey, myślał głównie o tym, że nie chce ponosić konsekwencji za swoją nieodpowiedzialność, ale teraz, kiedy stracili już wszystkie nadzieje, dopadły go wyrzuty sumienia, że przez niego zgubiło się dziecko. Co powiedzą rodzicom? Co powiedzą siostrom Kailey?
Była też Arisu. On mógł być samotnym wilkiem, mieszkać na ulicy i dać się zjeść pierwszemu lepszemu potworowi, ale dla niej Obóz Jupiter wydawał się ważny. Przy nim zawsze wpadała w kłopoty. Nie mieli żadnej interakcji, w której dziewczyna nie skończyłaby wściekła albo mając kompletnie przejebane. Może ktoś pięć lat temu się pomylił i Atlas nie był synem Merkurego, tylko boga nieszczęścia? Słyszał, że niektóre dzieci Fortuny i Invidii mogły przyciągać pecha.
— Arisu — przywołał jej imię. Wchodząc na teren Pól Marsowych, zrównali ze sobą krok, nie musząc już dłużej otwierać i zamykać pochodu. Na otwartej przestrzeni dzieci zgubiły nieco szyk i zaczepiały się wzajemnie. Zebulon próbował zachęcić kolegów do gry w berka. — Ogólnie to… sorry, że przeze mnie zawsze masz przejebane. Tak ogólnie to trochę cię lubię, chociaż strasznie mnie wkurwiasz.
Chyba trochę przesadzał. Czuł się, jakby szedł na wojnę, w miejsce, z którego już nie wróci, i zebrało mu się na durne wyznania. Przed Arisu. ARISU. Ona go nawet nie lubiła, nie chciała tego słuchać. Zaraz przywali mu za to, że w ogóle próbował ją przepraszać, bo żadne przeprosiny nie wynagrodzą jej kłopotów, a w ogóle to powinien się zamknąć, bo zakłóca jej ostatnie chwile ciszy i względnego spokoju.
— KAILEY!
Atlas podniósł głowę tak szybko, że prawie skręcił sobie kark. Serce zamarło mu w piersi. Hailey próbowała wyjść z szeregu, podekscytowana na czyjś widok.
Kailey siedziała skulona pośrodku okręgu utworzonego z drewnianych mieczy treningowych i łkała. Miała zasmarkaną od płaczu twarz, ale poza tym wyglądała na całą i zdrową. Nie przypominała mirażu.
Walker puścił się przed siebie biegiem. Skracając dystans między sobą a dzieckiem, klęknął przed dziewczynką i w pierwszej kolejności obejrzał ją ze wszystkich stron. Dziesięć palców u rąk, stóp raczej nie miał zamiaru sprawdzać. Zero zadrapań. Miała ubłocone spodenki od klękania na ziemi. Nie, to niemożliwe, sprawdź jeszcze raz. Płakała? Coś jej się stało?
— Kailey — wypowiedział jej imię. Dziewczynka próbowała otrzeć smarki rękawem koszulki. — Kailey, czemu płaczesz? Stało ci się coś? Gdzie byłaś?
— Poszłam siku. O, tam. — Wskazała drżącym palcem w stronę czegoś tak oczywistego, jak przenośne toalety na samym krańcu Pól Marsowych. Próbowała się uspokoić, ale zamiast tego z jej gardła wyrwał się kolejny szloch. — A-ale jak wróciłam, to nikogo nie było.
Atlas usłyszał za sobą przyspieszone kroki. Arisu popędzała dzieci. Siostry Kailey zbiegły ze wzgórza.
— Kailey, gdzie byłaś? Pan Atlas mówił, że będziesz czekać w Obozie Jupiter, ale tam cię nie było! — wytknęła Bailey, urażona, że siostra nie spełniła obietnicy.
— Byłam siku — powtórzyła Kailey, wpadając w jeszcze większy płacz. Atlas otwierał i zamykał usta jak ryba, bo jego umiejętności obchodzenia się z dziećmi kończyły się w momencie, kiedy któreś zaczynało płakać. — Przepraszam… nie wiedziałam, że mam gdzieś czekać…
— Nie, Kailey, to nie twoja wina — powiedział uspokajająco Atlas.
— Nie poczekaliśmy na Kailey? — zapytała Hailey. Dyskusja zaczynała zbliżać się w niebezpieczne rejony.
— Byliście w Obozie Jupiter? — dopytała żałośnie Kailey.
Bailey podekscytowana pokiwała głową i zaczęła opowiadać siostrze co zobaczyli i jakie to nie było super, podkreślając, że widzieli latające pegazy, a Kailey — jak się okazało — była zagorzałą koniarą. Uspokoiła się na pół minuty, zanim nie wpadła w kolejny szloch, tym razem dlatego, że ominęło ją tyle rzeczy.


Arisu?
────
[1109 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz