ZIMA III
To, że wiadro rzucone przez Arisu w niego nie trafiło, było chyba szczęściem darowanym przez jego głupotę. Przez chwilę patrzył, jak pęknięte wiadro toczyło się po posadzce akweduktu, żeby zaraz wpaść do wody i popłynąć z nurtem. Po drodze natrafiło na nogę Arisu i trącnęło ją jak na złość, więc dziewczyna tylko wydała z siebie nieartykułowane dźwięki i ze złością odkopała je z powrotem.
A najgorsze w tym jest to, że w końcu dopadła go moralność. Nie dlatego, że dziewczyna go zwyzywała — to, szczerze mówiąc, weszło mu jednym uchem i wyszło drugim, przy okazji trochę go drażniąc. Moralność dopadła go w momencie, kiedy zauważył, że dziewczyna płacze. Prędko otarła mokrym rękawem twarz (co zdecydowanie nic jej nie dało, a Atlas był wręcz pewien, że rozsmarowała sobie po policzku resztki tynku), ale żadne z nich tego nie skomentowało.
Jakoś do tej pory chyba nie wpadł na to, że Arisu ma jakieś uczucia. To znaczy uczucia poza złością, bo tej miała aż nazbyt mieszczącej się w tym swoim śmiesznie małym wzroście. Każde ich spotkanie równało się z tym że zachowywała (próbowała zachować) grobową twarz i ograniczyć się do krótkich, acz skutecznych wiązanek. Fakt, że zmusił ją do krzyczenia w eter, rzucania wiadrami i płakania, trochę zagrał mu na sumieniu.
Stał w wodzie i patrzył, jak Arisu próbuje przebić się przez nurt. Przez chwilę miał ochotę rzucić za nią „przepraszam”. Takie proste słowo, zawieszone na końcu jego języka. Umiałby je przeliterować. Umiałby je napisać, może nawet bez żadnego błędu. Więc dlaczego nie potrafił go po prostu powiedzieć?
Może nawet nie było takiej potrzeby. W tym momencie cokolwiek by nie zrobił lub nie powiedział, Arisu i tak by tego nie przyjęła. Zresztą, wątpił, że sama dziewczyna jest w stanie mówić takie rzeczy albo że jego przeprosiny cokolwiek by zmieniły w jej podejściu do niego; to tak, jakby próbował przykleić na ślinę plakat do ściany.
Ostatecznie przysiadł na niewielkim murku i zdjął z siebie obozową koszulkę, żeby wycisnąć ją z nadmiaru wody, zanim Arisu wróci — bo musiała wrócić, nawet nie zakładał, że go po prostu zostawiła. Ich kontakty ograniczały się tylko do wzajemnej irytacji, a jednak wiedział, że dziewczyna tego nie odpuści. Może poszła ochłonąć. Z całą pewnością poszła po kolejną porcję zaprawy murarskiej i nowe wiadro. Atlas mógłby się zaoferować, żeby jej pomóc, ale miał w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, żeby wiedzieć, że musi dać jej czas, albo zostanie utopiony już na amen w wodach akweduktu.
Założył koszulkę z powrotem (nadal mokrą, ale łudził się, że może chociaż odrobinę szybciej wyschnie, skoro miał tu siedzieć kolejne kilka godzin) i ciesząc się, że zimy w San Francisco nie były spektakularne. A kiedy tak siedział smętnie na murku, z butami nadal tkwiącymi w wodzie, przypatrzył się dziurze w ścianie, o którą poszło tyle zachodu.
Jakimś cudem Arisu udało się zatynkować tę cholerną dziurę wręcz idealnie.
Dostali burę od Cherry. Potem burę od Elianne. Potem burę od Vergila. Potem Cherry na jakiś czas uznała, że może jednak lepiej ich odseparować, zamiast zmuszać do współpracy.
Był to całkiem logiczny krok, rzecz jasna; Arisu nie wyglądała na nieszczęśliwą z tego powodu. Szczerze mówiąc, zaczęła traktować go tak samo, jak jeszcze przed ich poznaniem, czyli jak nieznajomego prostaka z tej samej kohorty.
Atlas nie potrafił o tym zapomnieć. Może zżerały go wyrzuty sumienia, sam nie potrafił nawet nazwać tego uczucia, ale denerwowało go, że Arisu traktuje go jak powietrze. A przecież tego pierwotnie chciał! Otrzymał wszystko to, czego pragnął — święty spokój, to, żeby Arisu i Cherry dały mu święty spokój, i jeszcze raz szerokopojętny święty spokój. Dlatego tak bardzo denerwowało go, że na każdym śniadaniu, obiedzie, kolacji, rozdaniu obowiązków, porannym joggingu Czwartej Kohorty, treningu, dziewczyna ani razu nie odwzajemniała jego spojrzenia. Zaczynał myśleć, że to on ma na jej punkcie obsesję.
To nie tak, że Arisu kompletnie ignorowała jego obecność. Raz nadepnęła mu na stopę, kiedy próbował uciec z treningu. Raz podała mu sól, kiedy powiedział do niej: „hej, podasz mi sól?” (i nawet go przy tym nie zwyzywała!). Raz go faktycznie zwyzywała, kiedy urządził sobie z faunami koncert na obrzeżach obozu, a za perkusję posłużyły mu puste puszki nadgryzione przez kopytnych. Raz położył wszystkie jej strzały do gastrafetes na najwyższej półce, żeby zrobić jej na złość.
Poza tym nie nawiązali żadnej rozmowy.
Tak, Atlas zdecydowanie miał wyrzuty sumienia. Nie potrafił inaczej nazwać tej dziwnej potrzeby nawiązania z nią rozmowy.
LATO, ROK TEMU
Od walentynek Atlas i Arisu wymieniali ze sobą rozmowy raczej szczątkowe.
W ich relacji nic wielkiego się nie zmieniło; to znaczy, nie mieli żadnej relacji, od tego zacznijmy. Walentynki były tylko misją. Idiotycznym zrządzeniem losu bogów. Półboską drogą krzyżową.
Po tej misji Atlasowi na swój sposób ulżyło.
Nie szukał jej wzroku już tak często w tłumie (a może to ona pojawiała się w jego zasięgu częściej?). Nie zająknął się, nawet kiedy Cherry wyciągnęła ich z szeregu i — bardzo zrezygnowanym głosem jak na różowowłosą córkę Apollina — obwieściła:
— Będziecie uczyć dzieci podstawowej obsługi broni.
To nie była szczególna nowość dla Atlasa. Już kilka razy trenował młodszych legionistów; Cherry z jakiegoś powodu ufała mu tylko w tej kwestii, jakby nie sądziła, że jest na tyle nieodpowiedzialny, żeby zostawić dwunastolatka samego ze stojakiem pełnym mieczy. Poza tym dzieci z jakiegoś powodu go lubiły; pewnie dlatego, że mentalnie były na podobnym poziomie z Atlasem.
— Jak chcecie, żeby dzieci się wzajemnie pozabijały, to nawet sama Arisu wystarczy — prychnął.
— Ha-ha, bardzo śmieszne. — Cherry założyła ramiona na piersi.
— Jesteś pewna, że chcesz dać dzieci akurat pod opiekę Atlasa? — dopytała Arisu.
Cherry westchnęła, jakby to było faktycznie trudne pytanie i jakby zastanawiała się nad tym sama.
— Oboje jesteście dobrzy w tym, co robicie — powiedziała, unikając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie legionistki. — Być może najlepsi. Chcę, żebyście przekazali część tej wiedzy.
Atlas jakże dorośle (na poziomie reprezentatywnego, odpowiedzialnego dorosłego, który może pracować z dziećmi) wystawił język w stronę Arisu.
Cherry wręczyła im kilka formularzy. Na każdym widniało imię i nazwisko podopiecznego, numer kontaktowy rodziców, adres i znane boskie pochodzenie (to ostatnie chyba tylko po to, żeby ich ostrzec). Atlas zaczął przeglądać kartki, ale Arisu wyrwała mu je z ręki i sama zaczęła czytać.
Chłopiec o imieniu Brian, jego prapraprababcią była bogini Juwentas. Jessica, wnuczka Eskulapa. Parę innych stronic z siedmioletnimi legatariuszami. Trafiły się nawet trojaczki pochodzenia Merkurego o imionach Bailey, Hailey i Kailey. Jedynym półbogiem był dzieciak o wdzięcznym imieniu Zebulon, ale nigdzie nie było żadnego drobnego druczku, kto jest jego boskim rodzicem. Atlas obawiał się, że będą musieli odkryć to sami. Żadne z nich nie miało więcej niż dziesięć lat.
— To są głównie dzieci naszych weteranów z Nowego Rzymu — wytłumaczyła Cherry. — Za dwa, trzy lata, może dołączą do legionu.
Atlas podniósł nieśmiało rękę.
— Mam jeszcze jedno pytanie. Co w przypadku, jeśli zgubię Arisu wśród tych dzieci?
Pierwszy raz od kilku miesięcy oberwał od dziewczyny w piszczel.
────
[1118 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz