środa, 22 lipca 2026

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Wiedziała, że to bardzo zły pomysł jeszcze zanim wypowiedziała go na głos. Więcej, wiedziała, że to nie ma prawa się udać. Za najlepszy scenariusz uważała ten, w którym w drodze do obozu wpadną na Cherry, prowadzącą za ręce Kailey i pretora, który miał już wybraną metodę egzekucji do przetestowania. Nawet nie chciała myśleć, jak przy tym mógł wyglądać najgorszy scenariusz.
Mogła mieć tylko nadzieję, ze Kailey nic nie jest. Że ktoś znalazł ją całą i zdrową i będą mogli obwiniać ich tylko o zgubienie dziecka, a nie nieumyślne spowodowanie śmierci przez zaniedbanie, czy jak tam chcieli to nazwać. Jedno i drugie bardzo gryzło w dumę Arisu. Przecież nigdy nie chciała przyczynić się do morderstwa dziecka. Mogła za to zamordować Atlasa, jeśli to magicznie sprawiłoby, że Kailey się odnajdzie. W zasadzie zabiłaby go nawet bez tego i w tej konkretnej sekundzie, gdyby nie to, że nie chciała zostać sama z pozostałą grupką dzieci, którą też musiałaby uciszyć, by nie zostawiać świadków.
No właśnie, czemu to nie Atlas gdzieś zniknął? To nikogo by nie zdziwiło, ani nawet nie zmartwiło.
Spojrzała w stronę tego pofarbowanego debila, stojącego na końcu tej bardzo dziwnej grupy wycieczkowej. Nie mogła teraz myśleć o tym, że chce go zabić. Jeśli mieli znaleźć dziewczynkę, zanim ktokolwiek zwróci uwagę na jej obecność, to musieli przynajmniej udawać, że współpracują. Co znaczyło, że musiała mu zaufać.
Ta myśl nie przeraziła jej aż tak bardzo, jak spodziewałaby się, że ją przerazi. Na pewno jeszcze rok temu przeraziłaby ją zdecydowanie bardziej. Uznała, że jest już po prostu za bardzo zmęczona, by teraz tak było. Tak, to na pewno była wina zmęczenia.
– Dobrze, wszyscy mają parę? – zapytała głośno, obrzucając grupę dzieci uważnym spojrzeniem.
Nie mogli pozwolić, by ktoś jeszcze się rozdzielił. Znalezienie jednego dziecka mogło przerastać ich umiejętności.
Nie zdążyła ucieszyć się, że jedynym dzieckiem bez pary jest Atlas, bo z krótkiego ogonka dzieci uniosła się drżąca dłoń. Od razu rozpoznała chłopca, który wcześniej padł ofiarą Zebulona. Arisu powstrzymała się od pełnego rezygnacji westchnienia, bo mogło im w tej chwili bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Zamiast tego przez ułamek sekundy stała w bezruchu, zastanawiając się, czy liczenie źdźbeł trawy może działać uspokajająco.
Na pewno nie miało prawa działać uspokajająco.
– W porządku, nic nie szkodzi – powiedziała w końcu. – W takim razie…
Spojrzała na Atlasa. Skoro już doszła do wniosku, że jest on tylko kolejnym dzieciakiem, to może powinna wysłać chłopca do niego. To byłby świetny pomysł, gdyby zaraz przed Atlasem nie stał agresor, z którym wcześniej chłopiec się pobił. Czy Walker w ogóle miał szansę to ogarnąć? Na pewno mniejszą, jeśli ci dwaj znowu mieli być obok siebie.
Arisu jednak westchnęła z rezygnacją, jeszcze większą niż pierwotnie planowała. Robienie Atlasowi na złość musiało poczekać. Już i tak to na nim spoczywał obowiązek obserwowania grupy, wolała nie dawać mu więcej trudnych zadań.
– W takim razie pójdziesz ze mną.
To były kolejne słowa, których pożałowała jeszcze zanim opuściły jej usta. To było w jakiś sposób niesamowite, że jedyne rozwiązanie było jednocześnie rozwiązaniem zdecydowanie beznadziejnym.
Chłopiec podbiegł do niej na początek ich dziwnej formacji. Wyglądał, jakby było mu bardzo głupio, ale ona sama zdecydowanie była zdenerwowana jeszcze bardziej od niego.
– Dobra. Jeszcze raz, macie trzymać się blisko. Pilnujcie swojej pary. Jeśli zauważycie, że ktoś się oddala, macie od razu zgłosić to mnie lub Atlasowi, rozumiecie?
Z szeregu wybiło się kilka głośniejszych „mhm” „taaak” i innych markotnych potwierdzeń. Arisu jeszcze raz spojrzała czujnie na Atlasa. Nie chciała nazwać tego wymianą porozumiewawczych spojrzeń, bo nie było w nich nawet odrobiny porozumienia.
Co najwyżej odrobina groźby i może trochę wzajemnej niechęci.
Mimo wszystko wymienili się kiwnięciami głów. Znalezienie Kailey leżało w ich wspólnym interesie.
Ruszyła pierwsza, tylko delikatnie odwracając głowę, by upewnić się, że wszyscy grzecznie idą za nią. Chłopiec bez pary trzymał się blisko, a w pewnym momencie złapał ją za skraj koszulki. Nie protestowała. Jeśli miał dzięki temu się nie zgubić, to nie miała nic przeciwko.
– Ja chcę dotknąć prawdziwego miecza! Po co mamy tam iść, jeśli nie dostaniemy prawdziwych mieczy?!
Głos Zebulona docierał aż na sam początek szeregu. Na końcu, blisko Atlasa, musiał być pewnie jeszcze bardziej nieznośny. Arisu odwróciła głowę, otwierając usta, gotowa na nich nakrzyczeć.
Naprawdę nie powinni zwracać na siebie uwagi.
– Popatrzycie na profesjonalistów. – Atlas odezwał się pierwszy. – Waszym zadaniem będzie… będzie…
Znowu złapali na chwilę kontakt wzrokowy.
– O, waszym zadaniem będzie zapamiętać jak najwięcej, żebyście potem sami mogli to wykorzystać!
Arisu nie była pewna, czy młodego agresora to przekonało. Nie mogła mu się dokładniej przyjrzeć.
– A jeśli będziecie grzeczni, to Atlas na pewno pozwoli wam wypróbować to na sobie – rzuciła. – Ale musicie iść grzecznie i cicho całą drogę.
I uśmiechnęła się do Atlasa, kiedy ich spojrzenia znowu na chwilę się spotkały. Arisu nie powiedziałaby, że wyglądał na jakoś bardzo urażonego (bo i tak nie była tym zainteresowana i nie zwróciła na to szczególnej uwagi). Zebulon wydał z siebie dźwięk, który mógł być albo podekscytowanym piskiem, albo oznaką tego, że zaraz rzuci się biegiem do obozu, nie oglądając się za siebie.
Na szczęście tego nie zrobił. Jeszcze.
Drogę do obozu udało im się pokonać wyjątkowo spokojnie i bez problemów. Nie słyszała, by ktokolwiek krzyczał, że zgubił partnera, a kiedy co jakiś czas odwracała się, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, też widziała wszystkie młode twarze. Atlas prawdopodobnie krzyczałby, gdyby ktoś próbował się oddzielić, więc też nie odwracała się szczególnie często, chociaż obdarzenie go takim zaufaniem nie było dla niej proste. Czuła niepokój, kłujący ją gdzieś z tyłu głowy w nieprzyjemny, pulsujący sposób i nie mogła nic poradzić na to, że dłonie same zaciskają jej się w pięści, kiedy próbuje walczyć z rosnącą od tego wszystkiego irytacją.
Znaleźć Kailey. Skończyć trening. Mieć święty spokój od Walkera na następnych kilka dni.
Przez ostatnich kilka miesięcy udawało im się przecież nie pracować razem często. Nie musieli nawet bardzo się unikać. Po dzisiejszym dniu na pewno wszystko wróci do tej sztucznej normy – zakładając, że uda im się przeżyć. To dalej nie był szczególnie realistyczny scenariusz.
Kilka pierwszych kroków na terenie Obozu Jupiter pokonała, wstrzymując oddech. Tylko czekała, aż gdzieś zza rogu wyskoczy wściekły tłum albo pojedyncza, wściekła centurionka, albo cokolwiek innego co mogło ich czekać.
Nic takiego się nie wydarzyło. Stanęli gdzieś z boku i Arisu jeszcze raz przeliczyła wszystkie dzieci. Wszystko się zgadzało. Znaczy, dalej brakowało tylko jednej sztuki. Odetchnęła. Podniosła wzrok na Atlasa. Nie mogła głośno, przy dzieciakach zapytać, czy gdzieś widzi Kailey.
Musiał zrozumieć, bo pokręcił głową, krzywiąc się.
– Dobrze, pamiętacie, jak macie się zachowywać? – Arisu zwróciła się do dzieciaków, tym razem ciszej i spokojniej, tak, by zwracać jak najmniej niechcianej uwagi. Już i tak odstawali wśród zwyczajnych legionistów.
Dzieciaki pokiwały głowami i tylko Zebulon kręcił się w miejscu, szarpiąc się. Kalel był wyjątkowo wytrwały, musiała mu to przyznać. Żaden inny dzieciak by sobie z tym nie poradził i nie mogłaby ich o to obwiniać. Siostry Kailey też zaczynały się niecierpliwić.
Mieli mało czasu.
Kiwnęła Atlasowi i ruszyła dalej, rozglądając się uważnie. Po dziewczynce dalej nie było śladu.
– Co wy robicie?
Gdyby Arisu nie była naturalnie zbyt blada, to pewnie teraz wyraźnie by zbladła. Serce podeszło jej do gardła.
Zwykły legionista. Nawet bardzo go nie kojarzyła. Przyglądał się im podejrzliwie, ale nie jakby coś wiedział.
– To…
– Jesteśmy na wycieczce! Mamy zobaczyć walkę!
Teraz już chciała zabić jakieś dziecko.


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz