sobota, 22 sierpnia 2026

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Arisu nie miała czasu, by docenić fakt, że jeszcze nie wpadli i jakimś cudem udało im się wybrnąć z tej okropnej rozmowy. Chciała, by ich problemy w końcu się skończyły. Przynajmniej na dzisiaj. No, niech to będzie chociaż krótka przerwa – to naprawdę by jej wystarczyło.
Zamiast tego musiała zastanawiać się, gdzie szukać Kailey i analizować możliwe trasy, szukając tej potencjalnie najmniej zaludnionej. I zrobić wszystko, by te durne bachory nie rzuciły się do gry w chowanego, tak głupio zasugerowanej im przez tego nieco większego bachora. Nie mogli (ona nie mogła) okłamywać każdej napotkanej osoby. Powiedzenie nawet jednej, że Cherry o wszystkim wie, że się na to zgodziła, cholera, że był to jej własny pomysł, było już wystarczająco ryzykowne. I głupie. W innych okolicznościach raczej by się na to nie zdecydowała, ale w sumie co gorszego mogło ich czekać? Już i tak zgubili dziecko. Już i tak była bliska popełnienia mordu na kolejnym. Może wystarczyło po prostu się poddać.
Niestety, to nie było wykonalne. Przecież nigdy się nie poddawała. Nie mogła tego zrobić teraz, z takiego powodu. I to jeszcze przy Atlasie. Tego tylko brakowało, by pokonało ją zadanie, które miała wykonać razem z nim. To byłoby poniżej jej godności, honoru, jakkolwiek ktoś chciał to nazwać. Nie, nie, nie. Musiała się skupić. I działać. Teraz.
Zebulon nie wyglądał na przekonanego jej zapewnieniem, że nie, wcale nie będą teraz grać w chowanego. Był na liście do mordu tylko jedno oczko pod Atlasem, który zawsze zajmował pierwsze miejsce, bo takie były zasady.
– Pamiętajcie, że macie trzymać się blisko – rzuciła, nie ukrywając irytacji. – Jeśli tylko zobaczymy, że ktoś się oddala albo przynajmniej myśli o oddaleniu się, to od razu wracamy na nasze pole treningowe i nie zobaczycie nic. I pamiętajcie, że nie będziecie mogli przetestować wszystkiego na Atlasie.
To, jak szybko uspokoił się Zebulon, sprawiło jej pewną satysfakcję. Jak nisko upadła, skoro satysfakcję sprawiało jej grożenie agresywnemu, małemu półbogowi? Czuła, że jest jej wstyd przed samą sobą, ale nie miała czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać. Nie miała też czasu myśleć nad tym, że jej groźba jest pusta, bo nie mogli wrócić do treningu bez Kailey. Musieli ją znaleźć.
Rozejrzała się po okolicy. Gdzie mogła pójść kilkuletnia dziewczynka? Nie znaleźli jej po drodze, musiała dotrzeć do obozu. Arisu nie miała jednak pojęcia, gdzie mogła pójść dalej. Jeśli Kailey była chociaż trochę podobna do innych potomków bogów (bliższych lub dalszych), to prawdopodobnie wybrała jakieś absurdalnie głupie miejsce, w którym szansa, że ktoś ją znajdzie i powie o wszystkim Cherry, rosła jeszcze bardziej.
Problem w tym, że na terenie Obozu Jupiter każde miejsce było właśnie takim miejscem. Dlatego Arisu liczyła, że Atlas będzie miał jakiś pomysł – był przecież równie nieodpowiedzialny co kilkuletnie dziecko. Różnił się od nich tylko wzrostem.
Posłała mu jedno bardzo, bardzo wkurzone spojrzenie, bo przecież powinien być bardziej pożyteczny niż był. To wszystko była tylko i wyłącznie jego wina. Tylko czemu sama nie była już o tym taka przekonana?
Zrzucała to na zmęczenie.
– Dobra, to inaczej – odezwał się w końcu Atlas. Stali w miejscu już zdecydowanie zbyt długo i Arisu była gotowa zaakceptować większość jego pomysłów, jeśli te nie okazałyby się wyjątkowo głupie. – Gdzie chcielibyście pójść? – zwrócił się do dzieci.
To był jeden z głupich pomysłów. Zebulon prawie podskoczył w miejscu, ale Kalel szarpnął go za rękę na tyle mocno, że na chwilę zbiło go to z tropu. Zanim zdążył wykrzyknąć coś o tym, że chce zobaczyć rytualne zabijanie obozowiczów z czwartej kohorty, odezwał się Brian:
– Zjadłbym coś!
Atlas otworzył usta, najwyraźniej chcąc mu coś odpowiedzieć, ale Jessica była szybsza.
– Rodzice mówią, że jedzenie o odpowiednich porach jest bardzo ważne.
Zebulon szarpnął się mocniej i tym razem wyrwał dłoń z uścisku Kalela. Długo wytrzymał, a jak na dziewięciolatka i tak radził sobie świetnie. Może powinni później mu za to podziękować.
– Ale to nudne! Chodźmy zobaczyć rozpruwanie pluszaków!! Tak jak pan Atlas mówił!
– Ale tak nie wolno!
W ciągu kilku sekund to, co do tej pory było równym rzędem dzieci, zmieniło się w coś, co bardziej przypominało bardzo głośne kółeczko plotkarskie. Jessica patrzyła na kolegę ze złością w oczach, zaciskając drobne pięści. Arisu przez chwilę wydawało się, że mała ma łzy w oczach.
Najwyraźniej niektóre obozowe praktyki były bardziej oburzające od innych. Arisu nie uważała, by ta była jedną z nich – sama chętnie oddałaby walentynkowego pluszaka na następną ofiarę.
Zebulon wystawił Jessice język, rzucając niemiłe komentarze i przedrzeźniając jej łamiący się ton. Brian zaczął mówić coś o tym, że naprawdę chce zobaczyć stołówkę, ale w sumie to jeszcze fajniej byłoby pójść do łaźni, bo to na pewno bardzo miłe miejsce. Na pewno milsze od miejsca, w którym rozpruwa się pluszaki, czy coś w tym stylu.
– Uspokójcie się – syknął na dzieciaki Atlas. Jessica i Brian spojrzeli na niego krótko, płochliwie, od razu się uspokajając. Zebulon też zamilkł, tracąc przeciwników do dyskusji. Arisu była prawie dumna.
– Chodźmy do orłów! – wtrąciła się nagle Hailey, zanim zdążyli odetchnąć z ulgą. Albo Bailey. Arisu dalej ich nie rozróżniała.
Wymienili się z Atlasem krótkimi spojrzeniami, bo przecież skoro proponuje to jedna z sióstr zaginionej, to może być to całkiem dobry pomysł, ale wtedy odezwała się ta druga:
– A mieliśmy patrzeć, jak dorośli walczą… I tam miała czekać Kailey…
Zebulon znowu to podchwycił. Zaczął krzyczeć coś o tym, że tak, to też koniecznie muszą zobaczyć, już w tej chwili i tej konkretnej sekundzie, najwyraźniej od razu zapominając o niewinnych maskotkach. Przynajmniej na chwilę.
– I chcę zobaczyć prawdziwe bronie!!!
Mówił coraz głośniej, właściwie to już krzyczał.
– Ja chciałbym zobaczyć koniki… – Arisu usłyszała nieśmiały, spłoszony głos tuż obok siebie.
– Stajnie…? – mruknęła, na kilka sekund odwracając wzrok od dzieciaków i zostawiając ich dobrobyt w rękach Atlasa. Bolała ją głowa. Jeśli ktoś teraz by się zgubił, to chyba przyjęłaby to z ulgą, bo przynajmniej byłoby o jedną osobę ciszej.
Stajnie. Orły. Trening. Czy mogła zabłądzić do łaźni? Żadne z tych miejsc nie wydawało się bardziej prawdopodobne od poprzedniego.
– Atlas?
Chłopak był w trakcie prób uciszenia Zebulona, które nie były równe próbom morderstwa. Szło mu lepiej, niż w analogicznej sytuacji radziłaby sobie Arisu.
– Bądźcie ciszej, słyszycie? – fuknęła, patrząc bezpośrednio na tego konkretnego dzieciaka. – Mieliście być grzeczni, pamiętacie? Już, ustawcie się z powrotem w szeregu.
Stanęli grzecznie. Zebulon uciszył się, ale zaczął wiercić się w miejscu, znowu prawie wyrywając Kalelowi rękę ze stawu. Tak, ten dzieciak zdecydowanie zasługiwał na podziękowania. I może jakąś czekoladę w ramach przeprosin. Patrzył to na Arisu, to na Atlasa bardzo, bardzo zmęczonym wzrokiem, ale znosił to w dzielnym milczeniu.
– Wiesz, jak poruszać się po obozie, żeby unikać ludzi i obowiązków. – Arisu w końcu znowu zwróciła się do Atlasa, korzystając z chwili ciszy. Mówiła półgłosem, jakby to, że są ponad głowami dzieci, znaczyło, że te ich nie usłyszą. Zebulon był zajęty robieniem brzydkich min do Jessici, więc największy problem mieli z głowy.
Dopóki znowu nie dojdzie do awantury.
– No… wiem.
Arisu westchnęła.
– Więc znajdź nam taką trasę, żebyśmy mogli sprawdzić teren najbardziej po cichu, jak się da.
Nie wierzyła, że powierza mu tak ważne zadanie. Z drugiej strony, jeśli było coś, w czym Atlas był dobry, to musiało być to właśnie to. Dalej tu była. Dalej mogła (musiała) go pilnować. Ten dzień wymagał od niej niesamowitych poświęceń. Przysięgła sobie, że jeśli to przeżyją, to też będzie uciekać.
Przed Atlasem. I przed Cherry.


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz