LATO, ROK TEMU
Och, jak Arisu bardzo nienawidziła takich pseudopochwalnych, mydlących oczy odpowiedzi. Zdecydowanie nie byli „być może najlepsi”, ona sama nie była pewna, czy są w ogóle faktycznie dobrzy. Co takiego w ogóle się wydarzyło, że znowu mieli razem pracować? Liczyła, że do tego już nigdy więcej nie dojdzie. Jej życie było dużo spokojniejsze przez tych kilka miesięcy.
Patrzyła na Atlasa i jego okropnie dziecinne zachowanie, z jeszcze bardziej dziecinnymi tekstami i najbardziej z tego wszystkiego dziecinnym podejściem do obowiązków i potrafiła myśleć tylko o tym, że będzie sama z gromadką dzieci (ta część jakoś bardzo jej nie przeszkadzała, nigdy nie miała dużego problemu z dziećmi) i tym przesadnie wyrośniętym gówniarzem. Wśród tych czarnych myśli na chwilę pojawiła się inna, nieco bardziej szara niż czarna, sugerująca, że hej – to przecież trening z dziećmi. Nikt nie będzie jej obwiniał, jeśli Atlas przypadkiem zostanie śmiertelnie raniony w trakcie.
Zaraz jednak doszła do wniosku, że jak najbardziej każdy będzie ją obwiniał, dzieciaki nie poradzą sobie z trzymaniem języka za zębami, a ryzyko śmiertelnego wypadku było zbyt niewielkie, by miało nie wyglądać podejrzanie – przecież nawet nie mieli przy sobie prawdziwych mieczy. Tym drewnianym mogła mu co najwyżej wydłubać oko.
Może to dlatego tylko sapnęła z irytacją, na dokładkę do kopniaka strzelając chłopakowi zwiniętymi formularzami w ramię i spojrzała na Cherry dużo spokojniej, niż kiedy kazała im naprawiać akwedukt. Zignorowała jęk bólu, który wydał z siebie Atlas. Może włożyła w cios trochę zbyt dużo siły.
– Postaramy się dobrze ich przygotować – obiecała, prostując się i zadzierając głowę tylko odrobinę. Wcale nie była pewna tej obietnicy. Nie była przekonana, czy jest wykonalna. Nie wiedziała nawet, czy jej słowa przekonają Cherry, bo na jej miejscu zdecydowanie nie czułaby się przekonana.
Niestety, już to powiedziała, więc przecież nie mogła się wycofać. Spojrzała czujnie na Atlasa.
– A ty nawet nie próbuj nic kombinować – fuknęła na niego wściekle, odwracając głowę, jakby ją czymś śmiertelnie obraził (bo przecież obraził. Samym swoim istnieniem. Czy coś takiego).
Arisu miała ochotę zabić Atlasa jeszcze zanim dotarli na Pole Marsowe. Nie zrobił jej nic złego, w sumie to w ogóle nic nie robił. Zupełnie jakby faktycznie nie próbował nic kombinować. To właśnie dlatego tym bardziej miała ochotę go pobić – to było podejrzane. Na pewno knuł coś po cichu, czekając na odpowiedni moment.
Puściła go przodem, ale nie na tyle przodem, by mógł jej uciec. Jeśli szedł przed nią, mogła cały czas uważnie go obserwować. Przez moment zastanawiała się, czy nie przesadza z własną czujnością. Przecież ich ostatnie wspólne zadanie, przeklęte walentynki, ostatecznie skończyło się dobrze. Wkurwiał ją wtedy niesamowicie, ale część sukcesu leżała po jego stronie.
Oczywiście to podejście zakładało zignorowanie faktu, że Arisu znalazła się na tej misji właśnie przez Atlasa i przez jego podłą manipulację.
Stanęli na polu treningowym, na którym mieli spotkać się z dzieciakami. Nie wiedziała, kto pomógł im tu trafić i nie była tym zainteresowana. Dopóki wszystkie były całe i zdrowe, a przynajmniej żywe, nie potrzebowała znać szczegółów.
Spojrzała na zgraję dzieciaków, zdecydowanie zbyt młodych, by musiały uczyć się podstaw trzymania miecza i innych zasad przetrwania. Ona w ich wieku zwiedzała rynki i muzea, uczepiona ręki starszego brata. Może przeżycie było przez to później odrobinę trudniejsze, ale za nic nie zamieniłaby tego na trening.
Od razu rozpoznała trojaczki, których dokumenty przeglądała wcześniej. Jeszcze nie zdążyły się odezwać ani nic zrobić, a Arisu już czuła, że będą z nimi jakieś kłopoty. Z bachorami Merkurego zawsze były kłopoty, nieważne, jak dalekie było to pokrewieństwo.
– A tobie, o co znowu chodzi?
Dopiero słysząc irytację Atlasa, zdała sobie sprawę, że patrzy na niego, jakby był źródłem wszelkiego nieszczęścia na świecie. Na pewno w jakimś stopniu był.
Prychnęła, odwracając głowę i dochodząc do wniosku, że nie ma sensu mu odpowiadać.
– Jestem Arisu – zwróciła się do dzieciaków, stając dumnie i zakładając ręce na piersiach. – To Atlas. – Kiwnęła w stronę chłopaka głową. – Jesteśmy z czwartej kohorty i będziemy dzisiaj uczyć was podstaw.
Dzieciaki spojrzały po sobie, jedne bardziej podekscytowane, inne chyba bardziej zdenerwowane. Najbardziej niepokoiły ją spojrzenia, które wymieniały między sobą trojaczki i szepty pomiędzy dwójką młodych chłopców. Z jakiegoś powodu od razu założyła, że oni też mogą sprawiać kłopoty.
Obejrzała się na Atlasa, który nie wydawał się szczególnie zainteresowany przeprowadzeniem teorii. Stał obok, z tym śmiesznym drewnianym mieczem w dłoni. Westchnęła z rezygnacją.
– Czy któreś z was już kiedyś trzymało w dłoni miecz lub jakąś inną broń? – zapytała, opierając drewnianą broń na ramieniu. Chciała z góry wiedzieć, jak wiele złych nawyków mają już te dzieciaki.
Przez chwilę nikt jej nie odpowiedział i już miała znowu westchnąć, tym razem z irytacją, że trafiła jej się zgraja tchórzliwych milczków, kiedy do góry wyrwała się ręka jednego z chłopców. Był wyższy od pozostałych i chyba też najstarszy ze wszystkich, chociaż dalej nie wyglądał na więcej niż dziesięć lat. Miał brązowe, falowane włosy, które opadały mu na zbyt duże i zbyt odstające uszy, a jakby tego było mało, był prawie wzrostu Arisu.
Dziewczynie prawie drgnęła powieka. Coś takiego działo się zawsze, gdy akurat wydawało jej się, że pogodziła się z tym, że jest niska.
– Ja już próbowałem miecza! – Dzieciak mówił głośno, trochę głośniej niż była potrzeba. – Moja babcia ze mną ćwiczyła. Była kiedyś bardzo ważna w obozie.
Arisu skinęła delikatnie głową, przeglądając zebrane formularze jedną ręką.
– Jestem Kalel Cairns – przedstawił się, widząc jej zmagania.
Spojrzała na niego szybko, nie do końca pewna, czy dobrze zrozumiała, a potem równie szybko zerknęła na Atlasa, nie dając po sobie poznać, że napotkała jakąkolwiek trudność.
– W porządku… Kalel… – odpowiedziała mu powoli, kiedy w końcu znalazła odpowiedni formularz.
Dziewięć lat, prawnuk Ceres. Żadnych informacji o tym, kim miałaby być jego babcia. W sumie to żadnych się nie spodziewała.
– Poza tym nikt? – dopytała i odczekała chwilę, by upewnić się, że na pewno nikt nie ma już nic do dodania. – W takim razie zaczniemy od teorii.
Wydawało jej się, że Atlas wywrócił oczami, ale w ich obecnym ustawieniu nie mogła zbyt dokładnie mu się przyjrzeć. Postanowiła to zignorować – jeśli miał jakieś uwagi, mógł zakomunikować je w normalny, dojrzały sposób. Lub zachować je dla siebie, bo i tak nie zamierzała się nim przejmować.
Starała się przedstawiać teorię w prosty i zrozumiały dla małoletnich sposób, ciesząc się, że chociaż sama preferowała łuki i kusze, to jednak starała się zadbać też o podstawy walki mieczem. Gdyby tego nie robiła, teraz musiałaby zostawić część tego monologu Atlasowi, a to wydawało jej się ryzykowne. Nie wspominając już nawet, że godziłoby w jej duszę. Nie zamierzała przyznać mu, że może wiedzieć lub zrobić coś lepiej od niej.
Streściła wszystko najbardziej, jak była w stanie, kilka razy tylko dopytując, czy dzieciaki wszystko rozumieją. Nie miały większych zastrzeżeń, ale była pewna, że wszystkie magicznie pojawią się, gdy tylko przejdą z teorii do praktyki.
– No, to z czystej teorii tyle – zakończyła. Była pewna, że mówienie nie zajęło jej dłużej niż kilka minut, bo Atlas nie zdążył w tym czasie rozpłynąć się w powietrzu. – Masz coś do dodania? – zwróciła się do niego, od razu żałując tych słów.
Atlas podszedł bliżej. Zobaczyła błysk w jego oku i zaczęła jeszcze bardziej żałować, że zapytała go o opinię.
– Wszystko fajnie, ale to tylko teoria. Tak to się robi.
Machnął w jej stronę drewnianym mieczem, a kiedy zablokowała cios i odruchowo wyprowadziła atak, udał, że ten trafia go w bok i zatoczył się dramatycznie. Arisu odskoczyła, zaskoczona, ale Atlas upuścił broń, cofając się na chwiejnych nogach.
– Ja umieram…!
Stanęła i spojrzała na niego jak na skończonego idiotę.
– Krew, wszędzie krew…
Obserwujące to wszystko dzieciaki zaczęły chichotać. Atlas upadł dramatycznie na ziemię, wyrzucając w powietrze jakiś kawałek czerwonego materiału.
– A potem… śmierć.
Znieruchomiał na ziemi, a dzieciaki roześmiały się jeszcze bardziej. Arisu wywróciła oczami, ukrywając twarz w dłoniach. Co za debil.
– Skończyłeś? – Podeszła do farbowanego idioty i trąciła go stopą w biodro. – Jak jesteś takim ekspertem, to może pokaż im, jak naprawdę się to robi.
Nie była pewna, czy chce, by uznał to za wyzwanie.
────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz