poniedziałek, 29 grudnia 2025

Od Theodore'a do Somnusa (list)

2 lata temu

San Francisco, 20 grudnia

Wesołych Saturnaliów, Ojcze Somnusie.

Nie do końca wiem, o czym powinienem pisać. Chyba w pierwszej kolejności chciałbym podziękować za list polecający, dzięki któremu przyjęto mnie do Trzeciej Kohorty. Jestem naprawdę wdzięczny.

Nie jest najłatwiej, ale sobie radzę. Lupa dobrze mnie przeszkoliła, chociaż nie mam wielu szans, żeby się wykazać. Dowiedziałem się, że niestety wykazywanie się jako in probatio polega głównie na wykonywaniu poleceń innych, które zwykle dotyczą zajmowania się brudną robotą. Nie do końca w przenośni. Wiem, że każdy legionista przede mną też musiał to przejść i nie chcę narzekać, ale czasami naprawdę chciałbym, żeby czas leciał szybciej. Na wykazanie się „szczególnym męstwem” też nie mam zbyt wiele szans, więc najwyraźniej zostaje mi nadstawić drugi policzek. Czy coś w tym rodzaju.

Poza dość przykrymi obowiązkami, jest w porządku. Dobrze jest wiedzieć, że wcale nie jestem dziwadłem, tylko półbogiem. I dobrze jest być wśród swoich, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi. Nawet jeśli zwykle siedzę sam. Koledzy z obozu trochę ode mnie stronią, bo jeszcze nie do końca kontroluję moce i parę razy kogoś uśpiłem. Przypadkiem. Ale chyba niezbyt mi to przeszkadza. Zacząłem cenić sobie wolny czas, w jakiejkolwiek postaci. Nie za bardzo też tęsknię za domem, może czasami. Dziwnie mi o tym pisać, ale kiedyś musiałem nadać tym słowom kształt, nawet jeśli nie chcę. Na dłuższe odwiedziny w domu się jednak nie zapowiada, więc i tak nic z tym nie zrobię. Nie chcę narzekać. Znowu.

To moje pierwsze Saturnalia i ciężko mi się w tym wszystkim połapać. Może powinienem do ciebie pisać o całkowicie innych sprawach? Chociaż nie wiem, co w takim razie miałoby to być. Może za rok będę lepiej przygotowany albo faktycznie stanie się coś ciekawego, o czym będę mógł pisać. Jeżeli list nie jest idealny, to wybacz mi, ale nie miałem do czynienia z pisaniem listu od szkoły podstawowej. Staram się po prostu trzymać formatu, który mi pokazali.

Jeżeli to czytasz, to dziękuję i życzę dobrych Saturnaliów.

Twój syn z Obozu Jupiter,

Theodore.

Od Lotus do Wulkana (list)

San Francisco, 23 grudnia

Cześć Tato,

Co u ciebie? Wymyśliłeś ostatnio coś fajnego? Ja teraz pracuję nad taką jedną rzeczą, ale nic nie powiem, dopóki nie skończę. Może za rok. Jeżeli to w ogóle wyjdzie i o tym nie zapomnę, bo jedno i drugie może się nie udać. Mam nadzieję, że jednak się uda, ale zobaczymy.

Mama znowu Okej, obiecałam, że nie będę już więcej pisała o mamie, ale miałyśmy w tym roku lekki kryzys i muszę o tym powiedzieć chociaż Tobie, bo inaczej wybuchnę. Z nikim o tym nie rozmawiam i trochę mnie to przytłacza. Wywalili ją z roboty i Mama straciła pracę. Jakieś cięcia budżetowe czy inne takie bzdury. No i jak wpadłam na weekend do domu, to się okazało, że zapija smutki. Znowu! Ale nie martw się, udało jej się ogarnąć jakoś pozbierać po tym wszystkim i teraz jest już w porządku. Zaraz zaczyna nową pracę i wszystko wróci do normy. Nie złość się, że ci o tym mówię. Komuś musiałam.

O, ostatnio byłam na takiej zajebistej bardzo fajnej wystawie. Wejściówki były za darmo, a ja akurat byłam w mieście, więc nie mogłam z tego nie skorzystać. Widziałam różne iluzje, które wykiwują wykiwuwają wykiwają ludzki mózg (aż mnie potem od tego rozbolała głowa), dziwne maszyny, a nawet robota wyższego ode mnie! Świetne to było. Widziałam też ludzki mózg w jakimś roztworze, dzięki któremu był niezepsuty. Należał do człowieka, który był chory na Alzheimera (chyba), ale nie widziałam żadnej różnicy. Nie miałam wcześniej okazji oglądać ludzkich mózgów. Było jeszcze durzo dużo innych rzeczy, ale skupiłam się na tych najfajniejszych i poza nimi niewiele pamiętam. W każdym razie świetnie się bawiłam i gdybym mogła, to poszłabym tam jeszcze raz.

Myślałam ostatnio o ścięciu włosów. Nie tak jak zwykle, tylko krócej. Zoe na mnie krzyczy, że to durny nie rozsądny nierozsądny pomysł, i pewnie ma rację, bo ona zwykle ma rację, a mi w sumie chyba byłoby tych włosów szkoda, więc może jednak tego nie zrobię? Nie wiem, muszę się zastanowić. Lubię je.

Zmieniłam zdanie.

Jednak ci powiem, co wymyśliłam, bo po prostu nie wytrzymam. To taki robocik, który ma mi pomagać sprzątać, bo mam zawsze wszędzie straszny pierdolnik bałagan i średnio się w tym odnajduję. Na razie jest w stanie sprawnie chodzić i nawet zbierać najmniejsze śmieci, ale nie jest w stanie unieść niczego cięższego od chusteczki. Ostatnio nie miałam czasu, żeby go rozkręcić i sprawdzić, z czym jest problem, bo z tymi Saturnaliami jest jak zwykle wielkie zamieszanie. Niby mamy być tacy ogarnięci zorganizowani i w ogóle, a jak przychodzi nam robić coś, co nie jest przyjęciem formacji czy biciem się to jest problem. Masakra. W każdym razie wydaje mi się, że albo coś za słabo przytwierdziłam i dlatego Śmiecik nie jest w stanie podnosić niczego cięższego, albo muszę mu przymocować silniejsze szczypce i wtedy będzie w stanie to zrobić. Zajmę się tym jak wszystkim już przestanie odwalać będzie już po Saturnaliach i wrócimy do normalnego rytmu dnia. Strasznie na to czekam, bo Śmiecik naprawdę bardzo by mi pomógł. Ten burdel bałagan zaczyna mi trochę przeszkadzać, bo nie mogę niczego znaleźć na biurku. Mogłabym to zrobić sama, ale po co?

Nie patrz proszę na te pokreślone słowa. Udajmy, że nie istnieją, bo mam jakieś trzy minuty i dwadzieścia pięć sekund zanim pójdziemy palić listy i nie mam czasu tego przepisywać, jeśli chcę zdążyć. Obiecuję, że bym to zrobiła, gdybym tylko miała kiedy. A niestety nie mam, więc musimy z tym jakoś żyć. Dwie minuty trzydzieści sekund (Zoe nade mną stoi i krzyczy), naprawdę muszę kończyć, ale obiecuję, że za rok zacznę wcześniej i napiszę więcej.

Życzę ci świetnych i mile spędzonych Saturnaliów!

Buziaki,

Lotus.

Od Caroline do Aresa (list)

Nowy Jork, 17 grudnia

Wesołych saturnaliów, Tato!

Postanowiłam, że napiszę do Ciebie dzisiaj. Po pierwsze, żebym nie zapomniała zrobić tego później, a po drugie to dlatego, że skończyłam dzisiaj osiemnaście lat. Hura. Właśnie dzisiaj mija osiemnaście lat od dnia, w którym mama wydała na świat małego półbożka. Niestety nie spędzam urodzin w domu, tylko takie tam prawie sześć tysięcy kilometrów od Londynu, bo, uwaga, wyprowadziłam się na studia. Szalone. Wcześniej nawet mi się nie śniło, że zostanę przyjęta do uczelni w Nowym Jorku, a jednak tutaj jestem. Jest trochę inaczej, niż kiedy przyjeżdżałam tu na wakacje i siedziałam zamknięta w obozie, ale oczywiście sobie radzę.

Wiesz, że nie jestem fanką listów. Chyba mam to po tobie, bo Ty też nie jesteś fanem wylewności, a listy są tego zwykle pełne. Trzeci raz piszę list faktycznie do kogoś, a nie do pani od angielskiego na zaliczenie, i trzeci raz jest to list do Ciebie. Tak, na pewno mam to po tobie. Mama uwielbia długie, ckliwe wypowiedzi pełne emocji i innych bzdetów. Dzwoniła dzisiaj rano i myślałam, że będzie tak biadolić przez godzinę! Chyba jest po prostu dumna, że udało jej się mnie wychować. Mniej więcej. Nie wydaje mi się, żebym była dorosła bardziej niż jedynie z nazwy, ale jeżeli mają mnie za to wychwalać, to proszę bardzo. Nie będę protestować. Wolałabym spędzić ten dzień w domu, z przyjaciółkami, ale nie będę płakać tylko przez to, że nie mogę mieć wszystkiego. W końcu dokonałam pewnego wyboru, nie? Sama też mogę się świetnie bawić.

Musiałam wczoraj przelecieć się po trzech sklepach, żeby znaleźć jakąś godną uwagi świeczkę. Trzech. Nie będę palić mojego listu nad byle czym. Zapalniczka jest mało majestatyczna, a i tak będę musiała spalić ten list w zlewie, co samo w sobie jest poniżające. W obozie chociaż mieliśmy ładne ognisko. Niestety mam za ładne mieszkanie, żeby rozpalić tu taki ogień. Pewnie puściłabym je z dymem, a chcę mieć gdzie mieszkać. Szkoda, że Saturnalia nie odbywają się w lecie. W czasie wakacji wszyscy wszędzie rozpalają ogniska. Podpięłabym się pod jakieś i spaliłabym list do Ciebie w dostojny sposób. Niestety musi Cię zadowolić zlew i świeczka o zapachu lawendy (naprawdę ładnie pachnie, obiecuję).

Ostatnio zaatakował mnie jakiś paskudny stwór, kiedy wracałam wieczorem z uczelni. Zostawił mi szramę na pół ramienia! Na pewno będzie z tego niezła blizna. Podobno blizny nadają walecznego wyglądu, ale w zamian za to musiałam wyrzucić swój ulubiony sweter, bo już do niczego się nie nadawał. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej — było warto. Mama się przeraziła, kiedy jej o tym powiedziałam. Ale potem zapytała, czy skopałam dupę temu potworowi i prawie mogłam poczuć, jak się uśmiecha. Może i za mną tęskni, ale nic się nie zmieniła.

Jeżeli przeczytasz to jeszcze przed przerwą świąteczną, to możesz udzielić mi malutkiego błogosławieństwa i odrobiny mocy do uprzykrzenia życia mojemu wykładowcy od marketingu. Przysięgam, że gość się na mnie uwziął. Zachowuje się, jakbym rzuciła mu jakieś paskudne wyzwanie, czego jeszcze nie zrobiłam. Cierpliwości w genach nie dostałam ani od Ciebie, ani od mamy, więc już powoli mi się kończy. Mogę nie wytrzymać do sesji. A jeśli wytrzymam, to chyba tylko z boską pomocą.

Muszę kończyć, bo chyba pali mi się obiad, a nie mam zamiaru dzisiaj głodować. Jeżeli dożyję, to powiem Ci za rok, czy gość od marketingu dalej oddycha.

Caroline.

Od Isobel do Hermesa (list)

San Francisco, 23 grudnia

Witaj Ojcze,

W tym roku będę streszczać się jeszcze bardziej niż zwykle. Mam ostatnio niewiele wolnego czasu. Nie wiem, czy będziesz zadowolony z tego, że piszę z San Francisco. Sama nie jestem w stu procentach szczęśliwa — na każdym kroku śmierdzi tu Rzymianinem. Z drugiej strony to dobrze, bo ja się między nimi gubię. Od września jeszcze nic nie próbowało mnie zeżreć, a to całkiem niezły wynik. Tak przynajmniej sądzę. A co robię w San Francisco? W tym momencie studiuję. I pracuję. I staram się połapać w tych zagmatwanych uliczkach. Nowy Jork był zbyt blisko domu, żebym mogła tam spokojnie zamieszkać. Tutaj może i jestem na obcym terytorium, ale z pewnością będę umiała zrobić z tego swoje miejsce.

Studiuję sinologię. Wszyscy mówili mi, że to strasznie dziwny wybór, ale czego innego się po mnie spodziewali? Zarządzania? Finansów? Niestety to nie w moim stylu. Wbrew pozorom idzie mi całkiem dobrze. Chińskie znaki nie plączą mi się przed oczami tak, jak nasze głupie literki, a kultura jest naprawdę ciekawa. Kiedy nie jestem na uczelni, zwykle pracuję. Utrzymanie się tutaj nie jest najłatwiejszą sprawą, ale jak na razie dobrze sobie radzę. Trochę kelneruję, pomagam na kuchni i robię za barem w malutkiej knajpce. Serwują tam co najwyżej kiepskie piwo i przetłuszczone frytki, ale prowadzą go dobrzy ludzie. Przyzwoicie płacą jak na moje godziny pracy. Nie jest to ciepła posadka za biurkiem, ale za biurkiem bym nie wytrzymała, więc to nawet lepiej.

Wyprawianie Saturnaliów w pojedynkę jest… dziwne. Przyzwyczaiłam się do kolejki do ogniska w obozie, gwaru (a raczej huku) rozmów i tego charakterystycznego natłoku emocji, który z pewnością nie towarzyszy mi teraz, w pustym mieszkaniu. Jest druga nad ranem, niestety, bo godzinę temu wróciłam z pracy, a wcześniej nie miałam głowy do pisania listów. Całkiem lubię tę tradycję. Nawet jeżeli Ty nie zawsze musisz je czytać, to ja mam okazję poukładać sobie w głowie ostatni rok, kiedy je piszę. Dlatego staram się do tego przyłożyć, a nie jedynie odbębnić, nawet jeżeli naprawdę nie mogę szastać czasem. I tak będę musiała go jeszcze przepisać na czysto. Specjalnie musiałam kupić wczoraj blok rysunkowy, bo jedyne kartki, jakie mam, to te powyrywane z notatników. Raz w roku mogę się postarać.

Trochę tęsknię za obozem. Ale tylko trochę. Najbardziej chyba za rodzeństwem, bo może i doprowadzali mnie do szału, ale jednak byli moi. Jeśli akurat nie musieliśmy lać się z empuzami, było całkiem fajnie. Nie mam kontaktu z prawie nikim stamtąd. Niewielu z nas dożyło takiego wieku, w którym możemy iść na studia.

Mam nadzieję, że u Was na Olimpie wszyscy się świetnie bawią. Ja już kończę, bo jutro mam od ósmej zajęcia i naprawdę nie mogę znowu na nie zaspać.

Pozdrowienia,
Isobel.

Od Elianne do Juwentas (list)

18 grudnia, San Francisco

Matko Juwentas,

Wesołych Saturnaliów. Czy Wy obchodzicie je jakoś szczególnie? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Może w tym roku w końcu przyszła na to pora. Może poświęcacie dzień na odczytywanie listów od dzieci i zaśmiewanie się do łez. To właściwie musi być całkiem fajnie spędzony czas.

W obozie nic się ostatnio nie zmienia. Oprócz tego, że wyprawiamy coraz więcej pogrzebów. Nikt tak naprawdę nie wie, co się dzieje, ale pracy jest coraz więcej, bo ludzi coraz mniej. Odkąd zostałam centurionką (od dwóch lat — dla przypomnienia), z jednej strony radzę sobie z tym lepiej, a z drugiej gorzej. Czuję się odpowiedzialna za moją kohortę i ciężko mi myśleć o chowaniu kolejnych dzieciaków, które miały jeszcze tyle życia przed sobą. Za każdym razem myślę sobie, że mogłam to być ja. I to zwykle wtedy przypominam sobie, że taka jest kolej rzeczy i nie powinniśmy narzekać. Wszystko zostało już dawno utkane przez Mojry i niewiele można z tym zrobić. Nawet jeśli kolejne dziecko ginie z kaprysu bezdusznej istoty.

Tata ma się świetnie, jeżeli to by cię zainteresowało. Żyje pełnią życia i jestem dumna z naszej rodziny, że tak dobrze się trzyma pomimo upływu lat. Mam nadzieję, że Tobie też świetnie układa się życie rodzinne, o ile można to tak nazwać. W końcu święta to czas dla rodziny. Może dlatego kontaktuję się z Tobą jedynie poprzez ten list.

Przygotowania do Saturnaliów już ruszyły pełną parą i nie wiem nawet, w co włożyć ręce. Dlatego piszę ten list po łebkach — niewiele mam czasu na to, żeby ślęczeć nad niepotrzebną mi kartką papieru. Mamy naprawdę mnóstwo roboty. Ale cieszę się, że to robimy, bo ostatnio chyba popadłam w rutynę. Saturnalia to dobry sposób na przełamanie jej i oderwanie się od codziennych zajęć. Może wszyscy byliby mniej znużeni, gdybyśmy mogli świętować częściej. Ale chyba nie mam co na to liczyć.

Myślisz o mnie czasami? Bo ja o Tobie całkiem często. Nawet mi się śnisz. Tak właściwie to nie jestem pewna, jak wygląda twoja twarz, ale objawia mi się jako mieszanka mojej własnej i twarzy z każdego obrazu, na którym ktoś Cię przedstawił. To dziwny widok i chyba wolałabym go więcej nie oglądać. Moje kolejne niewykonalne marzenie. Mam ich całkiem sporo. Nie żebym chciała Cię nimi nudzić. Nie chcę zająć Ci dużo czasu, jeżeli jednak postanowisz to przeczytać.

Twoja córka,
Elianne.

środa, 24 grudnia 2025

Od Chaita CD Apollodorosa — „Praca i po pracy"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Przed powrotem na swoje stanowisko Chait jeszcze dokładnie umył ręce, w drodze przeglądając kartkę z dalszym planem atrakcji i ledwo wymijając dwójkę dzieci, która ganiała się wokół stolika z pokazowym egzemplarzem książki.
Jego następne obowiązki dalej należały do tych prostych i nawet przyjemnych, jeśli ktoś lubił pracę z dziećmi. Chait uważał, że ją lubi i nikt nigdy tego nie kwestionował, więc bezpiecznie założył, że nie ma o co się martwić. Może był trochę naiwny.
Zajął bezpieczną pozycję obok stolika, uważając, by nie opierać się na nim zbyt mocno, nauczony doświadczeniem sprzed godziny, kiedy jedna z zainteresowanych książką matek prawie wywróciła się razem z blatem. Przez dobrą chwilę był wtedy przekonany, że zaraz zacznie grozić księgarni pozwem.
Spotkanie z autorem książek mitologicznych dla najmłodszych ściągnęło zaskakujące tłumy. Chait mógł nazwać to tylko jakąś bardzo specyficzną, trochę złośliwą grą losu.
Chociaż wszystko mijało spokojnie, to nie miał czasu, by porozmawiać z Apollodorosem. Właściwie to nie miał czasu, by porozmawiać z jakimkolwiek pracownikiem księgarni, nawet z ich kierowniczką wymieniając tylko porozumiewawcze gesty, mające znaczyć „tak, wszystko w porządku” i „nie, nic się nie pali, daję radę”.
Powinni się cieszyć, że naprawdę nic się nie paliło.

***

Został na miejscu do końca, nawet chwilę po evencie, żeby pomóc z posprzątaniem i przywróceniem wszystkiego na odpowiednie miejsce. Nie musiał, ale nie widział innej opcji.
– To już wszystko – odezwał się Apollodoros, kiedy ostatnie składane krzesła skończyły wciśnięte w kąt na zapleczu. – Dzięki za pomoc.
Chait machnął ręką.
– Daj spokój. To ja jeszcze raz dziękuję, że powiedziałeś mi o tej robocie. Chyba nie wyszło jakoś bardzo źle.
– Dzieci i ich rodzice wydawali się zadowoleni.
W odpowiedzi skinął głową. Przystanął za drzwiami, kiedy inny pracownik gasił światło, a potem poczekał, aż Apollodoros zamknie drzwi księgarni. Rozmawiali jeszcze chwilę.
– To co, mam nadzieję, że jutro będziecie mieli spokojniejszy dzień. Wpadnę, jak będę potrzebował kolejnego prezentu.
Pożegnali się szybko, nie wymieniając się numerami telefonów, ani inną formą kontaktu. Żaden tego nie zaproponował.

***

ZIMA

Wraz z pierwszymi, niewielkimi opadami śniegu, zaczęły się też kolejne edycje wszelkich targów i innych wydarzeń. Chait, jak właściwie co roku, zgłosił się do pracy przy kilku mniejszych, na początku sezonu, chcąc uniknąć największego chaosu i przeczekać go w jakimś mało obleganym barze w podejrzanej dzielnicy. I oczywiście, że to właśnie dzięki temu dokładnie przemyślanemu planowi zimowej pracy skończył w samym centrum jednego takiego chaosu. Słyszał głosy i krzyki ludzi wokół. Już czterem osobom zdążył powiedzieć, że nie, nie jest na tych targach jako pracownik obsługi targów. W ogóle nie był na nich jako jakikolwiek pracownik. Dostał zaproszenie jako odwiedzający, od jednego z ni to szczególnie bliskich, ni to bardzo dalekich znajomych. To był jedyny sposób, w jaki potrafił określić ich relację i nie miał tu na myśli nic negatywnego. Lubili się, po prostu nie byli ze sobą aż tak blisko.
– Mam kumpla, który ma być dzisiaj ze swoimi obrazami – mówił James, kiedy przedzierali się przez zbierający się powoli tłum ludzi. Przyszli chwilę po otwarciu (za radą Chaita), ale i tak poruszanie się między stoiskami było utrudnione. – Ale nie mam pojęcia jak tu się poruszać.
Chait parsknął. Podejrzewał, że za tym zaproszeniem stoi jakiś inny powód. Inny poza tym, że Chait, jako jeden z niewielu znajomych, mógł dostać się na wydarzenie za darmo (plusy znajomości) i poza tym, że jako jeden z niewielu nie miał planów na weekend.
– Masz numer stoiska?
Wystarczyło spojrzeć na Jamesa, żeby wiedzieć, że takiego numeru nie zna.
– Numer hali…?
– Ee… Trzecia?
Chait kiwnął na jedno z bocznych wyjść, od razu skręcając w jego stronę i zostawiając znajomego za sobą.
– Jak się nazywa? – zapytał jeszcze, odwracając głowę. Przez tłum ludzi nie usłyszał odpowiedzi. Przez chwilę myślał, by powtórzyć pytanie, ale doszedł do wniosku, że to bez sensu.
Przeszli do następnej hali. W tej nie było aż tak ciasno – nigdy nie było, w porównaniu z pozostałymi. Pozwolił, by James znowu ruszył przodem i sam też zaczął się rozglądać, jakby to miało cokolwiek zmienić. Przecież nie miał pojęcia, kogo szukają.
Zdążył przejść ponad połowę hali, zanim zorientował się, że stracił znajomego z oczu. Wspiął się na palce, żeby lepiej widzieć przez tłum, ale nic mu to nie dało. Mruknął z irytacją, odwracając się.
Z każdym kolejnym rokiem coraz mniej lubił takie eventy. Najpierw psujące się makiety lokomotyw, dziwne lemoniady i jeszcze dziwniejsi odwiedzający, a teraz zaczynał gubić własnych znajomych.
Oczywiście, to nie było nawet w połowie aż tak dramatyczne.
Prawie wpadł na jedno ze stoisk i zaraz odskoczył, zanim zdążył cokolwiek na nim uszkodzić.
– Przepraszam – rzucił, jeszcze nie patrząc w kierunku osoby siedzącej po drugiej stronie. – Nic nie zepsu—
Omiótł wzrokiem stoisko i zatrzymał się na twarzy stojącego za nim mężczyzny. Zmarszczył brwi, nie kończąc urwanego w połowie zdania.
– Hej – powiedział zamiast tego. Apollodoros wyglądał na równie zaskoczonego, a Chaita jeszcze bardziej zaskoczyło, że po kilku miesiącach pamięta imię kolegi. – Nie wiedziałem, że jesteś wystawcą.


Apollodoros?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 grudnia 2025

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo“

Poprzednie opowiadanie

Arnar, nie do końca wiedząc jak, znalazło się na co najmniej drugim końcu hotelu, jeśli ma to oceniać po przebytej przez siebie drodze. Zorientowawszy się w swojej sytuacji (otoczeniu przez zbyt wiele zamkniętych drzwi w korytarzu będącym równocześnie ślepą uliczką i Lucienem raz po raz wykrzykującym jeno imię za najbliższym zakrętem), próbuje zrealizować wymyślony przed sekundą, ale wspaniały plan wejścia na parapet i wyfrunięcia z budynku przez okno, kiedy dochodzi do nieno druzgocąca świadomość — jak każdy bezpieczny przybytek, który nie chce, żeby wyskakiwali z niego samobójcy, tutejsze okna da się co najwyżej uchylić, a jeśli bardzo się chce, to pewnie wyrwać ze ścian i potem tłumaczyć się przed policją. Arnar dość szybko ocenia, że nie jest wystarczająco chude na przeciśnięcie się przez szczelinę, więc zrezygnowane z trudem zatrzaskuje przeklęte okno w momencie, w którym Lucien wyskakuje zza załomu i z przerażoną miną wpatruje się w Hermesiątko, któreno dłonie wciąż zaciskają się na klamce.
– CZY TY ZAMIERZAŁOŚ SKOCZYĆ?! – wrzeszczy zdecydowanie za głośno lub bardziej próbuje krzyknąć, bo wychodzi mu zaledwie ostre chrypnięcie. Na szybko odkasłuje, a w tym czasie Arnar jak gdyby nigdy nic ociera dłonie o spodnie, chowa je za plecami i uśmiecha się miło, bo jedyną drogą ucieczki z tego miejsca jest korytarz za plecami Luciena.
– Daj spokój, przecież umiem latać – odpowiada całkowicie normalnym tonem (dziecka, które bawiąc się we fryzjera zgoliło swojemu rodzeństwu włosy) i nawet zdobywa się na nonszalanckie oparcie się o ścianę, które, jak można się spodziewać, wcale nie wygląda tak nonszalancko.
Lucien prawie ksztusi się powietrzem, gdy otwiera usta i nabiera powietrza, by szybko zgasić Arnar jakąś ciętą ripostą, ale niestety niewiele przychodzi mu do głowy. Oprócz dwóćh oczywistych pytań, które uciekają z jego ust zanim jest w stanie je dobrze przemyśleć, choć odpowiedzi powinny być dla niego oczywiste:
– Czemu ty w ogóle zaczęłoś uciekać? I czy ty chciałoś mnie tutaj zostawić samego?
Podczas chwili ciszy, która między nimi zapada, Arnar udaje się przebrnąć wzrokiem przez niemal każdy milimetr przeciwległej ściany. Zachowuje się tak, jakby naprawdę nie wiedziało, czemu postanowiło sobie pobiegać po korytarzach hotelu.
– Wieeeeesz – zaczyna, kręcąc młynka dłonią – według ekspertów terapia szokowa nie jest najlepszym sposobem na walkę z fobią! I nie samego, ale z Dahlią, a to spora różnica – oznajmia radośnie i się uśmiecha, ale wygląda to nieco sztucznie, a głębsze niż zazwyczaj wory pod oczami tylko podkreślają to, jak żałośnie się w tej chwili czuje.
Lucien przez parę sekund po prostu topi swoją twarz w dłoniach, zanim znowu się odzywa. Przez ten widok Arnar czuje się trochę winne, że on musi przechodzić to wszystko przez jeno strach; ale to tylko przez krótką chwilę, bo szybko usprawidliwia się tym, że nie panuje nad swoimi lękami, a tego jeszcze nie wymagał od nieno nikt, łącznie z Lucienem.
– Wracamy?
Arnar ochoczo kiwa głową, choć tak naprawdę ma inne plany. Idzie za Lucienem, dopóki prawie nie dochodzą do wynajętego przez nich pokoju, do którego drzwi z jakiegoś powodu wciąż stoją otworem. Może Dahlia bała się tam zatrzasnąć, podczas gdy to oni noszą przy sobie klucz? Arnar pewnie nigdy się tego nie dowie (albo dowie się, ale dopiero za parę godzin, kiedy wreszcie uzna, że wspaniały duet dionizosowo-demeterowy załatwił koński problem bez hermesiątkowej pomocy i łaskawie wróci do hotelu) i za plecami Luciena bezszelestnie skręca na klatkę schodową. Równie bezszelestnie schodzi na piętro niżej, podziwia bardzo ładną roślinkę w zbyt małej doniczce i (wciąż nie wydając żadnego dźwięku oprócz zduszonego chichotu, bo Lucien dał wykiwać się prawie tak łatwo, jakby nie znał Arnar) udaje nu się prawie zbiec na półpiętro, gdy dociera do nieno krzyk czystego przerażenia. Zniekształca się, obijając się o ściany klatki schodowej, ale Arnar i tak rozpoznaje w nim bardzo dobrze znany sobie głos. Zatrzymuje się w pół kroku, przez chwilę kwestionuje za i przeciw efektów decyzji, którą ma zamiar podjąć (stan kompletnego niewyspania nu w tym nie pomaga), aż wreszcie cierpiętniczo wzdycha i z powrotem wbiega na górę. Wychyla głowę zza framugi drzwi tylko po to, żeby dostrzec dziurę w ścianie oraz Luciena i Dahlię wpatrujących się w siebie jak w zupełnie nieznajome sobie osoby. Aż no zatyka i nie od razu wyjeżdża z jakimś wspaniałym żartem i obwinia za to nie własne zaskoczenie zaistniałą sytuacją, ale raczej odór końskiego zada, który przysięga, że doskonale czuje od momentu podejścia do drzwi.
– Widzę, że robimy tu mały remoncik? – pyta uśmiechnięte i wreszcie wchodzi do pokoju, żeby objąć nieruchomego Luciena ramieniem. – Ale czy my mamy na takie coś fundusze? Nie mówiąc o pesos, oczywiście.
– Dahlia rozwaliła ścianę – informuje no Lucien, choć ten fakt jest dostatecznie widoczny dla całej trójki. Kobieta wpycha dopiero co wyciągniętą ze ściany, obtartą od uderzenia dłoń w kieszeń, jakby to miało zatuszować jej czyn i przygląda się ścianie niczym ojciec w ten jeden dzień, gdy weźmie sobie wolne w pracy i naprawi pół domu, bo już za dużo rzeczy się zepsuło.
– To nie jej wina, że nikt nie potrawi zrobić dobrej ściany – stwierdza Arnar, równocześnie próbując zrobić coś, by Lucien przestał się spinać do takie stopnia, że pod palcami Hermesiątko niemal czuje, jak chłopak się trzęsie.
– Ale co my teraz zrobimy? – jęczy Lucien, załamany patrząc na Arnar, choć pewnie wcale nie wierzy, że ono tutaj coś poradzi. – Z tą ścianą, z tym wszystkim i w ogóle?
– Musimy zrobić coś z tymi końmi – wcina się Dahlia po skończeniu oglądzin ściany. – Jeszcze nie wiem, co dokładnie, ale…
– Błagam, nie mów, że ty też widzisz konie. – Lucien wydaje się powoli tracić zmysły, ale najgorsze jest to, że w tym momencie to on z całej ich trójki znajduje się w najbardziej opłakanym stanie. – Ja się autentycznie zaczynam czuć jak w wariatkowie.
– Czujesz się tak co najmniej od dwóch lat. – Arnar pocieszająco klepie go po ramieniu i nawet całuje w głowę, choć on wciąż uparcie ignoruje wszelkie czułości (ono za to próbuje nie pokazać, że trochę martwi się o to, czy na pewno po tym nie będą musieli zapisać się na jakąś terapię).
– Nie, z tym miejscem po prostu jest coś nie tak – kontynuuje Dahlia.
– Dokładnie to mówiłom!
– Chodzi o to, że potwory maczają w tym palce. Tu nie chodzi o jakieś zwidy, tylko o atak. Na nas, półbogów.
– Świetnie. Fobia i teorie spiskowe. Zajebiście – stwierdza Lucien i aż musi usiąść na łóżku, żeby to wszystko przetrawić. Ignoruje przy tym dziurę w ścianie, która zieje tuż przed nim.
– Byliście w stanie wrócić tu normalnie? – pyta Dahlia, nie zwracając uwagi na zrzędzenie Luciena.
– Nooo… tak? – niepewnie odpowiada Arnar, mocno marszcząc przy tym brwi, bo teraz, gdy się nad tym zastanawia, to nie jest przekonane, czy wrócili tutaj w sensie „normalnym”, czy jednak nie. Mogło coś przegapić po drodze, jak w tych grach, gdzie trzeba wyszukiwać anomalii. Przegrywałoby w nich raz po raz, znając siebie. – Nie wiem. Chyba nie widziałom niczego dziwnego.
– A budynek nie wydawał wam się jakiś za duży?
– Ten hotel jest duży. – Tym razem głos zabiera Lucien, rozwinąwszy się z utworzonej przez jego ciało kulki na tyle, by spojrzeć na przyjaciółkę, po czym zaraz wrócić do kulenia się i ignorowania świata.
– Tylko wiesz. Tak, jakby się przekształcał i robił jakieś dziwne rzeczy.
– To nie horror – odpowiada jej stłumiony głos Luciena, bo chłopak tym razem nie wysila się na tyle, żeby chociaż podnieść głowę. – To normalny hotel. Nie ma tu żadnych koni ani przesuwających się ścian, a wam po prostu się poprzewracało w głowach.
– Jesteśmy półbogami, Lucien – upiera się Dahlia, choć chłopak wyraźnie nie ma zamiaru słuchać ani jej, ani Arnar (zapewne dopóki nie przekona się na własne oczy, że coś jest nie tak). – Nie wiem, czy będziemy w stanie się stąd wydostać…
– Wychodziliśmy stąd miliony razy, na bogów! – Tym razem syn Dionizosa jest na tyle wzburzony, że wreszcie spuszcza stopy na podłogę i zwraca zarumienioną ze złości twarz w stronę pozostałej dwójki.
– No wychodziliśmy, drzwiami – stwierdza Arnar i Lucien już otwiera usta, prawdopodobnie po to, żeby prychnąć coś o tym, jak bardzo pozbawione sensu jest to zdanie, ale Hermesiątko kontynuuje szybciej, niż on zabiera głos: – ale okna się nie otwierają.
Lucien nawet nic nie mówi, tylko podchodzi do okna, żeby zademonstrować, że wcale nie, bo się otwierają. Oczywiście, jego usilne próby przekręcenia klamki kończą się fiaskiem, a szyba tylko marnie się uchyla, wpuszczając leciutki powiew świeżego powietrza do pomieszczenia. Arnar z dumą wpatruje się w partnera, który tylko mruczy pod nosem, że to niczego nie udowadnia i to żaden argument, a te okna pewnie nie otwierały się tak samo wczoraj, jak i dzisiaj, a nie ma opcji, że drzwi zmienią się w ogromne szczęki i ich nie zjedzą, czy cokolwiek oni jeszcze wymyślą.
– To co? – Arnar przejeżdża po twarzach pozostałej dwójki pytającym wzrokiem, bo chyba żadne z nich nie ma zamiaru niczego dodawać — Dahlia zbyt sfrustrowana brakiem wiary w jej słowa, a Lucien zbyt zmęczony wszystkim, co się dzieje dookoła. – Może, wiecie, pójdziemy do mieszkania Dahlii. Jeśli oczywiście, wiesz, pozwolisz – puszcza jej oczko – bo przecież ja cię do nas zaprosiłom. I wypijemy jakąś gorącą czekoladę i w ogóle, wiecie, tak… bez myślenia o koniach, dziurze w ścianie i ewentualnych dodatkowych kosztach naprawy! – krzyczy na tyle radośnie, na ile jest w stanie (a Arnar czasem potrafi wykrzesać z siebie niemożliwe ilości entuzjazmu, żeby go wszystkim pokazać i po nic więcej).
Zanim Dahlia odpowiada, że pewnie i tak nie wyjdą, Lucien oznajmia, że najwyższa na to pora i niemal wybiega z pokoju. Arnar akceptuje tę desperacką próbę ucieczki od nieprzyjemnej atmosfery i podąża za nim, u progu rzucając Dahlii spojrzenie, które ma mówić, że powinna za nimi iść albo wykreśli jej imię z listy swoich przyjaciół (w praktyce jest to zupełnie normalne spojrzenie, w którym nie da się dostrzec niczego niezwykłego). Kobieta koniec końców za nimi idzie, bo jeżeli już ma zostać sama, to na zewnątrz hotelu, a nie wewnątrz.
Arnar automatycznie sięga do przycisku windy, ale Lucien łapie go za dłoń, zanim zdąży przywołać maszynę.
– Idziemy schodami.
– Jednak się trochę przestraszyłeś? – pobłażliwie pyta Arnar, ale nie doczekuje się odpowiedzi (oprócz tej oczywistej w języku ciała Luciena, który jedynie potwierdza, że tak, przestraszył się i nic Arnar do tego).
Po paru przejściu przez parę pięter, które wyglądają zupełnie tak samo, Arnar zauważa, że szybciej bije nu serce. Na początku próbuje ignorować wszelkie instynkty, które w jeno przypadku uaktywniają się niesamowicie rzadko, ale rzuciwszy okiem na Dahlię, postanawia się zatrzymać.
– Parter nie powinien być tutaj? – pyta, gdy Lucien rzuca nu ponaglające spojrzenie.
– To nie wygląda jak parter, debilu.
– No, właśnie w tym problem. Bo to powinien być parter.


Lucien ale to parter lucien :(
────
[1720 słów: Arnar otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]