czwartek, 1 października 2026

Od Isaiasa — „You've got a friend in me” cz. 1

JESIEŃ, 2 LATA TEMU


Wreszcie przestał być sobą.
W ostatnim czasie osiągnięcie tego rezultatu przychodziło mu z coraz większym trudem. Dziś kosztowało go stanowczo za dużo tequili, podjęcia całej serii złych decyzji i przetrwania zbyt długo w ryku klubowego techno, które z powodzeniem mogłoby uchodzić za współczesną formę lobotomii. Dlatego skoro już zdołał wprowadzić się w ten stan ledwiebycia, zamierzał w nim jak najdłużej pozostać. Niezachwiana pewność siebie, która biła od mężczyzny nad nim, pomagała mu pozostać zanurzonym.
Wcześniej, gdzieś pomiędzy drugim a „chyba już o jeden za dużo” kieliszkiem tequili, Isaiowi coś w facecie skojarzyło się z licealnym kapitanem drużyny futbolowej. Może była to kwestia szerokich barków, albo tego specyficznego przekonania, że wszystko mu się należy; było w nim coś szczeniacko bezczelnego, mimo, że czasy licealne zdecydowanie były już dawno za nim. W inny dzień Isai nawet nie zwróciłby na niego uwagi i szukałby kogoś z odrobiną polotu. Dzisiaj futbolista był wszystkim, czego potrzebował.
Nie potrzebował natomiast pukania do drzwi, które zachwiało rytmem nocy. Bez zawahania uznał je za blef, za drobną złośliwość świata, która zaraz minie.
Bo w końcu w jego głowie było cicho. Oskarżycielskie głosy rozmyły się w szum, wspomnienia przestały domagać się uwagi, rachunki straciły wartość. Ktoś większy, silniejszy i bardziej zdecydowany zdjął z niego ciężar jakiejkolwiek odpowiedzialności. Szorstkie dłonie kierowały go pewnie tam, gdzie go chciały; niski głos mówił krótko, czego od niego oczekuje, a on mógł być niczym więcej, niż tylko uległym ciałem.
Pukanie powtórzyło się. Tym razem głośniejsze i bardziej natarczywe.
Otworzył z niechęcią oczy. Spojrzenie przepłynęło przez ciemną masę pokoju, bezsensowną i bezkształtną. Potrzebował zostać w tej mgle jeszcze choć kilka minut.
Ale futbolista już przerwał rytm i ta nagła zmiana scenariusza sprawiła, że Isai wrócił do siebie.
Powietrze weszło do płuc ze świstem. Powieki zacisnęły się odruchowo. Puls tequili w skroniach i ciężar w mięśniach nagle stały się zbyt bliskie i rzeczywiste.
Vete a la mierda. Vete a la mierda. Vete a la mierda, powtarzał w myślach uparcie, jak zaklęcie.
– Mówiłeś, że sąsiedzi nie będą przeszkadzać – rzucił futbolista z przekąsem.
– Bo zwykle nie przeszkadzają – odpowiedział Isai. Słowa były szybsze niż myśl; skrzywił się, gdy dotarło, jak żałośnie to zabrzmiało. – Po prostu to zigno... – przerwała mu trzecia seria uderzeń.
Obaj westchnęli ciężko, niemal jednocześnie. Futbolista obejrzał się przez ramię w kierunku przedpokoju, a potem na mężczyznę pod sobą.
– Może jednak powinieneś to sprawdzić.
– Może powinniśmy kontynuować.
Przez krótką chwilę łudził się, że to wystarczy. Że świat usłyszał odpowiedź, przyjął ją do wiadomości i uprzejmie zniknie za rogiem. Futbolista też zdawał się zaakceptować tę decyzję. Isai był niemal pewny, że w półmroku dostrzegł uśmiech, gdy mężczyzna niemal już odzyskał wcześniejsze przekonanie–
Rozległ się łomot tak głośny, jakby dupek za drzwiami postanowił nie tyle zapukać, co sprawdzić konstrukcyjną wytrzymałość całego budynku.
Patrząc tępo w sufit, Isai starał się, bezskutecznie, zignorować głosik z tyłu głowy sugerujący, że może jednak naprawdę wkurwił czymś któregoś z sąsiadów. Może kobieta z mieszkania wyżej zorientowała się w końcu, że regularnie psująca się klimatyzacja nie była niewinnym zbiegiem okoliczności? Nie wina Isaia, że do naprawy zawsze przyjeżdżał facet o niewinnym uśmiechu i zdecydowanie mniej niewinnych dłoniach.
– Wiesz – zaczął futbolista, odsuwając się i siadając na skraju łóżka – twój gość chyba nie zamierza odpuścić.
– Chuj, a nie gość.
Isai z niezadowolonym pomrukiem podparł się na łokciu i posłał futboliście pełne pretensji spojrzenie. Facet patrzył już znowu w kierunku salonu i przedpokoju, jakby oczekiwał, że ktoś zaraz wyważy drzwi i wpadnie do mieszkania. Cała jego wcześniejsza bezkompromisowość zniknęła zaskakująco szybko, jakby była zbyt nieśmiała, żeby zadziałać w sytuacji odbiegającej od planu.
Rozczarowujące, choć nie niespodziewane.
– Daj spokój – Isai spróbował po raz ostatni. – Ponapierdala chwilę w drzwi, zorientuje się, że nikt mu nie otworzy i sobie pójdzie.
– Może to włamywacz?
Isai nie zdołał ukryć pobłażliwego uśmiechu. I tyle by było z tego pewnego i zdecydowanego macho, którego spotkał w klubie.
– I zapowiada się pukaniem?
– Kulturalny włamywacz.
Kolejne uderzenia rozeszły się po mieszkaniu. Futbolista (chociaż to określenie już zupełnie przestało do mężczyzny pasować) spojrzał na Isaia.
– Dobrze, kurwa, idę.
Podniósł się z łóżka zbyt szybko. Mdły blask ulicznych świateł na krótką chwilę zgasł zupełnie, a cały pokój odpłynął w lewo. Isai zachwiał się na nogach i gdyby nie stabilna bliskość ściany, prawdopodobnie powitałyby go ramiona podłogi. Zaczekał chwilę, wsparty o ścianę, aż świat przestanie się chwiać. Wyprostował się. Resztki ciszy w jego głowie zachwiały się z ruchem, przechyliły i wreszcie roztrzaskały. Wszystko to, co tak starannie utopił w tequili, zaczęło wpełzać na swoje miejsca. W tym świadomość własnego ciała.
W ustach czuł cierpki smak alkoholu i papierosowego dymu. Techno wciąż zdawało się wibrować gdzieś pod mostkiem, a skóra lepiła się od potu i... innych przyjemności tego wieczoru. Z ostentacyjnym westchnieniem Isai odgarnął włosy z twarzy i schylił się po jakiekolwiek ubranie. Spodnie leżały na podłodze obok łóżka, ale koszula najwyraźniej postanowiła skorzystać z wolności i zniknąć w ciemności gdzieś między drzwiami wejściowymi a przejściem do sypialni.
Droga do przedpokoju zdawała się absurdalnie długa. Czuł, jakby szedł po cienkiej granicy dzielącej San Francisco i Rozdroża, i co chwilę zbaczał prosto we Mgłę. Jakby coś z tego upiornego lasu otaczającego żwirowane ścieżki wołało jego imię.
Kolejna seria trzech uderzeń zabrzmiała tuż przed nim. Półbóg wzdrygnął się. Przez chwilę tylko tępo patrzył w drzwi wejściowe, które nagle postanowiły wyrosnąć tuż przed nim. Nie był w stanie stwierdzić, czy faktycznie po prostu przeszedł ten krótki odcinek, czy jednak Mgła – lub cokolwiek, co się w niej kryło – zdołało go zwabić do zejścia na Rozdroża i zakrzywić przestrzeń.
Ta druga myśl owinęła się wokół jego gardła niczym wąż. Przekręcił zamek i nacisnął klamkę zanim zdążyła zacisnąć się zbyt mocno.
Za drzwiami uchylonymi na szerokość dłoni stał troglodyta.


────
[932 słowa: Isaias otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz