czwartek, 1 października 2026

Od Shayela — „There is nothing more”

Shayel podniósł wzrok znad sterty starych książek, które ktoś sprzedał im już dobry tydzień temu, jeszcze zanim dzwoneczek nad drzwiami zdążył się rozdzwonić. Skinął głową przekraczającemu próg mężczyźnie, żeby zaraz znowu skupić się na jednej z przeglądanych pozycji. Usłyszał, jak właściciel antykwariatu – będący też jedynym faktycznym, stałym pracownikiem tego miejsca – wita się z klientem jak ze starym znajomym i znowu zerknął na nich krótko.
Obcy mężczyzna miał na sobie elegancki, lekki czarny płaszcz i właśnie zdejmował z głowy kapelusz w tym samym kolorze. Był młodszy od właściciela, ale raczej już w średnim wieku; ciemne włosy miał już przetykane siwizną.
– Wybacz, że tak bez zapowiedzi – mówił głębokim, miłym dla ucha głosem. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
Jego wzrok na chwilę skierował się w stronę Shayela, więc ten szybko wrócił do interesowania się książkami. Nie chciał wykazywać zainteresowania gościem, bo to nigdy nie kończyło się dobrze.
– Och nie, skądże. To tylko mój nowy pomocnik.
Shayel uważał, że właściciel przecenia go, nazywając swoim pomocnikiem. Nie robił nic szczególnego, a tym bardziej nie robił nic z czystej chęci pomocy. W antykwariacie potrzebny był ktoś do pomocy w katalogowaniu rzeczy. Tak się zwyczajnie złożyło, że Shayel akurat na tym się znał, a przy okazji lubił odwiedzać to miejsce. To był po prostu zbieg okoliczności, który miał korzyści dla obu stron.
Chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że darzy właściciela jakimiś negatywnymi emocjami. Był raczej jedną z osób, z którymi relację uznałby za całkowicie poprawną i w porządku. Może tylko czasem mężczyzna trochę za bardzo traktował go jak dziecko. Z tej jednej rzeczy Shayel zdecydowanie nie był zadowolony.
Nazwanie go pomocnikiem m usiało być wystarczające, bo nieznajomy mężczyzna nie drążył tematu dalej. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę i Shayel od razu odwrócił wzrok, kiedy gość obdarzył go szerokim uśmiechem. Miał dziwny, szczery uśmiech, taki obejmujący też oczy.
Przełożył książki z jednej sterty na drugą, bo to było bardziej naturalne od nic nierobienia i stania w bezruchu. Właściciel znowu coś powiedział, ale Shayel był za mało skupiony, by zrozumieć wszystko. Wyłapał tylko coś o cukrze. Założył, że rozmawiają o herbacie i odsunął się trochę, by ułatwić dwójce mężczyzn przejście na tyły sklepu. W głównej części sklepu nie trzymało się żadnych napoi. Właściciel nie miał nic przeciwko butelkowanej wodzie, ale Shayel nawet ją wolał trzymać na tyłach. Nawet jeśli nie z szacunku do samych pozostawionych w antykwariacie obiektów, to z szacunku dla swojego własnego czasu.
– Przyniosłem też kawałek szarlotki. Młody jakimś cudem zamówił prawie dwa razy więcej jabłek, niż miał, więc teraz jemy je we wszystkim.
To był tylko kolejny dowód na to, że niechęć do technologii czasem na coś się przydawała. Nie zamierzał komentować tego na głos.
Wcisnął się jeszcze trochę głębiej między sterty książek, by swobodnie przeszli na zaplecze. Właściciel jeszcze odwrócił się do niego.
– Jakbyś miał ochotę, to śmiało, na pewno starczy dla nas obu.
Skinął głową.
– Dziękuję.
Nie zamierzał skorzystać z tej oferty. Wydawało mu się, że już kiedyś o tym rozmawiali – o tym, że Shayel nie przepada za słodkościami. Chyba nawet o tym, że to jedna z rzeczy dotyczących też Arisu. A raczej nie mówił zbyt wiele o siostrze, bo to nigdy nie było ważne w tych rozmowach. Poza tym wiedział, że Arisu nie chciałaby być obiektem rozmów. Ani za jej plecami, ani tak ogólnie.
Poczekał, aż zostanie sam w pomieszczeniu i usiadł na jednym z krzesełek. W drugim pomieszczeniu zatrzeszczało radio, które w połowie nie działało, a które właściciel i tak uparcie próbował naprawiać i uruchamiać za każdym razem. Słyszał strzępki rozmowy, ale przecież nie planował podsłuchiwać.
Westchnął ciężko. Może powinien skończyć na dzisiaj część roboty. Może powinien wrócić do domu i napisać do Arisu. Nie wiedział, czy zaczęła czytać jego listy, ale widywali się częściej, od kiedy zamieszkał w San Francisco, więc już nie przejmował się tym aż tak bardzo. To dalej nie były częste spotkania – raz na kilka miesięcy, raz na kwartał, ale dalej częstsze, niż ich spotkania z ojcem zsumowane razem. Wydawało mu się, że Arisu nawet dobrze sobie radzi w Obozie.
Na pewno bardzo dużo narzekała.
Wziął do ręki jedną z książek. Okładka była już przetarta. Nie była w klasycznym formacie, w którym wydawano książki w Stanach. Do antykwariatu często trafiały inne, bardziej specyficzne pozycje. Przejrzał ją ostrożnie, powoli, ale nie wydawała się niczym szczególnie interesującym.
Odłożył ją na miejsce i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Przy drzwiach stał wózek z książkami, które rozdawali za darmo. W jednym z kątów stała stara lampa, która pewnie nigdy nie miała doczekać się sprzedaży. Obok niej stał regał z różnymi pierdołami. Shayel zawiesił na chwilę wzrok na szklanej kuli. Miniaturka w środku przedstawiała zamek z wieżą, zabarwiony przez latający w środku, zielony brokat. Ominął dziwną figurkę, która nie przypominała żadnego znanego mu zwierzęcia i porcelanową lalkę, która mogła co najwyżej wywołać u dziecka koszmary.
Wstał i podszedł na zaplecze, by zabrać swoją torbę.


────
[800 słów: Szlajejajak otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz