czwartek, 1 października 2026

Od Isaiasa — „You've got a friend in me” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

Zamek kliknął miękko, odcinając mieszkanie od reszty świata. Isai oparł czoło o zimną powierzchnię drzwi. Znów. Kręciło mu się w głowie od tego, jak noc zataczała kolejny krąg.
Stał tak przez dłuższą chwilę. Cisza wokół była gęsta, dudniła mu w uszach i nawet nie próbowała się upodobnić do tej ciszy, której wcześniej szukał w bliskości drugiego ciała. Słyszał brzęczenie lodówki i odległy szum ulicy, wpadający przez któreś z uchylonych okien, i huk własnych myśli w głowie. Nie niosły już nawet konkretnych oskarżeń, tylko zmęczenie. Zamiast złości czy wstydu czuł tylko rosnący ciężar własnego ciała, jakby grawitacja postanowiła specjalnie dla niego zadziałać ze zwiększoną siłą. Odrętwiające zmęczenie rozlewało się po kościach.
Obok niego zaszeleściła folia.
Otworzył niechętnie oczy i odwrócił głowę. Troglodyta stał tuż obok. Przypatrywał mu się wielkimi, wilgotnymi oczami z łagodnym, nieco niepewnym uśmiechem – zupełnie jakby to on był człowiekiem, ostrożnie zbliżającym się do dzikiego zwierzęcia. Jedną łapą przyciskał do piersi paczkę krakersów, drugą wyciągał w stronę Isaia. Na płaskiej, śluzowatej dłoni leżało ciastko.
Isai długo patrzył na ten absurdalny dar.
– Masz brudne łapy – zauważył z zaskakującą przytomnością.
Troglodyta zdawał się rozważać tę informację przez chwilę, po czym cofnął łapę i sam zjadł krakersa, całkowicie zadowolony z takiego obrotu spraw. Isai pokręcił głową i z przytłaczającym wysiłkiem odepchnął się od drzwi.
Droga do kuchni, choć liczyła zaledwie kilka kroków, wydawała się teraz nieskończenie długa. Każde postawienie stopy na podłodze wymagało od niego świadomego wysiłku woli. Jedynym, co go pocieszało, był fakt, że tym razem granica między tu, a Rozdrożem, pozostała wyraźna. Z lodówki wyciągnął butelkę z ginem, a z szuflady paczkę Marlboro. Pośród zapasu goldów znalazła się pojedyncza paczka czerwonych, nie wiedzieć jakim cudem. Isai przez chwilę patrzył na nią podejrzliwie, próbując ustalić, czy była jego. Nie pamiętał, żeby ją kupował. Nie pamiętał też wielu innych rzeczy, które znajdował czasami we własnym mieszkaniu, więc nie był to szczególnie mocny argument. Ostatecznie doszedł do wniosku, że w tej chwili było mu to absolutnie obojętne. Wziął czerwone.
Opadł ciężko na kanapę, jak marionetka, której odcięto sznurki. Sprężyny jęknęły cicho pod jego ciężarem. Przez chwilę siedział pochylony, z łokciami opartymi na kolanach, i patrzył tępo na szkło w dłoniach. W końcu odkręcił korek i pociągnął łyk. Skrzywił się przez cierpki, gorzki smak, ale nie miał energii, by poszukać w kuchni czegokolwiek, co mógłby zmieszać z alkoholem. Odstawił butelkę na podłogę. Grawitacja znów pociągnęła go mocniej do siebie. Nie kłócił się z nią, położył się wyciągnięty na kanapie. Przeszło mu przez myśl, że jest mu nieco chłodno, i że nie chce mu się wstawać, by jakkolwiek temu zaradzić. Bardziej zależało mu na zapaleniu. Po chwili siłowania się z folią i własnymi, niezgrabnymi palcami, wsunął do ust papierosa.
Pstryknął. Raz, drugi, chuj. Nie miał siły nawet na tak małe kłamstewko rzeczywistości jak pojedynczy płomień. Wypuścił powietrze przez nos i nie podnosząc się, wyciągnął rękę po leżącą na stoliku zapalniczkę. Ledwie musnął ją opuszkami palców.
– Tú gilipollas – wymamrotał pod nosem.
Spróbował sięgnąć jeszcze raz, napinając mięśnie ramienia, ale kanapa zdawała się wciągać go w siebie niczym ruchome piaski. Zapalniczka leżała zaledwie o centymetr za daleko, złośliwy pomnik jego dzisiejszej porażki. Isai opuścił rękę i sapnął z czystej, bezsilnej irytacji. Przymknął oczy. Gotów był się poddać. Odłożyć papierosa i mieć nadzieję, że sen przyjdzie szybko.
Szelest.
Uchylił powieki. Troglodyta znów był przy nim. Kucnął przy stoliku całkowicie bezszelestnie, co przy jego potężnej posturze wydawało się łamać wszelkie prawa fizyki, i wyciągał w stronę Isaia rękę. Tym razem jednak, zamiast krakersa, trzymał w niej plastikową zapalniczkę.
Isai zamrugał powoli. Spojrzał na szeroki, żabi pysk potwora, z którego bił spokój i wciąż ta sama, absurdalna cierpliwość. Potem przeniósł wzrok na zapalniczkę. Przyjął ją ostrożnie, spodziewając się, że może to jednak jakaś pułapka. Nic się nie wydarzyło.
– Miałeś wziąć jedzenie i wyjść – wymamrotał.
Troglodyta wzruszył ramionami. Odsunął się o krok, usiadł na podłodze naprzeciwko kanapy, oparł plecy o fotel i wsunął do pyska kolejnego krakersa. Nie wyglądał na urażonego taką formą podziękowania.
Isai odpalił papierosa. Gryzący dym wypełnił płuca, przytłumił nieco huk w jego głowie i zasnuł go mgłą. Szansa na absolutną ciszę przepadła, ale jakimś sposobem pustka przestała nagle tak bardzo ciążyć. Może to dzięki nikotynie. Nie był aż tak pijany, żeby przypisać zasługę towarzystwu potwora. Strzepnął popiół na podłogę. Nie miał siły sięgać do popielniczki.
Jednostajny szum mieszkania i miasta za oknami, teraz tak niesamowicie abstrakcyjnego i odległego, co kilka sekund przerywało chrupanie krakersów i szelest opakowania. Na początku go irytowało, gdziekolwiek ten początek się faktycznie zaczynał. Po pewnym czasie stało się częścią tła.
Szelest folii.
Chrup.
Szum.
Szelest.
Chrup.
Szum.
Nie był pewien, jak długo tak trwali – on palący w półmroku i pociągający zimny gin prosto z butelki, i potwór systematycznie opróżniający paczkę ciastek. Nie wiedział już nawet, ile czasu mija pomiędzy kolejnymi myślami. Sekundy rozciągały się w minuty, minuty składały do kilku oddechów. Gdzieś za oknem zatrąbił samochód.
W końcu sen litościwie upomniał się o swoje.

*

Nie potrafił odróżnić, czy obudziło go światło, czy suchość w ustach.
Świt wdarł się pod powieki tysiącem malutkich igiełek. W ustach miał smak popiołu i porażki. Chciało mu się pić tak bardzo, że pragnienie przeradzało się w fizyczny ból. Z żałosnym jękiem odwrócił twarz od okna.
Coś zsunęło się z jego ramienia.
Koc. Leżący wcześniej na fotelu. Nie pamiętał, żeby po niego wstawał. Właściwie był niemal pewien, że gdyby spróbował w nocy się po niego ruszyć, obudziłby się w najlepszym razie na fotelu, a w najgorszym – na podłodze, nie zaś na kanapie.
Isai przejechał dłonią po twarzy. Usiadł powoli, walcząc z żołądkiem podchodzącym do gardła, i rozejrzał się półprzytomnie po pokoju, chociaż nie wiedział nawet, czego właściwie szuka. Jedyne, co mu się rzuciło w oczy, to brak. Nie było ani troglodyty, ani kiepów na podłodze. Spojrzał na stojącą obok kanapy butelkę po alkoholu. Dzięki bogom, że była pusta. Potrzebował wody. Wyłącznie wody, ale to wymagało podniesienia się i przejścia do kuchni.
Mdłe światło poranka wpadające przez okna było bezlitośnie jasne, wibrujące odgłosy z ulicy wdzierały się do czaszki jak wiertło. Ze zrezygnowanym pomrukiem padł z powrotem twarzą w poduszkę.
Sekundę później z sypialni rozbrzmiał ostry, skrzeczący dźwięk budzika. Isaias zaklął siarczyście.

────
[1012 słów: Isaias otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz