środa, 23 lipca 2025

Od Apollodorosa — „To nie są kamienie"

Ellie potrzebowała plastrów z jego torby, ale nie mogła ich znaleźć. Przyniosła mu ją więc, żeby jej znalazł i dał. Jednak przy stawianiu torby posłała mu zdumione spojrzenie.
— Doros, czy ty w tym kamienie nosisz? Czemu ona jest taka ciężka? Kręgosłup sobie można złamać.
— Nie mam tam kamieni! Po prostu… wiesz, tyle rzeczy się przydaje i potem żałujesz, że nie masz ich ze sobą? No to noszę je, plus parę rzeczy, które mi nie są potrzebne, ale innym tak.
— No to się pochwal, bo trudno w to uwierzyć, jakim cudem cię plecy nie bolą po tym wszystkim?
— Chyba te wszystkie treningi i przyzwyczajenie, już pokazuję. — Zaśmiał się po wyciągnięciu kosmetyczki i małej apteczki pierwszej pomocy. — To po pierwsze może zajmijmy się tym skaleczeniem co? Standardowy zestaw pierwszej pomocy w apteczce, a w kosmetyczce masz plasterki w dinozaury, kotki, koniki, takie do cięcia pod rozmiar, do klejenia na palcach z dodatkowymi paskami, żeby je owinąć wokół stawu. Oprócz plasterków drugi płyn do dezynfekcji, kremy z filtrem, krem do rąk, dwa rodzaje przeciwbólowych w tych mini opakowaniach, pastylki na gardło i nalokson. Sam tego ostatniego nie potrzebuję, ale nigdy nie wiesz, czy przypadkiem tym komuś życia na imprezie nie uratujesz. Potem w tej małej kieszonce po kilka tamponów i podpasek w różnych rozmiarach. Znowu, ja nie potrzebuję, ale zawsze dobrze mieć dla kogoś. To jakie plasterki i który płyn antyseptyczny?
— Masz plasterki w kotki? Dawaj! To nadal nie tłumaczy jednak całego ciężaru torby, chociaż słodkie z twojej strony. — Ellie wzięła od jenu przedmioty, oczyścić ranę i ją zakleiła. W tym czasie Apollodoros wyciągał kolejne rzeczy z kieszonek i komór torby.
— Mini zestaw do szycia, jeśli coś materiałowe się nagle zniszczy, mój szkicownik no i do niego piórnik z przyborami, akurat to sporo waży. Obok tego książka do czytania w wolnej chwili, jestem w trakcie tomiszcza, więc także do najlżejszych nie należy. Oprócz tegoo… a tak parasolka składana, jakieś suche przekąski, butelka wody, pastylki elektrolitów do rozpuszczenia w wodzie, portfel, klucze, mały scyzoryk, jakieś luźne kartki papieru do pożyczania innym, telefon i yyy… guma do żucia, miętówki, prezerwatywy, których znajome ode mnie nie wzięli na imprezie, jakieś małe figurki. To chyba tyle? No jeszcze przywieszki i breloczki. Wszystkie rzeczy na treningi łucznictwa mam w osobnej torbie. — Uśmiechnął się do niej z nutką zawstydzenia. Po chwili zaczął także pakować wszystko znowu do torby.
— Okej, czyli wygrywasz w konkursie „mam ze sobą wszystko, co może być mi potrzebne przy sobie” i mogę cię zabierać na kampingi i dłuższe wyjazdy. Podziwiam to, mój kręgosłup by wysiadł. — Uśmiechnęła się szczerze do niego i go przytuliła. — To… co zmywamy się potem do parku na ten koncert? Nie masz zmiany w księgarni na pewno?
— Na pewno nie mam zmiany, zaraz idziemy, tylko ty sama się spakuj. — No i poszli, koncert był znakomity.

──── 
[463 słowa: Apollodoros otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Ishy CD Dantego — „The less I know the better"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Z każdą mijającą sekundą Isha coraz poważniej zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem nie utknęła w jakimś pieprzonym talk-show, którego nikt nie ogląda z własnej woli, ale leci w tle w kuchni o trzeciej nad ranem, gdy próbujesz podgrzać zupę instant po ciężkim dniu i chcesz zapomnieć, że w ogóle istniejesz. Albo w jakimś absurdalnym serialu komediowym, gdzie wszystko jest przerysowane, a sztuczny śmiech publiczności włącza się co dwadzieścia sekund - niezależnie od tego, czy wydarzyło się coś zabawnego, czy właśnie bohaterka walczy o życie emocjonalne.
Bo o ile jeszcze była w stanie zrozumieć troskę o gołębia (Pedro, swoją drogą, miał się wręcz wyśmienicie) to wszystko inne zaczynało przybierać formę kiepskiego żartu twojego starego. Gołąb o dziwo, paplał coś pod nosem niemal bez przerwy. Isha nie była pewna, co dokładnie mówił, bo jednak nie rozumiała jego języka, tak umiała rozpoznać jedno - ton starej, zgryźliwej babci, która wie, że ma rację i nie zawaha się cię nią okładać… najchętniej laską po kostkach. Pedro ewidentnie miał osobowość.
Ale to jeszcze pół biedy. Prawdziwy problem zaczął się wtedy, gdy to całe zamieszanie przestało wyglądać na zwykłą, niegroźną troskę o zwierzę, a zaczęło ocierać się o coś, co mogłaby określić mianem delikatnego, aczkolwiek ewidentnego… stalkingu. Gdy ktoś kolejny raz spawnuje się w twoim życiu, mimo wyraźnego zaznaczenia, że z jegomościem kontaktu mieć nie chcesz - no to sorry, ale coś tu nie gra. Isha westchnęła ciężko, przecierając twarz dłońmi. Była zmęczona, sfrustrowana i… trochę rozbawiona tą całą absurdalną sytuacją. Ale nie mogła się oprzeć myśli, że gdzieś, na granicy zdrowego rozsądku i obsesji, wydarzyło się coś, co powinno ją martwić.
No a teraz… zemdlał.
Dante po prostu zemdlał - jak gdyby nigdy nic, jakby takie rzeczy działy się na porządku dziennym. Oczywiście wcześniej musiał jeszcze na nią wpaść, przewracając połowę sterty kartonów i niemal łamiąc jej stopę w butach, które nawet nie były jej własne bo “zapewniane przez firmę”. Jego twarz wyrażała czyste przerażenie, jakby właśnie zobaczył ducha albo przestraszył się własnego cienia. A teraz? Leżał rozciągnięty na ziemi jak jakiś chlejus z rozrzuconymi ramionami, zmarszczonym czołem i głębokim westchnieniem, które ucichło równie szybko, jak jego świadomość. Isha westchnęła ciężko, unosząc brwi z absolutną rezygnacją, po czym kopnęła go w nogę (nawet nie kłopocząc się, by zrobić to lekko) by sprawdzić reakcję. Nic. Zero. Null. Chuj. Dante był jak ten wątpliwej jakości piesek sprzedawany na targu, którego położysz na boku i przestaje się ruszać.
— Serio? — mruknęła do siebie, patrząc na jego bezwładne ciało leżące między kartonami z nowymi pluszakami, wypełnieniem oraz słodkimi ubrankami dla miśków. — To już nawet nie jest żart. To jakieś kurwa, czyste nieporozumienie — czy była wściekła? Oczywiście, że była! Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to dzwonić po policję albo karetkę i tłumaczyć się, że jakiś dorosły facet stracił przytomność w jej obecności, bo prawdopodobnie czegoś się przestraszył. Oczami wyobraźni już widziała minę swojej szefowej, która przegląda nagrania z monitoringu. No jak po tym nie wywali jej na zbity pysk, to chyba będzie mogła zagrać w jakąś loterię.
— No weź, Dante, nie rób mi tego... — jęknęła i przyklękła obok niego, teatralnie przewracając oczami. — Jak mnie przez ciebie wywalą z tej roboty, to przysięgam, że własnoręcznie urżnę ci łeb.
Nie poruszył się.
Isha poklepała go po policzku. Raz. Dwa. Trzy. W końcu westchnęła, przysuwając twarz bliżej jego.
— Oddychasz? — spytała półgłosem, jakby bała się odpowiedzi, że jednak okłada tutaj nieboszczyka, który powoli sobie stygnie. Odetchnęła jednak z ulgą, gdy usłyszała cichy, wymuszony jęk i coś, co brzmiało jak „czy dzisiaj środa”. Uśmiechnęła się krzywo, przynajmniej nie miała denata na sklepie, jeden problem mniej.
— Aha. Jednak żyjesz.
Nie, żeby skakała z radości, jednak to była jedyna pozytywna rzecz w całej tej chorej sytuacji, która z każdą mijającą sekundą przypominała kabaret jakości wątpliwej. Isha westchnęła ciężko, opierając się biodrem o ścianę, jakby to miało dać jej siłę do przetrwania kolejnych pięciu minut. Spojrzała na Dantego, leżącego jak długi między kartonami z nową dostawą pluszowych miśków, i przez chwilę... przez bardzo krótką chwilę, rozważała po prostu wywalenie go za drzwi ewakuacyjne i pozostawienie samego sobie. Porzuciła jednak ten pomysł bardzo szybko, sumienie by jej nie pozwoliło. Innym pomysłem było schować tego idiotę na zapleczu, aż roboty nie skończy.
No bo tak teoretycznie… gdyby go tak... przykryć? Kocem. Albo, nie wiem, plandeką, przecież zawsze jakaś się wala gdzieś na zapleczu. Tak tylko na chwilę. Schować go za kartony. Na spokojnie pójść do pracy, odbębnić zmianę, zrobić inwentaryzację misiów z uśmiechem przyszytym do twarzy, a potem wrócić i wyciągnąć jego cielsko. Ktoś by się zorientował? Mało prawdopodobne. Nikt tu nie zagląda poza nią, a jeśli nawet, to zastawi go kartonami i nikt go nie zobaczy. Dział BHP byłby zachwycony.
Zerknęła na zegar wiszący na ścianie. Miała dokładnie dwie pieprzone godziny do końca zmiany. Potem mogła sobie pozwolić na breakdown emocjonalny, próbę morderstwa a może na flaszkę zimnego piwa.
Ale teraz? Teraz miała Dantego leżącego na zapleczu, kartony, które miała uprzątnąć, i tłum klientów-idiotów z dzieciakami, które tłoczyły się przy ladzie, żeby ich nowiutkie misie powiedziały „Kocham cię, mamo” albo „Jestem dzielnym strażakiem”.
— Naprawdę, stary — mruknęła w jego stronę, przysuwając się odrobinę i kopiąc go w stopę, by sprawdzić, czy znowu nie zasnął. — Gdybyś musiał wybrać moment, żeby zjechać z tego świata, to ten jest wyjątkowo z dupy.
Za te przestawianie kartonów, jej plecy zdecydowanie wykrzyczą soczyste “dziękuję” dnia kolejnego, kiedy będzie czuła się tak, jakby ktoś poskładał ją niczym fotel plażowy i to w nie takim kontekście, jakby chciała. W końcu jednak - ustawiła te zakichane kartony a Dante został okryty starą plandeką z wielkim, czerwonym napisem “WYPRZEDAŻ”, którą musiała specjalnie wytrzepać z kurzu. Obok niego postawiła butelkę z wodą i jakieś czekoladki, które leżały na socjalnym dłużej, niż powinny.
— Wrócę za dwie godziny. Spróbuj nie umrzeć, nie rób też niczego głupiego — mruknęła bardziej do siebie, aniżeli do mężczyzny, utwierdzając się w słuszności swojego planu. Przecież w teorii powinien się udać, bez żadnych problemów. No, właśnie, w teorii.
Westchnęła po raz dziesiąty tego poranka. Wyprostowała się, słysząc jak coś strzela w jej biednym kręgosłupie, poprawiła firmową bluzę z logo niedźwiadka i ruszyła w stronę sali sprzedaży.

 Dante?
──── 
[1002 słowa: Isha otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Lairy CD Sony — „A Fisher of Fish"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Miło było z kimś powędkować, naprawdę. Laira nie spodziewała się, że towarzystwo drugiej osoby może aż tak uprzyjemnić tę prostą, niemal medytacyjną czynność. Sony wydawało się wręcz idealnym kompanem do tejże sztuki. Było w nich coś niesamowicie kojącego, z ich postawy biła naturalna pogoda ducha i nieudawana życzliwość. Najbardziej jednak doceniła tą próbę siedzenia w ciszy przez Sony; to, w jaki sposób starali się być cicho by nie spłoszyć ryb wiele dla niej znaczyło. Właśnie taka cecha, według niej, czyniła z kogoś dobrego wędkarza i dobrego towarzysza.
Nie znała Sony zbyt dobrze, właściwie to był jeden z ich pierwszych spokojniejszych momentów razem. A mimo to czuła, że mogłaby ich polubić. Ale nie zamierzała ich oceniać zbyt pochopnie, znała wartość tego, by dać komuś czas, pozwolić im pokazać się takimi, jakimi są naprawdę, bez pośpiechu i przymusu. Nawet mimo dobrych słów Violet na temat dziecka Apolla.
Jedno było jednak pewne - Sony było absolutnie rozkosznie pocieszne. Tak bardzo, że Laira nie mogła oprzeć się wrażeniu, że gdyby tylko otworzyła usta i wypowiedziała na głos to, co czuła, zamiast słów poleciałyby tęcze, motylki i błyszczące gwiazdki. Mimo tej przesadnej wręcz słodyczy (a może właśnie dzięki niej) ich obecność była niezwykle odświeżająca. W końcu ktoś, kto nie wyglądał jak zbity szczeniak w tym cholernym obozie! W ich świecie to było na wagę złota.
— Laira — powiedziała w końcu, spokojnie, niemal szeptem. Jej wzrok był utkwiony w tafli wody, skupiony na spławiku, który powoli dryfował po powierzchni, delikatnie bujany przez lekki, popołudniowy wiatr.
— Ooo, ładnie. Tak melodyjnie — odpowiedział Sony z entuzjazmem, jakby każde nowe słowo wypowiedziane przez Lairę było dla nich czymś wartym zachwytu. — Ktoś mógłby dla ciebie napisać serenadę i jako tytuł nadać jej twoje imię. Bo ludzie chyba tak robią. Pasowałoby.
Laira uśmiechnęła się, niespodziewanie szczerze. Uśmiech wszedł jej na twarz naturalnie, jakby został tam zaproszony. Prychnęła też cicho pod nosem, bo nie codziennie słyszy się tak dziwacznie uroczy i jednocześnie pozytywny komentarz. Nawet nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć. Ale nie musiała. Spokój między nimi mówił więcej niż słowa, choć nie chciała ujść za małomówną; wbrew pozorom do powiedzenia miała wiele.
— Wracając — zaczęła spokojnie, poprawiając uchwyt tuż pod kołowrotkiem tak, by wędka nie wypadła jej z ręki. — Próbujemy? — mówiąc to, podała Sony drugą wędkę, co prawda nie tak profesjonalną i z mniejszą ilością gadżetów w porównaniu do tej, którą miała Laira, tak jednak nadal była to dobrej, wręcz nawet bardzo dobrej jakości, wędka.
— Jasne! — rzuciło Sony z entuzjazmem, sięgając po wędkę. Niemal od razu było widać, że nie do końca wiedzą, co z nią zrobić. — Jak to się w ogóle… trzyma?
Spojrzenie Sony było pełne zaciekawienia i odrobiny niepewności, ale ich uśmiech był szeroki i szczery. Laira zachichotała cicho, podchodząc bliżej i kucając obok.
— No dobrze, żółtodziobie. Najpierw chwyt tu, zobacz — położyła swoją dłoń na ich nadgarstku, poprawiając ułożenie palców — Nie trzymaj za mocno, to nie miecz ani nóż do krojenia. To tylko i aż wędka. Subtelność, Sony, subtelność.
— Czyli zero dramy, rozumiem — zażartowali, śmiejąc się cicho.
— Dokładnie. Choć jak złapiesz szczupaka, to się przekonasz, że dramat i tak przyjdzie sam. Najgorzej jak taki skurczybyk cię ugryzie, to się zesrać z bólu można. Aczkolwiek wątpię, że miałobyś przyjemność spotkania tego gagatka w najbliższym czasie — mruknęła z uśmiechem, odgarniając kosmyk włosów, który wysunął się spod czapki.
Chwilę później oboje siedzieli już ramię w ramię, z wędkami gotowymi do rzutu, spławikami lśniącymi na tafli wody jak małe kolorowe światła. Wokół nich panował spokój, tylko szmer wody i delikatny śpiew ptaków tworzyły ścieżkę dźwiękową tej wspólnej chwili.
— Wiesz co? Mimo, że zwykle wolę wędkować samemu, tak jednak cieszę się, że mam ciebie za towarzysza. — odpowiedziała cicho Laira, z nieco łagodniejszym uśmiechem niż zwykle, szturchając Sony w ramię. — A poza tym, ktoś musi nauczyć cię porządnie zarzucać żyłkę. Bo na razie to wygląda, jakbyś próbowało strzepnąć robala z ramienia a nie złapać cokolwiek.
— Ej! — rzucili z oburzeniem, choć uśmiech nie schodził im z ust — Daj mi jeszcze pięć minut, a ryby same będą wyskakiwać z wody, żeby mnie poznać.
— To poczekaj, pójdę po patelnię i zrobi się z tego uczta dla całego obozu — skwitowała Laira z rozbawieniem. Śmiali się oboje lekko i bez napięcia, jakby znali się dłużej, niż rzeczywiście. W tle woda nadal szumiała cicho, a spławiki kołysały się leniwie na spokojnej tafli.
Właśnie gdy Laira chciała rzucić kolejną drobną uszczypliwość, nagle spławik Sony zadrgał.
— Ej… ej! Coś się dzieje! — zawołali z przejęciem, ściskając wędkę jakby trzymali granat bez zawleczki. — Laira! Ona się rusza! RYBA!
— Spokojnie! Nie ciągnij od razu! Poczekaj… — Laira niemal automatycznie przejęła ton głosu instruktorki. — Daj jej chwilę, niech połknie haczyk. Teraz… powoli, unieś wędkę… tak, właśnie tak!
Sony podniosło kij do góry z miną pełną skupienia i ekscytacji, jakby przeprowadzali operację na otwartym sercu. Wędka zadrżała, żyłka się naprężyła. Laira miała jedynie cichą nadzieję, że żyłka nie pęknie w kluczowym momencie. Inaczej mogło być wesoło…

 Sony?
──── 
[803 słowa: Laira otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zmarszczyła nos, nie bardzo wiedząc, co to właściwie miałoby być. Przecież nie zmieni jej nagle w sfinksa, nawet jeśli ładnie poprosi. Półbogini opadła na pięty, drapiąc się po głowie z miną, jakby próbowała przywołać jakiś pomysł z zapomnianych rejonów umysłu — bezskutecznie.
— A nie wiem. Zaszalej, rzuciła w końcu krótko, wzruszając ramionami. Cieszyła się chwilą ciszy, która zapadła po tej wymianie słów, choć gdzieś w tle wciąż dźwięczały jej w uszach słowa Violet. Chciała z nią zamieszkać. Powiedziała to z taką naturalnością, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Laira jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć. Byłoby łatwiej to prawda. Wspólne mieszkanie rozwiązałoby wiele spraw. Ale to była Vi. Pełna sprzeczności, z wiecznie uniesioną brewką i tą charakterystyczną manierą, jakby cały świat był jej nieco za wolny.
Choć, trzeba przyznać, Laira darzyła ją szczerą sympatią. Może nawet czymś więcej, choć nie miała zamiaru jeszcze tego roztrząsać. Jeszcze nie.
Violet westchnęła - ciężko, donośnie, jakby właśnie zrzuciła z ramion cały ciężar wszechświata. Przez ułamek sekundy wyglądała jak ktoś strudzony swoją egzystencją, kto wreszcie znalazł chwilę wytchnienia.
— Chciałabym, żeby to lato się nie kończyło — powiedziała cicho, niemal szeptem, siadając obok Lairy. Jej palce, nerwowe i niespokojne, bawiły się ze sobą, jakby szukały zajęcia, którego nie dawały ani słowa, ani obecność półbogini. Rudowłosa spojrzała na nią kątem oka. Córka Hekate wyglądała inaczej, jakby coś w niej miękło, ten znajomy cień zuchwałości na chwilę ustąpił miejsca czemuś bardziej kruchemu, delikatnemu.
— Lato nigdy nie trwa wiecznie — mruknęła półgłosem, odrywając wzrok od nieba i przenosząc go na dziewczynę obok. — Ale może niektóre rzeczy nie muszą kończyć się razem z nim.
Ta zaś uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach czaiła się niepewność.
— A jeśli się skończą? — zapytała, ledwo słyszalnie, jakby właśnie składała zaklęcie na kogoś znienawidzonego. — Jeśli to, co mamy, też po prostu zniknie, jak ciepłe wieczory i pachnące noce?
Laira milczała chwilę. W jej wnętrzu ścierały się myśli, jak burza z piaskiem. Przesunęła dłoń, powoli, ostrożnie i położyła ją na dłoni Violet.
— To przynajmniej spróbujemy je zatrzymać. Choćby na chwilę — stwierdziła, choć serce w jej klatce piersiowej gnało jak koń na derbach, walczący o zwycięstwo. Nie miała odwagi spojrzeć jej w oczy. Przynajmniej nie teraz.
— W każdym razie, jesteś na mnie skazana, cukiereczku — dodała po chwili, siląc się na swobodę, choć w głosie zabrzmiała nuta nerwowego rozbawienia. Słowa miały być tarczą, rozładować napięcie, które paliło ją od środka.
Dłoń wciąż spoczywała na tej drugiej - ciepła, ciężka, zbyt realna. Parzyła ją niemiłosiernie, a każdy mięsień w ciele córki Hefajstosa zdawał się wrzeszczeć, by cofnąć się, zabrać ją, odsunąć, zanim będzie za późno.
A jednak... coś ją powstrzymywało.
Nie była w stanie oderwać się od tego prostego kontaktu. Jakby ten jeden gest był wszystkim, czego potrzebowała, a jednocześnie wszystkim, czego panicznie się bała.
Violet nie odpowiedziała od razu. Ale jej palce rozluźniły się, przestały drżeć. Przesunęła kciukiem po grzbiecie dłoni Lairy, gest delikatny, niemal niezauważalny, a jednak miażdżący w swojej czułości.
— Obiecujesz? — Violet spytała niemal szeptem. Głowę miała spuszczoną, kosmyki włosów opadały jej na twarz, jakby chciała się za nimi schować, ukryć nie tylko rumieniec, ale i nadzieję, której bała się okazać zbyt wiele.
Nie musiała jednak niczego się obawiać. Laira sama nie potrafiła zebrać w sobie dość odwagi, by spojrzeć czarodziejce w oczy. Nie teraz. Nie wtedy, gdy jej serce biło jak oszalałe, a gardło zasychało z każdym kolejnym oddechem.
— Obiecuję. Na mały palec — powiedziała, a uśmiech wypełzł jej na usta odruchowo, trochę niezdarnie, ale był. Był prawdziwy.
Uniosła dłoń i wystawiła mały palec w stronę Violet - gest dziecinny, naiwny... ale też jedyny, jaki potrafiła z siebie wykrzesać, nie roztrzaskując się przy tym od środka.
Violet zerknęła na nią spod rzęs, unosząc kąciki ust. Zmarszczyła nos w rozbawieniu, jak zawsze, gdy coś rozczulało ją bardziej, niż by chciała przyznać. Potem, powoli, z niemal ceremonialną ostrożnością, splotła swój palec.
— Teraz jesteś związana tą obietnicą na zawsze — powiedziała słodko, jakby właśnie wypowiadała starożytną klątwę.
— Wiesz, że nie mam nic przeciwko.
Palce pozostały splecione nieco dłużej, niż było trzeba, choć Laira nie miała ku temu pretensji.

 Wątek Lairy i Violet został zakończony
──── 
[666 słów: Laira otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Quinn CD Keitha — „Kłopoty nie mają zapachu"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Matko przodków, ja pierdolę.
Quinn dosłownie poczuło, jak ich mózg robi zrzut ekranu rzeczywistości, po czym spektakularnie wywala się na niebieski ekran śmierci. Jebany screenshot. Słowa Keitha, który nie wiadomo skąd się przypałętał, odbijały się echem w ich głowie jak najgorszy bug systemu. Cholerny bluescreen. Jakim, kurwa, cudem postanowił nagle odegrać rolę Matki Teresy z Kalkuty (która, swoją drogą, jeśli wierzyć plotkom, wcale nie była taka święta)? Dobry Samarytanin z piekła rodem, psia jego w dupę mać.
Quinn stało jak słup soli, z ustą lekko rozchyloną, próbując złożyć cokolwiek w logiczne zdanie, ale myśli przelatywały przez ich głowę z prędkością światła, nie zostawiając niczego poza czystym chaosem. Czuło się, jakby ktoś wyjął im fundament spod nóg i próbował wcisnąć nowy system operacyjny bez pytania o zgodę. Keith patrzył na nich tym swoim cholernie zatroskanym spojrzeniem, lekki skłon głowy, brwi ściągnięte w zmartwieniu, dłonie w kieszeniach jakby próbował wyglądać mniej groźnie.
— Wiem, że spotkaliśmy się tylko raz. To był jeden, krótki i bardzo randomowy raz. Ale jeśli mam być szczery, moja intuicja mi podpowiada, że to mógł być początek pięknej, artystycznej przyjaźni. I mam ochotę to powtórzyć. Nie chcę zapraszać cię na randkę, bo wolę chłopców, ale czy miałobyś ochotę przyozdobić nieoczywiste miejsca w tym obozie o głupie teksty, aby reszta miała zagwostkę, co w ogóle one znaczą? — powiedział Keith z miną, jakby właśnie cytował jakąś mądrą sentencję z taniego kubka z napisem "Live, Laugh, Love". Quinn zamarło.
— Co? — wyduszyli z siebie po chwili, marszcząc brwi i mrużąc oczy w tak intensywnym podejrzeniu, że można by pomyśleć, iż próbują rozczytać hieroglify na twarzy Keitha.
Naprawdę, brzmiał jak ostatni kretyn. Tak cudownie beztroski, jakby nie zdawał sobie sprawy, że właśnie przejechał walcem przez ich wewnętrzny monolog egzystencjalny i zostawił po sobie konfetti absurdu.
Naprawdę, brzmiał jak ostatni kretyn. Tak cudownie beztroski, jakby nie zdawał sobie sprawy, że właśnie przejechał walcem przez ich wewnętrzny monolog egzystencjalny i zostawił po sobie konfetti absurdu.
Keith jednak trwał niewzruszony, z tą swoją cholernie urokliwą pewnością siebie. Jakby naprawdę uważał, że ich wspólna misja wypisywania bzdur na ścianach mogłaby mieć jakikolwiek sens.
Quinn otworzyło usta, po czym je zamknęło. Raz. Drugi.
W końcu przetarło twarz dłonią, przeciągając palce po zmarszczonym czole.
— Jesteś niemożliwy — mruknęli, ale w ich głosie pojawiło się coś, czego dawno tam nie było.
Rozbawienie.
Keith tylko wzruszył ramionami, jakby właśnie zaproponował wspólne pójście po mleko, a nie rozpoczęcie tajnej operacji artystycznego wandalizmu.
— Wiem, wiem, jestem niemożliwy. To całkiem częste oskarżenie. Ale przynajmniej nie jestem nudny — puścił im oczko.
Quinn jęknęło przeciągle, jakby fizycznie cierpiało od samej jego obecności, a jednocześnie jakoś nie zrobiło ani kroku w tył. Chcieli zobaczyć, jak to się rozwinie.
— A co, jeśli zostaniemy przyłapani? — rzucili w końcu, bardziej z potrzeby podtrzymania racjonalności niż z autentycznej obawy.
— To powiemy, że to happening. Artystyczny performance. Manifest duszy znudzonej systemem — odparł Keith tonem tak śmiertelnie poważnym, że aż chciało się go udusić i przytulić jednocześnie. — No i serio, czy nie chciałbyś zobaczyć, jak ktoś próbuje rozkminić napis "jogurt nie zna litości" na suficie jadalni?
Quinn spojrzało na niego z niepokojącą mieszanką dezorientacji i fascynacji.
— Jesteś popierdolony.
— A ty jesteś zaintrygowane. Wiem, widzę to — rzucił z uśmiechem, który przypominał kota, co właśnie dostał się do spiżarni.
I może to był ten moment. Ta konkretna sekunda, kiedy coś pękło - nie w sposób groźny czy bolesny, raczej jak zamek błyskawiczny zaciągnięty od lat, który w końcu puścił.
Quinn wzdychało długo i teatralnie.
— Dobra. Ale masz farby?
— Mam markery. I brokatowy klej.
— Oczywiście, że masz brokatowy klej.
— W fioletowym i złotym. Bo jestem człowiekiem z klasą.
— Chujową klasą — mruknęli, ale ruszyli za nim, zaciekawieni, co do cholery właśnie się zaczęło.

 Keith? 
──── 
[603 słowa: Quinn otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 20 lipca 2025

Zmiana pory roku — jesień

Jesień
zmiana pory roku
Trochę nudne było to nasze blogowe lato, ale to nic, ja sprawię, że jesień będzie ciekawsza ♥
Ogłoszenia parafialne:
★ tak jak zawsze, wątki można kontynuować w czasie przeszłym i z uwzględnieniem pory roku, w jakiej dzieje się akcja. Spis trwających wątków oraz pór roku znajdziecie pod tym linkiem.
★ tym razem też nie zamykałem żadnych wątów, ale chciałbym was poprosić o sukcesywne zmienianie pory roku w waszych wątkach. Wszystkich autorów wątków, w których akcja ma miejsce w takich porach roku jak: jesień i lato III proszę o zrobienie timeskipu w najbliższych odpisach.
Następna zmiana roku jest zaplanowana na 20 września i będzie to zima. Pora roku idealna dla was, bałwany.

BLOGOWE WIEŚCI

Nic się nie działo. Obozy dalej stoją. Nic nie płonie. Sfinks dalej nie żyje (albo żyje w tartarze). Pozdrawiam.
x

czwartek, 17 lipca 2025

Od Dicka do Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!"

Dick wygrzewał się na słońcu. Posmarował się grubą warstwą kremu przeciwsłonecznego, na nosie miał okulary, był spryskany sprayem na komary - co ich nie powstrzymywało, bo czemu miałoby? Oby krem przeciwsłoneczny powstrzymał oparzenia. Już czuł, jak źdźbła trawy wbijają mu się w kark, stopy. Podniósł stopę, ale nieprzyjemne uczucie nie zniknęło. Zsunął okulary przeciwsłoneczne z nosa i podniósł się na łokciach. Mrówki! Zerwał się na równe nogi, deptając tubkę kremu przeciwsłonecznego, a drugim krokiem miażdżąc krakersy ułożone na papierowym talerzyku. Skakał i przeklinał, a z nim Nuggets. Kurczak z truskawką w dziobie nie miał właściwie innego wyboru - machające na wszystkie strony kończyny Dicka mogły go bardzo łatwo trafić. Szum Małego Tybru mieszał się z dźwiękami zaciętej walki syna Fortuny.
Kiedy w końcu zdrapał z siebie większość mrówek, rozejrzał się, żeby ocenić sytuację. Zdeptane jedzenie, lub pokryte mrówkami, ziemią, trawą - chyba nie było czego ratować. A planował dzisiaj spokojny dzień, nad rzeką, wyruszył dziś rano z koszykiem jedzenia przygotowanego przez Lexi - ona niestety miała dziś coś ważnego do zrobienia - i ile zdążył się nim nacieszyć? Zdjął zmiażdżoną mrówkę z zegarka i odczytał godzinę - dokładnie trzynaście minut. Westchnął. Należało teraz ocenić straty. Czuł pieczenie licznych ukłuć mrówek, ale na szczęście samych mrówek się już pozbył. Nadepnął na trzy widelce, ale miał na sobie trampki, więc nie było tak boleśnie. Jedzenie oczywiście wdeptane w trawę - wyglądało to dosyć żałośnie. Powstrzymał Panią Moo, która zabierała się za tartaletki z budyniem i agrestem. Wszystko wyglądało w miarę w porządku; coś jednak było nie tak. Może jakaś mrówka weszła mu pod ubranie? Przełknął ślinę - bogowie, oby nie, to samo zdarzyło mu się już wczoraj… Otrzepał się z reszty strzępków suchej trawy i jeszcze raz się rozejrzał.
Na bogów, gdzie jest Nuggets?
Sprawdził za koszykiem, w koszyku, a może zaplątał się w koc? Nuggets razem z jego kurzymi znajomymi mieli śmieszną tendencję do całkowitego unieruchomienia, kiedy odcięło im się dostęp do światła. Nie raz Dick szukał go przez długi czas, żeby się zorientować, że kurzy kuper przez cały czas wystawał z pogniecionej kołdry, tylko kurczak nie raczył w żaden sposób go o tym poinformować.
Nie było go jednak w kocu. Nie wcisnął się również w termos z lemoniadą ani w opakowanie po ciastkach. Dick coraz bardziej panikował. Rozejrzał się znowu, rozpaczliwie zawieszał wzrok na elementach otoczenia, które mogłyby być Nuggetsem albo go zakrywać. Podniósł kurze pióro, które pewnie kurczak stracił podczas szalonego tańca z Dickiem. Bezwiednie przesunął kciukiem po stosinie piórka. Zmrużył oczy, ponieważ blask słońca odbijający się na powierzchni Małego Tybru raził go. I wypuścił piórko.
Na gładkiej tafli co jakiś czas wyłaniał się przemoczony kurzy łebek. Wokół łebka również panowało zamieszanie, było widać, że Nuggets walczy o wydostanie się na powierzchnię. Z dzioba wydobył rozpaczliwy krzyk, jakim cudem Dick nie słyszał go wcześniej? Skoczył do Małego Tybru.

 Edel? 
──── 
[461 słów: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]