JESIEŃ IV
Kłąb myśli i uczuć szamotał się po głowie Theodore'a, a on nie do końca był w stanie je rozdzielić. Smutek, bo w końcu ktoś przecież umarł. Strach, bo w ciągu ostatniej godziny po raz pierwszy w życiu zobaczył zwłoki i musiał spieprzać przed amfisbeną. Wstyd, bo nie udało im się zabrać stamtąd ciał ofiar. Złość, bo nie potrafił przejść nad tym, że dla herosów to było w pewnym sensie normalne. Może i część z nich dożywała dorosłości, ale przecież był świadomy tego, że niemal każdy z nich potwierdzi, że blisko zetknął się ze śmiercią. Nie spodziewał się jednak, że gdy w końcu padnie kolej na niego, aż tak bardzo nim to wstrząśnie. W końcu przecież ciągle oglądał umierających ludzi w telewizji. Czytał nekrologi. Jego matka pracowała w szpitalu, do cholery. Temat śmierci nigdy nie był mu obcy. A jednak gdy w końcu stanął z nią twarzą w twarz, niemal zmiotło go to z nóg.
Złość jednak miała do siebie to, że szybko się w nim wypalała. Wściekał się, a potem stwierdzał, że to wszystko było bez sensu. Poza tym, z jego wybuchów złości nigdy jeszcze nie wynikło nic dobrego. Naprawdę wiele wymagało od niego przypomnienie sobie, że przecież miał się już nie wściekać, że obiecywał coś mamie i że musi być mądrzejszy i nie powielać swoich gówniarskich wybryków. Nawet jeśli miał ochotę teraz wykłócać się z każdym, kto mu się napatoczy. Nawet jeśli to wszystko było tak kurewsko niesprawiedliwe.
— Theo?
Zamrugał kilka razy i uświadomił sobie, że już przez dłuższą chwilę wpatrywał się w skrawek ściany gdzieś za biurkiem Vergila, zaciskając dłonie w pięści. Przeniósł wzrok na Edel, bo to jej głos usłyszał. Razem z pretorem stała już przy drzwiach; najwyraźniej Theodore zawiesił się bardziej, niż podejrzewał. Patrzyła na niego z ostrożnym zmartwieniem, ale jednocześnie widział, że z trudem udaje jej się nie zamknąć oczu. Czasami w ferworze emocji zapominał, że im bardziej daje się porwać, tym mniej nad sobą panuje. Co oczywiście skutkowało tym, że wszyscy znajdujący się dookoła niego nagle zaczynali niemalże zasypiać na stojąco. Wypuścił powietrze przez nos i starał się nad tym zapanować, bo nie chciał, żeby na zwieńczenie tego wszystkiego Edel przywitała się twarzą z podłogą.
— Zostań w obozie, co? — wtrącił Vergil. — Sprawdź, czy nie trzeba pomóc dzieciakom na Polu Marsowym, a my to ogarniemy.
Jakaś niewielka cząstka Theo miała ochotę się kłócić, ale jej protest został bardzo szybko zduszony. W tym wszystkim nie chodziło o niego i chociaż wciąż nie rozumiał wielu rzeczy, nie miał zamiaru niczego dłużej utrudniać. Ciała tych obozowiczów musiały zostać zabrane z labiryntu i tak naprawdę to wcale nie chciał być jednym ze szczęśliwców, którym to zadanie przypadnie. Nie chciał znowu tego oglądać, a na pewno nie tego samego dnia. W pewnym sensie był wdzięczny Vergilowi, że go oddelegował.
W odpowiedzi skinął sztywno głową, ale po chwili się zreflektował i wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak „dobrze, tak zrobię”.
— Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem — mruknął do Edel, kiedy mijał ją w drzwiach, w ogóle na nią przy tym nie patrząc.
Była dla niego miła, a on jak zwykle zachował się jak gnojek. Klasyka gatunku.
Biorąc kolejny głęboki oddech, skręcił w stronę Pól Marsowych. Może przynajmniej tam uda mu się zrobić coś pożytecznego.
────
[534 słowa: Theodore otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz