JESIEŃ
Echo ich kroków odbija się od ścian labiryntu, a ona słyszy ten brzęczący w uszach dźwięk o wiele głośniej, niżby chciała. Jej nogi drżą podczas biegu, w którym tak bardzo stara się nie zgubić kroku, że prawie zapomina o wykrzykiwaniu kierunków kolejnych skrętów do Theodore'a. Chłopiec prędzej zaprowadziłby ich w sidła Arachne, niż dałby radę znaleźć choć jedno w miarę bezpieczne miejsce w labiryncie.
Edel nie może wiedzieć, że zagrożenie minęło. Ogląda się za siebie, żeby sprawdzić, czy na pewno nie goni ich zraniona amfisbena, czy na pewno nie podąża za nimi coś innego. Próbuje analizować ledwo słyszalne dźwięki, a podczas krótkich spotkań jej stóp z podłogą próbuje odnaleźć w niej choćby ślad drżenia od ciężkich kroków czegoś. Suchość w gardle zaczyna jej doskwierać dopiero wtedy, gdy dostrzega jasne światło wyjścia z tunelu. Wreszcie pozwala sobie na rozluźnienie uchwytu na kieszonkowym zegarku, po czym staje przy ścianie, żeby oprzeć dłonie na kolanach i pochylić się do przodu, niemal będąc zaskoczoną, jak trudno jest jej złapać oddech.
– I to jest niby bezpieczne do poruszania się? – pyta Theodore z dość słyszalnym wyrzutem, wskazując na wejście do labiryntu tuż za ich plecami.
Edel nigdy nie powiedziałaby, że to wina głupich i niedoświadczonych legionistów, że akurat zignorowali wszystkie znaki i skręcili w złą stronę, bo z własnego doświadczenia wie, jak poruszanie się po labiryncie jest nielogiczne dla początkujących. Trudno powiedzieć, kiedy robisz się w tym dobry — pewnie wtedy, gdy dostrzegasz błędy innych i potrafisz wyliczyć je na palcach.
– Nikt nigdy nie powiedział, że jest bezpieczne – stwierdza Edel, zastanowiwszy się nad tym przez moment. – Raczej, że to najbardziej efektywne i najbliższe teleportacji, więc można zaakceptować ryzyko.
– Zaakceptować ryzyko? Oni tam… Oni nie mieli już nic więcej do zaakceptowania!
Cisza, która zapada między nimi w dziwny sposób gryzie Edel w uszy. Nie ma na to dobrej odpowiedzi, oni nie żyją, tak jak wiele innych herosów. To są realia, których, jak widać, Theodore jeszcze nie zdążył zaakceptować. Edel nie orientuje się, ile dokładnie czasu spędził w Obozie, ale patrząc na to, że jeszcze niedawno widziała zawieszkę in probatio na jego szyi, to nie może nawet przypuszczać, że jest we wszystkim dobrze obeznany. Im dłużej się tutaj siedzi, tym widmo śmierci staje się coraz bardziej realne, coraz niżej pochyla się nad ramionami, aż niespodziewanie łapie cię w najmniej spodziewanym momencie. Ciągłe pogrzeby dzieją się w tle zwykłego obozowego życia, nagle przychodzenie na nie w odświętnych togach staje się niemiłym obowiązkiem. Koniecznością, z którą nie wiąże się więcej emocji, dopóki zmarły nie był kimś, z kim zamieniło się więcej niż parę słów.
Jego miejsce i tak niedługo wypełni kolejny dzieciak, który jeszcze nie będzie wiedział, jak łatwo w tym świecie stracić życie.
– Zaraportuję to pretorowi – stwierdza Edel. – Byli z czwartej kohorty, oni tam wewnątrz sprawdzą, kogo brakuje.
– Powinni zrobić to już dawno.
– Może mieli iść do domów. – Wzrusza ramionami. – Słuchaj, wiele jest historii, wiele jest zaniedbań, ale… po prostu musisz to zaakceptować.
– Potrafisz postawić siebie na ich miejscu? – wścieka się Theodore. – Leżącą gdzieś tam, od paru dni, może tygodni, i nikt o tobie nie pamięta? Albo twojego przyjaciela? Albo…
– Tak – ucina Edel, patrząc prosto w twarz chłopca. – I nawet nie wiesz, jakie to czasem męczące.
Odprowadza Theodore'a do Obozu, przez większość czasu ze sobą nie rozmawiają. Gdy mają się sucho pożegnać, chłopiec zabiera głos:
– Nie weźmiesz mnie ze sobą jako jakieś świadka zdarzenia? Czy coś?
– Yy. – Zaskakuje ją. Raczej nie spodziewała się, że Theodore chce dodać coś od siebie w tej sprawie. Widziała go bardziej w roli osoby, która chce sobie odpocząć i może pobić poduszki, żeby poczuć się trochę lepiej. – Jeśli bardzo chcesz, to… nie widzę przeszkód…?
Chłopiec kiwa głową i potem w milczeniu podąża za nią obozowymi ścieżkami w kierunku pretorium. Cisza między nimi jest tak grobowa (haha), że Edel bardziej skupia się na jej nacisku na jej myślach, niż nad tymi myślami, które postanawiają wędrować coraz dalej i dalej w zapoczątkowanym przez Theodore'a temacie. Próbuje odgonić od siebie poczucie, że wcale nie powinna aż tak przyzwyczajać się do śmierci. Odrzucić czasem profesjonalizm, okazać więcej zmartwienia, paniki, smutku, szoku, że właśnie zobaczyła ludzkie trupy. Przestać w głowie porównywać jego padliny znalezionej na skraju drogi, która też nie jest niczym szczególnym w codzienności każdego śmiertelnika.
Powinni ochraniać legionistów, powinni próbować utrzymać ich przy życiu najdłużej, jak byli w stanie. Edel chciałaby wciąż potrafić układać w głowie scenariusze, w których jest w stanie komuś pomóc. Jakimś cudem znajduje się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, jest w stanie zasłonić legionistów swoim ciałem, a w najgorszym wypadku zginąć za nich, żeby oni mogli dorosnąć i wyjść z Obozu z przeczuciem, że naprawdę udzielono im tam pełnej ochrony. Chciałaby wciąż potrafić wyrzucać sobie, że nie zdążyła na czas, że powinna być lepszą centurionką dla legionistów, którzy za życia być może mieli problemy z przypomnieniem sobie jej imienia. O wiele łatwiej było uznać, że przecież nie jest w stanie być wszędzie o każdej porze, że nie może byc wiecznie do czyjejś dyspozycji.
Nie chciała zupełnie zobojętnięć. Raczej nigdy tego nie zrobiła, tylko wmawiała sobie, że się nie przejmuje. Zawsze łatwiej było jej odsunąć od siebie negatywne emocje, żeby zanurzyć się w tym, co powinna zrobić dobra centurionka. Zaraportować u pretora, napisać przemówienie na pogrzeb, pojawić się na nim ze schludnie ułożonymi włosami i opowiedzieć o bohaterstwie zmarłych dzieciaków z jej kohorty. Potem i tak łapała się na tym, że skórki przy jej paznokciach są tak rozdrapane, że nie może chwycić ołówka bez poczucia ukłucia bólu.
Przed drzwiami pretorium bierze głębszy wdech, na szybko odgarnia roztrzepane i posklejane w grube kosmyki włosy, ociera wciąż lepkie od potu czoło. Prostuje się niemal na baczność przed ostrożnym zapukaniem do biura Vergila, ale powstrzymuje ją cichy szum słów, który jest w stanie usłyszeć przez drewno. Theodore patrzy na nią ze zmarszczonymi brwiami, pewnie nie rozumiejąc, czemu po prostu nie wchodzą.
– Ktoś tam chyba jest – informuje go Edel i akurat w tym momencie głosy przybierają na intensywności. Wciąż nie mogą rozróżnić poszczególnych słów, ale teraz już na pewno słyszą, że ktoś jest w środku i prawdopodobnie wszczyna pretorowi jakąś awanturę.
– I mamy tak po prostu czekać?
– Nie powinniśmy przeszkadzać – mówi, choć jej dłoń wciąż wisi wpół gestu – zwłaszcza gdy Vergil się z kimś kłóci.
– Bo co? – prycha Theodore, jakby nie widział większego problemu we wtargnięciu do środka czyjegoś gabinetu, podczas gdy ten ktoś jest prawie na pewno zajęty czymś innym. Edel stara się ignorować niepotrzebną złość, która tak w nim buzuje i najwyraźniej zasłania mu wszystko, czego można się bardzo prosto domyślić.
– Bo zdenerwuje się jeszcze bardziej, jak wejdziemy nieproszeni – tłumaczy mu jak dziecku, co chyba denerwuje go jeszcze bardziej, bo nagle Edel czuje, że mogłaby zasnąć na stojąco. Powieki jakby same opadają, a wszystko wokół przybiera nieco mglisto-sennego wyrazu. – Mógłbyś, ee – ziewa – nie sprawiać, że czuję się jak po zarwanych trzech nocach?
– Jakbym potrafił! – rzuca z wyrzutem. Edel uśmiecha się wyrozumiale, bo wolałaby uniknąć bliźniaczej kłótni na zewnątrz gabinetu.
Nagle i na całe szczęście (może świat jednak trochę ją lubi), drzwi gabinetu otwierają się z takim rozmachem, że Edel i Theodore muszą użyć swojego półboskiego refleksu, żeby uniknąć uderzenia w twarz. Dziewczyna obrywa w ramię, moce Theo wydłużyły jej czas reakcji.
U progu staje nie kto inny, jak sławny w Obozie Izan King. Edel pamięta jego perypetie jeszcze podczas bycia zwykłym legionistą, ale po przeniesieniu się do Nowego Rzymu jako ambasador Marsa stał się… jeszcze gorszy. Chyba za bardzo mu się tam nudziło, żeby mógł siedzieć w spokoju i nikomu nie przeszkadzać, choć Edel nie spodziewałaby się tego po nim, gdziekolwiek by się nie znajdował. Pewnie nie wyjechał do San Francisco ani Nowego Jorku tylko po to, żeby wciąż móc denerwować Vergila, którego przysięgał, że tak nienawidzi. Gdyby naprawdę tak było, to już znajdowałby się w Japonii.
– EJ, TY ZASMARKANY WPIERDALACZU FASOLEK!!! – wrzeszczy Izan, będąc przodem zwrócony do Edel i Theodore'a, a nie Vergila. – PRZYSZLI KOLEJNI, ŻEBY WYTYKAĆ TWOJE OPIERDZIELANIE SIĘ!!!
– Cześć, Izan – wita się Edel, chociaż wie, że nie powinna oczekiwać kultury od tego mężczyzny. Stojący obok niej Theo wydaje się w tak głębokim szoku, że nie jest w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
– My się znamy? – pyta Izan, już dużo spokojniejszym tonem. – A, przecież. Na pewno znasz mnie z tych wszystkich legend, które o mnie krążą!
– Byliśmy w tej samej kohorcie – odpowiada z promiennym uśmiechem, który wcale nie jest udawany.
– Czyli młodych wychowuje się w chwale i czci do mnie? Nie, żebym się tego nie spodziewał…
– Byliśmy w niej równocześnie.
Izan bardzo chciałby spojrzeć na nią z góry, ale niestety musi patrzeć leciutko w górę. W glanach Edel przewyższa go o całe niedopuszczalne 4 centymetry, a gdy mężczyzna zdaje sobie z tego sprawę, nagle zaczyna pałać do niej ogromną nienawiścią.
– Pewnie byłaś wtedy niższa – wybąkuje. – Nie poznałem cię.
────
[1447 słów: Edel otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz