czwartek, 21 maja 2026

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Wkroczywszy do biura, Edel nie ma pewności, czy nie przyłapali pretora na nielegalnej przerwie od pracy (albo zupełnie legalnej, po prostu przerwie). Wielce niekompetentny przywódca Obozu Jupiter powoli podnosi głowę z ułożonych na biurku rąk i, przecierając dłońmi twarz, najpierw mamrocze coś brzmiącego jak wezwanie o pomoc do wszystkich bogów, którzy go słyszą, aż wreszcie zaczyna mówić wyraźniej. Co ważniejsze, głośniej.
Izan kurwa, ja cię- Och. Edel. – Po tych słowach Vergil dodaje ciche: „dzięki bogom” i prostuje się, przybierając bardziej poprawną dla pretora postawę. – I Theodore. Cześć.
– Masz chwi- Znaczy. To sprawa niecierpiąca zwłoki – zaczyna Edel, porzucając swoją postawę totalnego people pleasera, której czasem się ugina. Zamiast kontynuować, musi na moment przerwać i ukryć potężne ziewnięcie za dłonią.
– Haha. Zwłoki – gorzko prycha Theodore. Doprawdy wspaniałe poczucie humoru. Gdyby byli w innej sytuacji, Del zaśmiałaby się, ale tak z uprzejmości.
Vergil, zdezorientowany przez słowa chłopaka, marszczy brwi i wbija w niego spojrzenie, które tak samo, jak może być zaciekawione, może być również wściekłe (po nim to zawsze trudno poznać). Druga opcja zdaje się bardziej prawdopodobną, zwłaszcza dodając do sytuacji kontekst niedawnego i najprawdopodobniej nieprzyjemnego spotkania pretora z Izanem (który ostatnio odwiedza go częściej, niż Vergil Cherry).
– Przepraszam. I, no, tak, znaleźliśmy zwkłoki – kontynuuje Edel, odchrząknąwszy po przydługim ziewnięciu. Zachowanie choćby minimalnego profesjonalizmu w tak sennej atmosferze powoli staje się dla niej zadaniem niemożliwym do wykonania. – W labiryncie, dwójka obozowiczów, czwarta kohorta…
– Standardowa procedura – rzuca Vergil i w pośpiechu przerzuca zgromadzone na blacie papiery, prawie przewracając swoją ogromną misę pełną fasolek. – Zaraz ci to znajdę… trzeba te ciała tu przynieść, bo rozumiem, że ich nie macie. Pogrzeb wyprawimy-
– Oni umarli – wtrąca się Theodore, skupiając na sobie wzrok centurionki. Chłopiec wbija nieruchomy wzrokwbija w Vergila, jego zaciśnięte pięści drżą, głos przesiąknięty jest… Edel trudno to określić, bo taka ilość goryczy i wściekłości nie pasuje jej do drobnej postaci bladego chłopaka.
Powietrze staje się ciężkie jak w niewietrzonej od pięciu godzin sali lekcyjnej, a centurionka nagle stwierdza, że jeśli nie wypije litra espresso, to zaraz padnie na ziemię jak sim z wyzerowanym paskiem energii. Vergil trzaska szufladami, przetrząsając zgromadzone w nich papiery i chwilę zajmuje mu uniesienie się, spojrzenie na Theodore'a i… zakrycie ust dłonią, bo nie może powstrzymać ziewnięcia.
– Tak, umarli – mówi wreszcie. Rzuca Edel spojrzenie błagające o szybką pomoc i, gdyby mógł, to pewnie podszedłby do niej, żeby wyszeptać: „Ja cię proszę, ty jesteś lepsza z dziećmi”. – Zajmujemy się tym właśnie.
– Mówicie o tym, jak… Nie wiem, sucho! Jakby, jakby to był nikt ważny, jakby oni…
– Theo, nie możemy dla nich nic więcej zrobić – przerywa mu Edel i waha się przed dobraniem następnych słów.
Nie wystarczyłoby przyznanie, że też chciałaby móc krzyczeć, płakać i popaść w stan ogólnej rozpaczliwej desperacji, bo z każdym dniem coraz trudniej jest jej odnaleźć kolejne kojące wyrzuty sumienia kłamstwo. To nieodpowiedni moment na elaboraty o okresach bez śmierci będących zbyt krótkimi przerwami pomiędzy pogrzebami, na eseje o statystycznej ilości nieudanych misji i starconych ludziach, na opowieść o kopniakach na szczęście i ostatnich zasłyszanych słowach. Z rozmów o czasie kochania i umierania, przemijalności życia i byciu półbogiem nazbierała już tyle przydatnego materiału, że gdyby zebrała się w sobie, to napisałaby potężną pracę naukową na ten temat.
Wpatrując się w wykrzywioną złością twarz chłopaka, Edel zamiast czuć się osaczona albo zwyczajnie smutna, że on też musi to przeżywać, próbuje nie zamknąć oczu na sekundę zbyt długo. Odszukiwanie poprawnych słów przypomina grzebanie w wypełnionej gęstą watą poduszce, w której, oprócz oplatającego palce puchu, nie ma nic. Jej mózg postanowił przetransformować się w gęsty i lepki budyń, bez choćby ślada myśli w sobie.
– Posłuchaj, chciałeś tu przyjść i zeznawać – po trochę zbyt długiej przerwie zwraca się do Theodore'a tonem, który podłapała od swoich nauczycielek. – Teraz jest czas na to. Będziemy ich opłakiwać, gdy wreszcie odzyskamy ich ciała i wyprawimy pogrzeb, a nie w momencie, kiedy jesteśmy w… w kropce. Tak, możesz czuć frustrację, to jest naturalne, ale jeśli masz utrudniać sprawę, to muszę cię poprosić o wyjście.
– Czemu wy mówicie o tym w ten sposób? – Theodore przenosi wzrok z Edel na Vergila, bo najwyraźniej odpowiedź dziewczyny w ogóle go nie zadowala. Szuka ratunku w pretorze, zapewnienia, że się naprawdę bardzo przejmuje i nie znajduje niczego, co może go usatysfakcjonować.
– Mógłbyś się uspokoić? – kąśliwie rzuca Vergil, któremu wreszcie udaje się znaleźć stosowne dokumenty. – Okej, Edel, tutaj będzie trzeba to uzupełnić, daj to centurionom czwórki i weźcie znajdźcie kogoś, kto pójdzie z wami po te ciała. A. I trzeba im dać jakąś reprymendę, że nie zauważyli zniknięcia dwóch legionistów. Problem z przeniesieniem jest w czym, w wadze?
– Jak próbowaliśmy do nich podejść, zaatakowała nas amfisbena.
– Oooooch, tak – mruczy Vergil i przez chwilę stuka palcami w biurko bez odrobiny rytmu. – Weźcie jakiegoś dzieciaka Marsa do pomocy.
Zapada chwila ciszy, podczas której Edel intensywnie wpatruje się w Vergila.
– Aaaaaalbo nie dzieciaka Marsa. O, Jowisza na przykład. Friedrich wam pomoże.


Theodore?
────
[803 słowa: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz