JESIEŃ IV
Wkroczywszy do biura, Edel nie ma pewności, czy nie przyłapali pretora na nielegalnej przerwie od pracy (albo zupełnie legalnej, po prostu przerwie). Wielce niekompetentny przywódca Obozu Jupiter powoli podnosi głowę znad półmiska fasolek wszystkich smaków, którymi wciąż bezwiednie się bawi, przetaczając je między palcami.
– Och. Edel. – Vergil uśmiecha się lekko, co Edel zawsze odbiera tak samo: pretor próbuje jakoś sprawić, żeby tak się nie stresowała i nie bała się z nim rozmawiać. – I Theodore. Cześć.
– Masz chwi- Znaczy. To sprawa niecierpiąca zwłoki – zaczyna Edel, porzucając swoją postawę totalnego people pleasera, której czasem się ugina. Zamiast kontynuować, musi na moment przerwać i ukryć potężne ziewnięcie za dłonią.
– Haha. Zwłoki – gorzko prycha Theodore.
Vergil, zdezorientowany przez słowa chłopaka, gubi gdzieś uśmiech, marszczy brwi i wbija w niego spojrzenie, które tak samo, jak może być zaciekawione, może być również zmartwione (po nim to zawsze trudno poznać). Druga opcja zdaje się bardziej prawdopodobną, zwłaszcza uwzględniając zawiły mechanizm Obozu, który głównie opiera się na jego barkach.
– Przepraszam. I, no, tak, znaleźliśmy zwkłoki – kontynuuje Edel, odchrząknąwszy po przydługim ziewnięciu. Zachowanie choćby minimalnego profesjonalizmu w tak sennej atmosferze powoli staje się dla niej zadaniem niemożliwym do wykonania. – W labiryncie, dwójka obozowiczów, czwarta kohorta… i, no, ee…
W gabinecie na moment zapada cisza, a Edel od razu zaczyna sobie wyrzucać, że przecież mogła ująć to w lepszych słowach. Obcując ze śmiercią prawie na co dzień, już powoli zapomina, jak poważny jest ten temat; że nie można po prostu wparować do kogoś i z dumą powiadomić go o czyjejś śmierci. Dziewczynie nie wydaje się, że Vergil przyjaźnił się z tamtą dwójką, ale szok i smutek (jeśli Edel dobrze interpretuje jego mimikę), jakie zagościły w jego oczach podobne są do emocji kogoś, kto stracił brata.
Możliwe, że jej się wydawało. Albo Vergil dość szybko poskładał się do kupy.
– To, ekhem, w takim razie… – Głos załamuje mu się już przy pierwszym słowie. W pośpiechu przerzuca zgromadzone na blacie papiery, prawie przewracając swoją ogromną misę pełną fasolek. – Zaraz… ich… Trzeba ich tutaj przynieść, bo rozumiem, że. Że się nie udało. – Edel mogłaby zwalić to na nerwowe przeszukiwanie biurka, ale nie może otrząsnąć się z wrażenia, że Vergil aktualnie robi wszystko, byleby nie patrzeć ani na nią, ani na Theo.
– Oni umarli – wtrąca się Theodore, skupiając na sobie wzrok centurionki. Chłopiec wbija oczy w Vergila, jego zaciśnięte pięści drżą, głos przesiąknięty jest… Edel trudno to określić, bo taka ilość goryczy i wściekłości nie pasuje jej do drobnej postaci bladego chłopaka.
Powietrze staje się ciężkie jak w niewietrzonej od pięciu godzin sali lekcyjnej, a centurionka nagle stwierdza, że jeśli nie wypije litra espresso, to zaraz padnie na ziemię jak sim z wyzerowanym paskiem energii. Vergil przestaje trzaskać szufladami i chwilę zajmuje mu uniesienie się, spojrzenie na Theodore'a i skryciu się w milczeniu miny ojca, który nie wie, jak powiedzieć swojemu dziecku, że jego chomik w nocy postanowił umrzeć w najdziwniejszy sposób na świecie.
– Tak, umarli – mówi Edel, próbując przybrać przy tym jak najdelikatniejszy ton głosu. Wydaje się, że jej słowa nie podobają się ani Vergilowi, ani Theodore'owi, a dziewczyna czuje nieprzyjemny dreszcz wywołany przez nagłą falę wstydu. – Zajmujemy się tym właśnie – dodaje, kopiąc sobie jeszcze głębszy grób.
– Mówicie o tym, jak… Nie wiem, sucho! Jakby, jakby to był nikt ważny, jakby oni…
– Theo, nie możemy dla nich nic więcej zrobić – przerywa mu centurionka i waha się przed dobraniem następnych słów.
Nie wystarczyłoby przyznanie, że też chciałaby móc krzyczeć, płakać i popaść w stan ogólnej rozpaczliwej desperacji, bo z każdym dniem coraz trudniej jest jej odnaleźć kolejne kojące wyrzuty sumienia kłamstwo. To nieodpowiedni moment na elaboraty o okresach bez śmierci będących zbyt krótkimi przerwami pomiędzy pogrzebami, na eseje o statystycznej ilości nieudanych misji i straconych ludziach,. Z rozmów o czasie kochania i umierania, przemijalności życia i byciu półbogiem nazbierała już tyle przydatnego materiału, że gdyby zebrała się w sobie, to napisałaby potężną pracę naukową na ten temat.
Wpatrując się w wykrzywioną złością twarz chłopaka, Edel zamiast czuć się osaczona albo zwyczajnie smutna, że on też musi to przeżywać, próbuje nie zamknąć oczu na sekundę zbyt długo. Odszukiwanie poprawnych słów przypomina grzebanie w wypełnionej gęstą watą poduszce, w której, oprócz oplatającego palce puchu, nie ma nic.
– Posłuchaj, chciałeś tu przyjść i zeznawać – po trochę zbyt długiej przerwie zwraca się do Theodore'a tonem, który podłapała od swoich nauczycielek. – Teraz jest czas na to. Będziemy ich opłakiwać, gdy wreszcie odzyskamy ich ciała i wyprawimy pogrzeb, a nie w momencie, kiedy jesteśmy w… w kropce. Tak, możesz czuć frustrację, to jest naturalne, ale jeśli masz utrudniać sprawę, to muszę cię poprosić o wyjście.
– Czemu wy… nie, TY, ciągle mówisz o tym w ten sposób? – Theodore przenosi wzrok z Edel na Vergila, szukając ratunku w pretorze, zapewnienia, że to dziewczyna jest w błędzie i powinna stanąć w kącie, żeby poważnie zastanowić się nad swoim zachowaniem.
– Edel, Theo, to chyba nie jest najlepsza pora na kłótnie? – delikatnie sugeruje Vergil. – Ale. Tak, Edel, nabrała… większego dystansu. Do tej sprawy. I to, co czujesz, Theo, jest jak najbardziej uzasadnione. Tylko w każdej takiej sytuacji potrzebujemy kogoś, kto… zająłby się tym z zimną krwią, rozumiesz?
Theodore kiwa głową, wciąż z nieco naburmuszoną miną. Edel uśmiecha się niezręcznie, niepewna, czy ma teraz wyjść, czy wciąż zawracać wszystkim głowę.
– W labiryncie. Przy nich. Jest amfisbena – decyduje się odezwać.
– Potrzebnych będzie paru legionistów do pomocy. Najlepiej doświadczonych. Chodźcie, zwerbujemy kogoś – instruuje ich Vergil, tonem zdeterminowanego rodzica, który próbuje uratować swoje dziecko z opresji.
────
[899 słowa: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz