wtorek, 6 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 5

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oprócz niepokojącej Blanche naiwności, Grace Pullson cechowała również najwyraźniej niezwykła inteligencja. No bo, umówmy się, jaki przeciętniak ot tak wymyśliłby w niecałą minutę całą opowieść szyfrującą swój numer telefonu? Być może młoda była dzieckiem Ateny? Chociaż, jeśli podejrzenia Blanche co do tożsamości wspomnianej przez dziewczynkę wilczycy miały okazać się prawidłowe, cała teoria szła się hajtać.
Jak powszechnie wiadomo, wielcy geniusze często pozostawali niezrozumiani. I tak prawdopodobnie było teraz z tą biedną dziewczyną. Po minie panny Lemieux prawdopodobnie dało się w tym momencie odczytać to, że, jeśli tylko ludzkie mózgi były maszynami, koła zębate w jej głowie kręciłyby się w szaleńczym tempie, próbując rozszyfrować wiadomość. O ile niektóre z cyfr podane były jak na tacy, co do pozostałych miała pewne zastrzeżenia.
„Patrzę chyba z pięć razy”, czyli 5. „Ubrałam się raz dwa” wskazywało na to, że kolejne były 1 i 2. „W pierwszym odruchu” to 1, a „cztery skrzydła” — 4. Jako że skrzydła były podwójne, po czwórce następowało 2. Ale to dawało przecież tylko sześć cyfr, a potrzebowała siedmiu!
Może to „pięć razy” nie oznaczało samej piątki, ale i następującą za nią cyfrę 1? A może fakt, że dziwne stwory „zniknęły” sugerować miał 0?
Gdyby nie przebywała w towarzystwie osoby nieletniej, jasnowłosa kobieta przeklęłaby teraz siarczyście. Czasu na proste dopytanie się dziewczyny oczywiście nie było, bo chwilę później powrócił do nich jej ojciec. Blanche została więc sama ze swoim mętlikiem w głowie, kilkoma cyframi zakreślonymi z tyłu notatnika, w którym wcześniej spisywała opowiedziane przez dwuosobową rodzinę bzdury o kosmitach i otaczającymi ich przynajmniej dziesięcioma znakami zapytania. Wyglądało na to, że w momencie próby kontaktu z dziewczyną będzie musiała bawić się w wyliczankę i modlić o to, że któreś z jej podejrzeń okaże się prawidłową kombinacją cyfr.
— Bardzo dziękuję za rozmowę i za kawę — powiedziała w końcu, gdy dopiła ciepły napój i wysłuchała przynajmniej pięciu kolejnych opowieści o kosmitach, udając, że wcale nie przeżywa cholernego kryzysu i to wcale nie tak, że już tylko jedna kolejna historia dzieliła ją od odpięcia przypinki, którą tego dnia nosiła przy koszuli.
Komórkę wyciągnęła tuż po przekroczeniu progu domostwa rodziny Pullson. Po chwili odszukała kolejny z numerów, który w jej kontaktach pozostawał wciąż jedynie z powodu tego, że „tak wypadało”. To, jak wiele starych znajomości odkurzała w rzeczywistości czy w swej pamięci przez jedną dziewczynę, mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie to, ile złych wspomnień niosły za sobą te podróże w przeszłość.
Lana Wilson nie była złym człowiekiem. Prawdopodobnie poznały się po prostu w złym momencie. Nie wiedziały jednak, że już niecały miesiąc po tym spotkaniu w obskurnym barze, który zainicjował ich krótki, namiętny i dość burzliwy związek, miało stać się coś, co było kolejnym ciosem prosto w serce Blanche. Śmierć Wendy przyszła nagle i zadziałała na jej przyjaciółkę mocniej, niż powinna. To zaś oczywiście zauważyła Lana. Zauważyła też, jakimi uczuciami przez te wszystkie lata jej dziewczyna darzyła tę kobietę, która zawsze gdzieś czaiła się w jej opowieściach. Gdy spróbowała zainicjować rozmowę na ten temat, została nazwana bezduszną suką. „I co, może nie mam prawa cierpieć? Bo nie jestem jej pierdolonym mężulkiem? Bo ja sama próbowałam sobie jakkolwiek ułożyć życie bez niej na miejscu, na którym chciałabym, żeby była? Tak, kocham ją, zawsze kochałam, ale sama odsunęłam się na bok, by nie przeszkadzać jej szczęściu. A ty jeszcze teraz masz do mnie jakieś pretensje!”, krzyczała jej w twarz panna Lemieux, a w jej oddechu wyczuwalny zapach alkoholu, którego tego wieczora wypiła zdecydowanie zbyt dużo.
Lana wyszła wtedy z jej mieszkania, by później powrócić tam tylko raz, po swoje rzeczy. Jakiś czas później udało im się spotkać ponownie i, choć teoretycznie przegadały wtedy wszystko, a Blanche z całego serca przeprosiła ją za swoje zachowanie, ich relacja nigdy nie wróciła na poziom wyższy niż „tolerujące się znajome, które są również swoimi eks”. Teraz jednak jej opinia, jako córki Somnusa, rzymskiego alter-ego Hypnosa, i jedynej znanej Blanche osoby, która należała do społeczności Obozu Jupiter, była potrzebna od zaraz.
„Od zaraz” nastąpiło dopiero kilka tygodni później. Przez ten czas panna Lemieux prowadziła swój własny research i kilkukrotnie rozważała próbę kontaktu z Grace. Uznała jednak, że nie chce kusić losu, gdyby telefon dziewczyny znajdował się pod mniejszym lub większym nadzorem jej ojca. To los bowiem chciał, że w momencie, w którym do niej zadzwoniła, Lana była w trakcie podróży dookoła świata, bez stałego zasięgu czy łącza internetowego. (Tak, to brzmiało jak coś, co ta kobieta już od dawna chciałaby zrobić). Dlatego też sprawa ta poczekać musiała aż do momentu jej powrotu.
Spotkały się na neutralnym gruncie, przytulnej kawiarence gdzieś pośrodku drogi pomiędzy ich obecnymi miejscami zamieszkania. Obie sączyły swoje ciepłe napoje, Blanche czarną, niesłodzoną kawę, a Lana zieloną herbatę, która najwyraźniej wciąż, pomimo upływu lat, pozostawała jej faworytem.
— I co uważasz? Myślisz, że to mogła być Lupa? — spytała Blanche, zakończywszy swoją opowieść, mimo iż wiedziała, że chociażby brak dokładniejszego opisu wilka, mógł stać się źródłem pewnych problemów.
„Bądź Lupą, bądź Lupą, błagam”, powtarzała w myślach, czekając na odpowiedź. Ona sama nie miała sił na kolejne tygodnie poszukiwań, a sama Grace mogła prawdopodobnie nawet nie mieć przed sobą tyle czasu. Bycie półbogiem to w końcu cholernie niebezpieczna sprawa.

◇──◆──◇──◆
[847 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

Podsumowanie listopada

Cześć, tu Yender
Teraz moja kolej

CYFERKI

Tydzień opóźnienia to chyba nie taki zły wynik, co? W każdym razie w listopadzie doczekaliśmy się 30 postów, co oznacza podwojenie aktywności z października lub września, stanowi około dwa i pół razy mniej postów niż było w czerwcu i jest identycznym wynikiem jak w lipcu oraz praktycznie stanowi równość sierpnia. Tak, to ja kazałam im mówić te statystyki podczas polskich meczy, dlaczego pytasz?
Jakiś czas temu nowy dom u Kącki znalazła Haniyya, oczywiście drogą adopcji, w dodatku na blogu pojawiły się cztery nowe postacie: kontrolująca gołębie Eleanor Rodriguez, pociągarz/pociągara Aye, świr Ricky autorstwa naszego kwiatuszka oraz Zion McQueen od naszego nowego moderatora, Karo. Całkiem sporo tego jest, ale nie martwcie się. I tak połowa z was umrze na evencie. Prace nad nim nadal trwają.
Zaczęliśmy dodatkowo na blogu nową zabawę, polega na głosowaniu na najlepsze postacie. O dziwo nie wygrała żadna moja (nie znacie dnia ani godziny, zdrajcy) a Wanda Flis. Otrzyma ona 15 punktów doświadczenia Następna tura w następnym miesiącu, a o zasadach głosowania możecie poczytać na specjalnie przeznaczonym do tego kanale na blogowym Discordzie.
Lucas i Colin napisali najwięcej opowiadań w listopadzie, za co oczywiście otrzymują dodatkowe 10 punktów doświadczenia. Smacznego. No i zapomniałabym o upomnieniach. Polecam sprawdzić, czy wasze postacie nie stały się npc. Wiecie, z reguły was pingam, ale czasami nawet najlepszym zdarzy się wypadek.

FABUŁA

Przynajmniej nadrobię akcję na blogu. Zacznę chronologicznie i proszę wybaczcie, że dosłownie opiszę wasze wątki w kilku zdaniach, bo chociaż są to dzieła sztuki, to ja muszę przelecieć oczyma przed dwadzieścia i udawać, że jestem na bieżąco.
Miesiąc wesoło rozpoczęła śmierć Osborna i powiem wam, że zajebiście się stało, bo po raz pierwszy zobaczyłam nasz szablon ogłoszenia. Trochę zabawnie, że jest ładniejsze niż to, które wita nowe postacie na blogu.
Następnie następiła wiosna, ptaszki ćwierkają, kolejny półbóg zmarł a domek Dionizosa pije. Czyli jak zawsze. Następna zmiana pory roku będzie oczywiście wtedy, kiedy ma być, najwyżej trochę pomogę Aleksandrowi jeśli się mu nie będzie chciało. Żegnajcie się z waszym ulubionym adminem póki jest.
Blanche Lemieux kontynuuje walkę z kosmitami oraz próbuje odszyfrować numer telefonu Grace. A ja się zastanawiam, czy z jednym elementem nie przesadziłam i czy numer zostanie w ogóle odnaleziony.
Psiara Louise zajmuje się porzuconymi pieskami w wątku z Lucasem. Niby to nie jest wataha ale połowa naszych postaci to furasy.
Zion depcze papierosa i robi masę innych fascynujących rzeczy, np. kradnie dziecko.
Andrew i Milo robią coś, co na pewno nie jest legalne w wątku Wesołe Halloween, to znaczy wchodzą w traktaty z Aresem i zamierzają kraść Hefajstosowi żonę. W sensie i tak nie sądzę, aby mu jakoś życie zniszczyli, lol, gość ma już najgorsze jakie się da, teraz to tylko operacja plastyczna mu pomoże (a Aresowi operacja mózgu się przyda).
Kaya i Mei stają twarzą w twarz z piekielnym ogarem, z potyczki wychodzą cało i w towarzystwie Luciena wracają bezpiecznie do łóżek. Po time skipie dowiadujemy się że Kai jest leniwa i jeśli nie zmiażdżą ją śmieci to najprawdopodobniej dostanie ataku alergii na roztocza i umrze z zatkanym nosem.
Ciąg dalszy zbrodni dokonywanej przez Milio i Andrewa, chłopcy poznają świnię Aresa, śpią na zabarwionym na żółto (tak, od sików) łóżku. Potem biją się na łóżku (?), Milio wiąże ręce Rubenowi (??) i potem Milio nie chce mu dać się umyć (???). Niby to fikcja literacka a to pytanie będzie trochę z dupy, ale Karo, wszystko u ciebie w porządku?
Khai w jej wątku z Gasparem Farkasem zamierza ściągnąć człowieka z drzewa i walczy ze swoją gonitwą myśli. A Gaspar relaksuje się na drzewie najprawdopodobniej po imprezce z kumplami od Dionizosa.
Swoją furasową historię o pieskach kontynuuje Lucas i Louise. Postanawiają na zmianę czuwać w nocy, by móc obronić pieski od potworów i swoje ubrania od ich odchodów. Przy okazji próbują wymyśleć, co z nimi zrobią.
Zastanawiam się, co wy macie z tymi psami, bo o to drugie pieskowe opowiadanie pod rząd. Haniyya poznaje dwójkę puchatych chmurek-złodziei, po czym Lucas pomaga jej odzyskać utracone nakrycie głowy. To wszystko w wątku A puci puci szczeniaczki.
Anemone wraz ze swoją nową koleżanką TJ zakańcza wątek o wiankach wesołym akcentem sadzenia drzewek. Potem zostaje na nich dokonany akt przemocy i dziewczyny są wyrzucone z lokalu, natomiast ich niedokończone napoje niestety zostają. Wraz z nimi zmarnowane pieniądze TJ.
W opowiadaniu od Ricky'ego możemy przeczytać o wyścigach, jakie urządzał dookoła pępowiny. W dalszym ciągu chłopak ma trzy sutki a Philip jest koniarą.
Następnie pojawiło się opowiadanie o sikorkach od Colina Artino, po którego przeczytaniu miałam naprawdę długiego i porządnego laga. Jak mój mózg się wczytał pozostało mi tylko stwierdzić, że opowiadanie było bardzo dobre. Naprawdę bardzo dobre.
Philip wraz z Wandą jeżdżą na Juanie i do siebie zarywają, przy okazji Philip opowiada historię Juana. Jestem z tego powodu szczęśliwa albowiem mogłam dowiedzieć się więcej o moim ulubionym bohaterze wątku :)
Eleanor, rozpoczynając wątek A kim ty Jesteś? zostaje wyrwana ze wspomnień o tasiemcach przez Lucasa, który perfidnie napadł na nią z mieczem. Będzie napierdalanko.
Wątek Haniyyi i Lucasa zostaje kontynuowany. Dowiadujemy się, jak nazywają się psy (to znaczy: Tofinek i Biszkopt), potem zaś właściciel zwierząt rozważa oddanie psów nowo poznanej osobie. Nie oceniam ale się wypowiem. Trochę podejrzane.
Aye zaczynają swoje opowiadanie od pisania w notesie swojego (nie zgadniecie) opowiadania, a ja zaczynam się z nimi utożsamiać ze względu na dzieloną pasję zabijania postaci. Następnie Aye otrzymują dziwne urządzenie,z którym nie do końca wiedzą, co mają zrobić.
Dochodzę do wniosku że Colin ma poważne urojenia i powinien iść do lekarza. Jakby ktoś pytał mnie o zdanie to uważam, że stary facet z Milczącej Głowicy jest wymysłem niepełnosprawnego umysłu chłopaka a w paczce są narkotyki. Colin próbuje sobie poradzić z wizją przestępstwa, jakiego dokonał, wymyślając postać starego dziada.
Wanda kontynuuje Chwałę Juanowi i okazuje się bad girl, grożąc dziecku że wsadzi mu głowę do kibla. Nieładnie, Wanda. Pamiętaj że musisz dawać dobry przykład Juanowi.
Friedrich, gracz lola, haha niska kobieta, więcej nie napiszę bo w lola nie gram a niemieckiego nie znam i nie rozumiem połowy opowiadania.
Ostatnie listopadowe opowiadanie jest autorstwa Andrewa i stanowi kontynuowanie przygody z dzikiem. Herosi muszą gonić Aresa aby potem dobiec do domku letniskowego, stanowiącego hotel letni dla dwójki poszukiwanych bogów.
To byłby koniec, jak można było przeczytać — nie działo się nic szczególnie fabularnego, chociaż siły wyższe były obecne.

KTOSIOWE OPOWIADANIA

Aureliusz z wątkiem „Kolejny kawał?” nadal czeka, polecam się ruszyć i mu odpisać, bo będę was karać terminami. Podobnie sprawy mają się z Aye i „Pogniecone kartki”, oni czekają co prawda trochę krócej, ale zarówno za odpowiedzenie im jak i odpowiedzenie Aureliuszowi dostaniecie dodatkowe 5 punktów doświadczenia. Dzieje się tak, ponieważ na smellsach istnieje coś takiego jak litość. Tego czegoś nie okażemy jednak Lewandowskiemu po powrocie do Polski.
To chyba dobre miejsce na samoreklamę. Pamiętajcie, że jeżeli chcecie stworzyć postać, a w sumie waszym jedynym pomysłem to orientacja-lesba, mogę zaoferować wam wycieczkę do Hadesu i z powrotem. Parę razy, żebyście mogli wszystko dokładnie obejrzeć. Przewodniczką będzie Irenka.

NIC SIĘ NIE STAŁO, POLACY, NIC SIĘ NIE STAŁO

niedziela, 4 grudnia 2022

Od Lucasa CD Eleanor — „A kim ty jesteś?”

Poprzednie opowiadanie

Chcąc już zaatakować ową postać, chłopak zorientował się, że wcale nie jest to żaden potwór, tylko dziewczyna, na dodatek z jego obozu. Jakby było tego mało, przez przypadek przewrócił się na nią. Brązowowłosa złapała go, uśmiechając promiennie się do nieznanego i zdezorientowanego chłopaka.
– Przepraszam cię za to, naprawdę – zaczął przepraszać Lucas, cały czerwony ze wstydu.
Dziewczyna jedynie machnęła dłonią, po czym jednak się odezwała.
– Nie musisz przepraszać, tylko chyba musisz sobie kupić okulary – zaśmiała się.
Nie kojarzył jej. Może była nowa? Chłopak zastanawiał się, czy warto postawić to pytanie. Stwierdził, że tak, spyta się. Niezręczna cisza, jaka panowała, przeszkadzała mu, czując się przy tym znowu odrobinę niekomfortowo. Według Lucasa było to głupie, nie odzywać się do kogoś, kto jest obok ciebie, a na dodatek najpewniej nie wie co to za pojebane miejsce zwane Obozem Herosów.
– Jesteś nowa, co nie? – odrzekł, zadając pytanie, by trochę rozluźnić atmosferę.
– Tak. Niedawno tu przybyłam – odpowiedziała.
Lucas, mimo iż w obozie przybywa już naprawdę bardzo długo, stwierdził, że aby wyjść na troskliwego i opiekuńczego obozowicza, który martwi się o nowych, pokaże okolice Hiszpance. Tak, już po jej akcencie zgadł, że najprawdopodobniej pochodzi z kraju, gdzie mówi się po hiszpańsku.
– Może pokazać ci parę ciekawych miejsc, co ty na to?
– Z chęcią, panie przewodniku.
– Panie przewodniku?
– Pasuje do ciebie — Eleanor ponownie się zaśmiała.
Blondyn uśmiechnął się delikatnie, by pokazać, że nie obraził się na przezwisko, które wymyśliła mu nowa.
– No, więc, co chcesz mi pierwsze pokazać?
– Niedaleko, prawie że rozwalonej szopki, jest taki zagajnik – zaczął opowiadać Lucas.
– O! Byłam tam!
– Ktoś ci mówił, że chodzenie po lasach jest niebezpieczne? Jesteś nowa i nie znasz tego miejsca, a nigdy nic nie wiadomo, pewnie nawet nie masz wybranej broni – przewrócił oczami blondyn.
– A właśnie, że mam – mówiąc to zdanie, na twarzy nieuznanej córki Afrodyty pojawił się dziarski uśmiech.
Szwed ponownie poczuł się ostatni kretyn. Wcześniej się wywalił o nią, a teraz nie zauważył, że ma już wybraną broń. No, ciekawe, jaka będzie trzecia bzdura, jaką powie lub zrobi.
– Jesteś uznana? – spytał się z ciekawości Lucas.
– Jeszcze nie.
Chłopak spojrzał się w jej stronę.
– Za niedługo pewnie cię uzna – odrzekł. – Nie czeka się w sumie aż tak długo na uznanie… chyba. Wiesz, bywają wyjątki, w których to ktoś czeka długo na uznanie…
– Czyli mogę czekać nawet z rok? Lub dwa?
Dopiero po parunastu minutach, Lucas zdał sobie sprawę z tego, co powiedział. Dał jej do zrozumienia, że na uznanie może czekać nie wiadomo ile. Zawstydzony, czując się jak kompletny idiota, chciał wyjaśnić to, co oznajmił nowej obozowiczce.
– Znaczy, wiesz, to są bardzo rzadkie przypadki, wątpię byś nim była. Uwierz mi, siedzę tu już kilka dobrych lat i taka sytuacja może tylko raz się pojawiła.
„Jeżeli po tym spotkaniu będzie chciała się ze mną dalej zadawać, to będzie cud, lub jakieś przeznaczenie” - tak aktualnie mawiały myśli blondyna. Jakby się go spytała, kogo jest dzieckiem, on by odpowiedział, że Ateny, w życiu by mu nie uwierzyła, a przynajmniej tak się wydawało Lucasowi.
Po niedługim czasie dotarli do zagajnika, gdzie podobno nowa już była.
– Ładnie tu, co nie? – zapytał się blondyn tak, aby zacząć nowy temat.
– Tak, a pokażesz jeszcze jakieś inne, również piękne miejsca w tym lesie? – zadała pytanie Eleanor.
– Dobra, tylko zapamiętuj drogę, bo się zgubimy.


Eleanor?
◇──◆──◇──◆
[536 słów: Lucas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 2 grudnia 2022

Od Wintera CD Ziona — „017”

Poprzednie opowiadanie

Szczerze mówiąc, po prostu nie wiedział co ze sobą zrobić.
Nienawidził tej cholernej szkoły. Nawet nie dlatego, że jakiś czas temu jego WF-ista okazał się niezbyt miłym Minotaurem. I na pewno nie dlatego, że w ciągu miesiąca dostał pięć uwag i dyrektorka zagroziła mu, że jeszcze jedno przewinienie, a będzie musiał (znowu) szukać nowej szkoły, więc — Winter, intelektualista — postanowił do szkoły w ogóle nie chodzić, żeby i nie dostać uwagi szóstej.
Nie. Cały czas chodziło o to, że tego dnia miał mieć trzy godziny z matematyki. I choćby nie wiem co, nauczycielka matematyki nie chciała się ukazać pod postacią wilkołaka; wtedy Winter przynajmniej miałby jakieś wyjaśnienie, czemu jest takim suczyskiem.
Z dwojga złego wolał kawiarnię „Western Coffee” i gorącą czekoladę, bo miła ekspedientka za ladą powiedziała mu, że nie sprzedają kawy dzieciom. (I przemilczał to, że dziadek Orlon pozwalał mu pić kawę, odkąd skończył dziesięć lat, powtarzając, że dzisiejsze dzieciaki powinny znać się na aromacie zamiast na wszystkich rodzajach Somersby).
Gdzieś po piętnastu minutach, podczas których wysiorbał całą gorącą czekoladę, a na kolejną nie było go stać, zaczął się cholernie nudzić. Początkowo wyciągnął z plecaka podręcznik i próbował się czegoś uczyć, ale z każdym, coraz bardziej rozmazującym się przed oczami zdaniem, rzucił naukę w tempie szybszym, niż gdy pił swoją czekoladę duszkiem. Finalnie rozsypał po stole torebkę cukru i zaczął grzebać w nim palcem, rysując niezidentyfikowane kształty.
Po godzinie miła ekspedientka przestała być miła. Świdrowała go wzrokiem, gapiła się regularnie w zegarek i prędko odwracała głowę, kiedy Winter nawiązywał z nią kontakt wzrokowy.
Kolejne pół godziny wodził palcami po krawędziach filiżanki, z głową opartą niezbyt grzecznie o stół i rękami umorusanymi w cukrze, kiedy do kawiarni weszła nowa osoba. Blondwłosy mężczyzna o surowej twarzy — Winter w pierwszej chwili pomyślał, że jest europejczykiem. Rozmawiał z ekspedientką zgrabnym, wysublimowanym amerykańskim, akcentując każde słowo żywcem z literatury klasycznej.
Winter chciałby być mądry.
Teraz i mężczyzna obrysowywał go wzrokiem. Miller oblizał palce z cukru i zaczął chować do plecaka podręcznik, uznając to za znak do ulotnienia się.
Czarne koturny sztybletów zastukały o śliską od roztapiającego się przedwiosennego śniegu podłogę. Winter zgrabnym gestem wyjął z plecaka xiphos pod postacią piłki i ścisnął go w dłoni.
— Nie zgubiłeś się przypadkiem? — zagadnął blondwłosy mężczyzna.
Zwracanie na siebie uwagi zawsze kończyło się tak samo — najpierw zaczepiał go przechodzeń, a potem przez pół Nowego Jorku goniła go jakaś harpia.
Winter spojrzał na mężczyznę godnego pożałowania wzrokiem smutnego szczeniaczka, wykrzywił bladą twarzyczkę w podkowę i, łamiącym się głosem, odpowiedział naprawdę głośno:
— Nie, proszę pana, nie mam zdjęć swoich stóp na sprzedaż…
Przynajmniej pięć osób w kawiarni odwróciło się w stronę jego stolika. I wszyscy, jak jeden mąż, posyłali pełne przerażenia spojrzenia blondwłosemu mężczyźnie, który wyglądał, jakby naprawdę starał się nie stracić cierpliwości.
— Nie, nie, nie, to nieporozumienie! — Ekspedientka odeszła zza lady, zdecydowanie zbyt mocno machając rękami i posyłając przepraszający uśmiech do gości kawiarni. Silnym ruchem dłoni usadziła blondwłosego mężczyznę przy stoliku Wintera i przysunęła sobie krzesło do ich dwójki. — Przepraszam, synku, poprosiłam Ziona, żeby cię zaczepił, bo martwiłam się tym, jak długo siedzisz tu sam.
— Mówiłem, pani Berrycloth — westchnął Zion, zakładając ramiona na piersi.
— Zion może i wygląda trochę strasznie, ale to człowiek o złotym sercu, zaręczam.
Winter wcisnął piłkę z powrotem do plecaka, marszcząc czoło.
— Mogła pani osobiście mi powiedzieć, pani Berrycloth — westchnął Winter, niezręcznie wyszczerzając zęby i wstając od stolika. — Ulotniłbym się szybciej, gdyby pani mnie poprosiła…
— Nie o to mi chodzi — wyparowała. — Zgubiłeś się? Coś się stało?
— Nie, spokojnie, już pójdę do domu.
— Mógłbyś mi dać telefon do swoich rodziców?
Przez chwilę zastanowił się, czy nie rzucić się właśnie do ucieczki.
— Po… co?
— Jeśli się zgubiłeś, będę musiała poinformować albo twoich rodziców, albo policję…
— Wiem, gdzie mieszkam! — sapnął. — Nic się nie dzieje, naprawdę. Miałem czas wolny po lekcjach i chciałem tylko wypić trochę gorącej czekolady. Czy tylko mi jest tak zimno? Brr. Normalnie wiosna jak u George’a Michaela.
Milczący do tej pory Zion sięgnął do kieszeni garnituru, odblokował telefon i pokazał Winterowi jego tarczę.
— Jest prawie ósma.
— I?
— I szkoła ledwo się zaczęła, a ty już jesteś wolny po lekcjach. Zresztą, spóźnię się do pracy. — Wstał.
— Tak, a ja wrócę do domu.
Pani Berrycloth zatrzymała Ziona ruchem dłoni.
— Daleko masz do domu, cukiereczku? — zagaiła Wintera.
— Dziesięć minut drogi — zmyślił szybko.
— To świetnie — umiechnęła się. — Zion cię odprowadzi.


Zion?
◇──◆──◇──◆
[712 słów: Winter otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Wintera CD Blanche — „Królewna Śnieżka i Zła Królowa”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Świetnie. Teraz Winter miał przed sobą aż dwie drakony.
Pani Lemieux nie była — jak na zerowy, trzynastoletni gust Wintera — w żaden sposób brzydka, nie przejawiała też objawów zionięcia ogniem czy posiadania zielonych łusek pod krótką marynarką. Pod przykrywką wiceprezes naprawdę bardzo ładnej firmy nie mogła go oszukać. Jeśli istniała jedna rzecz, której Winter nauczył się podczas wagarów i uciekania przed całą armią potworów, to byłoby to znanie się na ludziach.
Z kilometra wywęszyłby policjanta. Wie, jak wygląda ktoś, od kogo mógłby zarobić kosę pod żebro. Rozpoznawał około sześćdziesięciu sprzedawców takich samych sklepów spożywczych w różnych dzielnicach Nowego Jorku. A pani Lemieux — pani Lemieux wyglądała, jakby naprawdę niewiele, bardzo niewiele brakowało, żeby faktycznie zaczęła ziać ogniem i wydrapywać oczy wszystkim wokół.
Stres bił od pani Lemieux z taką potęgą, że Winter niemal czuł go na swojej skórze. A trzeba było wiedzieć, że Winter przyciągał czynniki stresowe jak magnes — i pewnie dlatego Tyche postanowiła połączyć ich obu twardym splotem losu.
Pani Lemieux w 70% składała się ze stresu. Winter przyciągał 70% światowych kłopotów. Nowoczesne yin i yang.
Otoczyła go ramieniem jak starego druha i wyprowadziła z zakładu tak szybko, że żaden z jej pracowników nie zdążył zadać jej żadnego pytania. Zatrzaskując za sobą przeszklone drzwi, niemal od razu go puściła.
Drakona węszyła w powietrzu. Pani Lemieux wepchnęła go za śmietnik.
— Czy możesz mi powiedzieć jakim cudem przyprowadziłeś do Nowego Jorku tak ogromną drakonę? — syknęła, błyskając ciemnymi oczami.
— W zeszłym roku był to Minotaur. — Wyszczerzył się kretyńsko. — Chce mi madam może pomóc?
Pani Lemieux ścisnęła dwoma palcami nasadę nosa.
— Byłeś w Obozie Herosów?
— No jasne…
— …chociaż tyle, w takim razie zaatakujemy ją od…
— …jakieś trzy miesiące, potem mi się znudziło.
Drakona zaskrzeczała za ich plecami zdecydowanie zbyt blisko. Chwilę później pazury zaskrobały w ochraniający ich kosz na śmieci.
— Nie mamy czasu — rzuciła, odpinając wyciągniętą wcześniej broszkę, która zamieniła się w niewielki mieczyk niebezpiecznie blisko gardła Wintera. — Posłuchaj, musimy odciągnąć potwora w jakąś mniejszą uliczkę. Tu jest za dużo ludzi. I mój zakład.
— W uciekaniu jestem dobry — jęknął. — Problem w tym, że nie umiem…
Metal za nimi skrzypnął złowrogo. Zaraz potem pani Lemieux i Winterowi ukazał się szkaradny pysk drakony, która podniosła w szponach śmietnik i odrzuciła go gdzieś na ulicę Nowego Jorku niczym papierek.
— Biegnij! — krzyknęła kobieta, popychając go zdecydowanie za mocno. Rzucili się w wąską uliczkę, a zaraz za nimi potwór, z nieco większym trudem próbując przepchnąć ciężkie cielsko pomiędzy murami.
Mimo rozdzielenia smoczysko i tak dziwnym trafem natarło prosto na Wintera. Bogowie jedni wiedzą, czy to sprawka Tyche, czy samego faktu, że Winter pachniał jak maślane krakersy, ale drakona polubiła go zdecydowanie zbyt bardzo. Pani Lemieux zaklęła brzydko, kiedy młodziak rozwrzeszczał się na całą dzielnicę, przyciągając uwagę nie tylko potwora, ale teraz i śmiertelników.
Nie dało mu się zarzucić jednego — biegł cholernie szybko. Chodnik pod jego nogami zaczął się obladzać i Winter wkrótce nieświadomie zaczął po nim się ślizgać. I chociaż na drakonie i jej wielkich łapskach nie zrobiło to większego wrażenia, to i tak szybko całą trójką znaleźli się po stronie zupełnie przeciwnej od zakładu pani Lemieux.
— Hej, przestań to robić! — wrzasnęła do niego kobieta, niezgrabnie ślizgając się po oblodzonym chodniku. Winter rzucił się w przód i wskoczył potworzycy między nogi, kiedy drakona otworzyła pysk i zionęła ogniem, roztapiając dookoła pozostałości jego mocy.
— Robić co?!
— Obladzać! Nie mogę tak walczyć!
— Ja nic nie robię! — jęknął.
Pani Lemieux fuknęła (zdecydowanie mniej przystojnie niż smoczyca) i natarła na potwora. Kierując siłę na prawą nogę, zacisnęła obie dłonie na swoim mieczu i wbiła go potworowi prosto w łydkę.
Jeśli potwory miały łydki.
Piłka w dłoni Wintera wyślizgiwała mu się ze spoconych rąk i na przemian zamieniała to w miecz, to w swój pierwotny wygląd. Blanche przetoczyła się między łapami potwora, niemal zostając zmiażdżona żywcem, kiedy smok obracał się na wszystkie strony, próbując za nimi nadążyć.
— Spróbuj ją dziabnąć w szyję! — rzuciła.
— Tyle że ja nie umiem, madam!
Nie widząc jej ciskającego pioruny spojrzenia, natarł na pysk drakony. Ta pochyliła pysk, rozszerzając żarzące się nozdrza do zionięcia ogniem. I Winter zapewne skończyłby pieczenią, gdyby nie jego idiotyczny móżdżek.
W zasadzie to w ogóle tego nie przemyślał, ale jeśli i tak zaraz miał umrzeć, to lepiej było zrobić cokolwiek niż nic.
W ten sposób piłka Wintera została rzucona prosto w dziurkę od nosa drakony, w locie zamieniając się w mieczyk i wprawiając potwora w takie zaskoczenie, że smoczyca usiadła z wrażenia.
— Coś ty jej zrobił?
— Eee…
Drakona wciągnęła gwałtownie powietrze. Zamknęła gadzie oczy, odsłoniła przed nimi żółte zęby w niezręcznym geście i wykonała ciche, smocze „apsik”.
— Będzie kichać! — krzyknęła pani Lemieux, popychając go w bok.
— No i co z tego? — jęknął. — Na zdrowie, madam drakono?
— Nie, półgłówku, będzie kichać ogniem!
Glutowate nozdrza odwróciły się w ich stronę. Winter pociągnął panią Lemieux tak gwałtownie, że oboje przewrócili się i padli na beton. Chaos, ogień i najgłośniejsze w historii Nowego Jorku kichnięcie. Nie ma to jak umrzeć w glutach.
Problem w tym, że nie umarli. Kiedy Winter otworzył oczy, śnieg był WSZĘDZIE. I momentalnie go oprzytomniał.
Podniósł się, ślizgając na oblodzonym chodniku. Drakona niezaprzeczalnie nadal tam stała, pośrodku zimowego niczego, w pozycji kichającej, z rozwartymi nozdrzami i zmrużonymi ślepiami. Utkwiwszy w lodowej statuetce razem z zatrzymaną w locie (i lodzie) zawartością nosa (włącznie z xiphosem Wintera na przodzie), mogła jedynie patrzeć na padający na jej nos śnieg.
Blanche wpatrywała się to w niego, to w drakonę, nie wiedząc, czy nadal dobywać miecza, czy może go już odłożyć. Podał jej strasznie zimną i strasznie mokrą rękę.
— No, to załatwione. Ale mam taką jedną sprawę, madam. Czy mogłaby madam odkuć jakoś mój miecz? Albo nie, dobra, znajdę sobie nowy. Przypadkiem mogłaby madam wydostać też drakonę, a nie wiem jak to coś powtórzyć.
Pani Lemieux potrząsnęła głową, momentalnie się otrząsając. Szczerze mówiąc, teraz faktycznie przypominała drakonę — z rozmazanym na twarzy tuszem do rzęs, włosami odstającymi we wszystkie strony i poprzyklejanymi do spoconej od biegu skóry i garsonką, która zdecydowanie została chociaż raz zadrapana przez potwora.
— Nie możemy zostawić tego na środku ulicy.
— Zakład komunalny jakoś to uprzątnie. Ciekawe, co widzą śmiertelnicy.
Pani Lemieux westchnęła. Zaraz potem ruszyła wolnym krokiem do drakony i miarowymi uderzeniami swojego miecza odłupała od reszty lodowego posągu xiphos Wintera, rozbryzgując przy okazji trochę smoczych glutów.
— Dziękuję, madam. Jest pani bardzo miła. Do widzenia i miłego dni-...
— Hej, nie, nie, nie. Nie zostawimy smoka w centrum Nowego Jorku — mruknęła, łapiąc go za kaptur kurtki. — Musisz mi pomóc. Odkujemy część posągu. Tylko część. Przebiję drakonę i będzie po wszystkim. Możesz… no wiesz… roztopić kawałek?
— Obawiam się, że to nie działa w dwie strony.
Podniósł lepiący się miecz, bez zbędnego gadania uderzając z Blanche naprzemiennie w jedną stronę boku smoka. Zatrzymali się, kiedy pęknięcie nieco za bardzo się rozeszło. Potem pani Lemieux wcisnęła swój miecz aż po rękojeść, zatapiając go w sercu drakony. Nie minęła nawet minuta, kiedy potwór zamienił się w złoty pył, pozostawiając po sobie odłamki lodu.
Śnieg przestał padać.
— Fajnie się walczyło i w ogóle. Miło mi, że nie umarłem. Przepraszam za najście w zakładzie bukmacherskim, tak naprawdę nie znam się nawet na pieniądzach a ten wielki, brodaty koń w Obozie Herosów kiedyś przypadkowo zdeptał mnie na stołówce.
— Chciałabym odprowadzić cię do domu — rzuciła, zakładając ramiona na piersi. — Drakony chyba za bardzo cię lubią. No i ktoś powinien porozmawiać z twoim… rodzicem.
— Oczekiwanie na prywatną rozmowę w gabinecie Olimpu waha się od miesiąca do trzech lat.
— Zwykłym rodzicem.
Jęknął, ukrywając twarz w dłoniach. Ręce nadal trzęsły mu się od adrenaliny.
— Bogowie, to dlatego, że wszedłem do Pani zakładu? To się już nie powtórzy, obiecuję, madam…
— Przecież powiedziałam, że nie dlatego.
Nerwowo uszczypnął się w ramię.
— Pani wybaczy, madam, ale obawiam się, że mama będzie… zajęta.
— Po pierwsze, jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie madam, to dobrowolnie zaprowadzę cię do kolejnej drakony. Po drugie, jeśli twojej, hm, mamy nie będzie, tylko cię odprowadzę. — Zerknęła na zegarek na ręce. — Mam jeszcze czterdzieści minut przerwy. I tak już nie jestem głodna.
— Dziadek mi mówił, że nie wolno kłócić się ze starszymi…
Oberwał w piszczel.


Blanche?
◇──◆──◇──◆
[1324 słowa: Winter otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Milio CD Kanmi — „Dear Milio Hansen”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Pierwszą zasadą półboskiego przetrwania było to, że półbogowie spali niespokojnie. Milio nie do końca wiedział, czy to dlatego, że wszyscy mają ADHD, czy przez to, że w ich snach totalnie przypadkowo pojawiają się bogowie oferujący im jednoznaczny utarg: ty zrobisz co ja ci każę, a w zamian cię nie oszczędzę. Był pewien, że przynajmniej raz w życiu powiedział mu to Dionizos. Był też pewien, że odpowiedział mu „pierdol się”, pokazał środkowy palec i nieskutecznie próbował wyjść z własnego snu, podczas gdy Dionizos z kamienną twarzą gapił się na niego, jak kopie powietrze. No i był też pewien, że cały plan Dionizosa sczezł, bo jeszcze chodził po tym świecie i żył (albo po prostu Dionizos serio zdecydował się go oszczędzić. Albo, jeszcze lepiej — zapomniał. Nikt nie wmówi Milio, że tysiąclecia alkoholizmu wcale się na nim nie odbiły, skoro on nie skończył nawet osiemnastu i już miał zaniki pamięci jak zawodowy ćpun).
Obudził się może dziesięć minut później. Pociąg nadal turkotał po torze, a Kanmi w najlepsze czytała bliżej niezidentyfikowaną książkę o drobnym druku, której Milio nie przeczytałby nawet mając do dyspozycji wieczność i wspierających go kibiców. Poczuł senny smak w ustach, podniósł więc głowę o kilka centymetrów od ramienia Kanmi, przetarł ręką ramię jej koszulki, żeby zetrzeć z niej ślad po ślinie i oparł się z powrotem.
Cisza. Kanmi bardzo nerwowo i nienaturalnie przewróciła stronę, a chwilę potem znowu się do niej cofnęła, prawdopodobnie zdając sobie sprawę, że w pewnym momencie przestała się skupiać na tekście.
— Sikać mi się chce — wymruczał w jej ramię.
— Nie dotkniesz mnie do końca tej wycieczki, jeśli pójdziesz się wysikać do toalety w pociągu — mruknęła.
— Uuu, boisz się bakterii? Właśnie porządnie cię obśliniłem.
— Kto normalny sika w toalecie w pociągu, Milio? — rzuciła mu wyzywające spojrzenie.
— Ja — powiedział, równie wyzywająco wstając.
Wycieczka do pociągowej toalety przebiegła mniej więcej tak: do najbliższej dłużyła się spora kolejka, w następnej zepsuł się zamek i Milio musiał w sumie przejść trzy przedziały, żeby w ogóle dostać się do kibla. Posiadanie penisa sporo zniwelowało przenoszenie bakterii, a — nietypowe dla cis mężczyzn — mycie rąk sprawiło, że zapach bananowego mydła odciągał od Milio bakterie w promieniu kilometra.
Wrócił na swoje miejsce sporo stron Dumy i uprzedzenia później. Kanmi odsunęła się w okno na tyle, ile mogła.
Przysunął się.
Postawiła między nimi książkę.
Złapał ją za kolano, śmiejąc się sarkastycznie.
— Ha, berek.
Wyprostowała się tak gwałtownie, że Milio momentalnie cofnął rękę. Dopiero kiedy powtórzyła trzy razy: „dobra, dobra, dobra” i z wytrzeszczonymi oczami przyłożyła okładkę książki do ust, zdał sobie sprawę, że może trochę przesadził i wcisnął się głębiej w fotel, odwracając głowę.
Niezręczna cisza zdążyła zapaść jedynie na kilka sekund. Później przez głośniki rozległ się bliżej niezidentyfikowany głos, który ponoć miał wypowiedzieć nazwę następnej stacji. W rzeczywistości dla Milio głos ten brzmiał bardziej jak wybekanie całego alfabetu w ciągu pięciu sekund. Wlepił więc wzrok w tablicę, ale literki na tablicy cyfrowej rozsypały się jak marzenia Żabora o zostaniu astronautą w momencie, kiedy został alkoholikiem. Westchnął i odwrócił się do piszącej coś na laptopie studentki siedzenie dalej.
— Przepraszam, która teraz stacja? Mam słaby wzrok i nie umiem przeczytać.
Jestem herosem i moja dysleksja nie pozwala mi napisać zdania bez trzydziestu literówek, więc udaję, że to specjalny keysmash, poprawił się w myślach.
Uśmiechnął się półgębkiem, a dziewczyna, oderwana od pracy, odwzajemniła uśmiech szerzej, niż Milio w ogóle oczekiwał. Miała tak cholernie białe zęby, że potrafiłby zobaczyć w nich całą swoją świetlaną przyszłość. Odgarnęła kosmyk blond włosów jak bohaterka wattpada i równie romantycznie rzuciła wzrokiem na tablicę pociągu.
— Zaraz będzie stacja Wyandanch — powiedziała.
Nawet nie podziękował. Z dziwnym wyrzutem energii szturchnął Kanmi w ramię, niemal krzycząc:
— Widzisz, to nasza stacja!
Kanmi zamrugała, wciskając palce między strony książki i zamykając ją na nich.
— Milio, wysiadamy w Central Parku.
— Jestem prawie pewien, że ten punkt pocztowy, o którym mówiłaś, jest w Wyandanch.
— Wcale nie.
— Wcale tak.
— Wcale nie.
Jęknął z irytacją.
— To ja wyjdę na Wyandanch, ty w Central Parku i zobaczymy, kto ma rację.
— I co będziesz robił w Wyandanch, skoro mamy wysiąść w Central Parku?
— A ty co będziesz robiła w Central Parku, skoro mamy wysiąść w Wyandanch?
— Różnica polega na tym, że jeśli wysiądziemy na złej stacji, to zgubimy się razem. Przynajmniej nie będzie nudno. A jeśli na dobrej, czyli w Central Parku, to odbierzemy paczkę.
Pociąg zaskrzypiał przeraźliwie, zatrzymując się bardziej dramatycznie, niżeli stojący bez trzymania Milio by tego chciał.
Stacja Wyandanch, rozległo się przez głośniki, jakby złośliwie: bardzo zrozumiale.
Zanim Milio zdążył choćby wyściubić nogę poza przedział, Kanmi chwyciła go za pomarańczową koszulkę Obozu Herosów i z całym impetem swojej dziewczęcej siły umiejscowiła z powrotem na siedzeniu. Impetem siły całkiem niezłej użytkowniczki swojego rzymskiego sztyletu. Heroski, w dodatku. Wyjątkowo boleśnie wbiła mu łokieć w żebra, który skutecznie odebrał mu oddech i umiejscowił w miejscu.
Siedział. Pięć minut, wielce nadąsany, co jakiś czas potrząsając nogą, ręką lub bębniąc palcami o coś w pobliżu na tyle, ile pozwalało mu jego ADHD. A potem Kanmi włożyła mu do ucha jedną słuchawkę z kawałkiem z „Dear Evan Hansen” i Milio udawał, że wcale przed chwilą nie planowała zamachu na jego życie.
Całe trzy i pół piosenki później (Milio jęknął, kiedy Kanmi zastopowała jego ulubione „For Forever” i wyjęła mu słuchawkę z ucha), głos z pociągu obwieścił stację Central Park. Kanmi pociągnęła nadal wielce nadąsanego chłopaka przez przedział, ciągnąc go przy wyjściu, podczas gdy on paranoicznie delikatnie stawiał kroki, żeby nie wpaść na tory. Cholernie pociągi. Był herosem, pokonał kiedyś grupkę Ker podczas misji, sikał w pociągu jak młody półbóg i absolutnie wymiękał, jeśli chodziło o przekraczanie żółtej linii na peronie.
— Kiedy powrotny? — zapytał, kiedy wychodzili z peronu.
Kanmi przezornie zerknęła na krokodylowy zegarek.
— O 19:00 — westchnęła. — Mamy jeszcze sporo czasu.
— Świetnie. Ciekawe co będziemy robić przez tyle czasu w Nowym Jorku.
— Pójdziemy na nogach do Wyandanch, skoro tak zarzekasz się, że źle wysiedliśmy. — Pacnęła go w ramię.
— Prowadź do punktu pocztowego zatem, księżniczko — westchnął, dramatycznie rozkładając przed Kanmi dłonie. — A potem pójdziemy na budki z jedzeniem. Mam całe pięć dolarów. I wcale nie wyciągnąłem ich z kieszeni spodni Żabora podczas robienia prania.


Kanmi? :] missed u
◇──◆──◇──◆
[1005 słów: Milio otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Colina — „Mała syrenka”

PROLOG


Bo on był słońcem, a ja księżycem. Niczym księżyc blask sukcesu odbijam i pokazuje innym, a bez niego niczym jestem.
AKT 1


— Tak myślałem. — Damien przyklęknął tuż przed nim, by obejrzeć ową ranę „otwartą”, cokolwiek znaczyła przedstawiona fraza. Wystająca kość naprawdę dużo mówiła swoim milczeniem, a na słowo warto uwierzyć w takiej sytuacji. — Trzeba będzie obciąć.
— Sądzisz, że to zabawne, tak? Uważasz, że jesteś zabawny? Dupek. — Jęknął, z sił całych zmuszając swoje ciało do bezruchu. Było ono wprost bezwładne, jakby stwardniało w miejscu bolesnym, lekko pobladło. Na jego twarzy malował się rumień malinowy dekorowany łzowymi perłami.
Lerman swoją rękę poprowadził do dolnego końca skrawka materiału, który można by chwilami podkoszulkiem nazwać. Zdjął go i rozerwał wzdłuż na trzy pasma: dwa cienkie i jeden wystarczająco gruby, by owinąć nim rękę. Zwinął w rulony tworzywo i usztywnił nim kość, całość związując ze sobą zupełnie tak, jakby robił to bandażem. Szarość nabyła prawie czarnej barwy z czerwonymi akcentami, nasiąkając dość szybko. Nie mógł się chłopak nadziwić gładkości skóry dłoni greka, które nieumyślnie smyrał od czasu do czasu łokciem, starając się zawiązać supła.
„Rybeńka” zdążył już jednak rozgryźć swoją wargę, próbując powstrzymać się od jakichkolwiek pisków, pojękiwań i innych, przedziwnych objawów kłującego bólu. Nerwowo począł ręką, która mu pozostała badać swoje kieszenie w poszukiwaniu złotej butli, której kropla zabiłaby jednego człowieka. On miał nadzieję, że jego niezrozumienie i intuicja doprowadzą do pewnego sortu ulgi, chwili relaksu i odpoczynku. Colin nigdy przedtem nie spadł z konia i czuł się jak idiota, gdy to się stało. On się jednak swoich błędów nie obawiał, serca bóle wywoływała u niego taka myśl, że ktoś obcy mógł je dojrzeć.
— Już puść, proszę. — mruknął, odnalazłszy butelkę wspomnianą, której korek zdjął prędkim ruchem kciuka i połknął trzy krople. Była to jakby misja samobójcza, ale wolał śmierć od wstydu.
— Używasz jakichś nawilżaczy? — przerwał wyższy ciszę pełną myśli, darując dotykiem ramiona poszkodowanego. On doprawdy nie mógł się powstrzymać od zadziwienia jej teksturą, gładkością i nieskazitelnością, której wyjątkiem były rany, obejmujące całe jego ciało w odstępach kilkunastocentymetrowych.
— Nie mam pojęcia. Dlaczego ciebie to interesuje?
— Żebyś miał zagadkę. Chodź, rybciu, trzeba cię chyba poważnie opatrzeć, co? Może jakieś małe czary-mary?
— Tak, wiesz? No czary-mary. Po prostu przezabawnie, ha, ha! — przedrzeźniał go z miną dość marną. — Ja zdecydowanie poradzę sobie, ale bez ciebie.
— Rybciu, beze mnie ciebie nawet komar będzie w stanie zabić. No, nie bądź tak skromny, dobra? Coś kręcisz. Nie wytrzymasz beze mnie ani chwili, bo jestem pewien, że w głębi duszy marzysz o tym, żebym z tobą został.
— Wmawiaj sobie. — parsknął, rozglądając się niepewnie dookoła. Podniósł się z wilgotnego mchu kłody i ruszył przed siebie. Zdecydowanie wyższy brunet pobiegł za nim, krążąc wokół chłopaka i o mało pięciokrotnie nie potykając się o własne stopy.

[…]


My byliśmy oboje księżycami. On Ganimedes, wielki i świetlny, a ja Europą.


◇──◆──◇──◆
[466 słów: Colin otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]