niedziela, 11 października 2026

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Agatha Christie utrzymywała, że najlepsze pomysły na morderstwa przychodzą jej do głowy podczas zmywania naczyń. Trudno o bardziej wymowne świadectwo wpływu prac domowych na ludzką psychikę. Podczas gdy filozofowie szukali natchnienia w samotności, poeci w cierpieniu, a mistycy w obcowaniu z absolutem, królowej kryminału wystarczały talerze i odpowiednio uporczywa plama tłuszczu.
Można z tego wyciągnąć kilka wniosków. Pierwszy dotyczy twórczej wartości monotonii, drugi cienkiej granicy między codziennym obowiązkiem a fantazją o zbrodni. Trzeci, być może najważniejszy, każe zastanowić się, ilu ludzi uniknęłoby przedwczesnej śmierci, gdyby ktoś po prostu kupił Christie zmywarkę.

Jak śmie ją o to w ogóle pytać? Zresztą, skąd miałaby wiedzieć? Może i znała osobę, która by mogła podać w ciągu minuty liczebność Obozu z podziałem na domki, ale problem był w tym, że jego imię zaczynało się na N, a kończyło na iketas. A do niego z własnej woli nie pójdzie.
Stała więc, z rękami skrzyżowanymi na piersi, oplecionymi naderwaną kurtką. Jeszcze nigdy się tak nie cieszyła ze swojego wzrostu. Jedyne co jej zostało, to górowanie nad Caroline. Tylko w tym zakresie.
— Sporo. Nie wiem dokładnie ile. Musiałabyś udać się na wizytację do, uch, grupowego domku Hermesa.
— O nie, jeszcze tego by mi brakowało. Nie pójdę do Niketasa! — zaperzyła się rozmówczyni.
— Dlaczego?
— Bo nie. — ucięła elokwentnie.
Weronika przestępowała z nogi na nogę, zastanawiając się, ile jej zajmie zmywanie naczyń. Tak szacowała liczbę obozowiczów w danym domku, mnożyła przez ilość, pi razy oko…
— Na pewno dobre pięćdziesiąt osób ruszyło. — oznajmiła Weronika.
— ILE?! Czemu tak dużo? To był tylko głupi egzamin, bogowie! — Caroline załamała ręce, idąc w stronę pawilonów. — I będziemy tak zbierać każdego dzieciaka, po jednym do koszyczka?
Córka Aresa narzekała przez całą drogę. Kilkukrotnie Weronika chciała się wbić jej w słowotok, ale została odrzucona za każdym razem. Frustrowało ją to, więc ukrywała to pod płaszczykiem nadąsanej twarzy. Przynajmniej tego dnia uporządkowała sobie w głowie materiał. Jazda kradzionym samochodem, wbrew pozorom, rozświetlił jej umysł i dał pomysły na parę opowiadań. Kto wie, może napisze recenzję jakiejś książki? Oby tylko przebywanie z tą troglodytką nie stępiło jej sznytu.
Okazało się, że kuchnia, spiżarnia i zmywak były w części piwnicowej, blisko pawilonów jadalnianych. Nigdy się nie zastanawiała nad tym, gdzie są, bo i po co? Była przecież od zdecydowanie szlachetniejszej roboty jak na przykład ustalanie zasad, prowadzenie treningów, granie w szachy, szycie i inne super obowiązki dziecka Ateny. Jej zdaniem Caroline też tu nie pasowała, przecież to było równoznaczne ze wpuszczeniem słonia do składu porcelany. Nawet jeżeli ten słoń miał metr sześćdziesiąt ileś.
Naczynia piętrzyły się niebotycznie. Było ich naprawdę dużo. Dziewczyny przystanęły w progu, mrucząc pod nosem przekleństwa. Wiedziały już, że zostaną tu do nocy, a rano będą zmuszone szukać niedobitków z obławy. Po co tej Caroline studia? Same kłopoty z tego wynikały.
— Myślę, że to trzeba podzielić na sekcje. Tutaj głębokie talerze. — wskazywała ręką na sektory zmywaka. — Tam, w tych wiaderkach sztućce. A tam dalej płaskie talerze. A tutaj… Caroline?
Ta, jak gdyby nic, ominęła instrukcje grupowej i wkładała naczynia do niecki wypełnionej wodą. System kanalizacyjny był całkiem sprawny, zapewne dzięki robocie nimf rzecznych. Odkładała już pierwsze umyte talerze.
— Nie słyszałaś, co ja powiedziałam? Trzeba odłożyć tamte talerze tam, żeby potem wydzielić na naczynia różne pojem—
— Tak w ogóle, skąd pochodzi literatura rosyjska? Bo nie znam tego kraju, jakaś malutka enklawa w Australii? — przerwała jej nagle.
Córka Ateny przystanęła na środku pomieszczenia i lustrowała Caroline. Miała powiedzieć coś już kilka razy, ale nie była w stanie nic wydusić, i co gorsza, zapewne wyglądała jak rybka. Metafora pasowała bardzo do całości sytuacji, w której dwie osoby o twardym charakterze trafiły do zamkniętego pomieszczenia. Tak jak z bojownikami, najważniejszym pytaniem było: kto przeżyje?
Sfrustrowana Weronika fukała coś o braku wychowania i zwierzęcych zapędach dzieci domku piątego. Dalej mamrotała coś o nadawaniu się wyłącznie na wojnę, kiedy porządkowała segmenty. Teraz, zgodnie z jej przewidywaniami, przykry obowiązek pójdzie jej sprawniej. Pomyślała o Caroline jako takim dodatku, DLC wręcz, które ułatwia nieco pracę. Tak długo, jak nie będą wchodzić sobie w drogę.
Co nie wypaliło już po godzinie.
Weronika, przechodząc obok Caroline z paletą umytych naczyń, wycedziła wyniośle:
— „Nie można wymagać od brudu, żeby nie był brudem”. Czechow.
Caroline przerwała szorowanie wyjątkowo paskudnych kawałków jedzenia na jednym z talerzy i odwróciła się do Weroniki, podwijając bardziej rękawy.
— To do mnie, kurwa, było?
Prowodyrka akcji zgarnęła leżący gdzieś na boku brudny talerz.
— Nie, to było do tej wdzięcznej miski ze śladami po guacamole oraz kimchi. Chyba że — wskazała na zawartość naczynia. — Identyfikujesz się z brudem, to nie będę cię powstrzymywać. — uśmiechnęła się ironicznie.
— Uważaj, żeby ktoś ci nie zmył tego uśmiechu z twarzy. — mruknęła ponuro Caroline.
Złapała za leżącą w pobliżu szmatkę. Weronika również się uzbroiła w podobne narzędzie. Przez 10 minut zadawała ciosy, starając się unikać zwodów Caroline. Szczególnie namoczone ścierki stanowiły prawdziwą broń rażenia, bo nie dość, że były szybkie, to trzepnięcie było bolesne. Oraz głośne. Skakały pomiędzy blatami, czyniąc najdziwniejsze parkury. Weronika jeszcze nigdy nie miała takiej satysfakcji, gdy udało się oszukać przeciwniczkę, co poskutkowało całkiem mokrym plaśnięciem ściereczkowego bicza między łopatki. Jednocześnie udało się jej uniknąć ciosu. Prawdziwy rewanż za poprzednie walki.
— Piruetuj sobie dalej, wannabe baletnico.
— Zazdrość ściska wnętrzności dzieciaka Aresa, że brakuje mu gracji? — odpyskowała.
Przeszły do coraz bardziej zaawansowanych strategii, takich jak rzucanie butelkami płynu do mycia naczyń, czy polewanie siebie szlaufami. Dopóki nie usłyszały kroków na schodach. Wtedy, jak gdyby nic, grzecznie stały przy swoich stanowiskach.
Odwróciły się, gotowe przywitać się z Panem D, czy tam Chejronem, ale szybko się rozczarowały. W progu stał grupowy domku Dionizosa, który zajadał się truskawkami.
— Co ty tutaj, pajacu, robisz? — zareagowały jednogłośnie.
Mikołaj uśmiechnął się głupkowato pod nosem.
— Chciałem tylko podziwiać, jak moje ulubione Obozowiczki zmywają gary.
Wygoniły go czym prędko, rzucając w niego zużytymi gąbkami, a nawet talerzem. Rozbił się dość efektownie, a Mikołaj otworzył szeroko usta i czym prędzej czmychnął stąd. Weronika popatrzyła z wyrzutem.
— Nie mam zamiaru płacić za talerz, którego rozbiłaś.
— Oj tam, żeby jeszcze zauważyli jego brak.
Przez chwilę zmywały w milczeniu.
— Pokonałabym cię, gdyby nie on. — Weronika zaczęła się chełpić.
— Sranie w banie. Dopadłabym cię później i nic by cię nie uratowało. Nawet Mikołaj.
— Chyba w twoich najgłębszych snach. Gdybym tylko miała swojego gladiusa…
— Gladius sradius. W pięściach bym cię położyła na deski! — odparła Caroline.
Zamiast walczyć ze sobą i tracić czas, wykorzystywały całą złość z mycia naczyń i dzisiejszej akcji na dziecinne porównywanie, kto by wygrał na jaką broń.
— Wszędzie dałabym z tobą radę. — chełpiła się Leyanall.
— Chyba tylko w walce.
W pewnym momencie Caroline się uśmiechnęła. Weronika nie mogła ocenić, co to był za rodzaj uśmiechu. Ni to złośliwy, ni to zwyczajny. Twardy orzech do zgryzienia. A na pewno nie był to figlarny uśmiech, bo to ostatnie czego oczekiwała od niej. Morozova poczuła nagle wzrok na sobie.
— W walce, prawda? — dopytała Weronika, nieco zestresowana.
— A w takim… O, nożycowaniu?
Uruchomiła trybiki w głowie. Czym, do licha, było nożycowanie? Brzmiało trochę… Krawiecko? Jeżeli to był dobry trop, bo za żadne skarby świata nie mogła sobie przypomnieć znaczenia, to powinna być idealna do tego zadania. Dzieci Ateny nie miały w szyciu równych sobie. W życiu się też nie przyzna, że nie wie, o co chodzi. To już byłaby porażka sama w sobie. Niewiedza nie powinna mieć jakichś głębszych konsekwencji, prawda? Na pewno byłyby mniejsze, niż z tego głupiego pływania, przez które prawie się utopiła.
— Oczywiście, że tak! Nie znajdziesz nikogo lepszego niż ja!
Caroline nagle głośno się zaśmiała. Aż przerwała mycie miski i zgięła się w pół, opierając się o zlew, wciąż się śmiejąc. Jeszcze nigdy Weronika się tak nie skonfundowała.
— Co takiego śmiesznego powiedziałam? — zapytała ze złością.
Gdy ludzie się denerwowali i kłócili się z nią, czuła się jak ryba w wodzie. Znaczyło dokładnie to, że im na czymś zależy. Na tyle, że są w stanie walczyć z nią. Śmiech był zupełnie inną parą baletek. Zwykle oznaczał, że zrobiła coś źle. A naprawdę nie znosiła robić czegoś źle.
— Caroline, na Tołstoja, o co ci chodzi? — wrzasnęła, jednak nie doczekała się odpowiedzi.
Przez następną godzinę zmywała wkurwiona gary. Nawet nie miała ochoty wygłaszać cytatów czy tyrad na temat wychowania. Czy czegokolwiek innego. Niech te talerze się już skończą, były zdecydowanie bardziej męczące niż posiadówki grupowych, na których Niketas dostawał prawo głosu. Czyli zawsze. A Caroline uśmiechała się pod nosem i nawet pogwizdywała. Ten gwizd naprawdę działał na nerwy Rosjanki. Cisnęła ścierką w róg pomieszczenia, kiedy driada zapowiedziała koniec ich męki.
Kiedy wyszły, miała już być kolacja. Parę grupek podeszło do nich w pawilonie (bardziej do Caroline, niż do Weroniki), szczebiocząc coś o pościgu, oraz odnalezionych dzieciakach. Nie było to miejsce dla niej, mało kto chciał z nią poruszać tematy ważne czy intelektualne, toteż zawsze trzymała się na uboczu i skupiała się na jedzeniu. Stała jak taki kołek.
Leyanall narzekała na egzamin, na wariatów jeżdżących nieprzepisowo (nie zareagowała na to), na bezsensowne zapierdalanie za nią (to było faktem, było bezsensowne), ilości talerzy (niech się nie zesra, nie było ich tak dużo) oraz poruszyła temat umiejętności, w których by wygrała z Weroniką (tego już nie mogła przepuścić płazem).
— Tak, zgadza się. Może i byś wygrała ze mną w tych barbarzyńskich broniach, czy innych podobnie troglodyckich umiejętnościach, ale ja wygrałabym w tych… Szlachetniejszych. — tym razem już zareagowała, z wypiekami na twarzy.
— Wiecie, co mi powiedziała? — Caroline zwróciła się do tłumu, z rozbawionym wyrazem twarzy. — O nożycowaniu?
Grupa ludzi nagle wyglądała na nieco bardziej zainteresowaną, a niektórzy też się uśmiechali. Weronika poczuła obowiązek bronienia swojej osoby.
— Phi. Easy peasy, dałabym sobie z tym radę. W tym góruję nad każdym! — warknęła.
Nie spodziewała się reakcji tłumu. Przetoczyła się konsternacja, niektórzy po prostu zaczęli się bezczelnie śmiać tak jak Caroline wcześniej. Ona sama wskazywała kciukiem na Weronikę z wyrazem twarzy „bogowie, ta lasia jest niemożliwa”. Gdyby tylko wiedziała, co to za debilne określenie. Na pewno slangowe, na pewno na jakąś głupią rzecz. Może to była dosłownie walka na nożyczki? Dzieci Aresa były na tyle głupie, że mogła oczekiwać od nich takich wybitnych rozwiązań. Może organizują turnieje „kto pierwszy wybije drugiemu oko ostrzem”?
— Czym to się może różnić od takiego, na przykład, tkania? Tam też są nożyczki. — kontynuowała, a coraz więcej ludzi wesołkowało. — Do tego potrzeba niezłej siły w palcach, a ja ją mam i tak. — dodała dumnie.
Najgłośniej śmiały się głupie pizdy z domku Afrodyty. Ze wszystkich bogów akurat AFRODYTA? To sprawiło, że szybko poczuła się, jakby znowu się topiła. Niebezpieczna strefa. Jeżeli one wiedzą, to czemu ona nie wie?
— Co was tak bawi? Może chcecie się czymś ze mną podzielić, jakimiś wskazówkami? — krzyknęła.
One również zataczały się ze śmiechu momentalnie i kręciły głową. Parę z nich ocierało łzy z twarzy.
— Oj Weronika, Weronika. Nie wszystko można wyczytać z książek jakichś nudnych, rosyjskich umarlaków. — w końcu wykrztusiła grupowa domku dziesiątego. Lepiej, żebyś odkryła to na własną rękę. — Puściła do niej oczko, wciąż chichocząc.
— Na własną rękę? A to trzeba się jakoś rozciągać przed czy można od razu przejść do rzeczy? — dziewczyna była coraz bardziej nabuzowana ze złości. — Regularne treningi są wymagane?
Kolejny raz padły śmieszki, a Weronika miała tego po dziurki w nosie. Jak to dzieciaki mówiły? To był jej trzynasty powód. Głupi angielski, głupi Obóz, głupie debilki z domku głupiej boginki.
Zwróciła się do Caroline, wskazując na nią oskarżycielsko palcem.
— Cokolwiek by to nie było, nie boję się ciebie. Ani bliskiego kontaktu. Wygram z tobą i zobaczysz, dojdę do wprawy szybciej niż ty!
Po czym odeszła z uniesioną głową, zostawiając za sobą te małpiszony o IQ rozwielitki, które miały czelność się z niej nabijać. Już wolała usiąść w domku i rozplanować dzień, szczególnie w sprawie szukania zaginionych bachorków. Do licha, choćby poświęciła całą noc, będzie szukać w książkach lub popyta się rodzeństwa, w co tak naprawdę się wpakowała.
Zamknęła z głośnym trzaskiem drzwi. Tak, aby cały Obóz usłyszał.


Caroline?
────
[1939 słów: Weronika otrzymuje 19 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz