— Dziękuję — wykrztusiła z siebie Lynn, prawie nieświadomie. Jej mózg zarejestrował jakąś grzeczną propozycję, za którą należało podziękować, więc tak zrobiła. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa już nie tak nieznajomej — że nazywa się Arisu, oferuje cień i wodę. Zrozumiała nie tylko formę, ale też przekaz. Na jej wargi wypłynął blady uśmiech.
— Dziękuję — powiedziała raz jeszcze, już w pełni przytomnie, i zaraz dodała, że chętnie usiądzie w cieniu, a bez wody się obejdzie. Na szczęście w pobliżu znajdowała się dogodna ławeczka, stojąca nawet frontem do nagrobka Nalina. Nie potrafiła określić, czy to dobrze, czy źle. Ścisnęła bukiet w dłoniach i przymknęła oczy na chwilę; pierwszy raz od niepamiętnych czasów dzisiejszego poranka nie tańczyły jej za powiekami czerwone plamki. Kiedy je otworzyła, zorientowała się, że Arisu nadal stoi przed nią. Poczuła lekkie zakłopotanie, dziewczyna była dla niej taka miła, a ona ogranicza się praktycznie do pojedynczych sylab. Za zakłopotaniem podążyło zobowiązanie, żeby coś powiedzieć, jakoś zrównoważyć niekompetencję.
— Może też usiądziesz? Ławeczka jest dość szeroka.
Na tak sformułowane pytanie trudno odpowiedzieć "nie". Były tu tylko we dwie, nie było żadnej innej istoty, która mogłaby przenieść tą sytuację na inne tory. Chociaż Lynn powiedziała parę głupstw, ich rozmowa poza tym ograniczała się do konwencjonalnych grzeczności. Po każdym z nich mogłaby się zakończyć, tak samo jak Arisu mogłaby teraz odrzucić jej propozycję. Z jakiegoś jednak powodu brnęły dalej. Czy to dobrze? W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo niekomfortowo się czuła? Jak bardzo za tym dyskomfortem ukrywała się jakaś wewnętrzna chęć, żeby go przezwyciężyć i zobaczyć, co się stanie? Może o to chodziło dziś rano Lynn, kiedy wstała i zdecydowała, że postara się coś zmienić? Może tego brakowało w jej każdej próbie? Może podążała dobrym torem. Koniec końców, nie miała wiele do stracenia. Ta dziewczyna może nagle przestać być miła, wyśmiać ją i uciec, i chociaż uszy Lynn piekły na samą myśl o choćby drobnym upokorzeniu, grymasie drugiej strony w reakcji na jej błąd czy porażkę, co z tego? Zdroworozsądkowo. W Nowym Rzymie od wielu lat nie była dłużej, niż to konieczne, wśród ludzi najwięcej słów wymieniała ze sprzedawcą jaj na targu. Nikt z pewnością nie pamiętał jej imienia na dłużej, niż to było konieczne, jej mały biznesik przynosił tyle rozgłosu, ile pieniędzy — czyli prawie wcale.
— Dziękuję — powiedziała już po raz trzeci. — Za to, że podeszłaś do mnie i… jesteś miła, i trochę ze mną porozmawiałaś. Inaczej bym chyba uciekła stąd, kiedy tylko upuściłam kwiaty. Rzadko przychodzę do brata, choć wiem, że powinnam robić to częściej. Sama nie wiem. Boję się? — zakończyła niepewnym znakiem zapytania, chociaż tego strachu była pewna. Czuła go. Jakby nie chciała ubierać tego przerażenia w słowa i żałowała już na pierwszej sylabie.
────
[443 słowa: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz