Arisu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kobiecie jest słabo zdecydowanie bardziej niż trochę. Przyglądała się, jak osłania oczy dłonią, obserwowała chwiejne ruchy. Co powinna zrobić, jeśli kobieta nagle tu zasłabnie? Nie spodziewała się, by gdzieś blisko kręcił się ktoś, kto będzie mógł jej pomóc. Była niemal pewna, że w okolicy są aktualnie same – przecież już wcześniej zastanawiało ją, że wszędzie jest pusto.
Nie uważała, by jej podejście tutaj było miłe. Czuła teraz wszystko, ale na pewno nie to, że zachowała się mile.
Doskoczyła, by schylić się po bukiet w tej samej chwili, co nieznajoma, ale była od niej minimalnie szybsza (miała w końcu bliżej do ziemi). Nie zrobiła tego w pełni świadomie, raczej jako bardzo głupi odruch, którego od razu pożałowała.
Podniosła ostrożnie kwiaty i od razu się wyprostowała. Krótko przyjrzała się wiązance, chociaż sama nie do końca wiedziała po co; to nie tak, że znała się jakoś specjalnie na kwiatach czy ich aranżacji. Gdyby ktoś ją zapytał, mogłaby powiedzieć tylko tyle, że kwiatki są już odrobinę wczorajsze. Zdecydowanie nie czuła się odpowiednią osobą do krytykowania ich stanu.
– Na pewno wszystko w porządku? – Upewniła się jeszcze, ostrożnie oddając wiązankę z powrotem w dłonie kobiety. Nie chciała trzymać jej zbyt długo.
Wydawała się zbyt osobista, by mógł trzymać ją ktokolwiek inny. Ta myśl wydała się Arisu bardzo głupia i naiwna, ale nie zamierzała teraz z nią walczyć. Trzymała kwiaty sekundę zbyt długo, niż było to konieczne, jakby chciała się upewnić, że na pewno będą leżały bezpiecznie w dłoniach właścicielki.
– Tak, naprawdę.
Arisu nie potrafiła tak całkowicie uwierzyć w te słowa. Przyjrzała się krótko twarzy kobiety, ale zaraz odwróciła wzrok w stronę nagrobka. Grób brata? Przez chwilę czuła dziwny ucisk w żołądku i jeszcze dziwniejszy posmak w gardle. Musiała przełknąć ciężko ślinę i dla pewności cofnęła się z powrotem o dwa kroki. Nie sprawiło to, że poczuła się bezpieczniej.
Pomyślała, że to mogło wyglądać niegrzecznie i irytujący głos Shayela powtarzającego, jak mało jej zachowanie przypomina kapitana, znowu odbił się echem gdzieś z tyłu jej głowy. Powstrzymała skrzywienie się, bo to już na pewno byłoby niegrzeczne bardziej, niż wypada. Kobieta przecież jeszcze nic strasznego jej nie zrobiła. Nie wyglądała, jakby w ogóle miała być w stanie.
Arisu znowu przeskoczyła wzrokiem z nagrobka na nią, żeby potem znowu wrócić do kamienia. Zdawała sobie sprawę, że jak na półboga bardzo rzadko myśli o śmierci. Wiedziała, że niektórzy legioniści Obozu Jupiter nigdy nie wracają, przez kilka lat pobytu widziała, jak wracają tylko ich zwłoki, słyszała, jak umierają mimo starań Cherry. Nigdy jednak nie czuła się z tym bardzo blisko związana. Nie wydawało jej się, by w obozie był ktoś, za kim naprawdę szczerze miałaby tęsknić.
Czy brakowałoby jej ludzi, z którymi razem pracowała na rzecz Kohorty? Na chwilę jej myśli zatrzymały się na pofarbowanym idiocie, z którym wyjątkowo często sprzątała, by zaraz szybko to od siebie odrzuciła. Cieszyłaby się ze świętego spokoju.
– Jestem Arisu – przedstawiła się, z powrotem odwracając się do nieznajomej i tym razem już nie odwracając wzroku. – Jesteś pewna, że nie chcesz na chwilę usiąść gdzieś w cieniu? Mogę przynieść ci wody, jeśli potrzebujesz.
Dziwny ucisk w żołądku nie chciał ustąpić. Arisu odepchnęła od siebie nagłą, irracjonalną potrzebę powrotu do baraku i odpisania na jeden z nieotwartych listów. Powstrzymała tupnięcie nogą, które byłoby zdecydowanie zbyt nerwowe i tylko sięgnęła dłonią, by chwycić pasek od torby, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie wzięła jej ze sobą. Splotła ręce, udając, że od początku taki był zamiar.
I znowu zerknęła na grób. Ile lat ta kobieta żyła już bez obecności brata? Jak sobie radziła? Nie zamierzała szukać tych informacji, a tym bardziej o nie pytać.
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz