niedziela, 12 lipca 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu znowu poczuła w żołądku ten głupi ucisk, który był trochę zbyt duży, by mogła go zignorować, i trochę zbyt znajomy, by nie uznać go od razu za okropnie irytujący. Wręcz nienaturalnie, w ten sposób, w który irytować mogą tylko te rzeczy, które bardzo chce się ignorować, chociaż oczywiste jest, że nie da się tego robić.
Chociaż starała się przekonać samą siebie, że jak najbardziej da się to robić i że nie jest to ani nic dziwnego, ani złego. Oczywiście wiedziała, że jest złe, a na pewno nie do końca dobre, ale do tej pory całkiem skutecznie przekonywała samą siebie, że wcale tak nie jest. Nie tylko ten ucisk, który towarzyszył jej od początku tej dyskusji, ale tez każdy inny, który pojawiał się w najbardziej absurdalnych i nieodpowiednich sytuacjach w jej życiu.
Do tej pory działało całkiem dobrze, więc czemu teraz nie mogła zepchnąć go w odmęty świadomości?
– Chyba… trochę rozumiem – mruknęła, zanim zdołała ugryźć się w język.
Głupia, durna idiotka. Nie miała prawa tak mówić; nie miała prawa rozumieć, a jej relacja z bratem zdecydowanie nie zasługiwała na to, by wyciągać ją na światło dzienne w takiej chwili. Idiota, który nazywał siebie jej bratem, dalej żył. Cholera, od kilku miesięcy mieszkał wcale nie tak daleko, mogła spotkać się z nim, gdy tylko naszła ją na to ochota (pod warunkiem, że akurat mogła wyjść z obozu, rzecz jasna). W żadnym stopniu nie pokrywało się to z sytuacją tej kobiety, chociaż Arisu bardzo długo udawała, że Shayel jest dla niej martwy. Może to było nawet gorsze.
Na pewno było dla niej w jakiś sposób prostsze. Chyba. Teraz już sama nie była pewna. Jej myśli skakały między Shayelem, słowami siedzącej obok kobiety i tym nieprzyjemnym uciskiem, który dalej nie chciał zniknąć i tylko stawał się coraz bardziej irytujący.
Arisu zacisnęła dłonie na ławce, ale pomogło to zdecydowanie mniej, niż miała nadzieję, że pomoże.
– Znaczy… – zaczęła, chociaż usprawiedliwianie się wcale nie brzmiało teraz sensownie, a tym bardziej nie było odpowiednie.
Przeniosła jeszcze na chwilę wzrok na nagrobek. Nie mogła powiedzieć, że jej brat nie żyje. Przez długi czas była to dla niej prawda, ale teraz byłoby to tylko okropne kłamstwo, którego nie mogła powiedzieć komuś, kto sam tkwił w żałobie. Nie mogła powiedzieć, że chciałaby, by jej własny brat nie żył. Nawet nie była pewna, czy to prawda, czy tylko niedojrzałe emocje, do których nie chciała się przyznać. Na pewno byłoby to coś okropnego do powiedzenia w tej chwili, nie musiała być dobra w emocje, by to wiedzieć.
Odetchnęła. Powoli, może nawet trochę zbyt wolno, jakby miało jej to kupić więcej czasu. Te sekundy tak naprawdę nie miały znaczenia. W niczym jej nie pomogły, tylko przedłużały dyskusję, która nigdy nie powinna się zacząć. Kobieta, jak na złość, jej nie przerywała.
– Też mam brata. – Dokończyła w końcu Arisu. – I też kiedyś byliśmy blisko, dopóki nie trafiłam do Obozu Jupiter. Oczywiście, to… nie jest to samo.
Naprawdę nie chciała zabrzmieć jak nieczuła kretynka, która porównuje brata debila do cudzej tragedii. Shayel zasłużył na wszelkie wyzwiska, jakie kiedykolwiek padły w jego stronę, sama zdecydowała, że już jej na nim nie zależy i wszystkie te podjęte decyzje były całkowicie świadome. Nie rozumiała, czemu w ogóle myśli o Shayelu podczas tej rozmowy. Nie zasługiwał na to.
Podobno. Bo mimo to, ucisk w żołądku dalej dawał o sobie znać w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
– Nie wiem, co się stało – kontynuowała, starając się brzmieć spokojnie. – Ale nie zawsze można coś zrobić. Nie… Nie powinnaś się obwiniać.
Czy sama obwiniałaby się, gdyby Shayelowi coś się stało, kiedy z nim nie rozmawiała? Na pewno. On też obwiniałby się, gdyby coś stało się jej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz