Arisu zdarzało się chodzić w miejsca, w których nie była nikomu do niczego potrzebna. Zwykle pozwalało to uniknąć większości niechcianych interakcji z innymi obozowiczami albo po prostu innymi ludźmi i stworzeniami ogólnie.
Nie było to zachowanie godne kapitana statku, a przynajmniej tak pewnie powiedziałby jej ojciec, gdyby wymieniła z nim przez ostatnich kilka lat, chociaż dwa słowa. Shayel czasami wspominał o nim podczas spotkań w San Francisco. O rozmowach, które zdarzało im się prowadzić przez telefon, albo o wysłanych pocztą książkach. Nigdy jednak nie naciskał na Arisu, by sama skontaktowała się z ojcem. W końcu Shayel też nigdy nie odzywał się do niego pierwszy. Po prostu nigdy nie byli dobrymi dziećmi.
Nie uważała, by wina leżała po stronie ojca. Starał się, kiedy jeszcze podróżowali razem, wyciągał ją z kłopotów, w które wpadała, równie często co Shayel. Pomagał też samemu Shayelowi. Po prostu ich światy były za bardzo od siebie oddalone. Arisu zwykle myślała o tym jak o naturalnym rozwoju relacji. Ojciec był zapracowany. Shayel był zajęty badaniami. Ona była w cholernym obozie dla półbogów, w którym kazali jej sprzątać toalety i naprawiać akwedukt, bo debil-półbóg nie potrafił wywiązać się z obowiązków, a centurionka uznawała trzymanie ich razem za świetny pomysł.
Jakimś cudem z nich wszystkich to ona skończyła najgorzej.
Podniosła głowę, przesłaniając oczy dłonią przed promieniami słońca, które przebiły się między gałęziami. Było ciepło, sucho. Na wszelki wypadek zawiązała na głowie chustkę, jedno z kolejnych przyzwyczajeń, które mimo upływu lat dalej z nią zostało.
Oceniła okolicę krytycznym wzrokiem. Dotarła aż do cmentarza. Ze wszystkich dostępnych miejsc, tego raczej nie odwiedzała często. Nie miała powodu. Pozostawiała to tym, którzy faktycznie czegoś szukali.
Przez chwilę myślała, by zawrócić, ale ostatecznie ruszyła dalej. To, że przyszła tu akurat pogrążona w myślach o ojcu i bracie, wywoływało w niej pewien rodzaj dyskomfortu, o którym nie chciała myśleć i nigdy nie zamierzała się do niego przyznać. To przecież było głupie.
Wokół było cicho i pusto. Arisu do tej pory nie poświęcała temu zbyt wiele uwagi, ale teraz zastanawiało ją, jak często inni chodzą na cmentarz. Czy to obozowicze, czy mieszkańcy Nowego Rzymu. Raczej nie miało to żadnego praktycznego znaczenia, ale jakoś nie mogła pozbyć się tej myśli.
Była pewna, że Shayela zainteresowałoby to miejsce. Interesowało go wszystko, co związane z historią i obrzędami. Może powinna rozejrzeć się dokładniej. Mieć coś do powiedzenia, gdy znowu się spotkają. Jeśli się spotkają.
Jej wizyty w San Francisco nie były regularne, a tym bardziej nie były częste. Nie widziała się z bratem co tydzień, w sumie to nawet nie raz w miesiącu. Może miała taką możliwość, ale dalej nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, że ma go niemal na wyciągnięcie ręki. Nie chciała też pokazywać mu, że naprawdę cieszy się z jego dłuższego pobytu w mieście.
Dalej była na niego zła.
Zerknęła na mijane groby. Nie było ich wiele, sam cmentarz był raczej malutki. Widywała dużo większe. Nie sprawdzała, do kogo należą, bo to byłoby niegrzeczne. Podobno. Nie musiała się z tym zgadzać.
Przystanęła, omijając drobną gałązkę na samym środku ścieżki. Przed jednym z nagrobków stała kobieta, na którą normalnie pewnie nie zwróciłaby żadnej uwagi. Za tę zmianę obwiniała czające się z tyłu głowy słowa ojca. Może źle świadczyło o niej samo to, że były jej potrzebne, by się zainteresowała. Prawdopodobnie tak było. Nie była pewna, czy to cokolwiek zmienia – nigdy nie uważała się za dobrą osobę.
Kobieta wyglądała słabo. Na tyle słabo, by Arisu faktycznie zaczęła się nad tym zastanawiać, zamiast po prostu po cichu się wycofać. To też nie było zachowanie kapitana, ale nie miała teraz czasu, by jeszcze bardziej się nad tym zastanawiać i obwiniać siebie lub kogokolwiek innego. Chociaż bardzo lubiła obwiniać brata o zło całego świata.
Przyjrzała się długim, splątanym włosom kobiety, dużo wyższej od samej Arisu. Potem wychyliła się ostrożnie, by zerknąć na grób, przed którym stała. Z tej odległości nie mogła nic dostrzec, co okropnie ją zirytowało.
– Przepraszam? – odezwała się, nim doszła do wniosku, że to głupi pomysł.
Wydawało jej się, że ją wystraszyła. Kobieta odwróciła się do niej i dopiero teraz Arisu zauważyła trzymane przez nią kwiaty. Być może właśnie przeszkodziła jej w zadumie nad grobem bliskiego.
Arisu prawie zrobiło się głupio. Cofnęła się pół kroku. Usłyszała pod butami trzask gałązki, na który chyba obie podskoczyły.
– Przepraszam – powtórzyła, unosząc dłoń, ale zaraz opuszczając ją luźno wzdłuż ciała. – Nie chciałam przeszkadzać.
Nie była pewna, czy mówi prawdę. Gdyby nie chciała przeszkadzać, to odwróciłaby się na pięcie i bez słowa odeszła, nie przeszkadzając nieznajomej. Shayel i ojciec powiedzieliby, że po prostu się zmartwiła, ale czy naprawdę tak było?
Raczej była po prostu wścibska i brakowało jej taktu.
– Słabo wyglądasz – dodała od razu, jakby to miało ją usprawiedliwić. – Jestem z Czwartej Kohorty w Obozie Jupiter. Chciałam upewnić się, że wszystko w porządku.
Zabrzmiała poważnie, zdystansowanie. Jakby wcale nie była to wina jej prywatnego zaciekawienia.
────
[800 słów: Arisu otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz