wtorek, 1 września 2026

Od Judasa CD Havu — ,,Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA


— To trochę skomplikowane.
Havu tylko zamrugał na niego. Widać było po nim, że za moment będzie miał dość tajemnic i zacznie czuć się wykorzystywany, bo w końcu nic dla siebie nie ma z przybycia tutaj, a na dodatek został nazwany cholernym księdzem. Jest zdezorientowany, zagubiony, nikogo nie zna, Judas mu wcale w tym nie pomaga, nawet nie wie, czyja to jest rocznica i boi się, co zacznie sobie myśleć matka księdza — choć jest to irracjonalny, bezsensowny strach, wynikający z tego, że ktoś zacznie poświęcać mu swoją uwagę, że stanie się obiektem zainteresowania.
Pociągnął go do długiego stołu. Usiedli obok siebie, przy pięknym obrusie, wielu przystawkach i kieliszkach czekających na krople alkoholu. Za moment miały zostać rozdane posiłki, ale na ten moment na stole znajdowały się tylko małe przystawki, typu lekka sałatka czy roladki. Havu nie wiedział, co zrobić z rękoma i właściwie całym sobą, dlatego mógł tylko obserwować otoczenie, udając, że wcale najchętniej by nie wyszedł. Nawiązał przypadkiem kontakt wzrokowy z matką mężczyzny, która burknęła coś pod nosem i odeszła, dołączając do rozmawiającej grupki osób.
— Twoja matka chyba cię niezbyt lubi — zaśmiał się Havu, nie zastanawiając się nawet, czy było to odpowiednie.
Syn Formido zbył te słowa milczeniem. A podobno tak mu zależało, aby poszedł z nim, dlatego nie mógł zrozumieć takiego zachowania i tej uciążliwej niedostępności.
— Czekaj… twój brat… — Zmrużył oczy, bezceremonialnie wpatrując się w dwójkę mężczyzn. — Dlatego mi nic nie mówiłeś?
— To skomplikowane.
— Och, to ty jesteś cały skomplikowany. Nie mówiłeś nic o swojej rodzinie.
Już wiedział, o co chodzi. Dwójka ubranych w garnitury mężczyzn śmiała się ze sobą, żwawo o czymś rozmawiając i ukradkiem dotykając swoich dłoni. Dało się szybko poznać, że są ze sobą blisko. Bardzo blisko. Bliżej, niż są bliscy sobie przyjaciele. Havu nie powiedział nic więcej — to nie tak, że był zszokowany czy nie chciał dowierzać, ale jednak informacja o tym w jakiś sposób wpłynęła na jego postrzeganie. Oparł się sztywno o krzesło.
— Ma to coś do czynienia z tym że tak długo nie widziałeś swojej rodziny? — Podjął temat, dość szorstko.
— Nie… raczej — odparł, spuszczając głowę, jakby unikał spojrzeń innych. — Trochę to na to wpłynęło, ale… — westchnął — nie, to nie jest to.
— Już widzę, czemu tak mnie tu potrzebowałeś — parsknął. — Tak bałeś się tu przychodzić sam?
— Dziwisz się? — Z bólem przyznał mu prawdę. — Zacząłem zapominać, jak on wygląda.
W odpowiedzi spuścił głowę. Parę innych osób także przysiadło do długiego stołu — niektórzy zerkali na Judasa i jego osobę towarzyszącą, ale szybko zajmowali się sobą. Ksiądz siedział nieco skulony, nawet nie patrząc na własnego brata, podpierając policzek dłonią, jakby się zasłaniał, ale siedzieli na tyle blisko pary, że nie dało się uniknąć zauważenia go przez Jonasa. Mimo tego albo go rzeczywiście nie spostrzegł, albo udawał, że nie pamięta o jego istnieniu — czy to na pewno on mu wysłał zaproszenie, czy matka? Nie wyglądała na zadowoloną, że go tu widzi, dlatego musiał to być on. Ale jaki był w tym sens, skoro od zawsze tak go nienawidził, gardził nim, mówił wprost, że pragnie, aby Judas poszedł do diabła albo zdechł. Stwierdził w końcu, że najważniejsza jest sama jego obecność i nie ma znaczenia, czy będzie rozmawiał z rodziną, czy nie, choć w sytuacjach takich spotkań był zawsze rozmowny i stawał się centrum uwagi. Bo trudno było nie zwrócić na niego uwagi, na tę charyzmę, wygląd i samą manierę, z którą się porusza i z którą mówi. Tym razem musiał tylko wytrzymać tę parę godzin, aby znowu zniknąć i znowu nie widzieć rodziny na (prawdopodobnie) kolejnych parę lat. Wszystko było tylko formalnością. Udawaniem, że jakkolwiek są jeszcze połączeni, choć jego matka mogłaby temu zaprzeczyć, skoro, jak to zawsze mu wygarniała, Judas ma innego ojca, który ich zostawił i to go przekreśla jako jej syna.
Napili się wytrawnego wina, na którego cierpki smak rudowłosy widocznie się skrzywił. Zakrył usta, gdy półbóg na niego spojrzał. Wniesiono toast, syn Formido coraz bardziej żałował swoich decyzji, chciał stąd wyjść albo przynajmniej zapalić papierosa — ale co, jeśli zauważą jego NIEobecność? Mogłoby to być nieodpowiednie. A co, jeszcze gorsza, ktoś mógłby go zaczepić. Pozostał więc w miejscu, choć ochota na papierosa zaczęła go męczyć, a noga zaczęła niekontrolowanie podskakiwać mu pod stołem, jakby go coś opętało.
Gdy wszyscy zajęci byli rozmowami, skupieni na jego bracie, już miał zamiar złapać Havu za rękę i choćby na chwilę stąd pójść. Nie mógł znieść widoku Jonasa, któremu poświęcano tyle uwagi, a tym bardziej nie chciał łapać z nim kontaktu wzrokowego. W tej chwili jednak zaszła ich od tyłu młoda, śliczna dziewczyna, położyła dłoń na ramieniu Havu i uśmiechnęła się do niego słodko, z zapytaniem, czy wyjdzie z nim na parkiet. Speszony rudowłosy spojrzał najpierw na Judasa, potem na nią, z powrotem na Judasa, ale chyba stwierdził, że nic mu to nie szkodzi i ksiądz został sam ze sobą, na dodatek poddenerwowany jej propozycją i brakiem wsparcia. I nie chodziło tym razem o to, że to nie on dostał taką propozycję.
Nie patrzył na ich dwójkę, a raczej starał się tego nie robić, przez co zgubił ich z pola spojrzenia. Przeczekał chwilę, a potem, wykorzystując zamieszanie i gwar, stanął z krzesła i poszedł szukać Havu, nie będąc w stanie dłużej zdzierżyć tej samotności.
Obawiał się, że ten rozpłynął się w powietrzu, bo przecież tak nietrudno jest spostrzec jego miodowe loki, a po nich nie było ani śladu. Nawet bez tego, wnętrze było w stanie poprowadzić go w stronę drugiego, jakby połączeni byli niewidzialną nicią, ale tym razem ta się zerwała i prawie jak zagubione w markecie dziecko rozglądał się wokół, szukając mężczyzny. Musiało minąć kilka trudnych minut, nim go znalazł w towarzystwie tej kobiety, która zaprosiła go do tańca. Nie zastanawiając się, co ktoś może pomyśleć, po prostu złapał go za ramię i wyprowadził od ludzi, zabierając w bardziej przestronne, cichsze miejsce, w którym on sam mógł odetchnąć. Oparł się o przeciwległą do rudowłosego ścianę, wzdychając głośno.
— Co jest? Wszystko w porządku? — spytał o to, jakby właśnie go nie zostawił na pastwę losu.
— Nie sądziłem, że potrafię czuć się wyczerpany ludźmi — powiedział, na co Havu parsknął i uśmiechnął się miękko, pomimo widocznym na twarzy Judasa grymasie.
— Wystraszyłeś się, że cię tam zostawię?
Nie wiedział, czy się wystraszył, czy po prostu poczuł zazdrosny — ale i tak dopiero poczuł, jak spięty wtedy był, gdy odzyskał Havu. Ścisnął talię mężczyzny, przyciągając go do siebie tak, że nie zostało między nimi ani milimetra odległości. Rudowłosy odwrócił od niego wzrok, bacznie obserwując otoczenie.
— Nie wiem, jak się w tej sytuacji czujesz — przyznał szczerze.
— Nie musisz.
— Może powinienem.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Judas go uciszył, łącząc ich usta w lekkim pocałunku. Zawahanie ze strony Havu zostało szybko rozwiane przez drugiego mężczyznę, który bardziej przycisnął go do siebie, nie chcąc puszać — co, jak znowu mu zniknie? Poczuł, jak ciepło z jego ciała przechodzi na niego i aż oblał go strach, że znowu, jak to Havu miał w zwyczaju nie raz robić, odsunie się i zostawi go zziębniętego.
— Masz zamiar z nimi rozmawiać? — spytał jednak, a mężczyzna pocałował go w brodę.
Nie odpowiedział, a zachłanne usta zeszły niżej, przez co uwięzionego w uścisku mężczyznę oblazły gorące drgawki. Byli w na tyle ustronnym miejscu, że trudno byłoby ich zauważyć, ale nadal było ryzyko, że ktoś może ich zauważyć, idąc, chociażby, do toalety obok. Judasowi to wręcz nie przeszkadzało, a nawet przeciwnie, chciał poczuć ten dreszcz lekkiej adrenaliny i najwyraźniej Havu odczuwał to samo, bo odwzajemnił dotyk księdza, wypuszczając przy tym powietrze z płuc, delektując się tym, jak mokre wargi dotykają jego szyi.
Zagłębił twarz w ramieniu Havu, a niechlujnie ułożone włosy połaskotały tego w skórę.

 
Havu?
────
[1249 słów: Judas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz