ZIMA
Słysząc słowa kobiety, Caroline niemal machinalnie złapała się za lewy nadgarstek, gdzie na jedną z bransoletek miała nawleczone dwa obozowe koraliki zamiast charmsów. Nie był to może najlepszy design, ale lubiła je mieć przy sobie. Inaczej zapewne w końcu by je zgubiła, a tego za wszelką cenę chciała uniknąć. Może i nie spędziła w Obozie Herosów nie wiadomo jak wiele czasu, ale i tak wspominała go dobrze (w większości przypadków), więc gdyby straciła pamiątki, na pewno byłoby jej przykro.
Szybko jednak otrząsnęła się z zamyślenia, bo pod drzwiami restauracji w tę i z powrotem przechadzała się zdecydowanie bardziej nagląca sprawa. A właściwie przechadzała się, kiedy Caroline spojrzała tam ostatnim razem, bo teraz znowu chodnik był pusty. Przez chwilę mignął jej tylko koniuszek końskiego ogona i nagle po potworze nie było żadnego śladu. I tak się spięła, przelotnie zerkając na swój telefon wciąż leżący przed nią. To by było na tyle z wierzenia w to, że głupi ma zawsze szczęście. Powolnym, nawet odrobinę skruszonym ruchem, wrzuciła komórkę z powrotem do torebki.
— Jestem Caroline — powiedziała najpierw, chcąc zachować resztki cywilizowanych zachowań, zanim coś rzuci się na nie z pazurami. Choć może powinna powiedzieć, że rzuci się na nie z kopytami.
W pierwszej kolejności wyciągnęła do kobiety rękę, a dopiero potem przypomniała sobie, że to starsza osoba zawsze pierwsza powinna podać dłoń. Ojciec na pewno by ją za to zrugał, no ale kurwa, to przecież była sytuacja kryzysowa. Nie mogła jednocześnie myśleć o stworze na ulicy i zasadach etykiety. Ten jeden raz powinno jej zostać wybaczone bycie niewychowaną gówniarą.
— Blanche — odpowiedziała tylko kobieta, krótko, ale mocno ściskając jej dłoń. Najwyraźniej albo postanowiła jej wybaczyć, albo była zbyt skupiona na innych kwestiach, żeby zwracać uwagę na takie bzdury.
Caroline przez chwilę starała się rozszyfrować, jak w ogóle zapisuje się takie imię, ale szybko się poddała. Brzmiało na tyle obco, że musiałaby chwilę popracować nad tym, żeby poprawnie je powtórzyć, więc wiedziała już, że jakoś będzie musiała z tego wybrnąć.
— Wracając — zaczęła Blanche, zwracając tok myśli dziewczyny znów na poprawny tor (z jakiegoś powodu była strasznie rozkojarzona, a to kiepska wiadomość, bo akurat tego dnia mogła przypłacić za to głową). — Na pewno masz świeższe wspomnienia z tego, czego nas uczyli. Rozpoznajesz to… stworzenie? — zapytała, z powrotem chowając klucze do kieszeni.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Coś tam jej się obijało po głowie o potworku, który wyglądał, jakby lew z koniem zrobili sobie dzieciaka, ale na żywo go chyba w życiu nie widziała, więc nigdy nie czuła potrzeby, żeby się czegoś więcej o nim dowiedzieć.
— Leuko… cyt…? Nie, nie, to krwinka — mruknęła pod nosem raczej do siebie, niż do kogokolwiek innego. Zmarszczyła się jeszcze bardziej i lekko potrząsnęła głową. — Na pewno coś na l, więcej nie pamiętam. Za to na pewno wygląda, jakby było zdolne poodgryzać nam głowy jednym kłapnięciem.
Niestety wszystkie zajęcia z jej rodzeństwem, które nie dotyczyły napieprzania się mieczami i/lub włóczniami były… niezbyt owocne. Ciężko się na czymkolwiek skupić, kiedy wszyscy dookoła rozmawiają i nawet nie starają się szeptać, bo wiedzą, że satyrowie prędzej spieprzą w podskokach, niż zwrócą im uwagę. Teraz pomyślała, że trzeba jednak było siadać w pierwszym rzędzie i słuchać.
Wciśnięte w wewnętrzną kieszonkę torebki miała białe, brokatowe kieszonkowe lusterko, które w razie potrzeby zamieniało się w jej ukochane verutum, ale odkąd ostatnim razem opuściła obóz, jakoś nie zdarzyło się, żeby musiała z niego korzystać. Tym bardziej na ulicach miasta. Zachciało jej się telefonu do scrollowania Instagrama, to teraz musi za to płacić. Z jednej strony szkoda, że wciągnęła w to jeszcze kogoś innego, a z drugiej, przynajmniej nie będzie musiała stoczyć tego pojedynku sama.
— Niestety cokolwiek to jest, na pewno czeka na nas w najbliższym zaułku — zauważyła Blanche, nieznacznie marszcząc brwi. — Na pewno podąży za którąś z nas, więc najlepiej będzie zająć się tym od razu.
Caroline westchnęła. Jak nie urok, to sraczka. A raczej jak nie ujebany egzamin, to śliniący się potwór.
— No dobra — powiedziała, machając ręką do jednego z kelnerów. — Poproszę rachunek!
────
[654 słowa: Caroline otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz