Lokal, w którym się znalazła, nie był tym, czego się spodziewała po spotkaniu służbowym. Biznesmeni, z którymi miała na co dzień do czynienia, zazwyczaj wybierali znane, drogie restauracje, pragnąc uwydatnić przed nią i przed innymi swój status społeczny i majątek. Leviticus Smith, prezes zarządu spółki BETter Inc., stanowił jednak wyjątek od tej reguły. Zaprosił ją do niewielkiej knajpy ulokowanej nieopodal kampusu jednego z nowojorskich uniwersytetów.
Pan Leviticus wielkimi krokami zbliżał się ku emeryturze. Większość rozmowy spędził, chwaląc się domkiem na Malediwach, który niedawno kupił i w którym zamierzał dożyć końca swoich dni. Mimo to Blanche odchodziła od stołu zadowolona. Pan Smith obiecał, że podczas najbliższego walnego zgromadzenia zarządu spółki poprze jej kandydaturę na swojego następcę. Z jego protekcją i błogosławieństwem Tyche, prawdopodobnie miała tę posadę już w kieszeni.
Zarówno wystrój i atmosfera, jak i smak samych podanych w tym miejscu dań przypadł jej do gustu na tyle, że kierując się ku drzwiom, planowała już zaproszenie tu Keen na spontaniczną randkę. Świętowanie nadchodzącego awansu stanowiło całkiem niezłą wymówkę. Może nareszcie zdobędzie się na wyciągnięcie pierścionka i zadanie tego jednego, niezwykle ważnego pytania.
Była w dobrym humorze, którego, jak sądziła, nic tego dnia nie będzie już w stanie jej zepsuć. Powinna była jednak wiedzieć, że przychylność jej matki była stanem zmiennym i często zdawała się działać wręcz na opak.
Zaczęło się dość niewinnie. Gdy przechodziła obok jednego ze stolików, jej spodnie garniturowe zostały oblane zawartością przewróconej szklanki. Dziewczyna, która od razu przeprosiła i wyciągnęła w jej stronę paczkę chusteczek, zdawała się mniej więcej w wieku Wintera. Niska, o długich, lśniących włosach i dużych czekoladowych oczach. Coś w rysach jej twarzy przywoływało w jej wspomnieniach inną nastolatkę sprzed dwóch dekad. Odgoniła ten obraz szybko, nie chcąc pozwolić mu zniweczyć jej wyjątkowo dobrego dnia.
— Spokojnie, nic się nie stało, zdarza się najlepszym — odparła z delikatnym uśmiechem. Z wdzięcznością chwyciła oferowane jej chusteczki. — Pozwól, że przycupnę tu na chwilkę, żeby wytrzeć spodnie, dobrze?
Gdy otrzymała pozwolenie, usiadła na skraju krzesła naprzeciwko dziewczyny i zabrała się za szybkie wycieranie zmoczonych nogawek. Nie inicjowała konwersacji, mimo pogody ducha nie miała w zwyczaju zagadywania przedstawicieli młodzieży, którzy prawdopodobnie czekali na towarzystwo i nie potrzebowali jej zaczepek. W kilka minut doprowadziła się do przyzwoitego stanu i wstała.
— I już, po kłopocie — zapewniła jeszcze z kolejnym serdecznym uśmiechem i chwyciła swoją torebkę, gotowa do wyjścia. Tym razem, miała nadzieję, już bez żadnych nieoczekiwanych przygód. — Życzę smacznego i miłego dnia.
Zdołała jednak wykonać zaledwie jeden krok, ponieważ spojrzenie na przeszklone drzwi frontowe zdołało ją skutecznie zamurować. Oto przed lokalem wte i wewte przechadzał się stwór stanowiący połączenie konia i lwa. Rytmicznie machał końskim ogonem, a kopyta zapewne stukały o bruk jak w jakiejś sielankowej scence. Czerwone ślepia wpatrywały się jednak złowrogo w głąb lokalu, prosto na nią. Świetnie.
Nie udało jej się powstrzymać gwałtownego wdechu, który zwrócił uwagę czarnowłosej dziewczyny. Wzrok nieznajomej powędrował ku drzwiom, a z jej ust wydobył się podobny odgłos, a po nim ciche przekleństwo. To zwróciło uwagę Blanche. Spacerujący chodnikiem przed restauracją śmiertelnicy nie przejmowali się zbytnio stworem. Szczęśliwcy, których wzrok nie przenikał przez woal Mgły, zapewne widzieli dużego psa lub co najwyżej kucyka. Nastolatka zaczęła jednak gorączkowo szukać czegoś po kieszeniach.
Elementy układanki w głowie Blanche od razu wskoczyły na odpowiednie miejsca. Potwór nie przyszedł tu po nią. Zwabiła go ta nieznajoma. Młodsza, być może zrodzona z potężniejszego bóstwa. Na stoliku leżał telefon, który równie dobrze mógł być wabikiem na wszystkie nieszczęścia tego świata. Czy Chejron naprawdę już niczego ich nie uczył w tym obozie?
Zanim ponownie wyjrzała na zewnątrz, stwór jakby nagle zmienił zdanie i odszedł, znikając za zakrętem. Nie uznawała tego jednak za koniec zagrożenia. Potwór zapewne czaił się na nie, by zaatakować, gdy opuszczą to miejsce. Wysilała głowę, by przypomnieć sobie jego nazwę i jakiekolwiek inne informacje na jego temat, jednak najwidoczniej i w jej przypadku nauki szlachetnego centaura poszły w las. Ona przynajmniej miała jednak wymówkę upływu prawie dwóch dekad, odkąd ostatnio słyszała jego wskazówki.
Westchnęła i ponownie zajęła miejsce naprzeciwko młodej heroski. Nachyliła się ku niej i ściszyła głos.
— Sądząc po twojej reakcji na widoki za oknem, wydaje mi się, że mogłyśmy uczęszczać na ten sam letni obóz — mruknęła i, dla poparcia swoich słów, wyciągnęła z torebki pozostałości starego naszyjnika z czterema koralikami służącego jej teraz jako brelok do kluczy od mieszkania.
Uważnie przypatrywała się dziewczynie, oczekując na jej reakcję. Jeśli instynkt jej nie mylił, będą musiały współpracować, jeśli chciały bezpiecznie wrócić do swoich domów.
────
[734 słowa: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz