środa, 7 maja 2025

Od Violet CD Lairy — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

Laira nie rozumiała. Ona była zaprawiona w boju, jakby wychowała się w morzu przyjaźniąc się z rybami. Wędkarstwo płynęło w jej krwi od bardzo dawna i gdyby jej nie znała, pomyślałaby, iż ma sporo wspólnego z Posejdonem. Była silna, odważna, zaradna a Violet? A Violet miała odruchy wymiotne na widok obślizgłego, ohydnego stworzenia łypiącego na nią ogromnymi oczyma, wprawiając w uczucie obrzydliwości. Te ciary nie miały źródła w strachu, a w obrzydzeniu, przez które wolała trzymać się z daleka od tego, co zawisło na wędce.
Oczywiście, Laira miała z niej polewkę życia, choć okazuje się, że niewystarczającą. Ruda postanowiła, że dobije przyjaciółkę bujaniem łodzią, kiedy ta jeszcze nie odtajała po incydencie z rybą… karpiem, leszczem… czymkolwiek to było. Znów testowała jej cierpliwość, jakby nie zrobiła tego na początku ich znajomości; jakby po okrąglutkim miesiącu nie znała jej granic, które zazwyczaj były nadzwyczaj szerokie.
Zaś ta jedna, jedyna osoba przekroczyła je po raz drugi. Nie mogło się to obejść bez zemsty. To nie była zemsta idealna - wręcz impulsywna, starająca się nie wykorzystywać gwałtownych ruchów, aby nie poruszyć łodzi aż za bardzo i nie doprowadzić do mokrej tragedii. Violet jednak nie wzięła pod uwagę jednej kwestii, mianowicie nie zapomnieć w kulminacyjnym momencie o tym, że nawet jak miała jedynie wystraszyć koleżankę - to nie był dobry pomysł, o nie.
Właściwie, Violet nigdy nie uczyła się pływać. Ominęła sporą część lekcji basenowych w szkole z powodu kontuzji i jakoś nie myślała o tym, żeby nauczyć się pływać w indywidualnym zakresie. W tym momencie, próbowała jedynie robić “coś” z wodą z pomocą magii, byle nic nie przyciągnęło ją na dno. Widziała, jak Laira chwyta za burtę i podciąga się z łatwością do środka. Zanim jednak odetchnęła, musiała jednak pomóc czarownicy wgramolić się na górę.
Poczuła się jak w windzie, kiedy nagle ramie rudej wciągnęło ją na tyle, że sama mogła usiąść u brzegu ich niezawodnego środka transportu. Skuliła się ma deski, dysząc ciężko z wysiłku.
— Poradziłabym sobie.
— Ta, jasne — Córka Hefajstosa prychnęła, machając delikatnie płomykiem, wywołanym po to, aby nieco się osuszyć. Z jakiegoś powodu zaczęła od włosów. Violet miała wrażenie, że lada chwila z miedzianych kudłów stanie się popiół. — Trzeba było lepiej przemyśleć tą zemstę, cukiereczku.
Milczała, zajmując się jedynym sensownym zajęciem, jakiego mogła się w tym momencie podjąć - osuszaniem. Choć płomyk z jej magii wydawał się być łagodniejszy, niż moc prosto z kuźni boga ognia i kowali.
Nagle zadźwięczały jej w uszach słowa, które padły nim ich spokój i melancholia zostały brutalnie naruszone. “Chcę, żeby lato się nie kończyło” - powiedziała Laira. Choć Violet przyznała jej rację, miała jednak tą bolesną świadomość, że niedługo się skończy. Z tą myślą przybyła również świadomość, iż równie mało pozostało im dni do odejścia z obozu. Poczuła dziwne ukłucie w klatce piersiowej na myśl o pożegnaniu się z bratem, siostrą, przekochanymi Sony, a nawet Lairą? Na usta nasunęło jej się jedno pytanie.
— Umm… Laira? — Czarodziejka przybliżyła się ostrożnie i powoli do przyjaciółki. W międzyczasie ognik z czarów Hekate dmuchał na jej krótkie włosy.
— Co tam? — zapytała łagodnie, jakby zapomniała, że Violet przed momentem przesadziła z odgrywaniem się na niej.
— Właściwie, jakie masz plany na przyszłość? No wiesz, po obozie i w ogóle?
Dziewczyna milczała długo, zastanawiając się nad odpowiedzią. Z jej aury mogła wyczuć zmieszanie, niechęć; może nawet ciut smutku? W każdym razie, pożałowała tego pytania.
— Najpierw ty powiedz.
— Najłatwiej byłoby studiować coś, w czym miałabym przewagę dzięki swoim boskim umiejętnością. Może psychologia? Wiem, że coś cię gryzie bez zadawania zbędnych pytań.
— Oj, cukiereczku — Laira pokręciła głową, ratując swoją sytuację. — Ja doskonale wiem, że otworzę swój zajebisty warsztacik samochodowy!
— Oh, dobrze — Violet posłała jej ciepły uśmiech. — Kiedyś dasz mi namiary i jeśli kiedykolwiek zrobię prawo jazdy, będę do ciebie przyjeżdżać. O ile, przestaniesz nazywać mnie cukiereczkiem.
— Twoje niedoczekanie, pani psycholożko!
— Psycholożko, o ile zarobię na studia. To nie będzie takie łatwe. Na pomoc swojego ojczulka nie mogę liczyć. Pewnie postaram się o jakieś dofinansowanie i zwiększę etat w Starbucksie. Rany, Ezra będzie miało mnie dosyć, za to Steph będzie wniebowzięta…
— Na pewno będzie nam łatwiej, gdybyśmy zamieszkały we dwie — zaproponowała Laira nie szczędząc sobie pewności siebie. — Oczywiście, wszystko z myślą o oszczędnościach.
— Masz racje — Violet odetchnęła z ulgą na myśl, iż nie musiałaby się martwić o tak banalne rozstanie z nią. Może była wkurzającą mendą, jednak była jej osobistą mendą. Tak przynajmniej myślała, że są ze sobą blisko. — Postarajmy się o wspólne mieszkanie i pracę, a uczelnia z pewnością nie ucieknie.
— Hej! — Ruda zerwała się nagle z zaświeconą lampką nad jej głową, niczym w kreskówce. Z pewnością miała dosyć tego smętnego tematu i potrzebowała się od niego oderwać. — Mam zajebisty pomysł!
— Coś ty znowu wymyśliła? — Violet przewróciła oczami, jednak uśmiechnęła się do niej.
— Zamień mnie w coś fajnego! Zobaczymy, co fajnego wynurzę z dna!
— Oh…Przecież jeszcze przed chwilą byłaś cała mokra! A w co byś chciała się zamienić?

 Żono?
───
[800 słów: Violet otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Inez — „Kiedy? Gdzie? Jak?"

A więc historia Inez zaczyna się bardzo traumatycznie...
Ha! Mam was! Jeśli myśleliście, że tak zacznę tę opowieść to się grubo mylicie. Inez narodziła się jako pierwsze i ostatnie dziecko Manon i Joaquin Calva. A przynajmniej czysto teoretycznie, bo przecież matką Inez jest boginia Arcus. Młoda para nie mogła się jednak długo nacieszyć dzieckiem, gdyż obojga rodziców zmarło niedługo po jej urodzeniu. Dziewczyna do dzisiaj nie zna okoliczności. Ba! Nie wie nawet, że jej adopcyjna rodzina nie jest tą prawdziwą. Znaczy… nie wiedziała dopóki, dopóty nie skończyła dwunastu lat. Wtedy odkryła, że jej ojciec miał romans z boginią. W sensie nie ten ojciec, ale… nieważne, rozumiecie o co mi chodzi.
Jako, że rodziny dość często chcą adoptować małe dzieci, niedługo po skończeniu roku trafiła do dwójki, nieco starszego już małżeństwa. Alejandro i Olivia Velez zawsze marzyli o dziecku, ale niestety nigdy nie mogli mieć swojego, odkąd okazało się, że mężczyzna jest bezpłodny. Zaadoptowali więc małą francuzko-meksykankę. Na ich szczęście okazało się, że dziewczynka urodą wdała się w biologicznego ojca, a jako że Alejandro także był meksykaninem... cóż nic nie wskazywało na to, aby w najbliższym czasie wyszło na jaw, że dziewczyna jest adoptowana.
Przez pierwsze sześć lat swojego życia mieszkała w Hiszpanii, a więc naturalnie mówiła po hiszpańsku, jednak używała także niemieckiego, gdyż jej mama urodziła się w Szwajcarii. Rodzice chcieli nauczyć ją mówić także po angielsku, ale mała Inez nie wydawała się być tym zainteresowana. Gdy małżeństwo próbowało tylko powiedzieć do niej choć zdanie w tym języku, tupała zdenerwowana nóżkami i mówiła "Nie! Przestań! Przestań! Nie chcę tego słuchać!”.
Mimo to była bardzo pozytywnym i radosnym dzieckiem. Ciekawa świata, przez cały czas zadawała miliony pytań, a jej rodzice borykali się z odpowiedziami. "A po co to?”, “A dlaczego tak?" – skąd mieli to wiedzieć? Jednak nigdy nie tracili cierpliwości do swojego dziecka, zawsze spokojnie tłumacząc najlepiej jak mogli.
W tym domu było widać czystą miłość. Na każdym kroku okazywano ją gestami albo słowami. Przytulanie i całowanie w czoło było na porządku dziennym, a także ciche – lub głośne – “kocham cię”, nieważne czy to w domu, czy w miejscu publicznym. Nie wstydzili się miłości jaką darzyli swoje dziecko, a ono odwdzięczało się im tym samym. Rodzina jak ze snu, nieprawdaż? Tyle, że to nie był sen, to naprawdę było życie i Inez nie mogła trafić na lepszą rodzinę niż ta!
Kiedy zbliżały się jej ósme urodziny postanowili się przeprowadzić. Trzyosobowa rodzina jako swój dom wybrała San Francisco. Choć Velez miała w Hiszpanii sporo przyjaciół, nie buntowała się przeciwko temu. W końcu gdzie jej rodzina, tam i jej dom.
Miasto było piękne i dziewczynie naprawdę się podobało. Jako, że nie dość płynnie mówiła po angielsku, miała problem, by rozmawiać z ludźmi. Mimo to zyskała dużo przyjaciółek i przyjaciół, a dzięki temu zaczęła się chętniej uczyć języka! Mogłoby się wydawać, że jej życie będzie usłane różami: piękne, z wspaniałą rodziną i przyjaciółmi. Jednak jak to ktoś kiedyś powiedział "ludzie to suki".
Gdy skończyła jedenaście lat kilka nowych osób doszło do jej klasy, a także część przeniosła się do innych szkół. Wiecie jak to się skończyło? Zaczęto śmiać się z dziewczyny przez jej akcent i trudność w wysławianiu się. Pomimo znacznej poprawy w mówieniu, dzieciom nie podobało się, że pochodzi z Hiszpanii. Nie pomagało nawet, gdy broniła się, że przecież jej tata pochodzi stąd, a mama ze Szwajcarii, więc Inez nie jest Hiszpanką. Wręcz przeciwnie: to pogarszało – już i tak – słabą sytuację. Śmiano się z niej, że jest "mieszańcem".
Pamięta te czasy jak przez mgłę. Kiedy płakała całe noce w poduszkę albo w ramiona mamy. Gdy rodzice chcieli zgłosić to do dyrekcji, błagała ich, aby tego nie robili: "co sobie o mnie pomyślą?". Wtedy odwrócili się od niej przyjaciele, a ci, którzy z nią zostali, traktowali ją jak śmiecia. Jednak dziewczyna nigdy nie myślała o nich źle. Czuła, że to ona zawiodła, że to ona jest powodem wszystkich problemów. Po latach nie pamięta już tych zdarzeń zbyt dobrze. Właściwie to czasami ma wrażenie, że nic z tego się nie wydarzyło, choć cichy głos z tyłu głowy mówi jej wciąż, że wszystko może się powtórzyć. Dlatego, gdy okazało się, że jest córką bogini, a także spędzi większość swojego życia w obozie, postanowiła zmienić swój wygląd. Ścięła włosy, zrobiła kolczyki. Chciała się pokazać z kompletnie innej strony. Jak rodzice mogli się na to nie zgodzić, skoro to ich ukochana, jedyna córeczka?
Velez zawsze czuła się inna od rówieśników. Wiele rzeczy, które były dla nich proste, wydawały się jej skomplikowane. Jednakże działało to też w drugą stronę: to, co było trudne dla innych, nie sprawiało jej problemów. Oczywiście, wieść o tym, że jest półbogiem była szokująca dla niej i po prawdzie – dla jej rodziców również. Czasami dziewczyna chciała dopytać ojca, jak to się stało, że poznał Arcus, jednak mężczyzna zawsze ucinał temat, a ona grzecznie przestawała węszyć. Końcowo, po dziś dzień żyje w przekonaniu, że wcale nie jest adoptowana…

─── 
[811 słów: Inez otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Inez Velez

Occasionally he would very nearly swear

zdjecieInez VelezONA/JEJ — 15 LAT — PÓŁBOGINI — FRANCUZKA/MEKSYKANKA — 13 PD — 0 PU — 100 PZci.astko

CÓRKA ARCUS

sobota, 3 maja 2025

Od Dantego CD Ishy — „The less I know the better"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Moim największym koszmarem okazał się miejski ptak. Gołąb. Zwykły, ale też niezwykły, bo o ciekawym umaszczeniu gołąb, który spoglądał na mnie w taki sposób, jakbym to ja go uszkodził. Uśmiechnąłem się niewinnie, krzyżując ręce na piersi. Próbowałem zignorować obolały palec, zaciskając dłoń w pięść. Ból po dziobnięciu nie należał do najprzyjemniejszych.
Ptak spojrzał na mnie, mlasnął dziobem i szepnął coś (a przynajmniej wyglądał, jakby szeptał) Ishy na ucho. Kącik moich ust zadrżał. Nie wiedziałem, czy mam halucynację i widzę właśnie, jak dziewczyna rozmawia z gołębiem czy rzeczywiście ptak potrafi mówić, a nieznajoma, będąca teraz poniekąd moją znajomą, ucina sobie z nim pogawędkę.
— Mogę? — zapytałem, wyciągając dłoń w stronę ptaka, chociaż sądząc po nieufnym wzroku dziewczyny, wiedziałem, że nie była chętna, by oddawać mi zwierzę. Zlustrowała mnie spojrzeniem, jakby właśnie oceniała moje zdolności opieki nad zwierzętami i pokręciła przecząco głową.
— Chciałem położyć go w inne miejsce — powiedziałem zachęcająco, ale nawet to nie podziałało. Isha odwróciła głowę, powiedziała coś do ptaka na tyle cicho, bym tego nie usłyszał i poszła do salonu, gdzie usiadła z nim na kanapie. Ona i gołąb. On siedział na jej kolanach, a ona głaskała go po małej, upierzonej łepetynie.
Stałem chwilę bez ruchu, jak wryty, patrząc na nich tak, jakby nie istnieli i byli tylko wymysłem mojej wyobraźni, aż się nie ruszyłem. Poszedłem do pokoju obok po kocyk i wróciłem do salonu z czymś, co miałoby przypominać legowisko dla gołębia. Niewielkie pudełko wypchane kocykiem, który ledwo co zmieściłem do tego kartonu.
— Możesz go tutaj włożyć. — Postawiłem pudełko na kanapie tuż obok Ishy i czekałem, aż włoży do prowizorycznego legowiska gołębia.
Ptak znowu otworzył dziób, mlasnął nim i spojrzał na mnie małymi, przypominającymi dwa guziki, oczkami.
— Pedro chyba to zaakceptuje — mruknęła niezbyt przekonana, ale podniosła ptaka i ostrożnie umieściła go w kartoniku. Gołąb od razu usadowił się tam, gdzie znajdowała się najgrubsza warstwa koca.
— Dlaczego rozmawiasz z gołębiami? — zapytałem, patrząc na skulonego ptaka. Wyglądał jak kot. Albo jak inne zwierzę, które lubiło się kulić, zmieniając w słodką, puchatą piłeczkę.
Isha omiotła mnie wzrokiem, prychnęła pod nosem i odwróciła głowę. Patrzyła teraz w stronę okna, za którym rozpościerał się widok na miasto, kolorowe światła i małe czarne punkciki zasuwające po chodnikach.
— Mam dość na dzisiaj — powiedziała zamiast tego, za co raczej ją nie winiłem. — Jestem zmęczona i chcę iść spać, dobra? Możesz mnie zostawić?
W pierwszej chwili chciałem odpowiedzieć, że nie mogę jej zostawić bez opieki, ale widząc, jak ponaglająco na mnie patrzy, zaciska zęby, a mięśnie na jej skroni drżą, postanowiłem nie mówić nic więcej. Po prostu wyszedłem z salonu i zniknąłem za drzwiami drugiego pokoju, gdzie znajdowało się moje łóżko wyścielone różową pościelą w serduszka.
 
— Muszę go zabrać.
To było pierwsze, co usłyszałem rano. Isha siedziała z gołębiem na kolanach, a właściwie z kartonem, w którym siedział ptak. Patrzyła sztywno na zwierzę, jakby te właśnie skarżyło się jej na przeokropny ból, bo uszkodzone skrzydło nie wyglądało lepiej. Właściwie, wyglądało tak samo, jak poprzedniego wieczora.
— Aha.
Nawet na mnie nie spojrzała.
— Zabieram to pudełko. — Wstała, łapiąc karton z obu stron, asekurując go tak, by gołąb nie doświadczył żadnych nieprzyjemnych turbulencji.
Patrzyłem, jak przechodzi do korytarza, zakłada buty na nogi i zabiera inne rzeczy, które zostawiła. Gołąb siedzący w pudle na mnie zagruchał.
— Weterynarz? — zapytałem, opierając się o najbliższą ścianę. Przechyliłem głowę i patrzyłem na dziewczynę, która teraz sprawdzała, czy wszystko zabrała.
— A co? Umiałbyś go wyleczyć? — Wydęła wargi, patrząc na mnie spode łba. — Ma uszkodzone skrzydło. Musi obejrzeć go ktoś doświadczony.
— Nie możesz z nim o tym porozmawiać?
Wyglądała na jeszcze bardziej poirytowaną po tych słowach. Złapała za klamkę i pchnęła drzwi; ale zanim zdążyła wyjść, złapałem ją za rękaw koszulki i pociągnąłem. Z kieszeni wygrzebałem małą karteczkę, na której zapisałem swój numer telefonu i wcisnąłem ją Ishy do ręki.
— Jak będziesz coś potrzebować — puściłem do niej oczko — to zadzwoń. Albo napisz. Jak wolisz.
Prychnęła coś w odpowiedzi i trzasnęła drzwiami, zamykając je tuż przed moim nosem.
 
Wiedziałem, że nie napisze. Nie mogłem nawet się łudzić, że w końcu zobaczę na swoim telefonie powiadomienie z obcego numeru, który należałby akurat do Ishy. Postanowiłem więc ją odwiedzić. W pracy. Bo wiedziałem, że tam spotkam ją na pewno.
Wiedziałem też, że nie będzie chciała ze mną rozmawiać. I że najpewniej wezwie ochronę, kiedy mnie zauważy.
Wszedłem jednak do sklepu z zabawkami, jakbym był zwykłym klientem i jakbym był zainteresowany nową wystawą pluszowych misiów; były ładne, na tyle, że naprawdę zachciałem kupić sobie jednego. Nie mogłem jednak dać się zwieść błyszczącym, sztucznym oczkom i miłemu, miękkiemu futerku. Przyszedłem tutaj w innym celu.
Wałęsałem się między alejkami, szukając dziewczyny, która tamtego wieczoru uratowała gołębia. Nie widziałem jej ani na kasie, ani wśród rozstawionych pudeł, z czekającymi pluszakami na wystawienie. Nie było jej też na zapleczu (nieważne, jak tam wszedłem, drzwi były otwarte) ani w żadnym innym kącie sklepu. Zacząłem podejrzewać, że akurat dzisiaj nie pracuje.
— Ja pierdolę — przeciągłe westchnięcie zatrzymało mnie w półkroku. — Czego ty znowu chcesz?
Odwróciłem się z szerokim uśmiechem. Isha wyglądała na niezadowoloną i zmęczoną; kropelki potu spływały dziewczynie z czoła, jakby oblała się chłodną wodą.
— Chciałem się dowiedzieć co tam u gołębia. — Wzruszyłem ramionami. — Podobno zabrałaś go do weterynarza.
— Tak, ale, kurwa… — syknęła. — Nie musisz mnie szukać. Albo śledzić. Napisałabym.
— Naprawdę? — Uniosłem brwi w zdumieniu.
— Jeśli oznacza to, że nie widziałabym twojego głupiego ryja, to tak, napisałabym.
Parsknąłem śmiechem.
— Bawi cię to? — Złapała mnie za ramię i pociągnęła w stronę zaplecza, do którego niedawno się przypadkiem włamałem. — Nie będę z tobą rozmawiać na środku sklepu. — I pchnęła mnie w kierunku białych drzwi, na których widniał napis „tylko dla pracowników”.
Zamknęła nas od środka, przekręcając mały zamek w lewo.
— Skrzydło jest złamane.
— Nie wyglądało na złamane.
— Dobrze, że nie ty jesteś lekarzem — żachnęła się. — W każdym razie, jest złamane i wymaga leczenia. Skrzydło zostało usztywnione, a Pedro teraz przyjmuje leki przeciwbólowe. Nie smakują mu.
— Gołębie mają kubki smakowe? Powiedział ci o tym?
Zmarszczyła groźnie brwi.
— Tak, mają.
Wypowiedziała te słowa ostro, ale zaraz złagodniała. Mięśnie na jej twarzy się rozluźniły i zamiast wyglądać na rozwścieczoną matkę, to przypominała smutnego szczeniaczka. Zaciskała palce na skrawku bluzki tak mocno, że zaczynałem się martwić, czy zaraz nie porwie przypadkiem materiału nudnej koszulki polo.
— Jeśli to wszystko, to możesz już iść. — Machnęła ręką w stronę drzwi. — Napiszę ci, jak mu się polepszy.
To mi wystarczyło. To naprawdę mi wystarczyło i naprawdę chciałem wrócić do domu. Kiedy jednak chwyciłem za klamkę, pomiędzy nogami przebiegła mi mysz. Mała, czarna myszka. Zniknęła za kartonami wypełnionymi rupieciami, a ja momentalnie zwątpiłem w całe swoje istnienie.
Cofnąłem się, wpadając na Ishę, a ona odruchowo odepchnęła mnie od siebie. Nawet nie czułem, że gubię grunt pod nogami i lecę prosto w kartony. Głową uderzyłem chyba o coś twardego, bo pamiętałem tylko pochłaniającą mnie ciemność.

 Isha?
───
[1115 słów: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 1 maja 2025

Od Apollodorsa — ,,Poszukiwany, poszukiwana"

Latte na owsianym na wynos jedno małe, dwa na miejscu średnie. Pokroić bagiety pod kanapki, zwłaszcza tych w stylu włoskim brakuje. Dosypać ziaren kawy. Opłacić karnet na łucznictwo, kartę miejską… Zmiana w księgarni jutro od 7. Posprzątać kuchnię i drugą kuchnię, tą w mieszkaniu. Americano na miejscu, kto dodaje do americano syropy, przysięgam co za ludzie. Zebrać brudne naczynia. Wydać to latte na wynos…
— Widziałeś może notes szefowej? Zostawiła go gdzieś i zaraz ją chyba coś weźmie… — Wyrwała go z zamyślenia swoim głosem.
— Nie? Ma go zawsze w torbie, kiedy wchodzi i wychodzi z pracy, lub leży na jej biurku. Gdzie już szukaliście? — Docisnął pokrywkę kubka wielorazowego. — Małe latte na wynos z syropem czekoladowym!. — Studentka, do której zamówienie należało, zabrała kubek.
— No właśnie w biurze, w torbie, po płaszczach na wieszaku, szukamy po kuchni. Jest tam przepis specjalny na ten sezon… Niby można wziąć coś innego, tyle że było straszne zainteresowanie tą nową kawą. Ech pechowy dzień…— Ellie marszczy nos, co znaczy, że jest niedobrze… nawet bardzo.
— Jak ruch trochę spadnie, to pomogę szukać, rób dwa średnie latte na wynos, jedno z syropem waniliowym, drugie bez żadnego, mleka standardowe. — Złapał się za krojenie bagietek. Miał ostatnio tyle na głowie, że zapomniał o tym nowym przepisie specjalnym. Gdzie szefowa mogła zostawić ten notatnik? Skoro już go tak poszukiwali a nadal nic?
Jak obiecał, tak zrobił. Wziął przerwę, by na spokojnie się poruszać po lokalu. Oby miał potem czas zjeść coś, po znalezieniu poszukiwanego zeszytu. Gdzie oni mogli nie szukać, a mógłby być? Przestawił sobie drabinkę z jednego regału na drugi i zaczął szukać. Przy okazji przejrzy, czy jakichś książek nie trzeba wymienić, bo klienci je zalali w trakcie czytania lub grzbiety już nie wytrzymywały. Nawet stan tych tomów nie był aż tak zły, no i mógł je lepiej ustawić, bo znowu się przemieszały.
— Doros? Co ty znowu robisz? Mieliśmy układać dopiero po weekendzie te książki. — Ellie zaskoczyła go, mały cud, że nie spadł z drabiny. Spojrzał na nią i jej dalej zmarszczone brwi.
— Szefowa czasami dokłada książki ze swojego gabinetu na półki prawda? Co jak przez przypadek poszukiwana notatka też się tam znalazła? Jej notatnik nie ma przecież spirali, tylko zwykły grzbiet. — Wrócił do przeglądania półek.
— Ech nie wiem, chociaż jest to opcja. Ty się skup na półkach, a my jedziemy z resztą lokalu. Marcy poszła też do siebie do mieszkania, jakby jednak tam zostawiła. — Baristka wróciła do swoich zadań i zostawiła jeno samo.
Tą można wziąć do domu i po zmianie podkleić, potraktować jak w introligatorni. Ta by lepiej jakby stała obok reszty serii. No i seria razem, ten rytm tekstury ich okładek, szorstkości tytułów przeplatanej resztą tak gładką na ilustracji. Do tego kolorystycznie tworzą gradient z akcentami srebra, ślicznie to do siebie pasuje. Grzbiet do grzbietu, do grzbietu. Miękka okładka do twardej. Symfonia gatunków alfabetycznie ułożonych. Kolejna do podklejenia. Oj…tej to nową okładkę już lepiej zrobić… zszyć od nowa też, ale będzie warto.
Stosik książek do podklejenia stopniowo rósł, nie że robił się ogromny, najwięcej do podreperowania na półkę to były 3 egzemplarze. Drugi regał podtrzymywał te statystyki jako aktualne, do tego wyglądał tak ślicznie półka po półce. Gatunki do gatunków, serie do serii, układ idealny. Zatrzymał się nagle na niezbyt grubej książce bez tytułu na grzbiecie. Okładka też była wytarta. Jej wzór nic nie mówił… Otworzył na stronę tytułową pełen nadziei i… bingo! Notatki szefowej i po nastu stronach puste kartki. Wbiegł na zaplecze od razu. Po rozwiązaniu sytuacji wrócił do pracy, na szczęście bez innych ewenementów w trakcie zmiany. A, no i zdążył zjeść ten lunch.

─── 
[590 słów: Apollodors otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Apollodoros Diamandis

MADE MYSELF MYTHICAL, TRIED TO BE REAL. SAW THE FUTURE IN THE FACE OF A DAFFODIL. T

zdjecieApollodoros DiamandisON/ONO/ONI — 25 LAT — PÓŁBÓG — GREK/AMERYKANIN — 0 PD — 0 PU — 100 PZchaotic_corvid

DZIECKO APOLLA

Od Quinn CD Ash — „Ding-Dong! The Sphynx Is Dead"

Poprzednie opowiadanie

TW: MISGENDERING

Sfinks… zniknął. No, może nie zniknął bo pociągnął za sobą życie trzech legionistów Obozu Jupiter, który pogrążył się w żałobie. Nie było już po nim śladu, a Labirynt Dedala ponownie otworzył przed nimi swoje korytarze, choć półbogowie zostali ostrzeżeni przed grasującymi w nim potworami. Serce Quinn przyspieszyło, bijąc dziko w piersi, gdy w głowie gorączkowo układali plan: jak wydostać się z labiryntu, jak przedostać się aż do Obozu Herosów — tylko po to, by zobaczyć to jedno, paskudne dziecię Aresa z wiecznie niewyparzoną mordą. Ash. Ich Ash.
Ale najwyraźniej to łajdactwo miało podobne plany — i było szybsze.
Przenikliwy krzyk rozdarł powietrze nad Obozem Jupiter, niosąc się echem po polach treningowych i wąskich uliczkach. Głos Ash był pełen czystej, niepohamowanej emocji — radości, ulgi, tęsknoty — i przebił się przez wszelki gwar dnia jak strzała. Na przedramionach Quinn natychmiast pojawiła się gęsia skórka, a serce, które dopiero co przyspieszyło, teraz niemal wyskoczyło im z piersi. Wszystko inne — wszyscy inni — przestali istnieć.
Było tylko to wołanie. I to, co znaczyło.
Quinn poczuło, jak całe ich ciało napina się w oczekiwaniu — w sekundzie gotowe było rzucić wszystko, byle tylko odnaleźć Ash. Byle tylko znowu ich przytulić. Byle znowu poczuć, że mimo wszystkiego, mimo rozłąki, mimo niebezpieczeństw — są tutaj. Razem. Dźwięk był tak znajomy, tak długo wyczekiwany, że przez chwilę nie potrafili uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Ich serce zabiło jeszcze mocniej, a nogi same ruszyły w kierunku źródła krzyku.
Serce Quinn zabiło gwałtownie, boleśnie, jakby próbowało wyrwać się z piersi. Cały świat wokół — mroczne korytarze, zimne echo kroków, odległe pomruki labiryntowych stworzeń — zniknął. Było tylko Ash, coraz bliżej, coraz realniejsze.
A potem wpadli sobie w ramiona.
Objęcie było niezdarne, rozpaczliwe, tak mocne, że niemal bolesne — i jednocześnie najpiękniejsze, najbardziej potrzebne na świecie. Quinn wcisnęło twarz w zagłębienie szyi Ash, czując znajomy zapach — mieszaninę ziół, ziemi i czegoś jeszcze, czegoś, co pachniało bezpiecznym domem.
Zacisnęło powieki, siłą powstrzymując zbierające się w oczach łzy.. Łzy ulgi, tęsknoty i… uczucia, którego do tej pory nie miało odwagi nazwać, a których nie chcieli okazać. W tamtej chwili nie było nic poza biciem ich serc — szybkim, chaotycznym, ale bijącym razem.
Quinn czuło, jak z ich ciała powoli odpada ciężar ostatnich miesięcy: bezsenne noce, niepokój, strach, samotność. Wszystko topniało w ciepłych ramionach Ash, jak lód pod dotykiem słońca.
"Jesteś tutaj" przemknęło przez ich myśli, jak modlitwa. "Żywe. Bezpieczne. Moje. Jesteś tutaj i już cię nie puszczę."
Przycisnęło Ash jeszcze mocniej, nie chcąc, wręcz nie mogąc puścić. Każdą cząstką siebie próbowało przekazać to, czego nie odważyłoby się wypowiedzieć na głos: jak bardzo tęskniło, jak mocno kocha i jak wiele dla nich znaczyło. I w odpowiedzi czuło, jak Ash także ich nie puszcza. Jak drży lekko w ich ramionach. Jak oddech Ash miesza się z ich własnym, jakby przez te niemal dziewięć miesięcy oboje wstrzymywali tlen tylko po to, by teraz dzielić go na nowo.
Zaschło im w gardle, patrząc w brązowe oczy Ash, w których widzieli ciepło skierowane tylko dla nich. Tyle słów cisnęło im się na te spierzchnięte wargi, tyle niewypowiedzianych manifestacji, a jednak… stojący tutaj, przed osobą, do której ich serce się wyrywało — nie było w stanie wyszeptać ni sylaby, ni słowa.
Usta poruszały się niemo, choć ich umysł zalewał potok wyznań i słów, które tak bardzo chcieli wypowiedzieć.
“Tęskniłem, tęskniłem, tęskniłem” zapętlone niczym kaseta w magnetofonie, zacinające się raz po raz, uciekało z ich ust szeptem, ledwie słyszalnie i wstydliwie, że nawet nie byliby w szoku, gdyby Ash ich nie słyszało. Oczy nieświadomie uciekły na ich usta, gdy na to jedno uderzenie serca odsunęli się od siebie.
Zawahali się.
Chcieli coś powiedzieć, jednak nie wiedząc co - ani myśleli niszczyć tą cudowną chwilę beznadziejnym bełkotem. Zapewne staliby tak dłużej, próbując znaleźć słowa wiernie opisująca ich tęsknotę, gdyby nie jedno, ostentacyjne chrząknięcie.
Ostre i bolesne, jak oderwanego starego, wczepionego plastra z paprzącej się rany; zbyt prawdziwe, by mogli je zignorować.
Quinn drgnęło odruchowo, ich dłonie zacisnęły się na materiale koszulki Ash, jakby bali się, że to rzeczywistość zaraz brutalnie wyrwie ich z tej magicznej chwili.
Ash zmarszczyło brwi, rzucając szybkie, czujne spojrzenie ponad ramieniem Quinn, a ich palce nieświadomie mocniej zacisnęły się na ich talii — jakby obiecywali: Nie puszczę cię, choćby nie wiem co.
Półboże oddychało ciężko, czując, jak ten pojedynczy dźwięk rozrywa ich bańkę bezpieczeństwa, zmuszając ich do powrotu do świata, który był zupełnie inny, niż chcieli. Z bólem odsunęli się szybko, zdecydowanie zbyt szybko, zbyt gwałtownie, przywdziewając wymuszony uśmieszek, który skrzętnie schował ich dyskomfort.
Kurwa, Ashley.
Zapomnieli o jej istnieniu, jakby dziewczyna zniknęła z powierzchni ziemi wraz z pojawieniem się Ash. Złudne poczucie wolności zostało jednak zbyt szybko rozwiane ostentacyjnym kaszlnięciem i wzrokiem mogącym mordować. Ashley stała nieopodal, z założonymi ramionami i wyrazem twarzy, który aż wrzeszczał: Wiem dokładnie, co tu się działo. I szczerze? Quinn miało to głęboko w dupie.
— A, tak. Ashley, to jest Ash. Ash, to jest Ashley. Moja... dziewczyna — wypowiedzieli te słowa, a w ich głosie zabrzmiała nuta, której sami nie potrafili zidentyfikować — ani pewność, ani duma. Raczej coś na kształt zacięcia się noża między żebrami. Chwilę później najchętniej odrąbaliby sobie ramię, gdy tylko Ashley zaczęła się do nich przylepiać — bez wstydu, bez zahamowań, tak jakby nie widziała tej niewidzialnej nici, która jeszcze przed momentem łączyła ich z Ash. Stali sztywno, pozwalając się dotykać, choć każda część ich ciała krzyczała w sprzeciwie.
Nie rozumieli siebie. Nie tak dawno sami, z rozpaczą i głodem w duszy, szukali obecności Ashley. Wystarczyłby jeden jej gest, jeden dotyk, by rzucili się w przepaść, byle tylko nie czuć się tak piekielnie samotni.
A teraz?
Teraz każde jej muśnięcie sprawiało, że ich wnętrzności skręcały się ze wstydu i niepokoju. Jakby zdradzali coś… czy może kogoś..
Jakby popełniali zbrodnię.
Bo w oczach Ash było wszystko — czułość, którą zarezerwowało tylko dla nich. To spojrzenie, pełne cichego zrozumienia, tej znajomości, którą niosły ze sobą miesiące walki, milczenia i tęsknoty a także… zmartwienie, jakby aresiątko wyczuło, że coś jest nie tak. Jakby przejrzeli ich na wylot a Quinn nie chcieli, żeby Ash ich tak widziało. Nie w tej chwili. Nie z kimś innym tak blisko.
— To ten twój przyjaciel, o którym mi opowiadałaś, tak?
Osz kurwa.
W głowie Quinn eksplodowało tysiąc przekleństw, ale na zewnątrz nie zareagowali ani drgnięciem. Zamarli. Tylko palce zacisnęli na własnym przedramieniu, jakby próbując powstrzymać falę wściekłości i wstydu, która właśnie zaczynała ich zalewać. Mieli ochotę wbić sobie sztylet prosto w brzuch. Albo zniknąć. Po prostu przestać istnieć. Jakby dźwięk żeńskich zaimków w ustach Ashley był szorstką szmatą, wciskaną im do gardła.
A przecież mówili. Powtarzali. Nie raz, nie dwa.
Mówili, że nie są dziewczyną.
Że żeńskie zaimki są jak obce ubranie, które zdziera się z siebie w pośpiechu, jak coś, co pali skórę od środka. I to nie była prośba z grzeczności. To było wołanie o widzialność, o szacunek. O zrozumienie.
A teraz... teraz stali tam, całkiem nadzy w środku, zawstydzeni aż do kości, a Ash stało tuż obok. Słyszało to. Widziało, jak Quinn się zapadają w sobie. I ta świadomość bolała bardziej niż same słowa Ashley.
— Tak, tak — odparli cicho, niemalże niczym robot działający na ustawieniach fabrycznych. Każde słowo było puste, wypłukane z emocji, jakby musieli je wypowiedzieć tylko dlatego, że tak należy.
Oczy Ash przenosiły się to na Ashley, to na Quinn, które miało ochotę wymiotować. Czy to dziwne, że chcieli aby zamiast ich rzekomej drugiej połówki nie było nikogo, bądź była konkretna osoba?
Piskliwy dźwięk wydobył się z kieszeni spodni legionisty.
— Serio? Mówiłam ci, żebyś w końcu wyrzuciła to cholerstwo — Quinn zacisnęli palce na materiale swoich spodni, czując, jak coś w nich się trzęsie. Jak mają ochotę odwinąć się i sprzedać Ashley siarczystą lepę na mordę. Taką, że odpierdoli się od nich już na zawsze. I właśnie wtedy — w chwili, gdy Quinn czuło, że ich własne ciało zaraz ich zdradzi, że głos pęknie na dobre, a oczy nie wytrzymają kolejnego spojrzenia, kolejnego przytyku a pobliskie klozety ponownie wybuchną — pojawiło się wybawienie.
— Ashley! No w końcu cię znalazłam! — z daleka dobiegł głos kogoś z Pierwszej Kohorty, stanowczy i jak zawsze trochę za głośny. Nie znali tej dziewczyny, nawet nie lubili tych wszystkich lepszych Kohort dla zasady a jednak - mieli ochotę dziękować im za uwolnienie od tej pizdy do końca swojego życia. Patrzyli za nimi, oszołomione. Jeszcze przed sekundą ich klatka piersiowa była spięta jak stalowa obręcz. A teraz... powietrze znów mogło płynąć. Jeszcze niespokojnie, jeszcze z trudem — ale jednak.
Zostali sami.
Z Ash.
A Ash wciąż stało, milczące. Tylko oczy miało inne. Łagodniejsze. Jakby widziało w Quinn coś więcej niż tylko chaos i zagubienie. Legionista spuścił wzrok, przełykając ślinę zbierającą się w ustach.
— Przepraszam... — wymamrotali, choć nie wiedzieli nawet za co dokładnie. Za całość. Za nic. Za bycie sobą. A może po prostu za to, że tak cholernie tęsknili? Ash nie odpowiedziało od razu, ich wzrok nie opuszczał jednak zgarbionej postawy przyjaciela; w ich oczach nie było chłodu, który Quinn spodziewało się zastać. Nie było złości tylko fala nieznanych emocji.
— Więc… dziewczyna, tak? — w odpowiedzi otrzymali jedynie kiwnięcie głową. Aresiątko zacisnęło usta w wąską linię. — Jak? W sensie… w jaki sposób wy…?
— Nie wiem — odparli po dłuższej chwili. Ich głos był spokojny, ale podszyty czymś nieokreślonym. — Po prostu... Poszła- Poszedłem — urwali, nie kończąc zdania. Znajome iskry radości powróciły do ich oczu, gdy mogli użyć takich zaimków, jakie tylko chcieli. — Poszedłem po parę rzeczy… kiedy wróciłem trafiłem na nią. Pijaną. Pocałowała mnie- raz… później drugi. W tamtym momencie… — “przez tęsknotę przypominała mi ciebie” nie powiedzieli tego jednak, po prostu urwali na moment czując się niczym najohydniejsza jednostka chodząca po świecie. — Nie myślałem o niczym innym — mruknęli, niezbyt zadowoleni z obrotu spraw. Było tak dużo rzeczy o których chcieli powiedzieć Ash, jednak wstydzili się, nie chcieli być postrzegani jako zwyrol wykorzystujący okazję, żerujący na zauroczonej w nich dziewczynie. Chociaż czy to można było nazwać zauroczeniem? Chuj wie.
— Zejdźmy z widoku może, co? — zaproponowali cicho, dopiero teraz czując na sobie spojrzenia niektórych gapiów. Ash nie odpowiedziało od razu. Spojrzenie mieli wbite gdzieś obok — nie uciekające, ale skoncentrowane, jakby analizowali każde wypowiedziane przez Quinn słowo jeszcze raz, ostrożnie, z delikatnością kogoś, kto trzyma coś kruszejącego w dłoniach. Kogoś, kto nie chce tego zniszczyć. Dopiero po chwili skinęli lekko głową.
— Chodź — powiedzieli miękko.
Ich dłoń dotknęła łokcia Quinn — nie ciągnąc, nie prowadząc, ale oferując cichy kontakt. Quinn nie potrzebowało więcej. Ruszyli razem, nie za szybko, nie za wolno, omijając wzroki, szmery, ciekawskie oczy, jakby nagle świat zewnętrzny był przezroczysty i nieistotny.
Dotarli na skraj lasu, tam gdzie słońce leniwie przedzierało się przez liście. Zatrzymali się dopiero, gdy wszystko wokół wydało się cichsze, lżejsze, jakby powietrze wiedziało, że trzeba dać im przestrzeń.
Quinn usiadło na pieńku, jakby nagle ich ciało odmówiło dalszego noszenia ciężaru.
— Więc?
— Więc… zależy jak na to spojrzeć… — mruknęli, spoglądając na Ash z dołu. — Dla mnie? To nie była rozmowa, to nie było przegadanie. Ba! Po tym jednym, jedynym razie kiedy się pocałowaliśmy- myślałem, że to koniec. Wiesz… nic nie znaczący pocałunek po pijaku, na drugi dzień trafiłem na liścik, który mi zostawiła. Spotkałem się z nią i, kurwa bogowie uwierzcie mi… próbowałem przeprosić. Wiesz, o co mnie zapytała, Ash? — Aresiątko pokiwało głową przecząco, wzrok mieli zmęczony, jakby mieli za sobą całonocny maraton filmów wątpliwej jakości. Zaczerpnęli tchu, jakby każde kolejne zdanie miało ich utopić.
— Czy było mi z nią źle… — poczuli, jak wszystko podchodzi im do garła, chciało im się wymiotować. Tak po prostu; żołądek zawinął się w kolejny supeł. — A gorsze było to, że nie potrafiłem jej na to odpowiedzieć. Wiedziałem, że nie jest tą osobą, którą stawia przede mną moja wyobraźnia ale- kurwa, ktoś nie brzydził się mnie dotknąć, pocałować nawet i-i pozwoliłem jej.
Przez cały ten czas wbijali paznokcie w wewnętrzną część dłoni, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dla Quinn było jednak coś gorszego, nie to, że nie wiedzieli, czy w tamtym momencie było im z Ashley źle czy dobrze a to, że nawet o to nie chodziło. Całe życie czuli się jak to wyklęte stworzenie, którego kijem nikt nie chce dotknąć a kiedy przez całe życie jest się samemu... kiedy nikt cię nie dotyka, jakby było się czymś brudnym, jakby miłość była zarezerwowana dla kogoś innego — dla lepszych, czystszych, bardziej normalnych, kiedy nagle ktoś nie brzydzi się cię pocałować, dotknąć, objąć, choćby przez chwilę… pozwalasz sobie. Bo myślisz, że to może jedyna okazja. Że nie zasługujesz na nic więcej. To z tego mindsetu Quinn nie potrafiło się uwolnić i to przez niego grzęzło w bagnie tej jednej złej decyzji coraz bardziej, nie wiedząc jak się z nich wydostać. Może i z pozorów wyglądało to prosto - wystarczyło zerwać, jednak Quinn bało się wrócić do samotności, którą znali zbyt dobrze, nawet kosztem swojego samopoczucia.
Ich dłoń zacisnęła się na materiale spodni, paznokcie wbijały się w dłoń, jakby próbując powstrzymać drżenie. Przetarli twarz ze zmęczenia. Dlaczego uczucia musiały być tak kurewsko trudne? I dlaczego do cholery nie potrafili jak raz, podjąć dobrej decyzji?

 Ash?
───
[2126 słów: Quinn otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]