Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel „Dany” Barlow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel „Dany” Barlow. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2025

Michelle i Daniel umierają

zdjecieDaniel „Dany” BarlowON/JEGO — 20 LAT — PÓŁBÓG — AMERYKANIN — 86 PD — 4 PU — 100 PZPostać NPC



zdjecieMichelle FosterONA/JEJ — 18 LAT — PÓŁBOGINI — AMERYKANKA — 13 PD — 0 PU — 100 PZPostać NPC



Dwójka poturbowanych herosów przyczołgała się do Obozu Jupiter i umarła. Taka smutna historia o tym, jakie życie półboga bywa nieprzewidywalne i krótkie. Rip.

wtorek, 30 sierpnia 2022

Od Dany'ego — „Czwarta nad ranem”

TW: uzależnienie od narkotyków, śmierć, żałoba, uszkodzenia ciała, myśli samobójcze


Był deszczowy, acz ciepły poranek, gdy na zegarze wybiła godzina czwarta nad ranem, a Dany Barlow zwymiotował ze stresu na lokalne schody przeciwpożarowe. Brooklyńskie kamienice mało miały wspólnego z bezpieczeństwem mieszkańców Bedford Avenue, toteż zielonowłosy mężczyzna bez trudu wdrapał się na czwarte piętro i wtargnął do swojego pokoju. Sturlał się nieporadnie po tapicerowanym siedzeniu przy oknie, dając współlokatorom znać o swojej obecności, po czym żwawo przeczołgał się do szafy, w której to skrywał sejf z dobrociami. Nie zdążył nawet przepakować wspomnianych łupów do swojego zniszczonego plecaka, zanim energiczny golden retriever samodzielnie łapą strącił klamkę i uchyliwszy drzwi, wkroczył wesoło do pokoju.
— Idź sobie — wyszeptał Daniel, machając agresywnie rękoma w próbie przepędzenia czworonoga.
Pies jedynie merdał sielankowo ogonem, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, a gdy chłopak odwrócił się do zwierzaka tyłem, w celu dokończenia pakunków, ten ostentacyjnie zaszczekał w próbie zwrócenia na siebie uwagi. Dany wnet podbiegł do suki, padł na kolana i zamknął dłonią jej pysk w nadziei, że nikt jej nie usłyszał.
— Jude, zamknij się — wymamrotał pod nosem, głos mu się łamał. — Proszę, proszę, proszę…
Nie minęła chwila, a Dany rozpłynął się w łzach. Cichy lament połączony z hiperwentylacją i żałosnym dławieniem się powietrzem wkrótce odwróciły jego uwagę od czworonoga, który wnet zaczął czule lizać go po brudnej twarzy, co ostatecznie pomogło wrócić chłopakowi choć trochę na ziemię.
— Mu-musisz mi o-obiecać, że za-opieku-u-jesz się A-a-amy — wyjąkał, co chwilę zachłystując się powietrzem — O-obiecaj, Jude. Obiecaj.
Suczka, naturalnie, nie odpowiedziała werbalnie na prośbę chłopaka. Jego ostatnim życzeniem byłoby, żeby otworzyła gębę i obudziła resztę domowników. Niemniej, coś niewinnego kryło się w jej oczach, i choć Dany wzorowym narratorem nie jest, zdawało mu się, że go zrozumiała. Ta naiwna nadzieja pozwoliła mu się uspokoić i zaczerpnąć kilka głębokich oddechów, które wkrótce przerwał jego ojczym, pojawiając się u progu pokoju. Daniel momentalnie zerwał się na nogi, by zgarnąć plecak, a następnie popędził w stronę okna.
— No, no, no. Kogo my tu mamy? — zaczął mężczyzna, stanąwszy mu na drodze. — Twoja mama jest ciężko chora w szpitalu, a ty się włóczysz po nocach?
— Odpierdol się, Ben — odepchnął go rękoma, i już miał wychodzić, gdy ojczym złapał go za plecak i pociągnął tak, że młody przewrócił się na plecy.
— Ty pieprzony gówniarzu. Mieszkasz pod moich dachem, jesz z mojego talerza i jeszcze masz czelność się tak do mnie odzywać?!
— Ciszej bądź, Amy śpi — wybąkał, podnosząc się z kolan, gdy Benjamin kopnął go w podbrzusze i wyrwał mu z rąk torbę.
— Będę robił, co mi się podoba. A teraz idziemy z tym plecakiem na policję. Ciekawe, co tam masz? Kolejne narkotyki, zabrakło heroiny? A może znowu mnie okradłeś? Biedny chłopiec, którego mamusia jest w szpitalu. Na pewno pasuje Ci ta wymówka.
— Zostaw mnie. Zostaw mnie. Zostaw mnie — powtarzał, łapiąc się za głową i kiwając maniakalnie głową.
— Żadne letnie obozy rehabilitacyjne nie pomogą takiemu beznadziejnym przypadkowi jak ty. Matka naprawdę w ciebie wierzyła, Dany, a ty co co robisz ze swoim życiem?
Chłopak nie wytrzymał napięcia i zaczął niekontrolowanie krzyczeć oraz rzucać się, co przestraszyło June oraz doszczętnie zniszczyło wszystkie meble, które ten miał w zasięgu jednego metra.
— No i czemu ryczysz?! Z takimi psycholami to do wariatkowa. Idź się lecz! — Zatrzymał się na moment, by dokładniej przyjrzeć się skulonemu w pół chłopakowi. — Kurwa, Daniel. Czy to jest krew? Czemu jesteś cały we…
Chłopak rzucił się z pięściami w stronę ojczyma i choć chwilowo powalił go na ziemię swoim marnym ciężarem ciała, ten wkrótce przeturlał ich dwoje, co dało Benowi możliwość na zaciśnięcie dłoni wokół krtani pasierba. Dany bezskutecznie miotał się, kopał, uderzał, a gdy już miał odpływać, Benjamin poluźnił uścisk, zorientowawszy się, do czego prawie się dopuścił. Daniel złapał dłonią leżącą nieopodal szklankę, a następnie zrobił nią zamach oraz roztrzaskał o czaszkę mężczyzny. Ciało śmiertelnika odleciało na bok, co dało chłopaki przestrzeń na złapanie oddechu. Szybko podparł się łokciami i zasapał z wycieńczenia, a następnie przekierował wzrok w stronę Benjamina, którego wiotkie ciało zaczął zdobić karmazynowy kolor.
— O nie — krzyknął, lecz przeszywający ból krtani szybko powstrzymał go od wymówienia czegokolwiek innego.
O nie, o nie, o nie, powtarzał w myślach, próbując zatamować ranę ojczyma.
— Pomocy! — Wykrztusił z bólem tak silnym, że łzy wystrzeliły mu z oczu, a grdyka odmówiła przepływu powietrza na kilkanaście sekund.
W szaleństwie nie zauważył płaczącej u progu pokoju Amy, która desperacko wtuliła się w swojego ulubionego misia, obserwując tragiczny bieg wydarzeń.
— A-amy? — To jedyne słowo, co fizycznie zdołał wykaszleć, zanim jego ciało na dobre odmówiło mu posłuszeństwa.
Przepraszam, Amy. Przepraszam, przepraszam. Jak długo tu stoisz? Przepraszam, przepraszam. Kocham Cię. Ja nie chciałem. Przepraszam, Amy. Przepraszam.
Zielonowłosy sięgnął do kieszeni po komórkę, w celu zadzwonienia po pomoc. Urządzenie wypadło mu z trzęsących się rąk dwa razy, zanim zdołał je odblokować, a kiedy miał już wpisywać numer alarmowy, usłyszał wycie syren. Popędził w stronę okna i dostrzegł wylewających się z radiowozu policjantów z wycelowanymi już na wprost pistoletami. Komendant rozkazał im się rozdzielić, toteż połowa skierowała się do wejścia głównego, a reszta w stronę schodów pożarowych, którymi Daniel wcześniej wszedł do mieszkania. Wierzył, że zgubił ich ślad już dobre kilka przecznic temu, ale wygląda na to, że gliniarze nie są aż na tyle głupi, na jakich się wydają.
Jest źle, pomyślał, nieporadnie zrywając się na nogi i pędząc w stronę plecaka. Prężnie wyciągnął z nich swoje uskrzydlone, zielone trampki, a następnie je założył, nie zwracając szczególnej uwagi na straumatyzowaną obok Amy. Chłopak poczuł, jakby ktoś przebił go mieczem, a następnie zakręcił ostrzem dookoła i wyrwał mu wnętrzności. Ból nie był jednak ani namacalny, ani prometejski. Wytarł łokciem gluty z nosa, spływające mu po twarzy, po czym podreptał do siostry, która próbowała obudzić swojego ojca. Dziewczyna wzdrygnęła się na sam jego widok, lecz szybko się uspokoiła, gdy ten zaczął mówić do niej w języku migowym. Powiedział, że musi iść oraz że ją bardzo kocha, na co ta się zapytała, gdzie idzie. Dany nie zdążył jej odpowiedzieć, gdyż nagle policjant wtargnął do pokoju i wystrzelił z pistoletu, raniąc chłopaka w bark. Daniel padł na ziemię, lecz w porę zdążył telekinetycznie rzucić krzesłem w służbistę, który w konsekwencji wypadł z okna, wyjąc w świetle zachodzącego księżyca. Paralelnie, usłyszał odgłosy dobiegające z salonu, wobec czego domyślił się, że posiłki zachodzą go od tyłu. Syknął z bólu, podnosząc się na nogi, po czym popędził w stronę okna. Rzucił plecakiem w kolejnego policjanta, dając sobie tym samym czas na wyskoczenie z budynku. Mistrzem biegania w powietrzu to on nie był, ale umiejętności mu starczyło, by przywołać do siebie plecak, a następnie pofrunąć w głąb Nowego Jorku i zniknąć służbom z pola widzenia.
Biegł na ostatkach sił, a więc niedługo zajęło, nim z wycieńczenia obraz przed oczami zaczął mu się mroczyć. Nieporadnie rozbił się na jednym z pobliskich z wieżowców, turlając się kilka metrów po drodze i obijając plecami o kotłownie. Nie miał siły jęknąć, czy syknąć, gdyż bólu było za dużo, by jakkolwiek go rozróżniać. Jedynie szlochał, od czasu, do czasu, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Wewnętrzny monolog kompletnie odwrócił jego uwagę od sączącej się z prawego barka krwi, czy nienaturalnej pozy, w które jego ciało się ułożyło zaraz po wypadku.
Nie miał siły się ruszyć. Czuł, jakby każdy oddech kosztował go tyle energii, co przebiegnięcie stu metrów, a każda próba ruchu była równoważna z zaciśnięciem pętli na szyi. Jedyne, o czym wówczas marzył, to żeby przestać istnieć i uwolnić się od pieprzonego, półboskiego życia. Czuł się jak ostatni tchórz, który głupio walczy o swoje życie, a krzywdzi wszystkich dookoła siebie. Poczucie winy zaczynało w nim stopniowo narastać, a piekielnie tego uczucia nienawidził, bo uważał, że rozrywa ono duszę na strzępy i nie zostawia po sobie nic, oprócz małego, wewnętrznego dziecka, trzęsącego się w rogu jakiejś fatalistycznej czeluści. Traktuje poczucie winy jak letalną, króliczą norę, która prowadzi jednostkę do swoistego jądra ciemności, co jest nadzwyczaj ironiczne, gdy weźmie się pod uwagę, że uczucie to jest również jednym z najczystszych manifestów czułości - introspekcyjną, samoświadomą, pełną miłości i współczucia. Szybko doszedł do wniosku, że nie opłaca się być czułym w nieludzkich warunkach, wobec czego sięgnął do plecaka po igłę, a następnie zatopił ją w swoim udzie.

***


Hermes nigdy nie był złym ojcem w porównaniu do innych bogów. Życie śmiertelników było mu nieobce, toteż zdolny był, na swój pokrętny sposób, sympatyzować ze swoimi dziećmi. Często podróżował, a więc i zachodził do swoich potomków, gdy miał czas i ochotę, a tego drugiego rzadko kiedy mu brakowało. Ba, nawet ubolewał nad starym dekretem Zeusa o zakazie widywania swoich dzieci, gdyż uważał, że bez nich się nudzi.
W życiu Daniela był niewątpliwe postacią epizodyczną, pojawiającą się na krótko i prawie zawsze niespodziewanie. Taka natura relacji nie powstrzymała ich jednak od zbudowania relatywnie czułej więzi, która nadszarpnięta została, dopiero gdy Dany uzależnił się od substancji psychoaktywnych, co bezpośrednio wpłynęło na jego posłuszeństwo wobec ojca. Bóg przestał z nim rozmawiać oraz podpowiadać mu na misjach, w domu pojawiał się coraz rzadziej. Niemniej, gdy usłyszał w podziemiach o śmierci Mai, postanowił rzucić szybko okiem na owoc ich starej miłości. Wybrał się więc do Nowego Jorku, gdzie po kilku chwilach z gracją wylądował na dachu Tivoli Towers i podszedł do leżącego nań, nieprzytomnego syna. Sposób, w jaki się poruszał, tłumaczył jego boskie pochodzenie. Nawet zwykłe uklęknięcie było nasycone takim szykiem, do którego Dany, ani żaden inny śmiertelnik, nigdy nie byłby w stanie dorównać. Prawda jest taka, że Hermes uważał Daniela za zmarnowany potencjał. Przejawiał on rzadkie zdolności telekinetyczne, a także dysponował arsenałem innych, potężnych mocy, które postanowił zmarnować na odurzanie się. Boski posłaniec nie był takim obrotem spraw usatysfakcjonowany, ale wiedział, że nie może zaniedbywać swoich dzieci, gdyż ostatnim razem skończyło się to dla niego tragicznie. Z powodu tejże refleksji też nie zostawił Daniela na pastwę losu, tak jak niegdyś zostawił Luke’a samego sobie w wieku jedenastu lat.
Nagle poczuł, że puls chłopaka się zatrzymał, wobec czego wyciągnął z torby Lekarstwo Lekarza - starannie przygotowaną miksturę z przepisu Asklepiosa - a następnie rozdziawił usta syna i wlał doń porcję eliksiru. Młody wnet otworzył oczy i zachłysnął się powietrzem, jak gdyby został przywrócony do życia. Bo faktycznie został.
— Mama? — wymamrotał w stronę Hermesa, leniwie mrugając oczami — Czy to Ty?
— Nie, Dany. Twoja mama nie żyje — odparł apatycznie, sięgając do torby po bandaże.
— Wiem, że nie żyjesz — załkał na skraju łez — Strasznie Cię przepraszam, ok?
— Nie przepraszaj. Ludzie żyją i umierają, to normalna sprawa. Nasuń bark.
Dany posłusznie podsunął się w stronę ojca, a następnie usiadł po turecku, wciąż nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego i kiwając nietrzeźwo głową.
— Ale ja Cię przepraszam. Mogłem odgonić te Arai od ciebie. Teraz wszyscy myślą, że Cię zabiłem. Bo może i cię zabiłem. To przeze mnie pojawiły się w szpitalu. Podobno pachnę dla nich jak maślane ciasteczka. Ale jestem głodny. Zjadłbym ciasteczka. Masz ze sobą ciasteczka?
— Nie, nie mam. Jak doszło do śmierci Mai?
— By-byłem w szpitalu, bo ostatnio chorujesz, a ja cię często odwiedzam. O-odwiedzałem, znaczy się. No wiesz przecież. Czemu się ze mną droczysz? Nigdy tego nie robiłaś. Jesteś na mnie zła?
— Dzielnie walczyłeś z Arai — skończył bandażować bark, a następnie wstał i spojrzał na wschód słońca, rozpościerający się wśród nowojorskiej architektury — Usłyszałeś, jaką klątwę na Ciebie rzuciły?
Dany jedynie pokręcił głową, bo faktycznie, nie udało mu się usłyszeć, czego fantastycznego życzyły mu dwie Arai na swoich łożach śmierci.
— Nie jesteś moją mamą, prawda?
— Nie, Dany. Nie jestem.
— Ale wyglądasz jak ona — westchnął. — Tęsknię za nią.
— Ja też, Dany. Ja też — skłamał, by zrobiło się chłopakowi lepiej. Trudno jest bogom tęsknić, jeśli już zawczasu wiedzą, że każda ich miłość jest terminalna. Taka specyficzna znieczulica zawodowa. — A teraz posłuchaj mnie uważnie, dobrze? — Przykucnął obok syna, który w odpowiedzi jedynie niemrawe pokiwał głową. — Ja muszę teraz iść, bo mam jeszcze wiele rzeczy do załatwienia, ale wrócę, dobrze?
— Mhm… Dobrze bobrze. A kim ty w ogóle jesteś?
— Twoim aniołem stróżem.
— Anioł stróż…
— Potrzebuję, żebyś mnie uważnie słuchał. Weź to — wręczył mu fiolkę nektaru.
— A co to?
— Dają to bierz.
— Biją to uciekaj!
W tym też momencie Daniel zorientował się, że kobieta przed jego oczami, tak naprawdę, jest jego ojcem. „Dają to bierz, biją to uciekaj” jest powiedzeniem, którego Hermes nadużywa, a więc i chłopak spalił się rumieńcem, gdy dotarło do niego, że odwiedził go ojciec. Jego własny ojciec. Jest tutaj, przy nim.
— Wrócę, jak już będziesz w obozie. Nie wracaj do ojczyma. Idź do swojego prawdziwego domu. Chejron przyjdzie po Ciebie za pół godziny. Nie każ mu czekać.
— Tak jest — odparł już, bardziej dumnie i stanowczo, choć wciąż niemiłosiernie zdezorientowany halucynacją. — Dziękuję.
— Naturalnie — puścił mu oczko. — W każdym razie, ja wybywam. Do zobaczenia, Danielu.
— Do zobaczenia — odparł, gdy figura jego matki uniosła się w powietrzu, a następnie popędziła na przód i prędko zniknęła mu pola widzenia.
— Wow…
Gapił się jeszcze przez chwilę w niebo, aż w końcu ziewnął, długo i przeciągle. Śmierdział tak okropnie, że aż sam się wzdrygnął gdy przyłożył nos do pachy, która zaczęła chyba już żyć swoim autonomicznym życiem. Postanowił, że jak dotrze do obozu, to weźmie czterogodzinny prysznic. A zanim w pełni dotarły do niego fakty z poprzedniej doby, zdążył opróżnić podarunek ojca, który wzmocnił go fizycznie, jak i psychicznie. Miał wystarczająco siły, by za kilkanaście minut zlecieć na dół do Chejrona, który bezprecedensowo ogłosił go, tak na przywitanie, nowym grupowym domku jedenastego i oddelegował do obozu.

◇──◆──◇──◆
[2198 słów: Dany otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 sierpnia 2022

Od Daniela CD TJ — „Bycie grupowymi to wielka odpowiedzialność”

Poprzednie opowiadanie
[LATO]

Dany spojrzał raz jeszcze na TJ z niesubtelnym grymasem na twarzy, po czym wyszedł ze zbrojowni. Był szalenie zirytowany dziewczyną i o krok od potencjalnej dymisji.
– Bycie grupowym dobrze Ci zrobi. Wierzę w Ciebie — cytował Chejrona pod nosem, kierując się w stronę areny z głową spuszczoną w dół.
Jedyne czego teraz chciał to się utopić albo potężnie naćpać. Te bachory nie są na moją głowę, pomyślał chwilę przed połknięciem dwóch tabletek Aderrallu wyciągniętych wcześniej z kieszeni. Prawie i by połknął kartę sim, którą wyjął z telefonu TJ podczas wykładania swojego żałosnego monologu o trudach bycia półbogiem.

Trening na Arenie oraz zażycie stymulantów pozwoliły chłopakowi ochłonąć i odwrócić uwagę od najnowszego „wrzoda na dupie Hermesiątek” — i choć Dany próbował się powstrzymywać od zwracania się do TJ (chociażby myślami) w tenże sposób, to marnie mu to szło. Z tego też powodu wyjątkowo ucieszył się, że w treningu towarzyszyła mu Rosannagh, która nie pozwoliła mu choć na chwilę zapomnieć o ćwiczeniach na rzecz kotłujących się w głowie problemów. Ba, nawet skomplementowała jego nieistniejącą kondycję, po tym, jak prawie zwymiotował po przebiegnięciu dwóch kilometrów. Rosannagh jest fajna, pomyślał, skręciwszy w stronę domku numer dziewięć.
Odór stopionych metali i unoszący się w powietrzu dym zdołałby przyćmić nawet najmniej wyczulonego na bodźce zewnętrzne półboga. Daniel zaczął niekontrolowanie kasłać, gdy z marnym skutkiem próbował przepędzić opary machnięciami dłoni. Dopiero po przebiciu się do głównej części kabiny, gdzie mgła opadła, zdołał dostrzec osmolone hefajstosiątka zajęte ręcznymi robótkami.
– Faquir? — Dany zapytał bez jakiegokolwiek odzewu. Złapał Araba niezręcznie za ramię i powtórzył — Faquir, halo?
Pakistańczyk przerwał spawanie mechanicznego konia i zdjął ochronne gogle, które sprawiły, że jego twarz wyglądała jak negatyw mordy pandy.
– Co chcesz? Nie widzisz, że jestem zajęty?
– Widzę, widzę. Ale mam pilną sprawę.
– Nie mam już samo zapalających się lufek.
– Nie, nie, nie! Nie o to mi chodzi.
– To o co?
– Potrzebuję szybko skonfigurować chip w tej karcie sim — Wyjął z kieszeni własność TJ i zaprezentował ją chłopakowi na zewnętrznej części dłoni.
– Dany, dobrze wiesz, że już się w to nie bawimy. To mrówcza robota i totalnie niewarta czasu. Mamy dwa wolne, neutralne dla potworów telefony, jeśli to cię interesuje.
– No nie do końca właśnie. Nowe hermesiątko robi afery i wolałbym pójść mu na rękę — syn Hefajstosa nie odpowiedział, a jedynie wbił niesubtelny, oceniający wzrok w rozszerzone oczy nowojorczyka. — Słuchaj, jeśli nie chcesz, to nie. Sam to zrobię. Założyłem po prostu, że macie bardziej precyzyjne dłonie do tego typu dłubanin.
Daniel zdążył już odepchnąć się od biurka, jak gdyby zbierał się do wyjścia, lecz Faquir uprzedził jego działanie.
– Oczekujesz, żebym poddał scalony układ fragmentacji i podmienił kryształ krzemu na perowskit?
Syn hermesa uśmiechnął się delikatnie. Manipulacyjna metoda dawania i odbierania rzadko zawodzi.
– Tak. I żebyś wymienił drut spawalniczy, metalowy styk oraz silikonowe podłoże.
– Przecież to kapsułkowanie.
– Zgadza się, dlatego przyda ci się jakiś niereaktywny, topliwy klej. Ja go poszukam, a ty już zacznij.
Tą również klamrą Daniel zamknął wątpliwości Faquira. No dobra, przekupił go jeszcze największym zestawem nuggetsów z McDonalda oraz niewielką sumą pieniędzy, ale poza tym, transakcja przeszła bezproblemowo. Przez kolejną godzinę i pół brunet grzebał w mikroskopijnym nośniku, zgięty w pół i zirytowany co raz to nawracającymi monologami Daniela. Istotnie, zielonowłosy nie był szczególną pomocą dla hefajstosiątka. Jedynie siedział na biurku, machał nogami i podawał odpowiednie narzędzia.
– No i według niego ludzie wieszają na ścianach nie jakieś gady czy ptaki, ale właśnie mięsożerne ssaki, bo te mają czułość i dumę, której innym gatunkom brakuje — kontynuował swoją skromną recenzję ostatnio przeczytanej książki, zajadając się nuggetsami przywiezionymi za pośrednictwem Uber Eats’a. — Nie wiem do końca, jak ma się to do tego czułość w rozumieniu Tokarczuk, bo sam nie uważam bycia zjedzonym za coś nadzwyczaj majestatycznego czy troskliwego, ale nieważne. To właśnie z tego powodu, zdaniem Fransa, Orwell nadał ssakom z Folwarku Zwierzęcego najwięcej ludzkich cech. Biedne świnie. Wiedziałeś, że we Francji nielegalne jest nazwać świnię Napoleon? Jaja, mówię Ci. O, albo gdy Disney sprawił, że społeczeństwo przestało postrzegać mysz jako zwierzę, a zaczęło patrzeć się na nią, jak na istotę lu-
– Mamy to! — przerwał mu Faquir. — Sorry, o czym mówiłeś?
– O Polityce Szympansów Frans’ de Waal’a — pokręcił głową z pretensjonalnym spojrzeniem i zeskoczył z biurka.
– Acha. Tu masz kartę sim — podał Danielowi przenośnik. — Mam nadzieję, że wszystko będzie śmigać.
– Dzięki wielkie. I sorry, wiesz, za kłopot. Dokładniej rozliczymy się na kolacji, ok? — odparł, cofając się w stronę wyjścia.
– Mhm.
– Dzięki jeszcze raz. I powodzenia z rumakiem! — dodał na odchodne, wybiegając z kabiny numer dziewięć.
Momentalnie zachłysnął się świeżym powietrzem, którego brakowało mu podczas pobytu w domku hefajstosiątek. Wziął parę głębokich wdechów, podziwiając piękno życia obozowego. Kabina dziewiąta jest tak depresyjna, że nawet takiemu wrakowi człowieka, jak Dany robi się lepiej po wyjściu z niej. Niekrótko po degustacji powietrzem, zaczął szukać TJ, którą na próżno było znaleźć w domku, w strefie jadalnej czy zbrojowni. Znalazł ją dopiero nad jeziorem.
– Hej, TJ! — Zaczął, podbiegając do siedzącej na plaży półbogini. — Sorry wielkie za wcześniej, nie powinienem się tak do ciebie zwracać. I sorry za kartę SIM. Musiałem się upewnić, że będziesz bezpieczna, więc trochę ją skonfigurowałem — wybąkał, podawszy jej przenośnik. — Ale wszystkie dane są na miejscu, nie martw się. Możesz teraz do woli korzystać ze starego telefonu.

Koniec wątku Dany'ego i TJ.
◇──◆──◇──◆
[859 słów: Dany otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Od Daniela CD TJ — „Bycie grupowymi to wielka odpowiedzialność”

Poprzednie opowiadanie
[LATO]

– Wow — to jedyne co szanowny Barlow zdołał wykrztusić.
Wydymał wargę i zamrugał kilka razy ze zdziwienia, nie do końca rozumiejąc nastawienie nowoprzybyłej. Kontemplował przez chwilę, czy dziewczyna zawsze przejawia zachowania społecznego ancymona, czy jest po prostu chwilowo przytłoczona nową sytuacją. Westchnął wewnętrznie i doszedł do wniosku, że jedno drugiego nie wyklucza. Był jedynie pewien tego, że TJ jest ziółkiem. Ale nie takim, co mu się śni po nocy, co go mentalnie przytuli i opowie dobranockę, ale takim, co będzie mu truć dupę i prowokować kryzysy egzystencjalne.
Słowa dziewczyny niewątpliwie poruszyły Daniela. Policzki jego spowiły rumieńce, toteż odwrócił się od niej i jeszcze raz spojrzał na skromny domek jedenasty — nie był wprawdzie ani piękny, ani praktyczny, ale był jego domem, jak ckliwie by to nie brzmiało. Lubił hałas głośniejszy od myśli, żyrandol odklejający się od sufitu, a nawet ten głupi grzyb na ścianie u dziewczyn w pokoju.
Dobra, może faktycznie była to rudera, jak tak się głębiej nad tym zastanowił, ale prędzej oddałby swoją lewą nerkę, niż się do tego przyznał.
– Czyli trawnik — przytaknął z poważną miną, przywołując ruchem ręki leżak z terenu sąsiadującego domku. — W slumsach trzymać cię na siłę nie będę.
– Hej! — krzyknęło jedno z osmolonych hefajstosiątek, wychyliwszy się zza okna kabiny dziewiątej.
– Hej, co? Zapomniałeś o swoim długu za ko… — zanim Dany zdążył dokończyć, hefajtosiątko przeklęło po arabsku, po czym zatrzasnęło okno z hukiem i rozmyło się w półcieniu warsztatu. Siedemnastolatek wzruszył ramionami, po czym przekierował swoją uwagę na TJ.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem w oczekiwaniu na odpowiedzi, lecz ten jedyne machnął ręką i zalecił podążanie go. Nawet polubił denerwowanie blondynki, choć wie, że nie powinien. Co mogłoby to świadczyć o grupowym przytułku numer jedenaście? Lub, co gorsza — co jak dziewczyna okaże się dzieckiem wielkiej trójki?
Bogowie, miejcie go w opiece.

Kierowali się w stronę Areny i Zbrojowni, kiedy Daniel zdecydował się na doedukowanie nieuznanej półbogini. Wytłumaczył jej, że wybudowanie nowych domków jest aktualnie niemożliwe, ponieważ kabiny są również boskimi świątyniami, a Percy i Annabeth wytargowali jedynie wybudowanie ośmiu domków spoza olimpijskiej dwunastki. Hermes, jako patron podróżników, postanowił przygarniać wszystkie przybłędy do czasu ich uznania, a rotacja półbogów diametralnie przekłada się na jakość domku, z powodu rozmycia się odpowiedzialności w grupie. W myślach dopowiedział sobie, że powinien się poważniej wziąć za utrzymywanie kabiny w poprawnym stanie, bo ostatecznie to na nim spoczywa przytoczona wcześniej odpowiedzialność.
Następnie kontynuował o absurdalnej zasadzie niekorzystania z urządzeń elektrycznych i wspomniał, że nikt się tej zasady nie trzyma, bo cały obóz jest pełen zbuntowanych lewaków-nastolatków, którzy plują na wszelkie tradycje.
– No i wtedy zrobili ognisko i zamiast świętej rośliny w ofierze, dali Hekate KFC. Niby jest patronką trujących roślin, to i fast foodem nie pogardzi, ale myślę, że rozumiesz porównanie — w trakcie swojego machinalnie monologu zorientował się, że TJ znowu zniknęła mu z pola widzenia.
Przeklął pod nosem, po czym skierował się w stronę otwartych wrót zbrojowni. Ujrzał tam TJ, której twarz natomiast przybrała wyraz zakłopotania i niezrozumienia. Większość rzeczy kojarzyła od razu, ale motywacje i powody, dlaczego obozowicze lub konkretne osoby coś takiego robią, wydawały się jej dziwaczne.
— No okej, rozumiem, można nie lubić lewaków i trzymać się tradycji, ale nie rozumiem, czemu to ma niby wymagać zerwania z technologią. Przecież to może się łączyć — odpowiedziała, poprawiając grzywkę. Zastanawiała się, czy powinna teraz powiedzieć to, co chce powiedzieć, ale odrobinę bała się reakcji chłopaka, z którym rozmawiała. Zmierzyła go uważnie wzrokiem, doszukując się jakichś znaków świadczących o jego formie. Przyda się jej to w momencie, kiedy postanowi się na nią rzucić z pięściami, co mogłoby mieć miejsce. Po krótkich oględzinach była już pewna, że ma z nim spore szanse, gdyby przyszło im walczyć pięści, więc nie bała się dbać o fason wypowiedzi.
— A co do ofiar, ja wam się tam nie mieszkam w wasze sprawy. Róbta co chceta. Ja jestem kalwinistką i nie przeszkadzają mi te wasze pogańskie tańce przy ogniskach. — powiedziała, naciskając na nazwę swojego wyznania z dumą. Może i było wokół niej ostatnimi czasy wiele znaków świadczących, że w ich świecie żyją bogowie greccy, tak ona sama nie zamierzała przez to porzucać swojej wiary. Była dumna z tego, jaką wiarę ma. Była to tradycja, o której kryzysie mówił przed chwilą Dany. Takie kryzysy nie omijają również ojczyzny blondynki.
Kończąc swoje rozważania podeszła nieco bliżej grupowego i z wyciągniętą ręką odparła spokojnie i z drobnym uśmieszkiem.
— No dobra, china. Obiecuję, że poza domkiem nie będę go używać, okej? To co? Pasuje ci taki układ?

TJ?
◇──◆──◇──◆
[734 słowa: Daniel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 24 lipca 2022

Od Daniela CD Laurencjusza — „Truskawkowe skręty”

— Myślicie, że damy sobie z tym szybko radę? — przerwał ciszę Ace, dając upust głębokiemu ziewowi, który wkrótce zaraził większość towarzyszy.
— My sobie nie damy rady? — odparł Laurency z figlarnym pół uśmiechem wymalowanym na twarzy. Wnet wskoczył na pobliski pieniek i kontynuował z bogatą gestykulacją. — Nam, grupowym, wyzwolicielom zgonów i pogromcom gastrofazy, niestraszne są jakieś przerośnięte poziomki — przerwał, niemal teatralnie, jak gdyby budował napięcie. — Ale słyszę was i odpowiadam. Czymże są bowiem bohaterowie bez należytych broni?
Swoją dłoń skierował ku pochwie, lecz zamiast plugio, wyciągnął przeźroczysty woreczek z brudnozieloną zawartością i zamerdał nim w kierunki reszty, jak psom smakołyki. Powadze towarzyszy ustąpił kolektywny rechot, a więc Laurency zeskoczył ochoczo z konara i prędko zaangażował się w rozmowę z Charlotte oraz Ace, którzy prowadzili grupę w stronę Truskawkowych Pól.

Laurencjusz wydawał się Danielowi prawie nierealny — jak gdyby był tą ekscentryczną, poboczną postacią, która nieoczekiwanie skrada serca czytelników, a następnie umiera, co sprawia, że seria zostaje bojkotowana przez wszystkie napalone laski, którym kilka zdań na martwym drzewie niejako złamało serca. Mógł również swoją metaforę znacznie skrócić i nazwać rzeczy po imieniu — Laurie był po prostu popularny. Słynny Potocki nawet nie kojarzy Daniela po imieniu, choć ten rozpoznawał go od niemal trzech lat, kiedy to w podobnym odstępie czasowym zawitali do obozu, a Laurie zaczął wywijać powitalną salsę na stole jadalnym (zanim z jego powodu tego oficjalnie zakazali) do Gimmie! Gimmie! Gimmie! Amandy Seyfried — co Dany personalnie uważał za moralne wykroczenie, więc zaraz po imprezie ukradł Kanmi winyl ABBY i spędził resztę nocy na słuchaniu całego albumu Voulez-Vous, który, de facto, zapoczątkował jego krótką, acz intensywną, obsesję na punkcie języka francuskiego.

Kroku dotrzymywała mu jedynie Florence, choć sam nie wiedział, czy z wyboru, czy z bezsilności, bo twarz jej co chwilę wykrzywiała się w mniej lub bardziej urzekającym grymasie, jak gdyby córka Demeter przechodziła doskwierające problemy żołądkowe. Dany nie był jednak przekonany, czy tenże grymas nie pojawiał się po prostu wtedy, gdy ta na niego patrzyła — co byłoby jak najbardziej uzasadnione. Ostatniej nocy żonglował między stymulantami, słownikiem kodu morskiego, a podpitymi hermesiątkami, które w kilka godzin zdążyły z podłogi zrobić tor przeszkód, gdy raz po raz padały na kolana i nie wstawały do wczesnego ranka. Sam nie zasnął, dopóty ostatnia siostra nie dobiła materacem do plaży, po tym, jak bardziej trzeźwi obozowicze postanowili zażartować z niej oraz innych zezgonowych imprezowiczów, wypuszczając takowych szczęściarzy na środek jeziora i wzruszająco celebrując wydarzenie jako największy, dotychczasowy Water Lantern Festival obozu.

Przodująca trójka niespodziewanie zerwała się do biegu, gdy zza horyzontu wyłoniły się, rozpościerające się wzdłuż pagórka, Truskawkowe Pola. Flo dołączyła do grupy, co uczynił również i Dany, dosiadając się do kręgu uformowanego między krzaczorami. Laurie przeklął pod nosem raz czy dwa, próbując włączyć zapalniczkę, na co Lottie wyciągnęła dłonie i zakryła nimi źródło ognia, nie odwracając kokieteryjnego wzroku z twarzy Potockiego.
— Odpalasz to czy nie? — napomniało Potockiego hypnosiątko.
— Weź się przymknij — odburknął, zapaliwszy tubkę.

Po moralnym wsparciu pierwszego skręta i pół Laurency otworzył czerwoną teczkę, a następnie zarządził, by grupa rozeszła się po dwie osoby na alejkę, gdyż potrzeba było uzupełnić wan o 15 łubianek. Florence, o dziwo, uznała, że woli zająć się donoszeniem koszyków, ażeby nie musiała się specjalnie schylać i ryzykować gastrycznymi nieprzyjemnościami. Nie dziwne więc, że Ace zdecydował się na zbieranie owoców ze swoją drogą przyjaciółką Charlotte, która to elegancko czmychnęła za nim w głąb pola, co pozostawiło Laurencego oraz Daniela samym sobie.
Pierwszy, za pomocą chlorokinezy, ściskał ogonki truskawek do momentu ich przerwania, a drugi telekinetycznie przekładał je do koszyków, dzięki czemu praca szła szybko i sprawnie. Między niewinnymi wymianami zdań Laurie nucił pod nosem Strawberry Fields Forever Beatlesów, co nasunęło Danielowi pomysł aż nadto dziwny, by warty wypowiedzenia na głos:
— Paliłeś kiedyś truskawkowe skręty?
— Truskawkowe, winogronowe, czekoladowe. Nawet o smaku, a raczej zapachu, skarpet Żabora, ale… — Nie o takie mi chodzi. — Pokręcił głową Dany, po czym zaczął lewitować truskawką tak, że ta zaczęła obracać się wokół własnej osi między ich oczyma. Laurency wydawał się nie do końca rozumieć, co zielonooki miał na myśli.
Dany szybko wybrał największą, najbardziej soczystą truskawkę, którą miał w zasięgu wzroku, a następnie zdjął ze swojego wisiorka jeden z trzech obsydianowych grotów.
— Spirytusem polejesz? — spojrzał w stronę rozluźnionego towarzysza, który wkrótce opłukał kamień alkoholem. — Dziękuję. A, i podasz trochę prawdziwej magii?
Nakłuł truskawkę od dołu, tak by zrobić z niej prowizoryczny tunel, ale by też nie przebić się do szypułki, po czym wydrążył z przodu niewielki otwór. W tym czasie Laurie podał mu saszetkę z używką, której część przesypał do wyżłobionej dziury.
— Co to, kurwa, ma być? — Przyjrzał się Potocki.
— Truskawkowy skręt. Sam zobaczysz.
Dany odpalił, za pomocą gałązki, truskawkowego skręta i zawahał się przez chwilę nad tym, czy bucha brać, czy nie. Ostatecznie uznał, że skoro nie wziął wcześniej, to i teraz samego siebie nie zawiedzie. Tym bardziej nie przez jakiś pseudo skręt, który nie sprawi przecież, że przestanie się martwić dostarczeniem truskawek do Nowego Jorku, bo w końcu jest tam ścigany i ostatnie czego by chciał to narażanie obozu na wścibskość śmiertelników, albo postrzelenia, bo przecież wiadomo, jak amerykańska policja funkcjonuje. A tym bardziej nie martwi się tym, że ostatni raz, gdy palił skręta sześć miesięcy temu, obiecał sobie, że „to tylko zioło na ataki paniki”, a skończyło się na opioidach, przez które potem prawie tydzień umierał, jak go do obozowego szpitala przyprowadził go Chejron i kazał zrobić detoks od trucizny, którą — oficjalnie — podała mu Achlys w szkolnej stołówce.
— Halo? — Wytrącił go z zamysłu Laurie, pstrykając mu palcami przed nosem. — Ziemia do Daniela. Kurwa, chyba się na sam zapach już wstawiłeś.
Chłopcy usiedli, a Barlow podał towarzyszowi nietkniętego, truskawkowego skręta.
— Wystarczy Dany — odparł, obserwując zaciągającego się truskawką kompana. — I to od twoich perfum. Wiadomo już chyba, dlaczego kobiety mdleją na twój widok. Bardziej obrzydliwego zapachu się nie dało?
— Wypraszam sobie. — Przyłożył dłoń do serca na znak obrazy, lecz ze zbyt niesubtelnym uśmiechem, żeby wziąć to na poważnie. — Nie jestem ignorantem. Na mój widok mdleją osoby i zwierzęta każdej płci.
Obydwaj wymienili się grzecznościowymi uśmiechami, po czym Dany przekierował wzrok w stronę Florence, która właśnie zabierała łubianki od drugiej grupy.
— Słuchaj, stary — kontynuował po chwili Laurie. — Ja mega doceniam ten twój pomysł, ale ta truskawka jest w chuj słaba.
— Masz coś do truskawek?
— O mój boże, w życiu! Same w sobie są muzami, tylko trochę roznegliżowanymi przez z te pestki na zewnątrz… Takie maliny, na przykład, są eleganckie, wszystko, co najcenniejsze mają w środku.
— Rozumiem. — Pokiwał poważnie głową, próbując powstrzymać się od śmiechu.
— Ziom, nie śmiej się! Ja pierdolę.
— Nie no, serio rozumiem metaforę. To trochę jak z ludźmi, no nie? Ci z pestkami na zewnątrz wszystko, co najcenniejsze w życiu, rozrzucają na lewo i prawo, są tak jakby… ekskluzywni, nie dbają o prywatność. A ludzie maliny z pestkami w środku zachowują więcej dla siebie i tylko niektórym pestki pokazują.
— Właśnie. — Podrzucił rękoma Włoch, kręcąc nieco głową. — A ty byłbyś bardziej człowiekiem truskawką czy człowiekiem maliną? Ja chyba truskawką, choć do maliny chyba niewiele mi brakuje.
— Pewnie maliną.
— Maliny są dobre. — Ziewnął, rozciągając się rękoma do góry.
— Wolę truskawki. — Wzruszył ramionami i podjadł jedną z łubianki.
— Dobra. Owoce owocami, ale pora się zająć konkretami.
Dany już zrywał się do wstania, kiedy Potocki pokręcił głową.
— Mon ami, nie o takie konkrety mi rzecz jasna chodzi.
Wyciągnął z kieszeni normalnie wyglądającego już skręta, po czym otoczył Daniela ramieniem i pomachał mu pięknym papierkiem przed oczami. Syn Hermesa spojrzał na niego z nutą wątpliwości, kręcąc delikatnie głową — czuł, jak jego ręce zaczynają się pocić, a gardło ściskać. Nie wspominając już o kontakcie fizycznym, które nim wzdrygnęło i wyprowadziło z jeszcze innej, mniej świadomej, strefy komfortu. Jedyne czego teraz pragnął to po prostu się wyluzować, a wrota — o ile nie przepaść — do tego wyboru stały do niego tworem, nawet do niego machały.
Laurency butem wydrążył w glebie niewielki otwór, do którego wrzucił ziołową truskawkę, a następnie zasypał ją ziemią oraz polecił spoczywać w pokoju. Po skończeniu szopki skierował swoją uwagę na Barlowa, przechylił delikatnie głowę i uśmiechnął się szeroko:
— No to jak, mordeczko? Ze mną nie zapalisz…?
Dany przełknął ślinę, aż mu uszy się zatrzęsły, po czym wypalił, przejmując prędko od Lauriego narkotyk i gestem prosząc o zapalniczkę:
— Carpe diem?

Laurie?

środa, 20 lipca 2022

Od Laurencjusza do Daniela — „Truskawkowe skręty”

Laurency oddałby wszystko, czym dysponował jego wybiedzony nastoletni interwentarz — pustą butelkę po winie, sztywną skarpetę spod łóżka Milio, nawet swój ulubiony otwieracz do piwa z imieniem, w kształcie butelki whisky, a jeśli by było trzeba, to i Żabora — byle imprezy w domku numer dwanaście odsunęły się na dalszy plan i oddały plakietkę „Główne źródło moich kłopotów” czemuś bardziej przyziemnemu, niźli upijanie się mdłym winem albo wypalanie resztek trawy z cudzej lufki. Tego rodzaju uniesienia wprawdzie sprawdzały się, kiedy sobotnie popołudnia upływały na przygotowywaniu na całonocny taniec, a godziny wieczorne uciekały gdzieś między szotem cytrynówki a drinkiem z karmelowym likierem, jednak były też poranki. Były i poranki, i niewdzięczne południa, kiedy Laurency stawał w progu gabinetu Chejrona, zwyczajowo ze zwieszoną głową i zbitym wzrokiem. Unosił go po pięciu uderzeniach serca, wcinał się w słowo Chejronowi i kiedy dostrzegał, że centaur szczerze rozważa wysłanie go na Wyspy Świętej Heleny, do Napoleona, coby upili się włoskim winem, przegryźli francuski camembert i pośmiali z Marii Antoniny, potulnie przepraszał, przyjmując swoją karę. Wiedział, że ledwo opuszczał jego gabinet, Chejron wzdychał, pełny pożałowania, po czym włączał filmiki ze śmiesznymi kotkami.
Laurency regularnie wysyłał mu linki do nowych — a Chejron reagował na wszystkie wiadomości serduszkiem — więc kiedy pewnego dnia w łączu nie było kotków, tylko soczysty Rick Astley, Chejron zaczął ignorować wiadomości Laurencego. Laurie najpewniej powinien był potraktować to jako początek otwartej wojny, ale odpuścił przesyłanie Watykańczyka.
Dionizoski były już po śniadaniu, Laurency zdążył odwieść ich od pomysłu wkładania dłoni w owsiankę. Pokornie wrócili do domku dwunastego. Laurie i Milio siedzieli na ławce przed domkiem — na specjalnym prezencie, który zrobiła dla Milio jakaś dziewczyna od Hefajstosa, bo popatrzył na nią dłużej, niż przez pięć uderzeń serca — kontemplując, dlaczego skurwysyńskie motyle nie są wcale takie ładne.
— No ale popatrz na nie, są brzydkie jak noc — powtarzał Milio. — Pieprzone szkarady!
— Nie obrażaj Bolka. — Laurency odsunął białego motyla przesiadującego na jego dłoni. — Zrobi mu się przykro albo jakaś motylica to usłyszy i nie będzie chciała się z nim rozmnażać. Wtedy całą populację motyli trafi chuj.
Milio pokiwał głową, ale nie zdążył odpowiedzieć. Trzask drzwi i tupot stóp zwiastował nadejście Żabora, za którym, krok po kroku, podążał lokalna legenda, Biały Piwosz. Laurency do niego pomachał, zapominając o motylu.
— Kurwa! — zawołał. Opuścił ramiona i popatrzył na Żabora. — Co tam, loca?
— Wszystko gra — odparł tamten. — A u ciebie?
— Przeuroczy. — Usta Laurencego rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Poklepał Żabora po ramieniu. — Jedyny, który się o mnie troszczy. U mnie też dobrze, zaskakująco, ale to chyba dlatego, że Chejron dalej nie wysłał swojego gołębia, żeby ściągnąć mnie do siebie.
— Nie myślicie, że to dziwne? — wtrącił Lucien.
— Może dalej drzemać. Starsi tak mają, nagle ich ścina, potem pęcherz przestaje trzymać i kończą, oglądając Elif — zasugerował Milio.
Chłopcy zaśmiali się, jeden po drugim. Przesiedzieli tak następne pół godziny, po kolei sugerując, co stary centaur mógł robić, kiedy nikt nie patrzył, kończąc na wyobrażaniu sobie Chejrona w kąpieli (na tym etapie zastanawiali się, jak ją bierze i czy potrzebuje pomocy, i czy jego końska wersja także jej wymaga) albo pieprzącego się z kimś, o kim z całą pewnością myśleć nie powinni.

Chejronowy gołąb przyleciał.
Laurency wziął głęboki oddech i wygładził swoją koszulkę, próbując nadać krótkim dresowym spodenkom i luźnemu t-shirtowi formalności. Zapukał, trzykrotnie, dbając o stosowny kąt nachylenia i wydźwięk uderzania kostek o drewno. W ostatnie stuknięcie włożył wszystkie swoje uczucia, coby Chejron wiedział, kogo się spodziewać. Żeby była jasność, Laurency powinien był zanucić Pitbulla.
— Panie koordynatorze. — Rozchylił szeroko ramiona, uśmiechając się promiennie do Chejrona.
Chejron stanowił jego skrajną opozycję. Patrzył na Laurencego spojrzeniem nader spoważniałym, chociaż nie zaprosił grupowego domku dwunastego, żeby pieprzyć o cenach paliwa albo kosztach budowy bliźniaków.
— Do twarzy panu w tym garniturku, profesorze — skomentował Laurie. W rzeczywistości Chejron zakładał go przesadnie często i Laurencemu zdarzyło się zastanawiać, czy to marynarka nie zesztywniała na tyle, by ograniczać ruchy koordynatora. — O czym dzisiaj porozmawiamy? Ocieplenie klimatu? Ma pan jakieś wieści od cioci? Może…
Laurency pożałował, że nie rozejrzał się po pomieszczeniu wcześniej. Zwyczajowe rendez-vous z Chejronem, w istocie, odbywało się południami. Dochodziła szesnasta, więc Laurency mógł spodziewać się oderwania od rutyny.
To miało więcej sensu, niż dotąd myślał.
— Florence! Wyglądasz… kompletnie nie tak, jakbyś wczoraj wymiotowała! — zwrócił się do stojącej w kącie, opierającej się o ścianę grupowej Demeter.
Tuż obok niej, na krześle, siedziała Charlotte Beaumont, z nogą założoną na nogę i pogodnym wyrazem porcelanowej twarzy. Zdawało się, jakby Chejron wyciągnął ją z chatki z ogrodem, w której przeżywałaby swój prywatny lesbian cottagecore dream, w białej, rozkloszowanej sukience z bufiastymi rękawkami i z motylą spinką na czubku głowy. Nosiła pantofle, przeklęte pantofle, którym Laurency posłał urażone spojrzenie spod ściągniętych brwi, wymownie dając im do zrozumienia, że blaty nie są niezniszczalne, bez względu na to, czy Charlotte tańczy do Time of my Life z Dirty Dancing, czy I Love It Lil Pumpa.
— Nasz najjaśniejszy promyk, Lottie, jak miło cię tu widzieć! Na Bogów, z nich wszystkich jesteś najlepszym, czego mogłem się tu spodziewać, wyłączając towarzystwo pana koordynatora. — Laurency skinął doń głową i uformował z palców serduszko.
Lottie uśmiechnęła się najpiękniej, jak Laurie tylko widział.
Kolejną owcą, która zwróciła jego uwagę, był Ace Chadwick, kolega od spalania zioła. Laurency skierował ku niemu pistolety z palców. Siedział na podłodze, zadzierając głowę, wspierając plecy o biblioteczkę. Nosił to, co zwykli nosić ci fajni chłopcy, do których Żabor starał się upodobnić, czyli bluzę — lato spakowało już walizki i w czułym geście pokazało środkowego palca — i ciemne bojówki.
— Upierz kiedyś tę czapkę, Ace, bo nigdy nie poderwiesz żadnej alternatywki — rzucił do niego Dionizos i odwrócił się do ostatniego z goszczących w pokoju alkoholików.
Rozpoznał go, bo Laurency znał wszystkich. Laurency wiedział wszystko na temat każdego.
Niefortunnie okazało się, że poprzedniej nocy zwoje w jego mózgu mogły się nieco poprzepalać.
— Damian — powiedział, mrużąc oczy i krzywiąc usta. Nie, to nie było takie proste. — Cholera. David? David! Nie? — zawahał się, gdy jegomość pokręcił subtelnie głową.
— Blisko.
— Derek?
— Daniel, Laurency — wtrącił się Chejron. — Czy już skończyłeś swoje powitanie i mogę przejść do rzeczy?
Laurency skinął ochoczo i wycofał się ku Lottie, stając obok jej krzesła.
— Nie chciałem robić wam łapanek, bo byłoby to nieskuteczne. Nie prężcie się tak, dzieciaki, przymykam oczy na wasze imprezowanie, chociaż prawdopodobnie popełniam duży błąd. Dopóki robicie wszystko to, czego od was wymagamy, nikt nie wyśle was na ścięcie. Już, Florence, nie bój się, dzisiaj nie musicie szykować się na reprymendy.
Grupowi posłali sobie pełne konsternacji spojrzenia. Czy konie mają coś takiego jak kobiety? Jakieś momenty specjalnej czułości?, myślał Laurency.
— To dlatego nie ma tu Elio — prychnął pod nosem Ace.
— Nie bądź sześćdziesiątką, stary — strofował go Laurency. — Nie donoś.
Chejron między westchnieniami otworzył czerwoną teczkę.
— Zadaniem waszej piątki będzie dopilnowanie, by truskawki dotarły stąd do Nowego Jorku. — Uniósł wzrok na piątkę grupowych. — Wszystko zależy od was i jeśli nie zorganizujecie dostawy, macie moje słowo, że następnym razem nikt nie naprawi waszego blatu ani… czegokolwiek, co psujecie pięciokrotnie w ciągu miesiąca. Czy to jasne?
Po pomieszczeniu poniósł się pełen rozczarowania pomruk.
— Dzieciaki, na litość, mogłem was wszystkich wyrzucić, a wy narzekacie przez truskawki? — Chejron zmarszczył czoło. — Być może faktycznie powinienem…
— Nie, nie. — Laurency przerwał mu w pół zdania, unosząc ramiona. — Daj pan tę teczkę, ja ją wsadzę pod pachę, zaplanujemy wesołe spotkanie na wieczór, bo jest niedziela, a my z całą pewnością nie mamy nic ciekawszego do roboty, więc porwę czwórkę grupowych i spędzimy wspaniały czas na integrowaniu się dzięki… — Spojrzał na dokumentację z roztargnieniem błądzącym gdzieś po twarzy. — Dzięki truskawkom. Bogowie, dziękuję za tę okazję. I panu też dziękujemy, koordynatorze. Już stąd zmykamy.
Laurency dał sygnał, by grupowi, jak na hejnał, podnieśli się i wyszli. Nikt się nie sprzeciwił. Laurie założył, że żaden z nich nie zamierzał spędzać z Chejronem więcej czasu, niż było to konieczne. Jeszcze wpadłyby mu do głowy poziomki albo jeżyny. Albo, co lepsze, pokrzywy.

poniedziałek, 18 lipca 2022

Od Daniela do TJ — „Bycie grupowymi to wielka odpowiedzialność”

— I pamiętajcie, że bycie grupowymi to wielka odpowiedzialność. — zakończył swój monolog Chejron, niesubtelnie kierując wzrok w stronę grupowego kabiny dwunastej, Laurencjusza Potockiego, gdy Pan D opróżniał czwartą z kolei puszkę coli zero.
W tym momencie mniej więcej, Dany się wyłączył. Sam nie wiedział, co robi na spotkaniu grupowych oraz jaki mechanizm przyczynowo-skutkowy zdeterminował jego wybór spośród przeludnionego domku jedenastego, ale uznał, że przyjdzie i postara się samego siebie przekonać, że bycie prefektem nie jest aż tak tragicznym pomysłem.
— Dany, — wzdrygnął się, usłyszawszy swoje imię. Podniósł wzrok z trzepoczącej nogi i zorientował się, że jedynie on i centaur pozostali w pomieszczeniu — rozumiem, że może ci być trudno, ale zapewniam cię, że bycie grupowym dobrze ci zrobi. Oderwie cię od tego, co się stało.
— Jasne, rozumiem — za chuja nie rozumiał, ale nie był w humorze drążyć temat, przynajmniej nie werbalnie.
Wystarczyło mu, że upokorzył się już wcześniej — gdy beczał jak dziecko we włochate ramię półkonia, po tym, jak ten odnalazł go po dwóch tygodniach mieszkania na ulicy i zasugerował powrót do obozu. Dany obiecał sobie nie zawieść centaura. Poza tym wizja bycia prefektem faktycznie brzmiała jak solidny środek rozpraszający uwagę młodzieńca, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę fakt, że nie ma już po co wracać do miasta, a więc i zostaje w obozie na cały kolejny rok.
Zgarnął z krzesła swoją bluzę i już miał wychodzić, gdy na progu pokoju wypalił:
— Ale będę mieć jakieś przywileje, no nie? — uśmiechnął się niewinnie w stronę mentora.
— Porozmawiamy o tym kiedy indziej — odparł chłodno, nie odwracając wzroku od stanowiska, które porządkował. Dany już zrywał się do wyjścia, kiedy Chejron zawołał w jego stronę — Nie zapomnij o wprowadzeniu nowych obozowiczów!
— Tak jest, szefie — odkrzyknął chłopak z nutą sarkazmu, przymknąwszy drzwi budynku administracyjnego obozu.
Nowi obozowicze potrafią być prawdziwym wrzodem na dupie dla dzieci Hermesa, szczególnie w sezonie wakacyjnym, gdy spocone ciała półbogów wylewają się ze skromnych progów domku jedenastego. Dany tego dnia do wprowadzenia miał dwie nowe przybyszki, Teddy oraz Helgę. Z opisu Chejrona wynikało, że jedna jest bez rozumu, a druga bez ręki, lecz nie ukrywa, że mógł te fakty ze sobą poplątać. Po drodze z Wielkiego Domu zgarnął dzbanek już wystygłej kawy oraz tosta z masłem — resztki ze śniadania, które odbywało się równolegle ze spotkaniem grupowych. W pewnym momencie w kieszeni zaczął mu brzęczeć telefon, a więc włożył kawałek pieczywa do buzi, by lewą ręką odblokować ekran i zobaczyć, kto nie ma życia i nadużywa swojego prawa do posiadania telefonu komórkowego na terenie obozu. Na kabinowej grupie na discordzie ludzie zaczęli wysyłać filmiki przedstawiające bójkę odbywająca się w domku. Daniel prędko oddał swojego tosta hasającemu w pobliżu zającowi i przeprosił za potencjalne problemy żołądkowe, a następnie żwawym krokiem skierował się w stronę chaty.
Już z oddali słychać było okrzyki radości, a nawet bólu. Daniel wymienił wzrok politowania z kilkoma sąsiadującymi obozowiczami, a następnie wtargnął do domu z takim impetem, że omal nie potknął się o jedenastoletnią Krzysie i nie oblał jej (prawie) boskim trunkiem. Z tego też powodu jego interwencję poprzedził szybki przystanek w pokoju na odłożenie dzbanka z kawą. Dopiero wtedy grupowy wziął głęboki wdech i przedarł się przez wiwatujący tłum.
— Hej, hej, hej! — wskoczył pomiędzy Doriana oraz nieznaną mu jeszcze blondynkę po tym, jak przywaliła mu solidnego yop-chagi w głowę. — Bądźcie ludźmi, dopiero tu posprzątaliśmy!
— Nie byłoby problemu, gdyby ten idiota nie ukradł mi telefonu — odwarknęła, próbując rzucić się w stronę powalonego już na ziemię chłopa.
— Hej! — krzyknął Dany, zatrzymując ją gestem dłoni. Dopiero wtedy zorientował się, że dziewczynie brakuje prawej ręki, a więc jest i tym świeżakiem, o którym wspominał wcześniej Chejron. — Zaraz wszystko rozwiążemy, ok? — odparł, już spokojniej, przewracając oczami i odwracając się w stronę leżącego na ziemi brata.
— No co? Jest nowa i nie wiemy, czy jest naszą siostrą.
— No i, pacanie? — syknęła blondynka.
— To i, że tylko dzieci Hermesa mogą mieć urządzenia elektronicznie, bo inaczej zwabisz na nas potwory i wszyscy zdechniemy — odpowiedział Dorian z krzywym uśmiechem na mordzie.
— Bzdury — upierała się.
Ja pierdolę, pomyślał Dany.
— Dorian, oddaj… Jak masz na imię?
— TJ.
— Wstań i oddaj TJ telefon.
— Jeszcze czego — oburzył się, ostentacyjnie otrzepując swoje spodnie.
— TJ, poczekaj na zewnątrz — polecił dziewczynie.
— Dlaczego śpię na podłodze, a inni na łóżku? Pojebany macie ten system. Chcę do innego domu, ten jest-
— TJ, słonko, dla mnie to ty i możesz na trawniku spać, ale jeśli mamy tu dojść do jakiegoś konsensusu to wyjdź, proszę, na zewnątrz i poczekaj, aż przyjdę.
Rzuciła mu groźne spojrzenie, a następnie obróciła na pięcie i odepchnęła lewą ręką zgromadzonych, by zrobić sobie przejście.
— Szopka zakończona — oznajmił Dany, obracając się wokół kręgu obozowiczów. — Możecie iść do pokojów i zacząć się modlić, że dziewczyna nie jest córką Nemezis. Nadal nie odrobiliśmy strat po ich ostatniej zemście…
Obozowicze zaczęli się rozchodzić — niektórzy wzdychali z rozczarowania, a inni wymieniali szeptami. Dany nienawidził być w centrum uwagi, pod presją. Czuł na sobie masę oczu, które z niego szydziły i go oceniały, a najgorsze jest to, że on nie miał nad ich myślami najmniejszej kontroli. Zamarzł na chwilę w miejscu, gdy z równowagi wytrącił go Dorian.
— Wariatka jakaś, mówię Ci.
— Stary, — zaczął Dany, podając mu czapkę, która spadła piętnastolatkowi podczas widowiskowego uderzenia TJ. — mogłeś rozegrać to sprytniej, albo chociaż bardziej dyplomatycznie.
— Co to znaczy sprytniej?
— Tak, żeby cię nie przyłapała — uśmiechnął się. — Mamy reputację do utrzymania.
— No dobra… — parsknął, przeczesując dłonią rude włosy — Ale telefonu nie powinna mieć i tak.
— Wiem.
— I tak będziesz go chciał?
— Zgadza się — wyciągnął rękę w jego stronę dłonią do góry.
— No weź, mój się ostatnio zepsuł.
— Było myśleć, zanim zadziałasz. Nie da ci żyć, jak cię z nim zobaczy.
— No wiem — przekręcił oczami i wręczył Danielowi komórkę.
— Dziękuję — odpowiedział ciepło, chowając urządzenie do kieszeni w spodniach. — A teraz leć odwrócić ich uwagę, bo zaraz cały obóz będzie gadał o tym, jak baba spuściła ci lanie.
Chłopcy pożegnali się, a Dany poszedł do pokoju, gdzie wyjął z szuflady tabletkę vicodinu, by następnie popić ją kawą, którą wcześniej przelał do plastikowego kubeczka. Założył rozwalające się okulary przeciwsłoneczne, po czym wyszedł na zewnątrz z zamysłem spotkania tam TJ, lecz ku jego zdziwieniu nikogo tam nie zastał.
TJ?
◇──◆──◇──◆
1010 słów: Daniel otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia

Dany Barlow

A ja jestem pomidorem i nikogo się nie boję.

zdjecieDaniel „Dany” BarlowON/JEGO — 17 LAT — PÓŁBÓG — AMERYKANIN — 30 PD — 1 PU — 100 PZpheonicids#4009

Syn Hermesa