Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Truskawkowe skręty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Truskawkowe skręty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lipca 2022

Od Daniela CD Laurencjusza — „Truskawkowe skręty”

— Myślicie, że damy sobie z tym szybko radę? — przerwał ciszę Ace, dając upust głębokiemu ziewowi, który wkrótce zaraził większość towarzyszy.
— My sobie nie damy rady? — odparł Laurency z figlarnym pół uśmiechem wymalowanym na twarzy. Wnet wskoczył na pobliski pieniek i kontynuował z bogatą gestykulacją. — Nam, grupowym, wyzwolicielom zgonów i pogromcom gastrofazy, niestraszne są jakieś przerośnięte poziomki — przerwał, niemal teatralnie, jak gdyby budował napięcie. — Ale słyszę was i odpowiadam. Czymże są bowiem bohaterowie bez należytych broni?
Swoją dłoń skierował ku pochwie, lecz zamiast plugio, wyciągnął przeźroczysty woreczek z brudnozieloną zawartością i zamerdał nim w kierunki reszty, jak psom smakołyki. Powadze towarzyszy ustąpił kolektywny rechot, a więc Laurency zeskoczył ochoczo z konara i prędko zaangażował się w rozmowę z Charlotte oraz Ace, którzy prowadzili grupę w stronę Truskawkowych Pól.

Laurencjusz wydawał się Danielowi prawie nierealny — jak gdyby był tą ekscentryczną, poboczną postacią, która nieoczekiwanie skrada serca czytelników, a następnie umiera, co sprawia, że seria zostaje bojkotowana przez wszystkie napalone laski, którym kilka zdań na martwym drzewie niejako złamało serca. Mógł również swoją metaforę znacznie skrócić i nazwać rzeczy po imieniu — Laurie był po prostu popularny. Słynny Potocki nawet nie kojarzy Daniela po imieniu, choć ten rozpoznawał go od niemal trzech lat, kiedy to w podobnym odstępie czasowym zawitali do obozu, a Laurie zaczął wywijać powitalną salsę na stole jadalnym (zanim z jego powodu tego oficjalnie zakazali) do Gimmie! Gimmie! Gimmie! Amandy Seyfried — co Dany personalnie uważał za moralne wykroczenie, więc zaraz po imprezie ukradł Kanmi winyl ABBY i spędził resztę nocy na słuchaniu całego albumu Voulez-Vous, który, de facto, zapoczątkował jego krótką, acz intensywną, obsesję na punkcie języka francuskiego.

Kroku dotrzymywała mu jedynie Florence, choć sam nie wiedział, czy z wyboru, czy z bezsilności, bo twarz jej co chwilę wykrzywiała się w mniej lub bardziej urzekającym grymasie, jak gdyby córka Demeter przechodziła doskwierające problemy żołądkowe. Dany nie był jednak przekonany, czy tenże grymas nie pojawiał się po prostu wtedy, gdy ta na niego patrzyła — co byłoby jak najbardziej uzasadnione. Ostatniej nocy żonglował między stymulantami, słownikiem kodu morskiego, a podpitymi hermesiątkami, które w kilka godzin zdążyły z podłogi zrobić tor przeszkód, gdy raz po raz padały na kolana i nie wstawały do wczesnego ranka. Sam nie zasnął, dopóty ostatnia siostra nie dobiła materacem do plaży, po tym, jak bardziej trzeźwi obozowicze postanowili zażartować z niej oraz innych zezgonowych imprezowiczów, wypuszczając takowych szczęściarzy na środek jeziora i wzruszająco celebrując wydarzenie jako największy, dotychczasowy Water Lantern Festival obozu.

Przodująca trójka niespodziewanie zerwała się do biegu, gdy zza horyzontu wyłoniły się, rozpościerające się wzdłuż pagórka, Truskawkowe Pola. Flo dołączyła do grupy, co uczynił również i Dany, dosiadając się do kręgu uformowanego między krzaczorami. Laurie przeklął pod nosem raz czy dwa, próbując włączyć zapalniczkę, na co Lottie wyciągnęła dłonie i zakryła nimi źródło ognia, nie odwracając kokieteryjnego wzroku z twarzy Potockiego.
— Odpalasz to czy nie? — napomniało Potockiego hypnosiątko.
— Weź się przymknij — odburknął, zapaliwszy tubkę.

Po moralnym wsparciu pierwszego skręta i pół Laurency otworzył czerwoną teczkę, a następnie zarządził, by grupa rozeszła się po dwie osoby na alejkę, gdyż potrzeba było uzupełnić wan o 15 łubianek. Florence, o dziwo, uznała, że woli zająć się donoszeniem koszyków, ażeby nie musiała się specjalnie schylać i ryzykować gastrycznymi nieprzyjemnościami. Nie dziwne więc, że Ace zdecydował się na zbieranie owoców ze swoją drogą przyjaciółką Charlotte, która to elegancko czmychnęła za nim w głąb pola, co pozostawiło Laurencego oraz Daniela samym sobie.
Pierwszy, za pomocą chlorokinezy, ściskał ogonki truskawek do momentu ich przerwania, a drugi telekinetycznie przekładał je do koszyków, dzięki czemu praca szła szybko i sprawnie. Między niewinnymi wymianami zdań Laurie nucił pod nosem Strawberry Fields Forever Beatlesów, co nasunęło Danielowi pomysł aż nadto dziwny, by warty wypowiedzenia na głos:
— Paliłeś kiedyś truskawkowe skręty?
— Truskawkowe, winogronowe, czekoladowe. Nawet o smaku, a raczej zapachu, skarpet Żabora, ale… — Nie o takie mi chodzi. — Pokręcił głową Dany, po czym zaczął lewitować truskawką tak, że ta zaczęła obracać się wokół własnej osi między ich oczyma. Laurency wydawał się nie do końca rozumieć, co zielonooki miał na myśli.
Dany szybko wybrał największą, najbardziej soczystą truskawkę, którą miał w zasięgu wzroku, a następnie zdjął ze swojego wisiorka jeden z trzech obsydianowych grotów.
— Spirytusem polejesz? — spojrzał w stronę rozluźnionego towarzysza, który wkrótce opłukał kamień alkoholem. — Dziękuję. A, i podasz trochę prawdziwej magii?
Nakłuł truskawkę od dołu, tak by zrobić z niej prowizoryczny tunel, ale by też nie przebić się do szypułki, po czym wydrążył z przodu niewielki otwór. W tym czasie Laurie podał mu saszetkę z używką, której część przesypał do wyżłobionej dziury.
— Co to, kurwa, ma być? — Przyjrzał się Potocki.
— Truskawkowy skręt. Sam zobaczysz.
Dany odpalił, za pomocą gałązki, truskawkowego skręta i zawahał się przez chwilę nad tym, czy bucha brać, czy nie. Ostatecznie uznał, że skoro nie wziął wcześniej, to i teraz samego siebie nie zawiedzie. Tym bardziej nie przez jakiś pseudo skręt, który nie sprawi przecież, że przestanie się martwić dostarczeniem truskawek do Nowego Jorku, bo w końcu jest tam ścigany i ostatnie czego by chciał to narażanie obozu na wścibskość śmiertelników, albo postrzelenia, bo przecież wiadomo, jak amerykańska policja funkcjonuje. A tym bardziej nie martwi się tym, że ostatni raz, gdy palił skręta sześć miesięcy temu, obiecał sobie, że „to tylko zioło na ataki paniki”, a skończyło się na opioidach, przez które potem prawie tydzień umierał, jak go do obozowego szpitala przyprowadził go Chejron i kazał zrobić detoks od trucizny, którą — oficjalnie — podała mu Achlys w szkolnej stołówce.
— Halo? — Wytrącił go z zamysłu Laurie, pstrykając mu palcami przed nosem. — Ziemia do Daniela. Kurwa, chyba się na sam zapach już wstawiłeś.
Chłopcy usiedli, a Barlow podał towarzyszowi nietkniętego, truskawkowego skręta.
— Wystarczy Dany — odparł, obserwując zaciągającego się truskawką kompana. — I to od twoich perfum. Wiadomo już chyba, dlaczego kobiety mdleją na twój widok. Bardziej obrzydliwego zapachu się nie dało?
— Wypraszam sobie. — Przyłożył dłoń do serca na znak obrazy, lecz ze zbyt niesubtelnym uśmiechem, żeby wziąć to na poważnie. — Nie jestem ignorantem. Na mój widok mdleją osoby i zwierzęta każdej płci.
Obydwaj wymienili się grzecznościowymi uśmiechami, po czym Dany przekierował wzrok w stronę Florence, która właśnie zabierała łubianki od drugiej grupy.
— Słuchaj, stary — kontynuował po chwili Laurie. — Ja mega doceniam ten twój pomysł, ale ta truskawka jest w chuj słaba.
— Masz coś do truskawek?
— O mój boże, w życiu! Same w sobie są muzami, tylko trochę roznegliżowanymi przez z te pestki na zewnątrz… Takie maliny, na przykład, są eleganckie, wszystko, co najcenniejsze mają w środku.
— Rozumiem. — Pokiwał poważnie głową, próbując powstrzymać się od śmiechu.
— Ziom, nie śmiej się! Ja pierdolę.
— Nie no, serio rozumiem metaforę. To trochę jak z ludźmi, no nie? Ci z pestkami na zewnątrz wszystko, co najcenniejsze w życiu, rozrzucają na lewo i prawo, są tak jakby… ekskluzywni, nie dbają o prywatność. A ludzie maliny z pestkami w środku zachowują więcej dla siebie i tylko niektórym pestki pokazują.
— Właśnie. — Podrzucił rękoma Włoch, kręcąc nieco głową. — A ty byłbyś bardziej człowiekiem truskawką czy człowiekiem maliną? Ja chyba truskawką, choć do maliny chyba niewiele mi brakuje.
— Pewnie maliną.
— Maliny są dobre. — Ziewnął, rozciągając się rękoma do góry.
— Wolę truskawki. — Wzruszył ramionami i podjadł jedną z łubianki.
— Dobra. Owoce owocami, ale pora się zająć konkretami.
Dany już zrywał się do wstania, kiedy Potocki pokręcił głową.
— Mon ami, nie o takie konkrety mi rzecz jasna chodzi.
Wyciągnął z kieszeni normalnie wyglądającego już skręta, po czym otoczył Daniela ramieniem i pomachał mu pięknym papierkiem przed oczami. Syn Hermesa spojrzał na niego z nutą wątpliwości, kręcąc delikatnie głową — czuł, jak jego ręce zaczynają się pocić, a gardło ściskać. Nie wspominając już o kontakcie fizycznym, które nim wzdrygnęło i wyprowadziło z jeszcze innej, mniej świadomej, strefy komfortu. Jedyne czego teraz pragnął to po prostu się wyluzować, a wrota — o ile nie przepaść — do tego wyboru stały do niego tworem, nawet do niego machały.
Laurency butem wydrążył w glebie niewielki otwór, do którego wrzucił ziołową truskawkę, a następnie zasypał ją ziemią oraz polecił spoczywać w pokoju. Po skończeniu szopki skierował swoją uwagę na Barlowa, przechylił delikatnie głowę i uśmiechnął się szeroko:
— No to jak, mordeczko? Ze mną nie zapalisz…?
Dany przełknął ślinę, aż mu uszy się zatrzęsły, po czym wypalił, przejmując prędko od Lauriego narkotyk i gestem prosząc o zapalniczkę:
— Carpe diem?

Laurie?

środa, 20 lipca 2022

Od Laurencjusza do Daniela — „Truskawkowe skręty”

Laurency oddałby wszystko, czym dysponował jego wybiedzony nastoletni interwentarz — pustą butelkę po winie, sztywną skarpetę spod łóżka Milio, nawet swój ulubiony otwieracz do piwa z imieniem, w kształcie butelki whisky, a jeśli by było trzeba, to i Żabora — byle imprezy w domku numer dwanaście odsunęły się na dalszy plan i oddały plakietkę „Główne źródło moich kłopotów” czemuś bardziej przyziemnemu, niźli upijanie się mdłym winem albo wypalanie resztek trawy z cudzej lufki. Tego rodzaju uniesienia wprawdzie sprawdzały się, kiedy sobotnie popołudnia upływały na przygotowywaniu na całonocny taniec, a godziny wieczorne uciekały gdzieś między szotem cytrynówki a drinkiem z karmelowym likierem, jednak były też poranki. Były i poranki, i niewdzięczne południa, kiedy Laurency stawał w progu gabinetu Chejrona, zwyczajowo ze zwieszoną głową i zbitym wzrokiem. Unosił go po pięciu uderzeniach serca, wcinał się w słowo Chejronowi i kiedy dostrzegał, że centaur szczerze rozważa wysłanie go na Wyspy Świętej Heleny, do Napoleona, coby upili się włoskim winem, przegryźli francuski camembert i pośmiali z Marii Antoniny, potulnie przepraszał, przyjmując swoją karę. Wiedział, że ledwo opuszczał jego gabinet, Chejron wzdychał, pełny pożałowania, po czym włączał filmiki ze śmiesznymi kotkami.
Laurency regularnie wysyłał mu linki do nowych — a Chejron reagował na wszystkie wiadomości serduszkiem — więc kiedy pewnego dnia w łączu nie było kotków, tylko soczysty Rick Astley, Chejron zaczął ignorować wiadomości Laurencego. Laurie najpewniej powinien był potraktować to jako początek otwartej wojny, ale odpuścił przesyłanie Watykańczyka.
Dionizoski były już po śniadaniu, Laurency zdążył odwieść ich od pomysłu wkładania dłoni w owsiankę. Pokornie wrócili do domku dwunastego. Laurie i Milio siedzieli na ławce przed domkiem — na specjalnym prezencie, który zrobiła dla Milio jakaś dziewczyna od Hefajstosa, bo popatrzył na nią dłużej, niż przez pięć uderzeń serca — kontemplując, dlaczego skurwysyńskie motyle nie są wcale takie ładne.
— No ale popatrz na nie, są brzydkie jak noc — powtarzał Milio. — Pieprzone szkarady!
— Nie obrażaj Bolka. — Laurency odsunął białego motyla przesiadującego na jego dłoni. — Zrobi mu się przykro albo jakaś motylica to usłyszy i nie będzie chciała się z nim rozmnażać. Wtedy całą populację motyli trafi chuj.
Milio pokiwał głową, ale nie zdążył odpowiedzieć. Trzask drzwi i tupot stóp zwiastował nadejście Żabora, za którym, krok po kroku, podążał lokalna legenda, Biały Piwosz. Laurency do niego pomachał, zapominając o motylu.
— Kurwa! — zawołał. Opuścił ramiona i popatrzył na Żabora. — Co tam, loca?
— Wszystko gra — odparł tamten. — A u ciebie?
— Przeuroczy. — Usta Laurencego rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Poklepał Żabora po ramieniu. — Jedyny, który się o mnie troszczy. U mnie też dobrze, zaskakująco, ale to chyba dlatego, że Chejron dalej nie wysłał swojego gołębia, żeby ściągnąć mnie do siebie.
— Nie myślicie, że to dziwne? — wtrącił Lucien.
— Może dalej drzemać. Starsi tak mają, nagle ich ścina, potem pęcherz przestaje trzymać i kończą, oglądając Elif — zasugerował Milio.
Chłopcy zaśmiali się, jeden po drugim. Przesiedzieli tak następne pół godziny, po kolei sugerując, co stary centaur mógł robić, kiedy nikt nie patrzył, kończąc na wyobrażaniu sobie Chejrona w kąpieli (na tym etapie zastanawiali się, jak ją bierze i czy potrzebuje pomocy, i czy jego końska wersja także jej wymaga) albo pieprzącego się z kimś, o kim z całą pewnością myśleć nie powinni.

Chejronowy gołąb przyleciał.
Laurency wziął głęboki oddech i wygładził swoją koszulkę, próbując nadać krótkim dresowym spodenkom i luźnemu t-shirtowi formalności. Zapukał, trzykrotnie, dbając o stosowny kąt nachylenia i wydźwięk uderzania kostek o drewno. W ostatnie stuknięcie włożył wszystkie swoje uczucia, coby Chejron wiedział, kogo się spodziewać. Żeby była jasność, Laurency powinien był zanucić Pitbulla.
— Panie koordynatorze. — Rozchylił szeroko ramiona, uśmiechając się promiennie do Chejrona.
Chejron stanowił jego skrajną opozycję. Patrzył na Laurencego spojrzeniem nader spoważniałym, chociaż nie zaprosił grupowego domku dwunastego, żeby pieprzyć o cenach paliwa albo kosztach budowy bliźniaków.
— Do twarzy panu w tym garniturku, profesorze — skomentował Laurie. W rzeczywistości Chejron zakładał go przesadnie często i Laurencemu zdarzyło się zastanawiać, czy to marynarka nie zesztywniała na tyle, by ograniczać ruchy koordynatora. — O czym dzisiaj porozmawiamy? Ocieplenie klimatu? Ma pan jakieś wieści od cioci? Może…
Laurency pożałował, że nie rozejrzał się po pomieszczeniu wcześniej. Zwyczajowe rendez-vous z Chejronem, w istocie, odbywało się południami. Dochodziła szesnasta, więc Laurency mógł spodziewać się oderwania od rutyny.
To miało więcej sensu, niż dotąd myślał.
— Florence! Wyglądasz… kompletnie nie tak, jakbyś wczoraj wymiotowała! — zwrócił się do stojącej w kącie, opierającej się o ścianę grupowej Demeter.
Tuż obok niej, na krześle, siedziała Charlotte Beaumont, z nogą założoną na nogę i pogodnym wyrazem porcelanowej twarzy. Zdawało się, jakby Chejron wyciągnął ją z chatki z ogrodem, w której przeżywałaby swój prywatny lesbian cottagecore dream, w białej, rozkloszowanej sukience z bufiastymi rękawkami i z motylą spinką na czubku głowy. Nosiła pantofle, przeklęte pantofle, którym Laurency posłał urażone spojrzenie spod ściągniętych brwi, wymownie dając im do zrozumienia, że blaty nie są niezniszczalne, bez względu na to, czy Charlotte tańczy do Time of my Life z Dirty Dancing, czy I Love It Lil Pumpa.
— Nasz najjaśniejszy promyk, Lottie, jak miło cię tu widzieć! Na Bogów, z nich wszystkich jesteś najlepszym, czego mogłem się tu spodziewać, wyłączając towarzystwo pana koordynatora. — Laurency skinął doń głową i uformował z palców serduszko.
Lottie uśmiechnęła się najpiękniej, jak Laurie tylko widział.
Kolejną owcą, która zwróciła jego uwagę, był Ace Chadwick, kolega od spalania zioła. Laurency skierował ku niemu pistolety z palców. Siedział na podłodze, zadzierając głowę, wspierając plecy o biblioteczkę. Nosił to, co zwykli nosić ci fajni chłopcy, do których Żabor starał się upodobnić, czyli bluzę — lato spakowało już walizki i w czułym geście pokazało środkowego palca — i ciemne bojówki.
— Upierz kiedyś tę czapkę, Ace, bo nigdy nie poderwiesz żadnej alternatywki — rzucił do niego Dionizos i odwrócił się do ostatniego z goszczących w pokoju alkoholików.
Rozpoznał go, bo Laurency znał wszystkich. Laurency wiedział wszystko na temat każdego.
Niefortunnie okazało się, że poprzedniej nocy zwoje w jego mózgu mogły się nieco poprzepalać.
— Damian — powiedział, mrużąc oczy i krzywiąc usta. Nie, to nie było takie proste. — Cholera. David? David! Nie? — zawahał się, gdy jegomość pokręcił subtelnie głową.
— Blisko.
— Derek?
— Daniel, Laurency — wtrącił się Chejron. — Czy już skończyłeś swoje powitanie i mogę przejść do rzeczy?
Laurency skinął ochoczo i wycofał się ku Lottie, stając obok jej krzesła.
— Nie chciałem robić wam łapanek, bo byłoby to nieskuteczne. Nie prężcie się tak, dzieciaki, przymykam oczy na wasze imprezowanie, chociaż prawdopodobnie popełniam duży błąd. Dopóki robicie wszystko to, czego od was wymagamy, nikt nie wyśle was na ścięcie. Już, Florence, nie bój się, dzisiaj nie musicie szykować się na reprymendy.
Grupowi posłali sobie pełne konsternacji spojrzenia. Czy konie mają coś takiego jak kobiety? Jakieś momenty specjalnej czułości?, myślał Laurency.
— To dlatego nie ma tu Elio — prychnął pod nosem Ace.
— Nie bądź sześćdziesiątką, stary — strofował go Laurency. — Nie donoś.
Chejron między westchnieniami otworzył czerwoną teczkę.
— Zadaniem waszej piątki będzie dopilnowanie, by truskawki dotarły stąd do Nowego Jorku. — Uniósł wzrok na piątkę grupowych. — Wszystko zależy od was i jeśli nie zorganizujecie dostawy, macie moje słowo, że następnym razem nikt nie naprawi waszego blatu ani… czegokolwiek, co psujecie pięciokrotnie w ciągu miesiąca. Czy to jasne?
Po pomieszczeniu poniósł się pełen rozczarowania pomruk.
— Dzieciaki, na litość, mogłem was wszystkich wyrzucić, a wy narzekacie przez truskawki? — Chejron zmarszczył czoło. — Być może faktycznie powinienem…
— Nie, nie. — Laurency przerwał mu w pół zdania, unosząc ramiona. — Daj pan tę teczkę, ja ją wsadzę pod pachę, zaplanujemy wesołe spotkanie na wieczór, bo jest niedziela, a my z całą pewnością nie mamy nic ciekawszego do roboty, więc porwę czwórkę grupowych i spędzimy wspaniały czas na integrowaniu się dzięki… — Spojrzał na dokumentację z roztargnieniem błądzącym gdzieś po twarzy. — Dzięki truskawkom. Bogowie, dziękuję za tę okazję. I panu też dziękujemy, koordynatorze. Już stąd zmykamy.
Laurency dał sygnał, by grupowi, jak na hejnał, podnieśli się i wyszli. Nikt się nie sprzeciwił. Laurie założył, że żaden z nich nie zamierzał spędzać z Chejronem więcej czasu, niż było to konieczne. Jeszcze wpadłyby mu do głowy poziomki albo jeżyny. Albo, co lepsze, pokrzywy.