Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeźnia nr 7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeźnia nr 7. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2025

Od Terry'ego CD Caroline — „Rzeźnia nr 7”

Poprzednie opowiadanie

Terry ma wrażenie, że wszyscy się na nich gapią. Głowy się odwracają, specjalnie tylko na tyle, żeby złapać ich dwójkę kątem oka i „nie zdradzić się". Albo mu się tylko wydaje, to jakaś dziwaczna paranoja, przez którą ledwo może się skupić na własnym jedzeniu. Pomijając już oczywisty fakt, że swoimi niezbyt subtelnymi komentarzami, Caroline czyni więcej złego niż dobrego.
— Powinieneś jeść więcej mięsa — kontynuuje dziewczyna. — Białko! To jest ważne w diecie sportowca. Żebyś w końcu miał jakieś ramiona, twardsze łydki, takie buty. I lepszą, ten, temperaturę ciała.
— Krążenie — podpowiada Terry.
— Co do tego ma krążenie? — pyta Caroline, trochę niewyraźnie, bo właśnie wepchała sobie pół kotleta do ust.
— Słabe krążenie, zimne palce — tłumaczy.
— Aha. W każdym razie, białko, żelazo, takie sprawy. Minerały, witaminy!
Terry patrzy na nią sceptycznie. Nie wymieniła ani jednej witaminy. Posyła jej płaską podróbę uśmiechu i wraca do grzebania w ziemniakach, bo apetyt stracił już dawno temu.
— Co z wieczornym blokiem zajęć? — Chłopiec doskonale wie, co Caroline próbuje mu zasugerować. Kolejne kilka godzin ćwiczeń fizycznych.
— Truskawki.
— Ta? Jest jesień, głuptasie. — Caroline śmieje się z lekką chrypką, Terry nie wie, czy to wskazuje na szyderstwo, czy szczere rozbawienie. Wzrusza więc ramionami.
— Mam… inne rośliny. Muszę je podlać — stwierdza, żeby powiedzieć cokolwiek, co trzymałoby go z dala od pola treningowego. Co innego robi się w tym obozie? Są truskawki, jest ścianka wspinaczkowa i jezioro. Jak nie ma się znajomych, możliwości się zawężają.
— To zajmie ci najwyżej pięć minut. Cztery, żeby napełnić koneweczkę.
Znowu wzrusza ramionami, bo co innego ma powiedzieć? Z nikim nie może być umówiony, dopóki nie zairyfonuje do taty, żeby go stąd zabrał i zmienił jakieś wnioski u Pana D., bo siedzenie tutaj przez cały rok jednak okazało się nie być zbyt dobrym pomysłem. Nic, tylko ciągle ten sam krajobraz, ta sama (teraz trochę pożółkła) trawa, niezmienne pola powiędłych krzaków truskawek, stała granica lasu, uporządkowane osiedle domków. Ci sami ludzie, tylko czasem nagle kogoś brakuje i dołącza ktoś nowy. W pomarańczowych koszulkach idealnie mieszają się w jedną masę, w której bardziej od twojego imienia i koloru włosów liczy się to, kto z tych na górze postanowił mieć cię za dziecko. Oraz czy się do tego w ogóle przyznał.
Jeszcze rok temu to miejsce zdawało się dla niego miłą ucieczką. Jakaś dziwna forma eskapizmu z okrutnego świata do takiego podobnego do sekty. Tylko trochę. Dziwnie jest być zamkniętym w jednym miejscu przez cały rok.
— No, to co? Po jedzeniu chwila odpoczynku, szybka drzemka i ciach, ciach, bum, bum? — Caroline posyła mu bardzo entuzjastyczny uśmiech. Terry niezręcznie splata dłonie.
— Muszę napisać list do taty — wypala wreszcie. List z prośbą, żeby go stąd jak najszybciej zabrał i ani myślał się sprzeciwiać, bo to samodzielna decyzja Terry'ego (w końcu ma już trzynaście lat). Poza tym pewnie babcia się ucieszy, że wnuk zawitał w domu.
— Wystarczy, że zadzwonisz — sarka Caroline. — Po co się męczyć jeszcze bardziej…
— Słabo się miga — natychmiast odpowiada Terry, aż podejrzanie szybko. Tylko że to prawda, próbowali parę razy, ale iryfonowy kadr zawsze uparcie trzyma się twarzy rozmawiających osób. Znaki stają się niewyraźne, gdy pokazuje się je na krawędziach swojej tęczowej kamerki.
Caroline tylko przewraca oczami, ale nie mówi nic więcej. Terry wie, że przez następny tydzień i tak nie da mu spokoju – coś jest nie tak w tym zamiłowaniu dzieci Aresa do walki, to zaczyna wyglądać dla niego jak jakaś obsesja. Umiar, to jest to, co powinna odnaleźć Caroline! Chociaż… może ona też nie ma tutaj co robić. Terry nie ma pojęcia, czy ma jakichś lepszych znajomych niż on, a nie uznawałby siebie za dobrego znajomego. Najpierw zastanowiłby się, dlaczego w ogóle wybrała go na swojego wychowanka, wyłowi z tłumu jak jakiś łowca talentów. Nietrudno zauważyć, że talentu za bardzo nie ma. Ani do życia, ani do bycia herosem.
List do taty pisze szybko. Gorzej idzie mu ze zmuszeniem się do podejścia do Wielkiego Domu, zmierzenia się z Chejronem i Panem D., bo sam nie może iść na pocztę i w tajemnicy wysłać listu. Robił to już kilkadziesiąt razy, ale czy to pomaga zabić stres i strach? Raczej nie bardzo.
Miga do Chejrona, jedynej osoby w tym całym Obozie, która rzeczywiście w pełni go rozumie. No, może oprócz tego jednego chłopca z aparatem słuchowym. Jedyny, z którym Terry mógłby naprawdę porozmawiać, ale jakoś… nie złapali kontaktu.
Cichaczem wraca do domku, zakopuje się wśród tych wszystkich roślin, kocy i szydełkowych ozdób. Stare encyklopedie czekają, aż ktoś znowu je otworzy, żeby kontynuować wkuwanie łacińskich nazw polnych kwiatków.
Każdemu przydałaby się przerwa od takiego miejsca. Albo on po prostu przesadza.


Koniec wątku Terry'ego i Caroline.
────
[749 słów: Terry otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Od Caroline CD Terry'ego — ,,Rzeźnia nr 7”

Poprzednie opowiadanie

Caroline strzepnęła dłonią, jakby odganiała muchę, i wytarła ją o materiał koszulki. Knykcie miała zaczerwienione, jednak to było nic. Mogła się bardziej postarać, ale ten gnojek poruszał się tak szybko, że nie miała na to większych szans. To, że w końcu trafiła i tak było swego rodzaju sukcesem. Parę razy zgięła i rozprostowała palce, a potem już była gotowa do dalszej walki.
Kiedy jednak spojrzała na Terry'ego, na przeszkodzie stanęło jej spojrzenie zbitego psa, którym ją obdarzył. Wyglądał na przestraszonego i miała dziwne wrażenie, że przestraszył się jej. Przecież tylko dała w pysk strasznie wkurwiającemu półbogowi. Nie uważała tego za jakąś okrutną zbrodnię. Terry chyba jednak był za nie wszczynaniem bójek. Widać, że dzieciak Demeter.
Westchnęła przeciągle.
— No dobra. Ale tylko dlatego, że trzęsiesz się jak osika. Ty w ogóle jesteś w stanie przeżyć zimę? — zapytała z powątpiewaniem, podnosząc z trawy swój miecz.
Nie miała pojęcia, czy Terry trzęsie się z zimna, czy naprawdę się przestraszył. Zresztą, wszystko jedno. Była pewna, że dzisiaj już nie będzie z niego żadnego pożytku.
Twarz Terry'ego momentalnie zalała ulga. Nie spodziewał się, że to wypali; najwyraźniej trafiło mu się szczęście w nieszczęściu.
— To i tak już chyba pora obiadu, co? — spytała ponownie, jakby wcale nie oczekiwała odpowiedzi na poprzednie pytanie. Przyzwyczaiła się, że czasami musi sama sobie odpowiadać. — Co tak stoisz? Weź swój miecz i idziemy.
Chłopiec złapał broń ( która wciąż była dla niego zdecydowanie za ciężka ) i powlókł się za nią. Jasne, cieszył się, że upiekła mu się reszta treningu, ale i tak był on bardziej nieprzyjemny niż zwykle. Z chęcią wróciłby do opiekowania się roślinami.
— O co w ogóle chodziło z tym podcinaniem sobie żył? Gość strasznie spanikował — zagaiła, energicznie stawiając kroki.
Odrobinę zwolniła, kiedy zobaczyła, że Terry zostaje w tyle.
— Ja- to znaczy, on… On nie za dobrze zna język migowy — odpowiedział w końcu. — Źle zrozumiał to, co chciałem mu pokazać.
Caroline przewróciła oczami. Jasne, że chodziło o jakąś głupotę. Przynajmniej rozproszyło go to na tyle, że mogła ich pogonić. I bardzo dobrze, bo gdyby Niketas chciał dłużej bawić się z nią w takiego głupiego berka, mogłoby się to skończyć różnie. I raczej nie za dobrze.
— Jakoś nie jestem zdziwiona — prychnęła.
Odłożyli miecze na miejsce i skierowali się w stronę pawilonu. Caroline spotkała się wzrokiem z Niketasem, który bezczelnie do niej pomachał, uśmiechając się radośnie. Jego nos nie nosił nawet śladu uderzenia. A powinien, chociaż po to, żeby miał nauczkę na przyszłość. Zastanawiała się, czy on w ogóle zna takie słowo jak nauczka.
— Wiesz co? Zjem dzisiaj z tobą. Tamte gnojki chyba dalej coś kombinują — powiedziała, marszcząc nos.
Terry spojrzał na nią tak, jakby nie wiedział, czy powinien się cieszyć. To był naprawdę ciężki trening i z chęcią zaznałby spokoju, a przy Caroline to chyba nie było do końca możliwe. Nawet jej nie przytaknął, bo ona przecież nie zapytała, tylko stwierdziła fakt.
Dziewczynie to raczej nie przeszkadzało. Uśmiechnęła się i znalazła wolne miejsca przy jednym ze stołów. Jakaś dziewczynka nagle zmieniła kierunek, w którym szła, kiedy ją zobaczyła. To było niesprawiedliwe, bo Caroline była prawie pewna, że nigdy nic jej nie zrobiła.
— Często cię tak zaczepiają? — zapytała Terry'ego w przerwie od pochłaniania swojego makaronu.
Chłopiec lekko wzruszył ramionami.
— Czasami — bąknął, grzebiąc widelcem w talerzu. Apetyt go chyba dzisiaj opuścił.
— Musisz jeść. Najpierw masa, potem mięśnie. Jak nie chcesz być takim chuchrem, to potrzebujesz masy — pouczyła go Caroline, machając dłonią z wyciągniętym widelcem, który chyba miał być przedłużeniem jej palca wskazującego. Zabrała dłoń zanim wydłubała komuś oko.
Terry nie wyglądał na szczególnie zachęconego jej gadaniem. To wcale mu nie pomagało. Poza tym miał wrażenie, że gdyby wciskał w siebie takie ilości jedzenia, jakie mu zalecała, w końcu by pękł ( co może nie było aż tak beznadziejną alternatywą, skoro wtedy nie musiałby już więcej wymachiwać mieczem ).
Może jednak faktycznie powinien posłuchać jej rad?
— Poza tym — zaczęła dziewczyna, kontynuując swój wywód — żeby walczyć musisz mieć energię. Strasznie szybko się męczysz, wiesz? Powinieneś już wyrobić sobie dużo lepszą kondycję, a tu nic. Musisz zacząć ćwiczyć jeszcze poza sparingami ze mną. Pobiegać, powyciskać jakieś ciężary. Szłoby ci dużo lepiej, serio.
Paplała, nawet nie do końca przejmując się tym, czy Terry jej słucha. Ale oczywiście powinien, bo wszystko co mówiła było niezwykle ważne i przydatne. Była pewna, że gdyby chłopiec wziął sobie do serca wszystkie jej rady, bardzo szybko stałby się jednym z najsilniejszych i najsprawniejszych dzieciaków w obozie. Nie chciała go do tego zmuszać samodzielnie, bo co jeśli zejdzie jej na treningu? Czasami po prostym treningu wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. A ona naprawdę bardzo chciała tego uniknąć. Wystarczająco wiele miała za uszami, nie chciała sobie dokładać kłopotów.
Ale prawienie wszystkim dookoła swoich bardzo mądrych rad jeszcze nikomu nigdy nie zaszkodziło. 

 Terry? 
 ──── 
 [775 słów: Caroline otrzymuje 7 Puntów Doświadczenia]

Od Terry'ego CD Caroline — ,,Rzeźnia nr 7"

Poprzednie opowiadanie

Wzrok Terry'ego podróżuje pomiędzy braćmi a Caroline, do której aktualnie nie ma ochoty się zbliżać, chociaż wielkiego wyboru nie ma. Stoi przyciągnięty do niej, jej palce boleśnie zaciskają się na jego ramieniu, czuje je nawet przez kurtkę (albo to jakieś jego dziwne złudzenie). Niby powtarza sobie, że to nie na niego jest zła, a na Niketasa, który naprawdę nie wie, kiedy powinien się zamknąć, ale… nie zmienia to faktu, że to Terry'emu aktualnie najbardziej się obrywa. Jakby był przedmiotem, którym można się przerzucać. Niemy obserwator, podobnie jak Ulf wcześniej, tylko on przynajmniej zaczął jakoś reagować i się angażować. Terry niepewnie miga, żeby zachowywali się trochę spokojniej, bez tych nerwów, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Jego trzepanie dłońmi dostrzegają tylko kątem oka, ale dla nich nie znaczy ono nic więcej, niż… no, trzepanie dłońmi. W poczuciu bycia bezużytecznym i żałosnym, Terry splata palce ze sobą i spokojnie stoi sobie z boku w poczuciu niepasowania do tej sytuacji. Jak dziecko, gdy jego mama rozmawia z koleżankami.
— Oj, paniusiu, ale proszę się tak nie unosić! — broni się Niketas z uniesionymi w poddańczym geście dłońmi. Według Terry'ego wcale nie wygląda na kogoś, kto ma zamiar się poddać. — Jestem tylko małym sprzedawcą, z czegoś trzeba wyżyć!
Terry znowu próbuje, tym razem pokazuje "narkoman". Dostrzega go tylko Ulf. Hermesiak marszczy brwi, Terry pokazuje jeszcze raz. Ulf ukrywa uśmiech za dłonią. Chyba zrozumiał.
— Ty mały…! — Caroline nareszcie puszcza ramię Terry'ego (to prawie tak, jakby ogromny ciężar został uniesiony z jego ramion) tylko po to, żeby zamachnąć się na Niketasa. Na jego nos. I przy okazji te głupie okularki, złudny kamuflaż dla jego prawdziwych intencji. Czy on myśli, że ludzie dzięki temu nie będą widzieli, gdzie patrzy i co chce osiągnąć? Idiota.
— No, no, no! — W oczach Terry'ego Niketas na moment znika. Nagle pojawia się w innym miejscu, ledwie o kilka centymetrów unikając ciosu Caroline – syn Demeter naprawdę podziwia jego zaufanie do własnego instynktu. Automatycznie miga "wow", choć powinien chyba kibicować Caroline. W końcu ona go broni, prawda? — Po co tyle agresji? — śmieje się, podskakując w miejscu. On chyba naprawdę ma za dużo energii i do tego nudzi mu się w życiu.
Dziewczyna znowu próbuje mu przyłożyć, ale Niketas jest szybszy. Pewnie mógłby to robić z rękoma w kieszeniach, gdyby tylko chciał. Terry teraz już rozumie, dlaczego był taki pewny siebie. Dopóki nic go nie rozproszy, na spokojnie uniknie wszystkich, a na pewno większości, ciosów.
— Paniusiu, spokojnie, bo się paniusia cała spoci! — śmieje się chłopiec, ledwo dotykając stopami ziemi. Jeszcze nie wzlatuje, choć Terry wie, że niektóre dzieciaki Hermesa to potrafią i naprawdę bardzo chciałby to zobaczyć. — Chociaż, to mógłby być całkiem niezły widok. Umięśnione kobiety są… — urywa, gdy ledwo unika pięści Caroline. Ulf szepcze: "Niketas, nie…", ale nikt poza Terrym go nie słyszy. — Chciałem powiedzieć: seksowne — kończy z chytrym uśmieszkiem.
Terry macha do Ulfa, który zajmuje się byciem załamanym zachowaniem swojego brata. Miga do niego "zboczeniec" z lekkim uśmiechem, ale nie spotyka się z pożądaną reakcją.
— Chcesz się zabić…? — pyta Ulf z przerażoną miną, Terry od razu zaczyna gwałtownie zaprzeczać. Niketas i Caroline na moment zamierają w bezruchu, ich oczy skupiają się na Ulfie.
— Co do… Osz kur-
Caroline wykorzystuje chwilę, żeby wreszcie porządnie przyłożyć Niketasowi. Chłopiec łapie się za twarz, jego okulary upadają na trawę, grzechocząc nieprzyjemnie. Terry lekko krzywi się na ten dźwięk, zresztą, zdążył już skrzywić się na głuchy dźwięk uderzenia, teraz już tylko nieprzyjemnie buczy mu w uszach.
— Psiamać! Ty wariatko! Ja myślałem, że to tak na żarty! — jęczy Niketas, rozmasowując sobie guza. Terry po raz pierwszy w życiu widzi jego oczy i chyba już takie je zapamięta – wściekłe i pełne wstydliwych łez. — Ty normalna jesteś, na bogów?
— Spadajcie stąd — mruczy Caroline w odpowiedzi.
— Ale ty właśnie…
— On mi pokazał, że chce sobie podciąć żyły!
Wszystkie oczy znowu wbijają się w Ulfa, który w dramatycznym geście wskazuje na Terry'ego. Chłopiec na szybko tłumaczy, że nie, to nie tak, znak na zabicie się jest kompletnie inny, a poza tym…
Nawet jeśli widzą, to nie zwracają na to uwagi. Terry zaciska zęby nawet nie z irytacji, ale tego dziwnego rodzaju smutku wynikającego z przeczucia, że inni go ignorują.
— Motyla noga. Nie gadaj — chrypi Niketas. — Że on…? W sumie, wiesz, wygląda na takiego, nie powiem.
Terry miga, że on wciąż tu jest.
— To prawda? — pyta Caroline, ona jedyna zwraca się do niego, a nie mówi o nim. Tylko chłopiec nie jest w stanie stwierdzić, czy ona jest na niego zła, czy po prostu zaniepokojona, że tak sobie zamigał, że się zabije, podczas gdy ona biła się z bardzo słabym skamerem na jakieś magiczne miksturki. — Eee, potrzebujesz pomocy?
Terry gwałtownie kręci głową, bo co innego może zrobić? Nie jest w stanie im tego wytłumaczyć. Miga, że później jej powie, ale ona tylko marszczy brwi w konsternacji.
— Wcześniej jakoś ze mną rozmawiałeś.
,,Wiem!"
Patrzą na siebie. Podczas gdy oni po prostu się na siebie gapią, Niketas i Ulf usuwają się z miejsca zdarzenia, Terry tylko słyszy, jak mamroczą coś o infirmerii.
Chłopiec oddycha głęboko, próbuje jakoś zaradzić napięciu, które ogarnęło jego ciało. Chciałby, żeby to było łatwiejsze, żeby wyduszenie z siebie paru słów nie było takie trudne. Albo żeby ludzie wokół niego nauczyli się najprostszych słów i rozumieli jego pośpieszne wytłumaczenia. Przynajmniej "potem ci powiem"! On nie wymaga wiele. To świat zdaje się wymagać od niego więcej, niż on jest w stanie osiągnąć. Przynajmniej jeszcze nie wpadł w spiralę lęku i nie hiperwentyluje się skulony na trawie. Jeszcze tego by brakowało. Chociaż serce bije mu trochę zbyt szybko albo po prostu krew huczy mu w uszach, a on znowu żałuje, że nie bierze na treningi ani słuchawek, ani zatyczek do uszu. W ciszy stoją naprzeciwko siebie z Caroline, on – skruszone dziecko, które nie wie, jak wytłumaczyć, że wszystkie filiżanki z babcinej kolekcji zniknęły, ona – matka, która już się poddała.
— Powiedzże coś — każe mu Caroline, trąca go w ramię. Terry niekontrolowanie wzdryga się pod jej dotykiem. — No, poszli sobie. Zagrożenia nie ma.
Terry już na nią nie patrzy, wbija wzrok w trzęsące się dłonie. Dźwięk jej głosu wbija się w jego uszy w akompaniamencie nieprzyjemnego buczenia miliona pszczelich skrzydeł.
— Tego mu nie pokazałem — szepcze w końcu. Nie podoba mu się, że w ogóle musi się z czegoś takiego tłumaczyć, ale i tak z jego ust ucieka ciche: — Przepraszam.
— E tam, słuchaj. Nie ma tego złego. Przynajmniej dostali za swoje, nie? — Caroline uśmiecha się do niego radośniej i szerzej, niż Terry myślał, że jest zdolna.
— To co, kolejny sparing? Terry posyła jej naprawdę żałosne spojrzenie. Spojrzenie szczeniaczka, gdy ten przyniesie ci piłkę, a ty kopniesz ją ledwo na dwa metry w bok.
— Może koniec? — próbuje niepewnie. Nawet dorzuca bardzo słaby, proszący uśmiech. 

  Caroline?
────
[1104 słowa: Terry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Terry'ego — ,,Rzeźnia nr 7"

Poprzednie opowiadanie

Caroline miała wrażenie, że zaraz dowie się, jak to jest kiedy pęka ci żyłka.
Dzieci Hermesa zawsze działały jej na nerwy. Głośne to było, irytujące i jeszcze kradło. A tych konkretnych synów Hermesa nie lubiła szczególnie.
— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale nikt tu nie jest zainteresowany twoimi żałosnymi…
— Ej, moje produkty można opisać na wiele sposobów, ale z pewnością nie są żałosne — przerwał jej od razu Niketas. — Są na przykład wspaniałe, cudotwórcze, przepyszne i wcale nie w wygórowanej cenie! Naprawdę, przemyśl to, żebyś nie żałowała.
Ulf niemal ciągnął brata za łokieć, żeby go stamtąd zabrać, ale średnio mu to szło.
Dziewczyna powtarzała sobie w myślach, że musi zachowywać się dojrzale i nie może się na niego rzucić, bo nie ma ochoty na kolejny dyżur w towarzystwie harpii. Poza tym, sami się o to prosili, wkurwiając ją, kiedy trzymała świeżo naostrzony miecz w dłoni.
— Słuchaj no, kurwa, bo nie będę się powtarzać. Albo idziesz w podskokach po broń i będziesz tu trenował, albo stąd spieprzaj — warknęła, robiąc krok w ich kierunku.
Niketas uniósł dłonie do góry w obronnym geście, ale poza tym raczej się nie przejął nastrojem Caroline. Albo był głupi i szukał guza, albo po prostu umiał szybko biegać.
Terry w tym czasie zerkał to na nią, to na braci i miał dobitne wrażenie, że zaraz zostanie świadkiem rozlewu krwi. Ani trochę nie był na to chętny, ale wtrącenie się pomiędzy nich przerażało go trochę bardziej.
— Ale po co się tak od razu wściekać? Wszystko jest w porządku, to zwykła, kulturalna rozmowa biznesowa! Poważnie, przydałby ci się Boski Full. Mówiłem już, że jest też świetnym środkiem rozluźniającym? No, to teraz mówię. Możecie kupić dwa w pakiecie, dam wam zniżkę. Spuszczę wam dolca z ceny — Niketas trajkotał i trajkotał, błyskając zębami w uśmiechu.
— Niketas, idziemy — wycedził cicho Ulf, co chwilę strzelając wzrokiem na Caroline, jakby w każdej chwili mogła rzucić się na nich z pięściami. Jego obawy nie były do końca nieuzasadnione.
— Tak, idziecie — powtórzyła Caroline, posyłając im raczej rekini uśmiech.
Jej palce bębniły o rękojeść miecza, a czubek klingi jeszcze wbijał się w ziemię. Z naciskiem na słowo jeszcze, bo Niketas cholernie działał jej na nerwy i dłonie aż ją świerzbiły, żeby coś z tym zrobić.
— Dobra — chłopak westchnął opuszczając dłonie, ale już po chwili przybrał zacięty wyraz twarzy. — …Osiem dolców. Dwa Boskie Fulle za osiem dolców. Taniej nigdy takiego specjału nie dostaniecie.
Ulf ciągnął brata za rękaw, Caroline zgrzytała zębami, a Terry nerwowo szarpał za nitkę, która odstawała od szwu jego kurtki.
— Czy do ciebie nic nie dociera? Żadne słowo? Nie rozumiesz, czy co?
— Nie, ja wszystko świetnie rozumiem. Przydałby ci się urlop, księżniczko, bo jesteś strasznie nerwowa — powiedział Niketas, zupełnie nieświadomy tego, że właśnie podpisał na siebie wyrok śmierci.
To była jej ostatnia słomka. Odrzuciła miecz na bok, w trawę. Jak tylko raz da mu w mordę, to może nie dostanie kary. I tak miał szczęście, że na co dzień nie nosi pierścionków. Strzeliła palcami, czując, jak buzuje w niej złość.
Niketas miał wybór; albo w bardzo szybkim tempie się stąd ulotni, albo skończy ten piękny dzień ze złamanym nosem.

Terry? 
──── 
[512 słów: Caroline otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Terry'ego CD Caroline — ,,Rzeźnia nr 7"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Terry’emu zdecydowanie nie podoba się zmuszanie go do walki. Już od dawna tęskni za swoją ukochaną procą, dającą mu wyimaginowane poczucie bezpieczeństwa, bo w końcu to broń dystansowa i nie musi mieć do niej szczególnie silnych ramion (w teorii, bo żeby strzelić takim kamykiem przyzwoicie silnie i dodatkowo celnie, to jednak trzeba mieć trochę pary w rękach). Jak się przekonał w ciągu ostatnich miesięcy, do walki mieczem nie potrzeba tylko silnych ramion, co było dla niego sporym szokiem (myślał, że gdy opanuje przyzwoity chwyt na mieczu, to już pójdzie łatwo). A tu okazuje się, że wszystkie mięśnie w ciele są ważne, czego dowiedział się od Caroline, gdy rzuciła tę uwagę mimochodem podczas jednego z letnich treningów. Potem musiał spędzić chwilę, przeglądając jakieś atlasy w biblioteczce swojego domku, żeby przeanalizować, jakie mięśnie potrzebne są do jakich ćwiczeń, sposobów walki i innych takich bzdur. Ostatecznie poczuł, że nie dowiedział się niczego przydatnego, a raczej udało mu się tylko ustalić, że mięśni w ogóle nie posiada (co zresztą dobrze po nim widać).
Szybko i mocno pociera o siebie zmarznięte dłonie, prawie już nie czuje palców. Caroline nie zgadza się na rękawiczki podczas treningów, ciągle narzeka, że w ten sposób jego chwyt na mieczu będzie jeszcze mniej stabilny i łatwiej będzie mu go wytrącić z zaciśniętych dłoni. Jakby to robiło większą różnicę, gdy trzyma go sztywnymi palcami, do których nie dopływa krew. Problemy z krążeniem, problemy z tarczycą, niby takie małe sprawy, a jakie uciążliwe! Ile by dał za kubek gorącej herbaty!
Kuli się na zimnej ziemi, beznamiętnie przygląda się Caroline, która nie robi niczego konkretnego – ot, przygląda się mieczom, w jednej dłoni trzyma ostrzałkę. Terry prędzej odciąłby sobie ręce, niż zrobił coś pożytecznego, gdyby tylko spróbował jej użyć. Nie bez powodu jako broń wybrał procę. Tylko dlaczego Caroline nie potrafi tego zaakceptować? Powiedziałby jej, ale jakoś… jeszcze się nie przemógł, okej?
— Hej, dzieciaku. — Wytrącony z zamyślenia Terry wzdryga się, gdy czuje na ramieniu ciężką dłoń. Kuca obok niego chłopiec, którego, ku swojemu zdziwieniu, kojarzy z Obozu. To cud, że nie tylko z widzenia, bo grupowy Hermesiaków raczej jest dość znaną osobistością, zawsze gdzieś się pałęta, paplając o swoich sprawach zdecydowanie zbyt głośno i jakoś tak się stało, że wszyscy go znają. Niby nie robi nic szczególnego, zwykłe hermesowe sprawy, ale gdy potrzebuje się załatwić konkretne sprawy, będzie służył pomocą. — Mam dla ciebie świetną ofertę! — To zdanie ostatecznie przekonuje Terry'ego, że chyba nie chce angażować się w tę rozmowę.
Dlatego po prostu gapi się na niego raczej mało zainteresowanym, a bardziej przestraszonym wzrokiem. Za pochyloną nad nim roześmianą twarzą dostrzega drugiego chłopca, który kopie rozrzucone po placu treningowym małe kamyczki z dłońmi wbitymi w kieszenie, kompletnie niezaangażowany w sytuację. Terry ma wrażenie, że Niketas uśmiecha się samymi ustami, bo nie potrafi dostrzec jego oczu zza ciemnych okularów. To prawie jak wyszczerzone zęby w towarzystwie pustych czarnych otworów w czaszce. Przypadkowo sprawia, że niepokój w jego klatce piersiowej rośnie w siłę, gdy porównuje Niketasa do postaci rodem z horroru. Krtań sama z siebie mu się zaciska, naciskająca na ramię dłoń uniemożliwia mu zamiganie, że nie chce, że może lepiej nie, że chyba podziękuje.
— No, chcesz, czy nie? Nie pożałujesz, serio, ja się zajmuje samymi dobrymi sprawami — przekonuje go Niketas, uśmiechając się miło. Chyba tylko dla niego jest to miły uśmiech. — Nie kosztuje wcale tak dużo, na pewno masz gdzieś oszczędzone pięć dolców, a coś mi się wydaje, że tobie akurat przydałby się Boski Full. Ta laska chyba nie da ci szybko spokoju, co?
Milczenie. Uśmiech Niketasa szybko zmienia się z choć lekko szczerego w bardzo wymuszony, gdy jedyną odpowiedzią, z jaką się spotyka, jest lekko zaszklone spojrzenie brązowych oczu i niezrozumiały dla niego gest dłoni, na który i tak nie zwraca większej uwagi.
— Niketas, on nie mówi — wtrąca się drugi chłopiec, wreszcie zwracając na nich uwagę (Terry dziękuje mu za to w duchu). — Czasem widziałem, jak miga.
— No to czemu nie zamiga mi, że chce albo że nie chce? — prycha Niketas. Terry prezentuje mu swoją najbardziej żałosną minę, która ma mu powiedzieć, że owszem, miga, ale on ma to w nosie. — Słuchaj, młody — kontynuuje niezrażony — Boski Full to napój iście idealny na wszelkie treningi, zwłaszcza w zimne dni. Rozgrzewa, dodaje energii, pomaga w koncentracji, a ty mi tu wyglądasz na takiego, co szczególnie potrzebuje rozgrzania się! — elaboruje głosem jak z reklamy, chociaż trochę słabo mu to całe reklamowanie wychodzi. Najwyraźniej zmieszał się, gdy nie spotkał się z jakąkolwiek reakcją ze strony Terry'ego, ale jego pewność siebie powoli zaczyna wracać. — Działa cudownie i natychmiast, wystarczy, że się napijesz i BUM, nagle możesz robić cuda, uwierz mi! To właśnie jest to, czego potrzebujesz, już teraz za cenę wyłącznie pięciu-
— Co tu się dzieje? — wbija się Caroline, wciąż z mieczem w dłoni (Terry dochodzi do wniosku, że raczej się z nim nie rozstaje, albo po prostu chciała zarządzić koniec przerwy). Podejrzliwie przygląda się braciom, z których jeden grzecznie i szeroko się uśmiecha, a drugi chyba szuka najbliższego wyjścia ewakuacyjnego. — Co wy tu w ogóle robicie? Nie widzę, żebyście mieli przy sobie miecze.
— Nie no, my tu tak tylko, przechodzimy — tłumaczy się Niketas. — Mamy trochę towaru, który trzeba sprzedać, no rozumiesz. Nic szczególnie poważnego, coś na koncentrację, rozgrzanie, energię, cuda można po tym robić! — Terry pokazuje Caroline "narkotyki?". Caroline
chyba nie rozumie. — Niketas — wtrąca się Ulf znaczącym tonem, pocą mu się dłonie. Caroline nie wygląda dla niego na kogoś, kto chciałby kupić od nich cokolwiek.
— Cii, robię coś — Niketas teatralnie przyciska palec wskazujący do ust. — No, słuchaj, słuchaj, ja ci tu zaraz wszystko wytłumaczę! — zapewnia Caroline i podejmuje próbę objęcia jej ramieniem, co kończy się oczywistym fiaskiem – wystarczy, że dziewczyna przesuwa się o krok w bok, a Niketas już udaje, że po prostu chciał poprawić okulary… i włosy przy okazji też. — Paniusiu, ale czemu od razu być takim niedostępnym, co?
— Niketas.
— Wystarczy mi na moment zaufać, żeby zrozumieć, że to jest naprawdę warte posłuchania, a już szczególnie warte zakupu! Wspaniały, truskawkowo-jabłkowy smak, najnowsza formuła, same świeże składniki!
— Niketas — powtarza Ulf coraz bardziej ponaglającym tonem.
— Na twoim miejscu posłuchałabym brata — syczy Caroline. Łapie Terry'ego za ramię (uprzednio uwięzionego pomiędzy nią a Niketasem, niepewny, czy w ogóle powinien wstać albo zrobić cokolwiek) i podnosi go z ziemi. Stawia obok siebie, trochę jak szmacianą lalkę albo jak matka swoje dziecko, które zbuntowało się i stwierdziło, że już nigdy przenigdy nie podniesie się z podłogi supermarketu. — Słuchaj, czego ty w ogóle chcesz?
— Niczego wielkiego! — zapewnia ją Niketas. — Zobaczyłem tylko, jak on tak smętnie siedzi, to stwierdziłem, że go dręczysz czy coś podobnie podłego — Caroline próbuje się wtrącić z niekoniecznie spokojną uwagą, ale Niketas ucisza ją nie tylko znaczącym ruchem dłoni, ale też głośną kontynuacją swojej gadaniny: — Jak to już Aresiaki mają w zwyczaju — mina Ulfa z nerwowej zmienia się w zszokowaną, potem w przerażoną — bo wiesz, jaką macie renomę, nie? — kontynuuje, jakby wcale nie widział pogłębiającego się grymasu gniewu na twarzy Caroline. — To chciałem chłopaczka pocieszyć, szkoda że nie potrafi mówić, ułatwiłoby to sprawę.
— No, my już pójdziemy! — woła Ulf, uśmiecha się nerwowo.
— Nie, dajże spokój! Ja tutaj rozmawiam — sprzeciwia się Niketas. — No więc, paniusiu, co powiesz? Coś mi się wydaje, że z tobą będzie się łatwiej negocjowało, niż z tą małą niemową, co? — Nikt oprócz niego nie wie, co chciał osiągnąć, gdy sugestywnie porusza brwiami.
Terry stwierdza, że powinien popracować nad epitetami, którymi obdarza innych ludzi. 

  Caroline? 
 ──── 
 [1214 słów: Terry otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

sobota, 9 sierpnia 2025

Od Caroline CD Terry'ego — „Rzeźnia nr 7"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Caroline westchnęła i wyciągnęła do Terry’ego rękę, żeby pomóc mu wstać. Ten jednak wciąż leżał na ziemi, najwyraźniej niezainteresowany podniesieniem się z ziemi. Tylko trochę poirytowana pochyliła się, żeby za ramiona postawić go na nogi, co nie okazało się szczególnie trudnym zadaniem. Dzieciak naprawdę mało ważył. Przetaksowała go wzrokiem, żeby upewnić się, że nie zrobiła mu krzywdy, chociaż była tego niemal pewna.
To chyba będzie trudniejsze, niż myślała.
— Mam nadzieję, że nie uderzyłeś się w głowę, bo przed nami długa droga. Ale najpierw trzeba coś zrobić z tymi twoimi rękami, bo nawet miecza nie umiesz porządnie utrzymać. Ty w ogóle trzymałeś kiedyś miecz? — zapytała, podpierając dłonie na biodrach, kiedy Terry wbijał w nią niemal przerażony wzrok.
Odpowiedzi najwyraźniej musiała domyślić się sama, ale były przecież plusy. Skoro nie chciał się odzywać, to nie będzie też protestował ani się wykłócał. Zresztą, teraz protesty już niewiele by pomogły, bo Caroline ustanowiła sobie nowy cel: nauczy chłopaka posługiwać się mieczem. Co lepszego miała do roboty?
Podeszła do niego i kilkoma sprawnymi ruchami ułożyła jego dłonie na mieczu w poprawny sposób.
— Tylko musisz mocno złapać tą rękojeść, na Hadesa, przecież ten miecz zaraz sam ci wypadnie z rąk — westchnęła, podnosząc z trawy własny miecz.
Skinęła głową z aprobatą, kiedy Terry chociaż trochę mocniej zacisnął dłonie na rękojeści. Przez chwilę zastanawiała się, czy on się jej po prostu nie boi, ale doszła do wniosku, że na pewno nie. Przecież jeszcze nie dała mu żadnego powodu do strachu, prawda?
— Na twoim miejscu skupiłabym się na defensywnie, bo do ofensywy to ty się niestety nie nadajesz — zaczęła, bawiąc się drewnianym mieczem. — Jesteś drobny, to twój atut. Szybko biegasz?
— Tak — wykrztusił Terry, trzymając przed sobą miecz tak, jakby stał na baczność.
— Zajebiście. Czyli będziesz robił dobre uniki. A im dłużej unikasz ostrza, tym bardziej wkurza się twój przeciwnik, więc staje się nieuważny. Będzie z ciebie pożytek — skwitowała i posłała mu promienny uśmiech.
Trzydzieści sekund później Terry leżał na ziemi, a jego drewniany miecz znajdował się prawie metr dalej.
— No przecież miałeś zrobić unik!
Terry nie odpowiedział.

LATO

Caroline naprawdę wzięła sobie za cel wytrenowanie Terry'ego. Najpierw musiała, żeby chlopak wyrobił normę treningów, a potem już tylko dlatego, że spodobała jej się rola nauczycielki. Raz na jakiś czas, o przypadkowych godzinach zgarniała go, żeby potrenował; średnio ją obchodziło, czy akurat coś wtedy robił. Po dwóch pierwszych tygodniach Terry załapał, jak powinien trzymać miecz i umiał utrzymać się na nogach przez prawie minutę walki ( dawała mu fory, żeby nie był taki przerażony, kiedy tylko się do niego odzywała ) i stał się stałym bywalcem infirmerii. Dziewczyna przez jakiś czas obawiała się, że ktoś ją zaraz posądzi o znęcanie się nad biednym dzieciakiem, bo od rozpoczęcia treningów z nią ciągle kończył posiniaczony, ale jakoś nikt się do niej nie zwrócił.
Teraz jeśli wyciągała Terry'ego na trening, robiła to zwykle dlatego, że nie miała nikogo innego do sparingu. Może i dalej nie dorównywał jej umiejętnościami, ale zawsze był lepszy niż słomiana kukła. No i w końcu czegoś się nauczył. Przede wszystkim unikania twardego drewnianego miecza.
— Znowu skupiasz się na osłanianiu tylko jednego boku. Nie wydaje mi się, żebyś był w stanie walczyć z tarczą, więc prawdopodobnie ktoś przebił by ci nerkę — poinformowała go rzeczowym głosem, czubkiem drewnianego miecza uderzając go pod żebrami.
— Dlaczego nie mogę strzelać do wrogów z procy? Siedząc na drzewie? — zapytał Terry i skrzywił się, pocierając dłonią miejsce uderzenia.
W pewnym momencie zaczął się do niej odzywać. Odebrała to za swego rodzaju porażkę, bo to oznaczało, że wcale się jej aż tak bardzo nie bał, ale jakoś mogła się z tym pogodzić. Jak ją denerwował, to przestawała dawać mu fory. Bawiła się całkiem dobrze.
— Nie wszędzie są drzewa. Poza tym, w pięć minut ustrzelił by cię ktoś z łuku albo innej kuszy. Chyba że powybijałbyś wszystkim oczy tymi kamyczkami — powiedziała, wzruszając ramionami. — Co w sumie nie jest takie głupie — przyznała po chwili.
Łatwiej się walczy z kimś, kto właśnie stracił wzrok. A przynajmniej tak podejrzewała, bo nigdy nie miała okazji tego przetestować.
Wbiła czubek miecza w ziemię i podparła się na nim jak na lasce.
— Zarządzam przerwę, bo… Bo tak.
Terry nie protestował, więc mogli na moment odrzucić drewniane miecze na bok. Pogoda już jakiś czas temu pożegnała letnie upały i znacznie się ochłodziło, przez co chłopak ciągle przypominał sopel lodu. Caroline usiadła pod pobliskim drzewem i rzuciła mu kurtkę, którą wcześniej zdjął tylko dlatego, że mu kazała. Trening w kurtce nigdy nie był dobrym pomysłem, ale miała wrażenie, że ten dzieciak dosłownie zamarza. Nie chciała ryzykować hipotermii na jej warcie. A Terry zdecydowanie zbyt często wyglądał, jakby był jej bliski.

Terry?
────
[761 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 23 lutego 2025

Od Terry'ego do Caroline — ,,Rzeźnia nr 7"

Zazwyczaj Obóz Herosów traktuje się jak spełnienie marzeń każdego normalnego półboga (znaczy, tylko pod pewnymi względami). Herosi z Long Island z niepokojem spoglądają (zazwyczaj tylko kątem oka) na Obóz Jupiter, gdzie poziom rygoru i katorgi jest równy wysokości Olimpu. Albo, jak lubią określać to Grecy, ,,wywalony w kosmos”. Gdy porównuje się do siebie te dwa miejsca, półbogowie z Obozu Herosów szybko zyskują w czyichś oczach miano słabych lamusów. Po prawdzie Terry nie byłby tym zaskoczony, w końcu on sam za nic nie nadawałby się do Obozu Jupiter, bo prawdopodobnie nie przetrwałby tam nawet dnia. Załamałby się nerwowo. Nie, żeby nie załamywał się nerwowo w Obozie Herosów, ale to jedynie udowadnia ten fakt. Codzienne obozowe aktywności interesują go tak bardzo, jak poezja cyklopów, więc zazwyczaj po prostu w pełni oddaje się zachęcaniem truskawek do szybkiego wzrostu, ewentualnie ucieka do lasu albo chowa się pod łóżkiem przez cały dzień, słuchając muzyki na słuchawkach. Nie słyszy wtedy ludzi, którzy go wołają, więc nie ma też wyrzutów sumienia za to, że nie wychodzi z ukrycia i inni się o niego martwią. Jednak czasem, na szczęście całkiem rzadko, zdarza się, że ktoś łapie go za ramię wystarczająco wcześnie, żeby Terry nie miał jak uciec i zaciąga go na morderczą ściankę wspinaczkową, wrzuca do kajaka albo zmusza go do robienia miliona innych rzeczy, których Terry bardzo nie chce robić.
Z początkiem wiosny większość dzieci Demeter raczej skupia się na uprawie truskawek i innych roślin, pomaga trawie stać się bardziej zieloną i inne takie… aktywności typu babranie się w ziemi. Terry z wielką chęcią by do nich dołączył, już nawet założył na ręce brudne, stare i znoszone rękawice ogrodnicze, ale nagle staje przed nim nie do końca znajoma mu obozowiczka.
— Mam do ciebie sprawę — mówi prosto z mostu, bez żadnego ,,Cześć, jak się masz?” ani jakiegokolwiek innego przywitania. — Albo raczej zadanie.
Po czym po prostu wpatruje się w chłopca, oczekując odpowiedzi. Wbija w niego wzrok zdecydowanie wymagający odpowiedzi, ale im dłużej po prostu gapią się na siebie, Terry’emu coraz trudniej jest wydusić z siebie chociaż jedną głoskę. Zamiast na chwilowym (ma nadzieję, że chwilowym) problemie, skupia swoje myśli na czymś kompletnie innym. Próbuje dopasować dziewczynę do któregoś z bogów, bo mimo wszystko musiał ją już gdzieś widzieć, na pewno nie jest tutaj nowa (a przynajmniej na taką nie wygląda ani nie zachowuje się jak taka). Lekko marszczy brwi, aż nareszcie w jego głowie coś satysfakcjonująco klika i już wie.
Stojąca przed nim dziewczyna zdecydowanie jest jedną z córek Aresa i jeżeli tym zadaniem okaże się topienie Terry’ego w obozowym kiblu, on… on po prostu się podda i już nigdy nie wysunie palca ze swojego łóżka.
Jeżeli jeszcze chwilę temu istniała minimalna szansa, że Terry postanowi się odezwać, właśnie teraz wydała ciche ,,plum” i zniknęła.
— Masz zamiar… coś powiedzieć? — Terry albo sobie to wmawia, albo w tonie głosu dziewczyny słyszy cień gniewu, jakieś iskierki irytacji, jakby zaraz miała zacząć drgać jej powieka (ze złości, oczywiście). Chłopiec lekko kręci głową, ba nie ma siły walczyć ze sobą, żeby wyjąkać kilka kulawych słów. — No, okej, dobra. Ktoś tam powiedział mi, już dokładnie nie pamiętam… — Urywa i potrząsa głową, próbując skupić się na tym, co ma do powiedzenia i co prawie uciekło jej z głowy. — W każdym razie, rzadko bywasz na treningach, ot co. Więc dzisiaj zostawiasz te głupie truskawki swojemu rodzeństwu i idziesz ze mną na plac treningowy. Nie masz wyboru. Musisz odbębnić jakieś godziny, czy coś w tym stylu.
Terry pierwszy raz słyszy o jakimś ,,odbębnianiu godzin”, ale posłusznie ściąga rękawiczki i odkłada je na ziemię obok innych narzędzi ogrodniczych. Jakby w obawie, że jej ucieknie, dziewczyna chwyta go za dłoń (swoją drogą, chłopiec natychmiast zauważa, że ma ona bardzo ciepłe palce) i wręcz ciągnie go w stronę placu treningowego. Terry czuje się trochę jak worek kartofli, który po prostu można zarzucić sobie na ramię i przenieść w inne miejsce, nie kłopocząc się pytaniem go o jakąkolwiek zgodę.
— W ogóle, jestem Caroline. — Przerywa ciszę, którą jak na razie zapełniały tylko odgłosy ich kroków. — A ty Terry, nie? — Nawet nie odwraca się, żeby sprawdzić, czy chłopiec ma zamiar jej odpowiedzieć. Ba, nie czeka, aż jej jakkolwiek odpowie, zamiast tego zadaje kolejne pytanie: — Czym ty w ogóle walczysz?
— Ja, yy, pro… znaczy, ten, sfendonai.
— Aha, nieważne. To powalczymy sobie na miecze, spoko? — Caroline zachowuje się zupełnie tak, jakby Terry już się na to zgodził i wyciąga ze składzika na broń dwa drewniane miecze, choć chłopiec spodziewałby się po córce Aresa wyciągnięcia stamtąd totalnie prawdziwej, bardzo ostrej i wypolerowanej broni.
Niepewnie chwyta podany mu miecz, który trzyma po raz pierwszy w życiu i bardzo dobrze to widać. Nie ma pojęcia o tym, jak powinien chwycić rękojeść, w końcu jest małym dzieciakiem, który od zawsze trenował walkę procą i garścią kamieni. Zresztą, i tak jego treningi w większości polegały na zbieraniu kamieni, a nie na rzeczywistym… no, ćwiczeniu jakichkolwiek umiejętności. Caroline kręci nosem, rzuca swój miecz na ziemię i próbuje zrobić coś z uchwytem Terry’ego, żeby choć trochę przypominał ten poprawny.
— Cholera, ty w ogóle czujesz palce? — pyta sarkastycznie w reakcji na lodowatą skórę dłoni chłopca.
Z braku fachu, Terry po prostu wzrusza ramionami. Z każdą bardzo powoli mijającą minutą coraz bardziej wydaje mu się, że znajduje się w kompletnie nieprzystosowanym do niego miejscu. Najzwyczajniej w świecie, z natury, nie pasuje do bicia się na miecze, do trzymania mieczy i do jakichkolwiek prób zmienienia tego. Caroline zdecydowanie trafiła na szczególnie opornego ucznia, który za nic będzie miał jej nauki, bo głównie skupi się na tym, żeby utrzymać się na nogach, jakoś przetrwać te bogowie wiedzą ile godzin i nie wyjść z nich zbyt poranionym (chociaż to już zahaczało o marzenie ściętej głowy, patrząc na jego przeciwniczkę, która mimo podobnej ilości czasu spędzonego w obozie wydaje się znacznie bardziej doświadczona w fechtunku, niż on).
— Okej, jest git. Możemy zaczynać. — Caroline podnosi swój miecz z ziemi, a Terry wpatruje się w nią szeroko otwartymi ze strachu oczami. Ale co mają zaczynać? Jak mają zaczynać? Czemu niczego mu nie wytłumaczy? Czy to nie logiczne, że nigdy wcześniej nie trzymał miecza? Nie powinni zacząć od jakichś prostych pchnięć, ruchów czysto technicznych, zamiast od razu przechodzić do pojedynków? Albo mogłaby cokolwiek mu powiedzieć na temat tego, jak się walczy mieczem, skoro dosłownie obdarował ją informacją, jaką bronią zazwyczaj się posługuje? Nie? Okej. Terry majestatycznie zdziera kolana po dwudziestu sekundach. Łokcie zresztą też. Wnętrza dłoni po trzydziestu (nie przypuszczał, że uda mu się tyle wytrzymać bez dostania mieczem po żebrach), po czym bohatersko postanawia położyć się na suchej, szorstkiej ziemi (na którą najzwyczajniej w świecie upadł) i prawdopodobnie już nigdy nie wstać, bo mu się to za nic nie opłaca. Nawet nie przegrywa, bo Caroline jakoś szczególnie go poturbowała. Przegrywa, bo kompletnie nie wie, co zrobić, potyka się o własne nogi i już po dziesięciu sekundach zapomina, jak powinien trzymać miecz.
Tak, leżenie na ziemi jest zdecydowanie bardziej przyjemne niż ten cały trening. 

  Caroline? 
──── 
 [1146 słów: Terry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]