niedziela, 30 sierpnia 2026

Od Kala do Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

O byciu centurionem nie dowiedział się wczoraj, ani nawet przedwczoraj, choć w zupełności czuł, że tak właśnie było. Jego zdaniem Vergil nie popisał się tym wyborem, a Rodion nie popisał się swoim odejściem i rozpoczęciem własnego, fuj, dorosłego życia, bo co jak co, ale on wyglądał na takiego, który wiedział, co robi. Był dobry w wydawaniu poleceń. Dobry w utrzymywaniu twardej dyscypliny wśród głupich legionistów, którzy regularnie próbowali przeprowadzać na sobie lobotomię, posługując się włóczniami. Przy nim Kal prezentował się jak gówniarz, który dopiero co zaczął podstawówkę. Brzmiało to dla niego jak zawoalowany podstęp, który miał wzbudzić w nim większe poczucie przynależności i odpowiedzialności wobec Obozu, trochę skrócić smycz, na której go trzymali. Nie podobało mu się to, ale nie odmówił, co, z perspektywy czasu, powinien był zrobić. Postawić twardą granicę, powiedzieć, że czuje się dobrze jako legionista i nie ma zamiaru wychylać się poza szereg. Tylko gdy rozmawia z tobą pretor, to trochę ciężko jest znaleźć właściwe słowa odmowy poza pretensjonalnym: „nie, odmawiam!!!”, do tego człowiekowi towarzyszy ściskające klatkę piersiową poczucie bycia przyszpilonym do ściany. Ostatecznym wyjściem może być tylko grzeczna zgoda i jak najszybsza ucieczka.
Właśnie dlatego, zamiast świętować dobrą nowinę z Elianne, klasycznie kitrając się w krzakach, Kal wymknął się do San Francisco. W nadziei, że jeszcze nikt nie wiedział o jego awansie i nikt nie będzie próbował do niego dotrzeć, żeby pogonić go z wykonywaniem nowych obowiązków. On musiał oswoić się z tym wszystkim, przeczytać parę notatek o tym, co właściwie powinien robić jako centurion oprócz panoszenia się wszędzie i wyglądania poważnie, co robił już od sześciu lat przynależności do Obozu. No, może pięć. Teoretycznie mógłby spytać o to Elianne, ale wtedy nie będzie mógł wykazać się swoją samodzielnością i odpowiedzialnością i innymi aspektami, którymi powinien wykazywać się centurion. Za tydzień się wszystkiego nauczy, a jeśli nie, to będzie problem przyszłego Kala.
Miejscem, w którym ostatecznie skończył, był jego pokój. Na wejściu trochę się zdziwił, ujrzawszy nienagannie pościelone łóżko i kompletny brak porzuconych na podłodze szpargałów. Obejrzał się za siebie w ruchu niekoniecznie wytłumaczalnym, bo drzwi do mieszkania były zamknięte, a jego ojciec na pewno teraz był w pracy. I przecież Kal ostatnio był tutaj co najmniej parę dni temu, więc dokładny moment pościelenia jego łóżka mogliby ocenić wyłącznie doświadczeni detektywi.
Bez większego żalu spowodowanego zepsuciem czyjejś ciężkiej pracy, Kal zakopał się w kołdrach i kocach, wtulił twarz w jedną z poduszek i postanowił przespać cały dzień, a z byciem centurionem uporać się jutro, ewentualnie pojutrze. Przed kimkolwiek, kto będzie miał o to problem, będzie udawał niewiniątko i może wreszcie zrobi jakiś użytek ze swoich mocy.
Leżał tak może z pięć minut, co jest zdecydowanie zbyt krótkim czasem na zaśnięcie. Przerwał mu szczęk kluczy w zamku, przez który poderwał się do siadu najgwałtowniej w swoim całym życiu. Jego tata wciąż powinien być w pracy, więc po szybkim przemyśleniu wszystkiego, pozostała tylko jedna opcja i Kal bardzo by chciał, żeby okazała się nieprawdziwa.
Niezsynchronizowany stukot obcasów i szamotanina w przedpokoju zdradziła więcej, niż chłopakowi było potrzebne. Gdyby był milszy, to może rzeczywiście podniósłby się z łóżka, podszedł do Florence i pomógłby jej z czymkolwiek, z czym właśnie miała problem. Na szczęście mógł po prostu udawać, że niczego nie słyszał i z powrotem położyć się na bardzo wygodnych poduszkach, przykryć kołdrą i naprawdę przespać cały dzień. Może gdyby nie stukała tymi obcasami aż tak głośno, to by dał radę, ale dla świętego spokoju i niekierowany żadnym ludzkim odruchem empatii, Kal westchnął bardzo głośno i rzeczywiście wyszedł ze swojego pokoju, po drodze na szybko przeczesawszy włosy palcami.
– Hej – wymamrotał, widzą w przedpokoju wysoką wieżę pasteloworóżowych pudełek, które objętością przezwyciężały fioletowe loki Florence. Oraz wysokością przebijały ją całą. Tylko spod nich wystawała długa spódnica z falbankami i szpilki.
Na jego przywitanie odpowiedział mu okrzyk zaskoczenia, a jedno z pudełek prawie spoczęło pod jego nogami, które w ostatnim momencie przytrzymał na szczycie ściskanej przez kobietę wieży.
– Kal, słońce, przestraszyłeś mnie! – oznajmiła Florence, choć wcale nie musiała tego mówić, bo Kal był obdarzony umiejętnością interpretowania wydarzeń, które widział. – Pomożesz mi z tym?
Może gdyby nie zapytała, to mógłby tak ją tak zostawić bez większego poczucia winy, ale teraz już nie miał wyboru. W milczeniu odebrał jej część pudełek i sprawnie wymanewrował w wąskim korytarzu, żeby ułożyć je na stole w salonie. Nie miał zamiaru roztrząsać tego, jakim cudem Florence udało się to wszystko przytaszczyć do mieszkania, ani po co ona to zrobiła. Totalnie nie jego spra…
– Jeju, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę! – wykrzyknęła Florence, gdy tylko pozbyła się ze swoich rąk pozostałych pudełek i od razu nie omieszkała przytulić chłopaka, który nie zdążył się odsunąć. – Akurat dziewczynka, która miała mi z tym wszystkim pomóc, rozchorowała się, biedactwo. Powiedz, masz teraz wolną chwilę? Potrzebuję pomocy z tymi wszystkimi ciastami.
– …Wszystkimi? – Kal próbował zliczyć wszystkie pudełka, ale poddaje się jeszcze przed połową.
– Nie, nie, to znaczy z częścią – wytłumaczyła, chichocząc. – Widzisz, kochanie, część z nich trzeba dostarczyć na takie jedno przyjęcie, ono jest niedaleko. To spotkanie pracowników tego banku dwie przecznice dalej, to będzie to, to i to. – Wskazała na trzy pudełka, po czym bardzo szybko złożyła z nich osobną wieżę i Kal nie miał najmniejszego pojęcia, jak odróżniła je od kilkunastu takich samych różowych prostokątów. – Zapiszę ci adres na karteczce i…
– Florence, ale ja…
– Słońce, proszę. – Florence złożyła dłonie jak do modlitwy. – Mam na dzisiaj tyle zamówień, a wszystko mi się porozpadało, to jedyne, o co cię proszę. Mogę w zamian upiec coś dla ciebie i twojej milusiej dziewczyny, Elianne, prawda? Powiedz, jaki smak lubi?
To już było przekupstwo. Dodatkowo gra niewarta świeczki. Zgodził się tylko dlatego, że w tamte walentynki zamiast pełnowymiarowych, pysznych ciasteczek Eli mogła co najwyżej poczęstować się dymem i węglem.
Jednak postawił Florence jeden warunek: zanim pójdzie, musi się pomalować.

Stanął przed budynkiem, czując się ekstremalnie idiotycznie. Nie do końca wiedział, jak powinien się ubrać na dostarczenie ciast na przyjęcie pełne mężczyzn w pełnych garniturach, więc po prostu wszystko olał i się nie przebierał, żeby dumnie wkroczyć do środka w oversized swetrze, krótkich spodenkach i ocieplaczach na kostkach, co zdecydowanie nie było optymalnym strojem i było mu trochę zimno. To i tak było nieważne, bo przecież on tylko tam wejdzie, przekaże im ciasta, wyjdzie, biegiem wróci do mieszkania i postara się nie przeziębić. Bardzo proste.
Problem zaczął się już w momencie, gdy wszedł. Okazało się, że to całe przyjęcie już się zaczęło, wszyscy ze sobą rozmawiali, trzymając w dłoniach drinki lub tańczyli na parkiecie. Przy czym zdecydowanie nie wyglądało to tak, jak wyobrażał sobie Kal i mało kto miał na sobie pełny garnitur, ale postanowił to zbyć wzruszeniem ramion. Szybko rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegokolwiek stołu, na którym mógłby odłożyć te ciasta i uciec, ale każdy z tych w zasięgu jego wzroku był już w pełni zastawiony.
Przeklął w myślach swoje obecne położenie, po czym poszukał wzrokiem kogokolwiek, kto nie był aktualnie czymś zajęty. Jego oczy spoczęły na podpierającym ścianę niebieskowłosym mężczyźnie, którego też wybrał na swoją ofiarę.
– Mam ciasta – powiedział bez zbędnego przywitania. – Gdzie je położyć?


Filemon?
────
[1160 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz