Theodore niestety nigdy nie miał tego przywileju, jakim było obudzić się rano wyspanym. Może i zdarzało się, kiedy był młodszy, ale jakoś średnio to pamiętał. Szczytem jego samokontroli było wytrzymywanie całego dnia na nogach, jak normalny człowiek. Obiło mu się kiedyś o uszy, że jego greckie „rodzeństwo” przesypia całe dnie. W co lepsze dni nawet lubił Obóz Jupiter, ale miło by było nie musieć zrywać się na musztrę bladym świtem (albo ciemną nocą, gdy nadchodziła zima).
Dzień był pochmurny i mokry; Theo buty już miał całe uwalane w błocku, a ledwo zdążył wejść na trawę. Wyglądało na to, że musiało długo padać w nocy. Wyśmienicie. Niczego tak nie pragnął, jak wytarzania się w błocie podczas treningu. Dawno tego nie robił! Im dłużej trenował, tym mniej lądowania dupskiem w błocie zaliczał. Najwyraźniej jego treningi popłacały.
Nawet mimo tego, że jego mózg tego dnia wydawał się oklejony watą cukrową, a deszczowe chmury łypały na niego groźnie z góry, miał całkiem niezły humor. Przez ostatnich kilka dni dręczyły go zatkane zatoki, ale choróbsko w końcu dało mu spokój, więc czuł się znacznie lepiej. Może i było wilgotno, ale pogoda i tak była idealna na trening. Słońce nie dawało mu po oczach, na razie nie padało. Było ślisko, ale do tego już się przyzwyczaił; godziny spędzone na gołej ziemi Pola Marsowego zdecydowanie go na to przygotowały.
Miał do spożytkowania dwie godziny treningu i tym razem nie miał zamiaru znęcać się nad biednymi kukłami, więc postanowił rozejrzeć się za jakimś towarzystwem. Niestety spóźnił się parę minut, więc teraz musiał już złapać kogoś na szybko. Podszedł do pierwszej osoby, która wyglądała, jakby się za czymś rozglądała. Nawet całkiem ją kojarzył.
— Ty jesteś Inez, co nie? — zapytał, obchodząc ją dookoła (dawno już nauczył się, żeby nie szturchać kogoś, kto akurat w dłoniach trzyma broń).
Inez spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
— Tak, tak. Coś potrzeba?
— Masz z kim trenować? Mam dość kukieł — powiedział Theo, drapiąc się po karku.
Dziewczyna rzuciła okiem na jego pochwę ze sztyletem.
— Wiesz co, i tak muszę trochę popracować z bronią krótkodystansową. Gastrafetes mnie rozpieszcza, poza tym ostatnio dość się nastrzelałam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeśli pójdziesz ze mną do magazynu, żebym mogła wziąć sobie coś do ćwiczeń, to możemy pokombinować — dodała.
Theo posłał jej swój popisowy, krzywy uśmiech i skinął głową. Co prawda średnio chciało mu się zawracać z powrotem w stronę magazynu, ale wciąż wolał to, niż bezsensowne dźganie słomianej kukły przez dwie godziny. Pozbawił głów już wystarczającą ilość kukieł.
— No, to chodź. Szybko, bo jeszcze będą kazali nam zostać dłużej, a na sto procent będzie padać — ponaglała Inez, już zostawiając go w tyle. Theodore musiał przyspieszyć, żeby ją dogonić.
Może jednak za wcześnie pochwalił dzień z tym nie wpadaniem w błoto.
────
[451 słów: Theodore otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz