wtorek, 29 września 2026

Od Edel — „The cold dark street tonight”

Nowy Jork powitał ją zapachem smażonych na starym tłuszczu frytek. Nie narzekała, bo był to lepszy zapach niż smród potu w przepełnionym autokarze, wiozącym ją z lotniska do centrum. Gorszy od wyperfumowanego samolotu, ale po autobusie standardy nosa Edel samodzielnie zakopała się kilka metrów pod ziemią.
To Silas podsunął jej frytki pod nos, sam mając nimi wypakowane usta. Zanim postanowiła dokładniej się im przyjrzeć albo chociaż wyciągnąć po nie rękę, wymamrotała niewyraźne „chwileczkę” i obejrzała z trudem wyszarpaną z autokaru walizkę dla upewnienia się, czy to na pewno ta należąca do niej i czy przypadkiem nie miała ogromnej dziury, przez którą wypadły wszystkie jej rzeczy. Dopiero wtedy wyprostowała się i uśmiechnęła do przyjaciela, który bezprecedensowo ukradł około ćwierć frytek z zaoferowanej jej pół minuty wcześniej torebki.
– Może byś się przywitał? – zapytała żartobliwie, na co mężczyzna ostentacyjnie pomachał jej torebką z frytkami jeszcze bliżej twarzy niż wcześniej. Wreszcie ją od niego odebrała, nie bez dużej dozy obrzydzenia, której nawet nie próbowała ukrywać. Przezroczysta od tłuszczu papierowa torebka była obrzydliwa w dotyku i Edel od razu poczuła potrzebę ucieczki do pierwszej z brzegu łazienki, żeby umyć ręce i już nigdy nie myśleć o tym, jak śliski potrafi być papier. – Nie kupuję w McDonaldzie – zwróciła uwagę Silasowi, który desperacko próbował przełknąć resztki jedzenia, żeby móc wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź.
– Aha? Oskarżasz mnie o coś takiego? – wytłumaczył wreszcie i wygrzebał z kieszeni wymiętą chusteczkę, obejrzał ją i z wahaniem wyrzucił ją do najbliższego kosza na śmieci. Błagalnie spojrzał na Edel, zanim dodał: – Są z jakiegoś stoiska takiego starszego pana. Bardzo się ucieszył, że ktoś cokolwiek od niego kupił – wytłumaczył, w międzyczasie wycierając usta podaną mu przez Edel chusteczką. Dziewczyna ledwo go zrozumiała, prawdopodobnie dzięki temu, że Silas rzadko wyłączał swój spikerski głos i nawet mając w ustach trzy szlugi, z jakiegoś powodu potrafił mówić niespodziewanie wyraźnie.
– Świetnie – mruknęła i bez przekonania spróbowała jednej z frytek, które były już kompletnie zimne. Żałowała, że Silas nie pomyślał o tym, żeby poszli na jedzenie, jak Edel będzie już z nim, a nie dopiero do niego zmierzała.
– Kręcisz nosem, jakbym ci wcisnął do ręki psie gówno opakowane w papier prezentowy – oznajmił, prędzej żartem niż z pretensjami. – To była jedyna opcja wege, a jak mi jeszcze powiesz, że „nie kupuję w McDonaldzie” jest równoznaczne z „nie jadam jakichkolwiek fastfoodów”, to spadniesz w moich oczach o dobre kilka miejsc na tierliście moich przyjaciół.
– Jem – odpowiedziała Edel, tak bardzo naciskając na to słowo, jakby udowodnienie tego Silasowi miało przysporzyć jej realne korzyści. – I nie mówię tego przez… tierlistę twoich przyjaciół. Kto w ogóle takie ma?
– Nie martw się, i tak utrzymałabyś się ponad ludźmi, z którymi jebałem się w klubach. – Mężczyzna wzruszył ramionami z przyklejonym do twarzy uśmiechem, który bardzo nie pasował Edel do wypowiadanych przez niego słów.
– A… okej? – wydukała jedną z najsłabszych odpowiedzi, jakie kiedykolwiek wymyśliła w całym swoim życiu.
Szli dalej w milczeniu, aż Edel nie wyrzuciła opakowania po frytkach, a Silas nie wypalił papierosa, zapalonego zmęczoną życiem zapalniczką, która działała równie dobrze jak krzesiwo, którym próbowano podpalać ogniska na obozach survivalowych.
– Wiesz – mruknął Silas, kopnąwszy zagubioną na chodniku zwiniętą w kulkę ulotkę – zastanawiałem się, czy w ogóle cię odbierać.
– Aha? – Edel wykorzystała wszystkie swoje umiejętności, które umożliwiały jej bardzo amatorskie uniesienie jednej brwi, co nigdy nie wyglądało tak, jak powinno.
– Nie, po prostu, nie znasz już drogi na pamięć? Czekałbym na ciebie ze świeżo ugotowanym obiadkiem, nie musiałabyś jeść jakichś frytek z ulicy…
– Nie wierzę, że potrafiłbyś ugotować obiad lepszy od frytek z ulicy – stwierdziła Edel. – Dodatkowy czas wykorzystałbyś na–
Urwała, bo koła jej walizki zahaczyły o coś leżącego na chodniku. Szarpnęła nią mocniej, bo nigdy nie byłaby zaskoczona śmieciami na ulicy Nowego Jorku, ale koła walizki perfidnie zaplątały się w, jak się okazało, materiał. Kucając, Edel skupiła się na wyrwaniu go z kółek, dopiero potem zauważywszy, że materiał wciąż przyczepiony jest do czyjejś ręki.
– Bardzo przepraszam! – wykrzyknęła, natychmiast puszczając czyjąś koszulę. Silas oparł się na walizce dziewczyny i spojrzał nad nią, wodząc wzrokiem od czyichś palców, po brak ramienia.
– Chyba nie masz kogo przepraszać – rozsądnie zauważył, po czym kucnął obok niej i jednym szarpnięciem uwolnił walizkę.
– Fakt. Racja – wydukała Edel, której z jakiegoś powodu łatwiej było zaakceptować czyjeś szczątki niż potencjalnie wściekłego menela. Mogła pochwalić się długim i szerokim doświadczeniem w obcowaniu z trupami, najczęściej takimi, na których przedramionach wypalono tatuaże. – Zadzwonię na…
– Weź, będziemy musieli zeznawać przez pół dnia – jęknął Silas, teatralnie łapiąc się za głowę. – A jemu i tak już nic nie pomoże. Albo jej. Nie mogę spytać o zaimki.
– Nie mogę tego tak po prostu zostawić – powiedziała, a mężczyzna kiwnął głową w odpowiedzi tak, jakby zgadzał się na najdziwniejszą jedzeniową zachciankę swojej ciężarnej żony.
Zajrzała głębiej w uliczkę, kierując się bardziej swoim przeczuciem, niż jakąkolwiek logiczną przesłanką. Silas okazał się na tyle miły, że odpalił latarkę w telefonie i oboje mogli zobaczyć sponiewierane ciało. Heros szybko wyłączył światło, ale Edel nie potrafiła wymazać sprzed oczu obrazu, który widziała może przez dwie sekundy. Szeroko otwarte oczy wydawały wpatrywać się prosto w nią, a równocześnie były bardziej puste niż gałki oczne porcelanowej lalki. Zlepione krwią włosy ginęły w brunatnej plamie na bruku, poszarpane ubrania wiły się wokół ciała, w ostrym świetle latarki tworzyły z niego mankament nieprzypominający ludzkich szczątków. Wśród tego bezładu wyły się zadane monstrualnymi pazurami i kłami rany, wyrwy wśród warstw ubrań i niewielkich skrawków nierozerwanego ciała. Edel wzięła parę głębokich wdechów, oszukując się, że nowy smak w jej ustach nie zwiastuje szybkiego opróżnienia jej żołądka z dopiero co zjedzonego obiadu.
– Kurwa – zdołała wydusić, próbując otrząsnąć się z szoku i odrzucić mdłości, w czym odezwanie się niekoniecznie pomogło.
– To chyba jeden z naszych – rzucił Silas, który większość swojego ciężaru przeniósł na rozklekotaną walizkę Edel (ściskając jej rączkę niepotrzebnie mocno).
– Przepraszam, co? – burknęła, rozdarta pomiędzy skuleniem się na chodniku i wciśnięciem głowy między nogi a zachowaniem pozy niewzruszonej byłej centurionki z długim stażem.
– To chyba jeden z naszych – powtórzył, a z jego miny Edel mogła wyczytać wyłącznie obrzydzenie. – Mam na myśli, żaden cywil by tak nie skończył, rozumiesz.
– Tak, rozumiem – rzuciła gorzko i wreszcie wykręciła numer na policję.

Silas otworzył przed nią drzwi, wpuszczając do ciemnego mieszkania snop światła z korytarza. Najciszej, jak potrafiła, rozebrała się i przeniosła walizkę do salonojadalniokuchni, gdzie bez zapalania lampy rzuciła się na kanapę. Silas najwyraźniej miał zamiar oświetlić sobie drogę do swojego pokoju wyłącznie światłem ekranu prawie rozładowanego telefonu, ale przeszkodziło mu w tym nagłe otwarcie się sąsiednich drzwi i pojawienie się w nich jego kochanej współlokatorki.
– Ładnie to tak wracać po nocach? – warknęła, uderzając we włącznik światła. Edel zmrużyła oczy od nagłego błysku i boleśnie uświadomiła sobie, że w tym momencie wolałaby być gdziekolwiek indziej niż na tej wysłużonej kanapie w towarzystwie wykończonego (i trochę na nią złego) przyjaciela oraz jego wściekłej współlokatorki. – Po tobie jeszcze się tego spodziewałam, ale ty, Edel, serio?
– Byliśmy na komisariacie – wymamrotał Silas i przepchnął się obok Yasmin.
– Gdzie, kurwa?
– Na komisariacie, dobranoc. – Tymi słowami mężczyzna zakończył temat i zniknął w czeluściach swojego pokoju.
– Co wy odpierdoliliście? – Yasmin odwróciła się do Edel, teraz równie wściekła, jak i zaskoczona.
– Nic – odpowiedziała, rozkładając przygotowany dla niej koc. – Znaleźliśmy trupa, najpewniej herosa. Zadzwoniłam na policję. Przesłuchiwali nas. Trochę zeszło z formalnościami.
– Jakiego herosa?
Edel nawet nie miała siły komentować tego, że w całej tej historii najbardziej interesuje ją właśnie ten aspekt.
– Nie wiem, jutro pewnie obsmarują na jego temat z dziesięć artykułów o zagadkowej śmierci młodego mężczyzny rozszarpanego przez dzikie zwierzęta w centrum Nowego Jorku.
– Już są – poinformowała ją Yasmin, pochylona nad smartfonem. – Aureliusz Collins. Niczego sobie, ale nie kojarzę – wyraziła swoją nader ważną o tej porze opinię.
Edel nie przejęła się tym na tyle, żeby wysilić się na odpowiedź inną niż: „dobranoc, zgaś światło, proszę”.


────
[1272 słowa: Edel otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz