LATO
Artem zignorował słowa Edgara. Bardziej przestraszył go nagły krzyk, który chyba, a raczej na pewno, zwrócił uwagę mieszkających w tym budynku ludzi. Również tych, na których czekali i chcieli sobie zamienić parę słów z Artemem. Byłoby to bardzo smutne, gdyby tylko przez impulsywnego Edgar udało im się odnaleźć byłego kolegę.
— Kto tam jest?!
Artem od razu, kiedy usłyszał krzyk, podniósł się i pociągnął za sobą wyrywającego się Edgar. Siłą wepchnął go do jakiegoś zagraconego starymi szmatami i meblami kąta. Sam wskoczył gdzieś obok i przycisnął się do przyjaciela, nie puszczając skrawka jego koszulki, żeby przypadkiem nie wpadł na kolejny głupi pomysł.
— Cicho — szepnął ostrzegawczo, na co Edgar jeszcze bardziej zmarszczyło brwi. Wcale nie miało ochoty siedzieć cicho, a zachowanie Artema denerwowało go coraz bardziej.
Usłyszeli szybkie kroki. Stukot butów o drewniane panele, które dawno nadawały się do wymiany. Trzask drzwi, potem stukot kolejnych butów.
— Usłyszałem coś! — powiedział głośno jeden z mężczyzn. — Naprawdę!
— Przecież widzisz, że nikogo tutaj nie ma — drugi z nich miał zdecydowanie bardziej znudzony ton głosu. — Zaczynasz mieć omamy?
— Kurwa, z tobą się nigdy nie da porozmawiać — warknął. — Jeszcze nas ktoś okradnie z towaru i co wtedy? Gówno! Przeszukaj lepiej chatę!
— Twoją starą prędzej przeszukam!
Sprzeczali się jeszcze przez chwilę, aż w końcu jeden z nich wrócił na wyższe piętro, a drugi poszedł do innego pokoju, cały czas przy tym przeklinając pod nosem. Najwyraźniej rzadko kto z zewnątrz się tutaj zapuszczał i nie mieli powodów do obaw. Cóż było się dziwić, kiedy okolica była naprawdę nieprzyjemna? W biały dzień ktoś mógł ci włożyć kosę między żebra i nawet za to nie odpowiedzieć, bo bardzo wątpliwe, że ktokolwiek zwróci uwagę.
Artem poluźnił uścisk i wypuścił z palców potarganą koszulkę Edgar.
— Nie będę ci pomagać, jak będziesz się tak zachowywać — warknęło pod nosem.
— Ciszej — upomniał go od razu, bo zdenerowowane Edgar miało w zwyczaju podnoszenie głosu.
— Nie uciszaj mnie.
Zaczął się podnosić, ale Artem od razu złapał go za łokieć i pociągnął z powrotem na dół.
— Skąd masz w ogóle pewność, że to bezpieczne?
— O czym ty teraz pierdolisz? — Podniósł się jeszcze raz. — Przestań paniusiować i wstawaj.
Edgar doskonale wiedział w jaki punkt uderzyć, żeby ogarnąć nieobecnego Artema. Mężczyzna od razu się podniósł i z naburmuszoną miną wyszedł z zagraconego kąta. Bez słowa i nawet nie oglądając się na przyjaciela poszedł przeszukiwać pierwsze pomieszczenie.
Otworzył każdą szufladkę, zaglądnął do każdej szafki. Nie znalazł niczego, co mogłoby im pomóc, chyba że pomocne okazałyby się pogniecione, puste kartki papieru. Albo jakieś resztki jedzenia, bo najwyraźniej nikt tutaj po sobie nie sprzątał.
W drugim pomieszczeniu znalazł tylko gazety sprzed dwóch lat i inne nic nie warte śmieci. Najwyraźniej wszystko to, co cenne, mieli dobrze schowane.
— Zapiszę sobie ten adres — powiedział niespodziewanie Edgar. — Wyślę tutaj kogoś później.
— Genialny pomysł — odpowiedział sarkastycznie. — Wojsko też naślesz?
— Dobra, kurwa, albo chcesz mojej pomocy albo stąd wychodzę.
— No to wyjdź.
Edgara nie trzeba było dłużej przekonywać. I tak był już wystarczająco poddenerwowany przez ciągłe niezrozumiałe humorki Artema. Burknął coś pod nosem i skierował się w stronę wyjścia.
Wrócił po niecałej minucie z krzykiem. Roztrzęsione schowało się za plecami Artema.
— Jakieś inne wyjście? — zapytało.
Zachowywało się tak, jakby Artem znał każde tajne przejście w tej okolicy. A o dziwo tak nie było. Można było się spodziewać, skoro spędził tutaj pierwsze lata życia w Ameryce, ale nie doświadczył żadnego podziemnego przejścia jak w filmach hollywood.
— A to niby ja mam przestać paniusować, co?
Edgar nawet nie miało ochoty odpyskować — coś sprawiło, że bardzo się wystraszył i zabrakło jejmu języka w gębie. Po prostu pokręciło głową i wskazało przed siebie, tam, gdzie znajdowały się drzwi wyjściowe. Te same, przez które tutaj weszli.
— Wchodzimy stąd zanim ktoś usłyszy.
Chciał wyjść, ale Edgar mocno złapało za jego koszulkę. Jak dziecko, które nie chciało pozwolić ojcu wyjść do pracy albo matce, która chciała zostawić je samo w przedszkolu. Płaczliwie coś wybełkotało pod nosem, na co Artem przewrócił oczami i zignorował. Dosłownie pociągnął za sobą Edgar.
Jeden z mężczyzn, którego usłyszeli wcześniej już zaczął zbiegać po schodach. Drugi chyba nie przejmował się, że mieli nieproszonych gości i nawet nie ruszył się z miejsca. Dobrze wiedzieć, że w patusiarni można było znaleźć chociaż jedną inteligentną osobę.
Artem bardzo się spieszył, ale Edgar tylko go hamowało. Zapierał się tak bardzo, że ciężko było się ruszyć, nawet jeśli trochę czasu spędzało się na siłowni.
— No żesz, czy ty jesteś, kurwa normalny?! — wypalił w końcu, zatrzymując się.
Zdenerwowany po prostu podniósł Edgar i zarzucił sobie przez ramię jak worek ziemniaków. Tak będzie szybciej.
Popędził do drzwi, ale zanim zdołał przez nie wyjść, zauważył dobrze znaną osobę. Szef tych wszystkich przegrywów życiowych wrócił. Zawsze miał obrzydliwe żabią mordę, ale tym razem wyglądał jeszcze bardziej jak żaba (a może było tak zawsze?).
— Dzieeeeeń dobrryyy?
Oblizał wargi. Okropnie przy tym mlaskał. Artem już zapomniał, jakie to było zawsze odrażające.
— Puść mnie! — wrzasnął Edgar.
— Jezu, zawsze miałeś taką żabią mordę? — Skrzywił się, na co mężczyzna w średnim wieku nawet nie zareagował.
— On JEST żabą! — krzyczał Edgar. — To ŻABA!
— Jak, kurwa, żaba?
Zanim Edgar zdołał cokolwiek odpowiedzieć (albo wykrzyczeć), za nimi stał już jeden z mieszkańców tego pięknego budynku. W jednej ręce trzymał tępy nóż, a drugą podtrzymywał zsuwające się z tyłka spodnie.
— Szefie! — krzyknął. — Kim oni są?!
Żabi szef mlasnął.
— Pssyjaciele?
— Szefie, nie! — Mężczyzna rozpaczliwie podbiegł do swojego przywódcy. — Oni tu weszli nieproszeni! Wyrzuć ich!
Artem obserwował te scenę ze zdegustowaniem. Nie tak zapamiętał sobie to wszystko.
— Proszę obydwoje wypierdalać — mruknął Edgar dziwnie spokojnym tonem.
O dziwo, obywoje rzeczywiście… wyszli. Żabi mężczyzna opuścił próg domu, a drugi wrócił na górę, cały czas drapiąc się po tyłku. Artem poczuł tylko dziwnie mrowienie w klatce piersiowej, jakoby te słowa także jego dotyczyły. Ostatecznie on jedyny nie wyszedł i dalej stał tam, gdzie wcześniej.
— Widzisz? Mój pomysł z czarami wcale nie był taki zły.
— Skończ — westchnął. — I proszę postaw mnie na nogi.
— Ty mnie o coś prosisz?
— To ostatni raz, przysięgam.
Artem mógł jejgo zwyczajnie zrzucić na ziemię, ale nie był już takim dupkiem i odstawił przyjaciela na nogi. Całkiem miłe z jego strony, a przecież zawsze mógł zabić, prawda?
Żabo?
────
[1004 słowa: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz