czwartek, 24 września 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Ze wszystkich członków „Olimpijska Alfa” sp. z o.o. tylko Niketas rzeczywiście zwraca uwagę na donośny huk przewracającego się, masywnego i puszkowego trójkąta niepitagorejskiego, który już powoli zaczynał przypominać czworościan foremny (jest to bolesną nieprawdą, bardzo daleko jest mu do bryły jakkolwiek foremnej, a o czworościanie w tym beznadziejnym przypadku lepiej nie wspominać). Hałasowi przewracających i obijających się o siebie puszek akompaniuje syk wybuchających energetyków, które w marzeniach Niketasa stworzyłyby całkiem niezłą fontannę, ale niestety ograniczyły się do raczej mało imponującej, pieniącej się kałuży brokatu. Niketas widzi przed oczami simsowe indykatory informujące o straconych/wydanych funduszach, druzgocąca wizualizacja strat, które pewnie nie zostaną zrekom-pensowane w gotówce, a prędzej w ogólnym upokorzeniu sprawców i mogłoby to być całkiem niezłym układem, gdyby przy okazji nie zmarnowali miesięcznych funduszy na utrzymanie domku dwunastego, którego podłoga nadaje się do jak najszybszej wymiany, a dach ZNOWU przecieka. Niketas musi się mierzyć z naprawdę ciężkimi sprawami, cięższymi niż jakiś tam ostrzał. I to jeszcze ostrzał z nieprawdziwych pocisków, nawet nie strzał ze stępionymi grotami. Marne, niewypolerowane szyszki padają z nieba jak zapowiedziany tysiące lat temu rybny deszcz w Apokalipsie św. Jana. I w tem z niebios zaczną spadać szyszki i nastąpi „Olimpijskiej Alfy” kres. To jeszcze gorszy koniec niż upadek „Boskiego Fulla”, który i tak był bardzo bolesnym doświadczeniem dla Niketasa. Wolałby o tym nie myśleć, będąc atakowanym przez stado wściekłych… z tej odległości i w okularach przeciwsłonecznych Niketas nie jest w stanie stwierdzić, kto właściwie do nich strzela. Na swoje szczęście nie dostrzega w tłumie nikogo z powiewającymi na wietrze galaktycznymi włosami, więc przynajmniej od tego jest wolny. W tym momencie. Na chwilę. Krótką, jeśli się nie myli.
– PADNIJ!!! – wrzeszczy Erin i miło byłoby powiedzieć, że nie musi tego dwa razy powtarzać. Wciąż nie musi, wyłącznie może, jeśli bardzo chce, ale sprawa wygląda tak, że nikt jej nie słucha i każdy w panice postanawia wyciągnąć innego asa z rękawa. Albo nie asa, ale jakąś kartę na pewno. Można tylko zastanawiać się, czy ich ruchy wykazują istnienie jakiejkolwiek myśli w ich głowach.
Ulfert chowa się za trzymaną przez siebie flagą, nie trzymając już za trzonek, tylko za materiał. Rozpościera go przed sobą jak typowy wakacjowicz rozstawiający parawan na plaży. Flaga mocno przeciwstawia się zmuszaniu jej do przebranżowienia się na tarczę, przy czym nie jest nawet w połowie tak duża jak Ulf, który desperacko próbuje zrobić coś, dzięki czemu by się za nią zmieścił. Równie dobrze mógłby po prostu skulić się na trawi i przykryć się płachtą jak kocem. Ashton wpada na trochę lepszy pomysł, ale tylko trochę, bo zwyczajnie ucieka w stronę, z której nie rzucają szyszek. Idzie mu to całkiem nieźle, dopóki nie potyka się o rozwiązane sznurówki swoich w 100% markowych conversów, które wcale nie mają na sobie księżyców zamiast gwiazdek. Ten manewr sprawia, że Ashton majestatycznie stacza się ze wzgórza, żeby potem równie majestatycznie zderzyć się z tarczą strzelniczą. Zamiast szyszek grozi mu co najwyżej parę siniaków i opcjonalne wstrząśnienie mózgu, którym nie ma zamiaru się teraz obchodzić tak samo jak reszta ferajny nie ma zamiaru obchodzić się Ashtonem.
Najbardziej brawurową postawą wykazuje się Niketas, który zamiast przejść do defensywy, postanawia zaatakować. Albo zrobić coś, co nie jest do końca atakiem, ale jest imponującą rzeczą do zrobienia.
– Idę tam! – powiadamia Erin, która najwyraźniej nie ma tutaj wiele do gadania, bo mimo że głośno mu się sprzeciwia, on nawet nie przejmuje się jej krzykami na tyle, żeby zarejestrować, o co jej chodzi.
Wykorzystując swój zbyt dobry jak na przeciętnego szesnastolatka refleks i imponującą szybkość, pewnie stawia kroki w stronę atakujących go dzieciaków. Stara się być najbardziej nonszalancki, jaki może być w tej sytuacji – nie rusza z miejsca swoich ciemnych okularów, trzyma dłonie w kieszeniach dżinsowej kurtki i próbuje iść tak, jakby stosował się do dawno wyuczonej choreografii, a nie wykonywał bardzo szybkie obliczenia rachunku prawdopodobieństwa i przeciętnej trajektorii lotu szyszki, żeby odnaleźć jak najbezpieczniejsze miejsce do postawienia następnego kroku. Ta taktyka sprawdza sie przez około trzy sekundy, aż pierwsza szyszka uderza go prosto w splot słoneczny, a on desperacko próbuje tego po sobie nie pokazać i przez łzy w oczach dojrzeć, co dzieje się wokół niego. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z tego, że Erin z jakiegoś powodu znajduje się tuż za nim, a wszystkie szyszki dobijają się od… powietrza przed nimi?
– Wowie, paniusiu, fajna sztuczka – komplementuje ją, prostuje się i idzie naprzód ze znacznie większym wigorem i pewnością siebie niż wcześniej. – Chyba zasłużyłaś sobie na podwyżkę. – Szybko zdaje sobie sprawę z własnego błędu i jeszcze szybciej dodaje: – Nie. Nie, na podwyżkę nie. Może na premię. Ale ta premia i tak pójdzie na pokrycie strat, które spowodowały te wszystkie szyszki, więc w sumie to nic nie dostaniesz.
– Zajebiście – mruczy Erin, która nie wygląda, jakby go słuchała. Chłopak wzrusza ramionami i stwierdza, że nie każdy jest tak cudowny jak on i może wykorzystywać swoje moce bez wkładania w to odrobiny wysiłku.
Obstrzeliwujące ich dzieciaki najwyraźniej zdają sobie sprawę z popełnionego przez siebie błędu (czyt. zapomnieli, że herosi mają, na przykład, moce), który jest niegodny, jak się okazuje, dzieciom Ateny. Niketas od razu rozpoznaje dzieciaczki, które ciągle kręcą się wokół nóg Weroniki, albo raczej kręcą się wokół jej miejsca zamieszkania i pieczołowicie unikają swojej grupowej. Nie, żeby ich krytykował. Niketas ich w stu procentach rozumie.
Szyszkowi strzelcy zarządzają odwrót, co nawet Niketas i Erin są w stanie dosłyszeć z miejsca, w którym się znajdują. Bez żadnego planu przyspieszają kroku, niepowstrzymywani przez przymus chowania się za niewidzialną tarczą, najwyraźniej zbyt uparci, żeby odpuścić tym delikwenciakom. Niketas nawet wrzeszczy za nimi, żeby nawet nie myśleli o ucieczce, bo w nagrodę za tak cudownie przemyślany atak dostaną darmowe energetyki – krzyczy to jak najbardziej przekonującym tonem, który nie mógłby przekonać dwulatka, który nie do końca rozumie znaczenie kierowanych do niego słów.
Jedenastolatkowie szybko muszą stawić czoła problemowi pod tytułem: „W sumie to nie ustaliliśmy, w którą stronę jest odwrót” i najpierw rozpierzchają się na różne strony, potem zdają sobie sprawę, że biegną gdzieś kompletnie sami, robią drugi odwrót z kolei i w ten sposób dają Niketasowi wystarczająco dużo czasu, żeby dobiec do pierwszego lepszego z nich. Erin dobiega na miejsce, gdy chłopakowi udaje się unieruchomić znacznie mniejszego od niego dzieciaka, trzymając go równocześnia za kołnierz i włosy. Reszta dzieciaków zatrzymała się w pół kroku, widząc swojego ziomala przetrzymywanego przez wroga.
– Co wy najlepszego odpierdalacie? – Niketas zwraca się do swojego zakładnika, który jest bliski rozbeczenia się. Według grupowego, chłopiec powinien zaakceptować ryzyko bólu, cierpienia oraz zaburzeń pracy mózgu, gdy w ogóle postanowił strzelać do kogoś sprawującego pozycję wyższą niż on w tym kurwidołku.
– Niketas, zaraz wyrwiesz mu grzywkę – wtrąca się Erin zanim chłopiec zdąży odpowiedzieć. Jakiś pierwiastek w spojrzeniu dzieciaka okazuje jej wdzięczność. Dużo pierwiastków w spojrzeniu Niketasa odpowiada jej: „Ty tak, kurwa, na serio, laska?”.
Przerywa im Głos. Dobrze znany wszystkim w Obozie. Niketas wzdycha bardzo przeciągle na jego dźwięk.
– Тупицы! Co tu się najlepszego wyrabia?


Erin?
────
[1137 słów: Niketas otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz