ZIMA
Ivy opiera się o biurko ze zwieszoną głową i nie podnosi nadal wzroku na mężczyznę, jednak może wyczuć, że w oczach Dantego pojawiają się łzy. Może też wyczuć tę charakterystyczną, przeciągłą nutę w jego głosie, przypominającą skomlenie. Waży na języku potencjalne słowa, ale wszystkie mają zbyt duży ciężar, aby pacjent mógł je udźwignąć (tak samo jak ono). Tkwi w jednej, ciągle tej samej sekundzie, aż cierpną mu przedramiona, aż martwi się, że nigdy nie wydostanie się z tej pozycji.
— Dante-
Ten, jakby dość się nie niecierpliwił, na dźwięk swego imienia sztywnieje, oczekując na odpowiedź Ivy, jakakolwiek by ona nie była. Chce po prostu cokolwiek od niego usłyszeć, przygotowuje się więc jak na nadchodzący cios. Ivy trzyma go w niepewności — zupełnie, jakby robił to specjalnie.
— Nie jest normalne, że mnie tak nachodzisz — mówi z trudem. — Nie jest normalne, że mnie śledzisz.
— Ale…
— Wiemy obydwaj, co robisz. Nie udawaj głupiego. Nie jesteś głupi, naprawdę.
Półbóg kuli się w sobie spłoszony, a Ivy kontynuuje, zastanawiając się, czy może do Dante docierają konsekwencje jego akcji. Czuje przypływ nagłych myśli i musi pozwolić im swobodnie przedrzeć się przez barierę, aby nie utopiły się w gąszczu lęku.
— Złamałem przez ciebie swoje zasady, ale nawet nie o to tu chodzi. Naruszasz ciągle kolejne granice. Naruszasz… moją przestrzeń. Też fizyczną.
— Co takiego źle robię? — pyta ze zduszonym jęknięciem.
— Czuję się, jakbyś obserwował każdy mój krok.
— Gadasz w kółko o swoich głupich zasadach. Może dlatego jesteś taki nieszczęśliwy — parska ze zbolałym śmiechem.
Psychiatra kręci głową, wzdycha i prostuje się, zaczynając chować rzeczy do torby. Dopiero zauważa, jak mocno trzęsą mu się dłonie, gdy Dante podchodzi bliżej, zagradzając mu drogę do wyjścia. Psychiatra nie rusza się ze swojego miejsca.
— Wystarczy tego — mówi Ivy, zaciskając zęby i rzucając Dantemu nieprzyjazne spojrzenie.
— Poczułeś się urażony? Myślisz, że czemu całe życie nikogo nie masz? Taka prawda! Jestem jedynym, który chciał spędzić z tobą czas, a tak mi się odwdzięczasz! Sam sobie to robisz. — Popycha go tak niespodziewanie, że Ivy z trudem utrzymuje równowagę. — Czemu? Czemu robiłeś mi nadzieję? No, powiedz coś! Jesteś naprawdę… okropny. Nienawidziłeś mnie ten cały czas i udawałeś, przyznaj to. Po prostu powiedz to. Wolę usłyszeć prawdę.
— Nie wywołasz we mnie poczucia winy. Nie uda ci się mnie zmanipulować już nigdy więcej.
Dante po tych słowach wygląda, jakby miał wybuchnąć, ale zamiast tego, pociąga teatralnie nosem, odsuwając od mężczyzny — wciąż torując mu drogę, nie chcąc dać mu nigdzie uciec, a swoją obecnością nadal roztacza groźby zatrzymania go w pułapce, jeśli się zbuntuje. Psychiatra z podejrzliwością trzyma się na baczności, spinając swoje barki. Rośnie mu gula w krtani, nie może powstrzymać trzęsienia kończyn, a o dziwo zachowuje spokój.
— Nie chcesz… mnie więcej widzieć?
— Nie wiem — waha się, nie wiedząc samo, czy tak naprawdę jest. — Tak by było najlepiej. Polecę ci innego lekarza. I tak nie widzę, aby moje leczenie ci pomagało. Może ktoś inny bardziej ci pomoże.
— Pomaga. To ty mi pomagasz najbardziej! Naprawdę. Daj mi szansę. Nawet mi jej nie dałeś i tak po prostu chcesz się mnie pozbyć?
Ton Dantego na zmianę łagodnieje, po czym wznosi się z drżeniem. Każda kolejna fala jest coraz bardziej niespodziewana i prawdopodobnie Ivy powinno przystopować, ale gdy już się otworzyło i przez ten moment nie czuło strachu, wykorzystało okazję. Tę błogą krótką chwilę bez zduszonego w sobie lęku. Żałować może później.
— Nie wiem, jak do ciebie przemówić.
— Może zaczniemy od nowa?
— Wiesz, jak głupio to brzmi?
— Nie, mówię serio. Musisz mi tylko zaufać. Dać drugą szansę.
— Nie.
— Czemu, Ivy?
W końcu, nie wytrzymując braku odpowiedzi, Dante ponownie wybucha, a łzy ciekną mu po twarzy i skapują z brody na podłogę. Pada na kolana przed Ivy, pociągając nosem i wyjąc jak dziecko. Psychiatra o mało się nad nim nie lituje — ten widok ściska go za serce, a mężczyzna musi myśleć, że zaraz Ivy otrze jego poliki, pomoże wstać i pozwoli siebie uścisnąć, po czym, jak za każdym razem, da się uwieść urokowi Dantego. Zamiast tego, odwraca wzrok — czeka, aż płacz ustanie. Ignoruje półboga, który łapie go za nogawki spodni, skomląc brzydko i żałośnie, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe frazy. Uspokaja się dopiero po paru dłużących się minutach, jego płacz łagodnieje, ale nie przestaje trzymać Ivy za ubranie. Nie poddaje się do samego końca. Robi wszystko, aby zwrócil na niego uwagę, aby wrócił ten sam Ivy, który tyle razy zwracał się do niego z troską. Tym razem jej nie otrzymuje. Zostaje sam ze swoimi emocjami, myślami, nikt nie może pomóc mu ich rozplątać, bo nikt już nie chce mu pomóc. Zaciska mocno powieki, modląc się, by albo zniknął z tego świata, albo został zabity (bo po co mu tu być, skoro został właśnie tak okrutnie odrzucony?).
Rani go znowu nieznośną ciszą. Dante jest już pewien, że robi to wszystko specjalnie, aby go poniżyć, w odwecie za to, co mu robił. Skierowana przeciw niemu zawiść dopada go w jednym momencie. Jest bezsilny, rozstrzęsiony, nieprzewidywalny.
— Czy chociaż… przez chwilę mnie lubiłeś? — pyta cicho, zachrypniałym, słabym głosem.
Dante? ────
[824 słowa: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Ivy nie odpowiada na to pytanie.
[824 słowa: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz