LATO V
– Ryby chciałem łowić – odpowiada Greg, trzymając jedną rękę na kierownicy, a drugą zanurzoną w pudełku z McDonalda, w którym już chyba nie ma ani jednego nuggetsa. Mimo tego mężczyzna bardzo uporczywie w nim grzebie, tak jakby miał znaleźć tam drugie dno, a w nim kolejne dwadzieścia kurczaków.
– Ryby? W Pittsburgu? – pyta Sony, marszczy brwi i odwraca się do Mikołaja. Chłopak wzrusza ramionami, pewnie nie mając najmniejszego pojęcia o aglomeracji Pittsburga i jeziorach, jakie można w nich znaleźć. – A to nie jest takie wiesz, duże miasto?
– Aha – potakuje mężczyzna, przy czym bardzo łatwo można wyczuć, że z trudem ukrywa śmiech.
– Ty nas próbujesz wkręcić – demaskuje go Mikołaj, a Sony w poczuciu zostania kompletnie totalnie zdradzoną, wystawia język do przedniego lusterka. Za mało uważała na fizyce, żeby zrozumieć, że Greg nie widzi dokładnie tego samego w lusterku, co ona, więc w jej głowie Greg został dobitnie poinformowany o jej dysaprobacie.
– Może ta. – Greg uśmiecha się do jezdni przed sobą zadowolony ze swojego średniej jakości ragebaitingu dwójki dzieciaków. Niestety to zadowolenie jest poniekąd przyćmione przez nieodnalezienie żadnych nuggetsów w przetłuszczonym kartonowym pudełku. – Ale tak serio, jadę tam na takie komediowe show.
– W sensie że kabaret? – dopytuje Mikołaj.
Greg kręci głową.
– Improwizowane przedstawienie wędrownej grupy teatralnej? – próbuje Sony.
– …Nie, ale brzmi fajnie.
– Greg, czy ty chcesz zostać komikiem? – pyta Mikołaj trochę zaniepokojonym i współczującym tonem, prawdopodobnie szybko rozpoznawszy marne umiejętności opowiadania żartów Grega. A bardziej jakikolwiek brak przesłanek odnośnie tego, żeby mężczyzna w ogóle chciał opowiedzieć jakiś bardziej wyrafinowany żart od „wchodzi pies do baru, a tam drzwi”.
– Myślałam, że twoim hobby jest, wiesz, łowienie ryb. W ogóle, jak bym z tobą teraz połowiła, bo taka dziewczyna na Obozie mnie nauczyła i złowiłam taką WIEEEEEEEEEELKĄ rybę i nazwałam ją Helenka. No i. Mogłabym z tobą połowić. A ty mi poopowiadasz żarty i może trochę poćwiczysz te swoje umiejętności komediowe i…
– Wy po prostu we mnie nie wierzycie. – Z ragebaitingu przechodzi bardzo szybko do guilt trippingu. – Słuchajcie, ja już jestem zapisany na ten event, przygotowywałem się i w ogóle. Ja sobie dam radę. Ryby połowię kiedy indziej.
Może gdyby Sony albo Mikołaj lepiej orientowali się w geografii Sanów Zjednoczonych, mogliby zachęcić Grega do łowienia ryb dzięki poleceniu mu kilku jezior o oryginalnych, niepowtarzalnych i obiektywnie zabawnych nazwach, które przy odpowiednim podejściu przydałyby mu się w jego skeczach. Mógłby zrobić cały segment o podróży z dwójką nastolatków i księdzem wzdłuż i wszerz Ameryki, objeżdżając jezioro za jeziorem i odkrywając, jak wspaniałe mają nazwy i gdzie mogą dowieźć ich istne wyżyny ludzkiej kreatywności. Albo może on już wie o istnieniu tych jezior, tylko brakuje mu ostatniego zapalnika, iskierki odpalającej całą lawinę pomysłów, którą mogłaby dostarczyć mu dwójka dzieciaków na tylnej kanapie jego samochodu.
Sony patrzy na Mikołaja, Mikołaj patrzy na Sony, oboje nie wyciągają niczego dobrego ze swoich spojrzeń. Dopiero Sony decyduje się na bardzo istotny ruch w komunikacji niewerbalnej, czyli na próbę odpalenia swojego telefonu z nadzieję, że plama wylewającego się ekranu jeszcze nie zasłoniła całego wyświetlacza. Jakimś cudem, mimo że urządzenie było podpięte do ładowarki już dobre osiem godzin, naładowało się wyłącznie do dwudziestu dwóch procent. Kolejnym cudem jest to, że ten wynik zadowala Sony, bo telefon jest, uwaga, funkcjonalny. W notatniku pisze: „4j mes jki4ę mof4 ś4by to KUREWA ej msz jkieś moce by go jkoś prekonać ten?????????????????”.
Mikołaj odpisuje jej: „Moge go upic”. Gdy oddaje jej telefon, Sony przez długą chwilę wpatruje się w jego wiadomość, żeby potem z rozczarowaniem pokręcić głową i równie rozczarowanie westchnąć.
„A ja go mg ogluszć”.
„LE on prowadzi”.
„To ty chciłś go upic”.
Sony próbuje jeszcze raz podać Mikołajowi telefon, ale on macha na to ręką w oczywistym geście, że niczego przez to nie osiągną. Dlatego Sony zamyśla się bardzo głęboko i próbuje rozważyć pozostałe opcje, których nie mają zbyt wiele. Oprócz tego, że mogliby ukraść jakieś rowery. Albo lepiej, mogliby ukraść motocykle, wtedy…
Jej rozmyślania przerywają bardzo głośne pierwsze nuty piosenki, która jakiś czas temu była radiowym hitem i jakimś cudem dotarła nawet do Sony: „Zombie lady”. Te dźwięki wywołują zarówno w niej, jak i w Mikołaju reakcję podobną do PTSD i zanim się z tego otrząsają, Greg jest już w środku rozmowy telefonicznej.
– Czy mogłaby mi pani to jeszcze raz wytłuma- Przepraszam bardzo, to ja tutaj jestem poszkodowany.
Herosi wymieniają pomiędzy sobą spojrzenia dwójki rodzeństwa widzącej, że ich rodzice się rozwodzą.
– Jaki pseudonim sceniczny przepraszam bardzo? I jak to do wczoraj? Przecież nie może mnie pani tak po prost- kurwa mać. – Greg rzuca komórkę na kolana Adama, a ten dopiero teraz podnosi się z poduszki, żeby prychnąć pod nosem parę przekleństw, spojrzeć na kuzyna jak na swojego największego wroga i z powrotem się położyć.
– Co się stało? – ostrożnie pyta Sony.
– Ponoć miałem im przesłać jakiś pseudonim sceniczny. Do wczoraj. Jakby mnie nie mogli wywołać z imienia, pies im matkę ruchał.
– Ahaaaaaaa, to w takim razie nie masz już nic ważnego do robienia w Pittsburgu? – zadając to pytanie, Sony wykazuje się zadziwiającą zdolnością empatii i współczucia. Żeby dodać sobie dodatkowych punktów i sprawić, że Greg teraz na pewno się zgodzi, zawodowo trzepocze rzęsami do lusterka, a w tym czasie Mikołaj patrzy na nią jak na pojeba.
– TO ZNACZY – wtrąca się chłopak – bardzo nam przykro. I w ogóle. Na pewno się dostaniesz na jakieś… inne, lepsze show, wiesz. Ale też. Teatr jest trochę taki, przere- znaczy, ten, biznes komediowy jest taki trochę przereklamowany i w ogóle.
– TAK DOKŁADNIE – dodaje Sony, kto wie czy ze względu na zatuszowanie swojego faux pas, czy po prostu chce, żeby rozmowa była bardziej dynamiczna. – Ale Greg, jakby nie wszystko jest stracone, bo ja na przykład się bardzo znam na tych wszystkich scenicznych sprawach, Micoway zresztę też, co nie?
– Taaaaaaaaaaaaaaaak, mamy do tego taki naturalny talent.
– Więc wiesz, Greg, jakby co, to my możemy, wiesz…
Mężczyzna wzdycha głęboko. Przez chwilę chyba rozważa swoje opcje (czyt. natychmiastowe zawrócenie i odpoczęcie vs zawiezienie dwójki idiotów do Minnesoty bez żadnych oczywistych korzyści), aż ostatecznie wzdycha jeszcze raz i mówi:
– Lepiej żeby w tej Minnesocie były jakieś fajne jeziora.
Sony wydaje z siebie prawie ultradźwiękowy pisk czystej radości i przybija tryumfalne piątki z Mikołajem.
────
[1008 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz