wtorek, 1 września 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

CW: ŚMIERĆ

Pierwsza rzecz, którą zrobił Winter, kiedy Amazonki zostawiły ich samych w pokoju, było wyciągnięcie ręki do Ziona. Nie był pewien, na co liczy — na poklepanie mężczyzny po ramieniu w raczej badziewnym geście wsparcia? Na to, że Zion złapie go za dłoń, ściśnie ją i zapewni, że wszystko będzie w porządku? Na to, że uda mu się otrzeć krew ze skóry syna Ateny? Przede wszystkim chciał upewnić się, że to dalej Zion, Zion, który jest wciąż żywy, więc jeszcze nic nie jest stracone. We trójkę byli silniejsi. Blanche i Zion zawsze potrafili wymyślić jakiś plan, a nawet jeśli Winter był za głupi, żeby go zrozumieć, nadal stanowił wsparcie.
Nie spodziewał się, że Zion odtrąci jego rękę. Zaskoczony Winter cofnął dłoń. W oczach mężczyzny dostrzegł ból, który błędnie powiązał z rozległymi ranami McQueena. Chciał pomóc w jakikolwiek sposób, więc zaczął zadawać pytania. W odpowiedzi dostawał półsłówka lub ciszę.
Winter miał ochotę krzyczeć w eter. Kiedy zostali sami, był pewien, że teraz wszystko się ułoży. Pół godziny było przecież wystarczającym czasem dla syna Ateny, żeby wymyślić jakiś plan. Mogli go obgadać i wprowadzić tak szybko, jak tylko Amazonki by wróciły, albo może nawet szybciej, zanim kobiety w ogóle zorientowałyby się, że już ich nie ma. Dlaczego nic nie mówili? Dlaczego Blanche go uciszyła? Stracili nadzieję? Winter czuł się bezużyteczny. Nie posiadał ścisłego umysłu Ziona ani analitycznej myśli Blanche, a Amazonki przewyższały go w sile i liczebności.
Kiedy Zion dyktował im przepis na tajemniczy eliksir, Blanche rozważała zaszyfrowaną wiadomość, a Amazonki komentowały zapiski jako brednie, Winter skupiał się na poszczególnych składnikach. Może i nie był synem Hekate, ale zdecydowanie znał się na gotowaniu. Większość tych składników nie była trudnodostępna, Winter posiadał je w domu lub wiedział, gdzie je znaleźć. Czy to znaczyło, że Zion poddał się i podał im odpowiedź na tacy, licząc, że Amazonki dadzą im spokój? Winter mógł im zaserwować najpyszniejszy wywar z krwi dziewicy, jakiego kiedykolwiek doświadczą te kobiety, jeśli tylko to zagwarantuje im wolność. Tylko skąd oni do cholery wezmą krew dziewicy?
Nie widział momentu, w którym Amazonka wbiła nóż w szyję Ziona. Wzrok znad listy podniósł dopiero, gdy krople krwi trysnęły i zbroczyły biały papier notatnika. Ujrzał dokładny moment, jak ostrze wysuwa się z ciała. Królowa Amazonek wytarła zakrwawiony nóż o udo, włożyła go z powrotem do pochwy przy pasie i zaczęła spokojnym głosem wydawać rozkazy swoim podwładnym.
Zion wydał z siebie bulgoczący odgłos, próbując zaczerpnąć dech. Ostatkiem sił próbował wyrwać się ze wciąż przytrzymujących go łańcuchów, ale życie zaczęło uchodzić z niego zbyt szybko. Kiedy zemdlał, głowa opadła mu na pierś, a z ust wciąż wydobywało się rzężenie.
Winter zaczął krzyczeć wbrew swojej woli. Reakcja Blanche nie była wystarczająca, żeby powstrzymać królową Amazonek przed zabiciem Ziona, ale za to udało jej się złapać Wintera za koszulkę, kiedy rzucił się do przodu. Bogowie jedni wiedzieli, co Amazonki mogły zrobić im teraz, kiedy tak naprawdę byli im niepotrzebni. Próbował się wyszarpać, ale kobieta chwyciła go pod ramiona i trzymała, dopóki nie ugięły się pod nim kolana i razem nie opadli na posadzkę magazynu.
Wcześniej myślał, że ogień spalił mu wszystkie struny głosowe, ale nieludzki wrzask, który z siebie wydawał, mówił coś zupełnie innego. Krzyczał, płakał i próbował się wyrwać, targany nieznaną siłą nawet pomimo tylu ran i osłabienia. Wybuchały w nim emocje tak silne, że przez chwilę irracjonalnie poczuł, że nienawidzi Blanche, za to, że go przytrzymywała, za to, że nie uciekli kilkanaście minut wcześniej i że żadna z jej magicznych mocy córki bogini szczęścia nie zadziałała.
W końcu go puściła. Być może sama opadła już z sił, może uznała, że i tak już nie mają nic do stracenia. Winter rzucił się do krzesła, na którym siedział bezwładny Zion. Drżącymi rękoma rozerwał strzępy przesączonej krwią koszulki, żeby lepiej zobaczyć ranę, ale na tym cała jego pomoc mogła się skończyć. Nie był na tyle mądry, żeby wymyślić plan ucieczki. Nie miał żadnych umiejętności, żeby zatamować krwawienie lub wyleczyć mężczyznę. Nie wiedział, co zrobić z dłońmi, próbował więc wcisnąć palce w ranę. Krew pulsowała słabo pod jego opuszkami. Drugą ręką podjął próbę uwolnienia ciała mężczyzny z łańcuchów, ale nie miał w sobie tyle siły.
— Zion. Zion. Zion — powtarzał jego imię jak mantrę, jak prośbę, licząc, że ktoś go usłyszy, może Zion, może jakaś siła wyższa. Ktoś musiał w końcu odpowiedzieć na jego wołania, ale nie mógł to być sam Zion, bo mężczyzna był już daleko stąd, na jednym brzegu Styksu.
Zion na jego oczach robił się bledszy i bledszy. Z jego ust wciąż wydobywały się ostatnie rzężenia. Winter umilkł, kiedy puls pod jego palcami zanikł. W milczeniu, wstrzymując oddech, żeby nie ominąć ani jednego odgłosu niknącego bicia serca, przesuwał dłońmi po każdym odsłoniętym skrawku szyi Ziona. Położył otwartą dłoń w miejscu, gdzie jeszcze kilka minut temu biło jego serce. Nic. Klęknął przy krześle i oparł czoło o klatkę piersiową mężczyzny, licząc, że jedynie zmysł czucia go zmylił, ale po drugiej stronie nie usłyszał odpowiedzi organu. Z rozchylonych ust syna Ateny wciąż dochodził warkot, kiedy powietrze uchodziło z jego płuc.
— Żadna ilość ambrozji już go nie uratuje — usłyszał za sobą głos młodej dziewczyny.
Zdążył zapomnieć, gdzie są i o tym, że zaraz mogą skończyć tak samo, jak Zion. Prawdopodobnie tak skończą. W tym stanie Winter wręcz marzył o tym, żeby skończyć tak samo, ale żadna Amazonka nie ruszyła się z miejsca. Gdyby Winter odważył się podnieść głowę, zauważyłby, że znowu zostali w pomieszczeniu prawie sami: tylko on, Blanche, Zion po drugiej stronie rzeki i jedna, jedyna strażniczka w kombinezonie Amazonu, która patrzyła na tę scenę tak, jakby oglądała naprawdę bardzo słaby mecz w telewizji. Nie byli już godni spotkania z królową Amazonek. Ostatnim aktem miłosierdzia z jej strony było pozwolenie na pożegnanie się z synem Ateny, kiedy brał swój ostatni oddech.
Winter załkał. Zacisnął pięści na rozerwanej koszulce mężczyzny i płakał, krzycząc w jego martwe, bezwładne ciało, dopóki znowu nie utracił głosu. Twarz miał wtuloną w resztki jego ubrania, ale nie czuł już znajomego zapachu Ziona, bo atmosfera w powietrzu była przesączona krwią. Winter mógłby już nigdy nie zmywać z siebie tej krwi, jeśli będzie to ostatnia rzecz, która zostanie mu po Zionie.


mamo bo zion pękł w salonie :^(
────
[1010 słów: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz