LATO
Jak na złość, była po drugiej stronie parady.
Dahlia nie spodziewała się tak licznej obecności. Po dłuższym manewrowaniu w grupie wywnioskowała, że to jest ogólnie parada o szeroko pojętym temacie kobiecości i zeszły się tu głównie grupy radykalno-feministyczne. Wszędzie banery, plansze. Wielokrotnie dostała w twarz cholernym sloganem.
— Hej, nie powinno cię tu być! — usłyszała tuż przy uchu.
Machinalnie zignorowała, to musiało być do kogoś innego. Dopóki ten ktoś nie szarpnął ją za ramię. Reszta kobiet obserwowała całe zajście. W powietrzu było dziwne napięcie. Teraz się zoorientowała, że wokół niej tworzyła się przestrzeń. Tak, jakby co najmniej śmierdziała i pluła kwasem.
— Hm? — mruknęła, odwracając się.
Pierwsze, co się jej rzuciło w oczy, to niebieskie włosy. Powstrzymała się od powiedzenia "wspaniale, dobrze się zaczyna". Niska kobieta z rzeczonymi włosami, okrągłymi okularami i kurwikami w oczach machała przed nią banerem, którego treści Dahlia nie była w stanie rozszyfrować. Może i litery były duże, ale kto normalny pisze hasła kursywą?
— To jest bezpieczna przystań dla wszystkich kobiet. Womyn. Wchodzisz tutaj z butami. — buńczuchnie krzyknęła.
Dahlia prawie przewróciła oczami. Nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy ktoś ją zaczepia z powodu transfobii. Szczególnie odkąd kiedy nastroje się pogarszały w tym piekle na Ziemi jakim było USA. Najgorsze było to, że z każdą falą problemów jaka przypływała, obrywało jej się. Podczas zamieszek związanych z Black Lives Matter wystarczająco przeklinała Demeter za przekazaną jej melaninę (nikt od strony ojca nie był czarnoskóry, same filipińskie oliwkowe cery), homofobia i bifobia były na porządku dziennym, z przyzwyczajenia nosiła przy sobie dokumenty poświadczające, że tak, jest obywatelem amerykańskim. Z Marie żartowały, że brakowało tylko, żeby była niepełnosprawna.
Przez to była daleka od ucieczki. Stawiała czoła gorszym istotom i nie chodziło jej bynajmniej o mitologiczne paskudztwa. Ta parada w porównaniu z MAGA i jeszcze bardziej radykalnymi odłamami wyglądała jak sobotnia herbatka z lalkami. Wyciągnęła stary, wysłużony dyktafon.
— Dzień dobry, jestem dziennikarką, z eee, „SISTORIES”. — modliła się, żeby akurat w Nowym Jorku w środku rad-femkowej parady nie wyskoczyła osoba związana z tym wydawnictwem. — Biorę udział w różnych wydarzeniach związanych z szeroko pojętą kobiecością, szczególnie os- kobiet czarnoskórych i badam relacje między opresją a patriarchatem.
Wypluła to z siebie. Nie dość, że kontrolowanym tempem, to jeszcze specjalnie podwyższyła nieco głos. Żeby nie przyczepiła się do niej żadna debilka z wadą słuchu.
— O, kojarzę! Czytam regularnie „SISTORIES”! — odezwała się dziewczyna, stojąca obok. Dahlia kiwnęła głową.
Odbiorczyni wiadomości straciła na chwilę rezon. Wpatrywała się w jej bliznę na tyle długo, że było to niegrzeczne.
— O, oh. — poprawiła okulary i chwyciła się mocniej swojego baneru. — Ja…
— W tym momencie patrzymy, jakie grupy feministyczne biorą udział w tej paradzie. Czy chcecie się przedstawić, do kogo należycie? Czym się kierujecie w życiu? Jakie są wasze postulaty? — przyłożyła nieco bezczelnie mikrofon do zaczepiającej.
— Yyy, eee, jesteśmy z grupy XX Amazons! — wskazała na swój baner.
Dahlia dopiero teraz mogła rozczytać część słów: „WomXXn”, „precz z penisami”, „siostry walczcie!”, podpisane zamaszyście nazwą grupy. Oczywiście, że Amazonki. Jakby świat grecki nie mógł się wystarczająco od niej odpierdolić.
— Dążymy do świata skonentrowanego na Ziemi i kobietach, poprzez, eee, budowanie projektów, grup, przestrzeni, yyy, projektów wyłącznie dla kobiet, kobiet kochających kobiety i radykalnych feministek. — Zerknęła na Dahlię. — Oczywiście, obejmują one też, eee, uczynienie antyrasizmu integralną częścią naszych działań!
„No, jasne, koleżanko. Przed chwilą mnie zaczepiłaś, a stojące obok butch laski zignorowałaś” pomyślała z irytacją dziennikarka.
— Rozwój ruchu kobiet jest ważny i eee, chcemy wzmacniać istniejące oraz nowe kultury oraz relacje oparte na władzy, dawaniu, trosce i współpracy między ludźmi oraz z Ziemią i wszystkimi jej istotami. Wyznajemy bogini Dianę, która stoi w centrum kobiecej kosmologii. Jest, eee, protektorką kobiet i dzikiej, nieokiełznanej natury. Ogólnie przyjmujemy, ze ona, z tytułem Dziewicy, była głównie określana jako niedostępna dla mężczyzn, taka sama dla siebie. Żadnego kontaktu z mężczyznami, dlatego Diana jest boginią lesbijek. A, i uważamy też, że w tej przestrzeni nie ma miejsca dla żadnych transpłciowych osób. Chodzi nam głównie o kobiety urodzone jako kobiety, z chromosomami XX. Nie jakieś konie trojańskie, bo tym właśnie są transkobiety.
Dahlia kiwnęła głową. Zignorowała silniejszy akcent stawiany na kobiecość oraz ostrzegawczy wzrok w jej stronę. Mentalnie uderzała głową o ścianę.
— Jakie są jeszcze inne grupy tutaj, oprócz was?
— Tam są Wolf, jeszcze obok są uhh, kobiety zebrane wokół „Female Erasure”. Tam dalej społeczność wiedźm.
— Dziekuję za informacje, idę teraz przesłuchać kolejne grupy. Życze miłej parady.
Atmosfera nieco się rozluźniła. Parę lasek stwierdziło, ze Dahlia jest totalnie ich sister, więc nie zaszkodzi ich womanhood i tak dalej. Niektóre dalej wpatrywały się w nią z podejrzliwością, ale można było to całkowicie zignorować bez przeszkód. Tylko gdzie jest Pęcisław? Nawet nie miała nadziei żadnej dla Arnar.
Zobaczyła nagle mobilną grupkę z głośnikami, która wykrzykiwała różne hasła. Żarówka w jej głowie się zaświeciła.
— Przepraszam, zgubiłam swoją siostrę. Pomożecie, tak kobieta kobiecie? — uśmiechnęła się sztucznie.
— Jasne, siostro. Podaj mi imię i może jakieś znaki szczególne. — Jedna z nich przygotowała mikrofon.
— Będzie to, uhh, Arnar-Arnarleigh. Ona ma bielactwo i raka gardła. Biedna, ludzie myślą, że ma jabłko Adama i mylą ją z facetem. A, jest z nią młodszy brat Peter.
— Arnarleigh? Ciekawe imię. — Rozmówczyni pokiwała ze współczuciem. — Kto woła?
— Dahlia.
— Dobrze siostro, już wołamy. Stań przy nas.
Po czym ryknęła do mikrofonu, a głośniki przekazały dalej w hen.
— UWAGA! DAHLIA SZUKA SIOSTRY ARNARLEIGH I JEJ BRATA PETERA. ZNAKI SZCZEGÓLNE: BIELACTWO I RAK GARDŁA WYGLĄDAJĄCY JAK JABŁKO ADAMA! PROSZONE SĄ O PODEJŚCIE DO NAS!
Dahlia jeszcze chwilę się sunęła za nimi, jak smród w gaciach, przebywając w środowisku iście specyficznym. Już układała scenariusze, że przyjdzie tylko Pęcek, bo Arnar zostało porwane przez międzygalaktyczną flotę. Albo realistyczniej, przez policję, za zwędzenie kryształu Svarowskiego w kształcie Shreka. Opcji było nieskończenie wiele, autobus do Filadelfii był tylko kroplą wylewającą czarę goryczy.
Ktoś ją dotknął w ramię.
— Nie jestem zainteresowana wzięciem udziału w orgii. — odpowiedziała zmęczona.
— Jaka orgia? — zdziwiło się Arnar.
Odwróciła się i zobaczyła dzieciaka Hermesa. Pęcek również się nie zgubił. Arnar nałożyło na siebie perukę podejrzanie przypominającą te, które nosiły cosplejerki Hatsune Miku. Człapało też niezgrabnie, bo skądś wytrzasnęło szpilki. Szkoda, że nie zdjęło skarpetek, każda w różnych kolorach. Kobiety obok nich przechodziły, szepcząc między sobą "Biedna, nie ma koordynacji. To pewnie przez tego raka."
— Bogowie, w końcu. — odpowiedziała Dahlia z ulgą. — Zaraz wyjdziemy z tego piekła i masz mi koniecznie opowiedzieć, co się z tobą stało. Gdzie pojechałoś, czemu masz koszulę całą w tłuszczu, czemu wsiadłoś w autobus do Filadelfii, jak miałam odebrać od ciebie ten głupi iryfon?
Po każdym pytaniu obijała jeno głowę pięścią, nie mocno, ale żeby poczuło powagę sytuacji.
────
[1078 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz