LATO
— Cześć — przywitał się, kiedy drzwi ledwo zdołały się uchylić.
W wejściu stanął Edgar, a spomiędzy jego nóg wystawał długi pyszczek pieska. Artem szczerze zdołał już zapomnieć o istnieniu tego zwierzaka.
Drzwi otworzyły się szerzej, zapraszająco, a Artem wsunął się do środka najszybciej jak mógł, żeby ciekawski jamnik nie wybiegł na korytarz. Zrzucił z nóg buty, które od razu stały się najciekawszą rzeczą na świecie dla psa i poszedł do kuchni tak, jakby był u siebie, żeby nalać sobie wody.
W tym czasie z drugiego pokoju wyłoniła się Oriana, która z niechęcią obrzuciła wzrokiem Artema.
— Nie chcę was słyszeć przez ścianę — powiedziała jedynie i wróciła do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Edgar wzruszyło ramionami.
— Zły dzień.
— Spoko.
Nie interesowało go, co się działo z Orianą, bo widział ją tylko przez niecałą minutę. I przez tę minutę zdążyła go tylko oceniająco omiotać spojrzeniem.
Edgar zaprosiło przyjaciela do swojego pokoju, który wyglądał zadziwiająco dobrze. Wszystko było poukładane, nic nie walało się na ziemi, a łóżko było pościelone. Najprawdopodobniej spodziewał się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin jego najbliższym gościem będzie Artem.
— Pomożesz mi z tą sprawą? — zapytał od razu, kiedy Edgar zamknął za nimi drzwi.
— A od czego chcesz zacząć? — Edgar rzucił się na łóżko. Ułożył się na plecach, a ręce wsunął pod kark. — Musimy od razu zaczynać?
Artem przewrócił zirytowany oczami.
— No tak, zapomniałem, że policja lubi się opierdalać zamiast pracować — rzucił zgryźliwie.
— Ej! — Edgar wyjął poduszkę spod głowy i rzucił nią w Artema. — Ja nie mam kiedy się opierdalać ostatnio!
Bez żadnego słowa oddał poduszką, trafiając nią centralnie w twarz Edgara. Nie miał ochoty nawet siadać, bo chciał wyjść i zająć się swoją sprawą, ale zostało mu użeranie się z leniwym Edgar, które akurat dzisiaj wybrało sobie dzień na nic nie robienie. Albo tylko udawało, że ma leniwy dzień.
— Pali się coś? — Edgar podniosło się do siadu. Poprawiło włosy, które się jejmu rozczochrały i schylił się, żeby wciągnąć jamnika z podłogi na łóżko. — Żartuję tylko.
Artemowi akurat w tej kwestii nie było do śmiechu, więc zbył to machnięciem dłoni. Do Edgar i tak czasem ciężko było dotrzeć.
Z mieszkania wyszli po niecałych dziesięciu minutach i kolejnych długich narzekaniach Edgar o tym, jak bardzo bolą jejgo nogi i że chciałby zostać. Artem ignorował każde kolejne słowo policjanta. Zgodził się mu pomóc, to teraz musi się wywiązać z obietnicy (chociaż tej jednej, bo wszystkie inne lubi łamać).
Podjechali metrem do dzielnicy, w której Artem kiedyś mieszkał i rozmawiał z poszukiwanymi przez nich mężczyznami.
— Brudno tutaj — skomentował Edgar, zauważając przepełnione śmietniki przy ścianach budynków, z których wypadały już przeróżne rzeczy. — Śmierdzi trochę też.
— Było tanio. — Wzruszył ramionami w odpowiedzi. — Wybrzydzałbyś gdyby było tanio?
— Szczerze to tak.
— Francuski piesek — rzucił zgryźliwie.
Przeszli dalej, mijając ludzi w różnych stanach upojenia alkoholowego, od pierwszych łyków piwa po totalne odcięcie na ulicy. Nie brakowało też ludzi po narkotykach i innych krętaczy, którzy chcieli opchnąć im jakieś śmierdzące badziewia za parę dolców.
— Nie bałeś się tutaj mieszkać? — spytał Edgar. Chyba dawno nie widział aż tak dziwnego środowiska.
— Nie, czemu?
Odpowiedź wydawała się na to prosta, ale Artem w rodzinnej wsi widział o wiele więcej gorszych pijaków niż tych tutaj. Oni wszyscy byli nieszkodliwi. Mogli ci tylko nawrzucać parę nieprzyjemnych słów, ale to wystarczyło nałożyć słuchawki i udawać, że się ich nie słyszy.
— Serio mnie pytasz?
Edgar z odrazą skrzywił się, kiedy wszedł w zgniłego banana. Ktoś nie trafił do śmietnika.
— Przynajmniej nie gówno — zaśmiał się pod nosem Artem, na co Edgar naburmuszył się jeszcze bardziej.
Gorsze byłoby wygrzebywanie z podeszwy banana czy psiego gówna?
Zatrzymali się na końcu ulicy, tuż przed przejściem dla pieszych. Samochodów jeździło tutaj bardzo mało, jak na to, że dalej znajdowali się w Nowym Jorku. Jakiś starszy pan w brudnych ubraniach przeszedł obok nich, rzucając im cały czas nieprzyjemne spojrzenie.
— Może powinieneś jednak to zgłosić? — Edgar spróbował jeszcze raz się upewnić, że Artem na pewno chce polegać tylko na nim. Było to przecież tak nierozsądne i głupie, że aż ciężkie do uwierzenia. Gość, który miał mózg matematyka wykalkulował, że najlepszym rozwiązaniem w takiej sytuacji będzie zatrudnić swojego przyjaciela policjanta, zamiast zgłosić to dla bezpieczeństwa na komisariacie.
Artem jednak zignorował te słowa, co nie było żadnym zaskoczeniem — zaskoczeniem byłoby, gdyby odpowiedział. Skręcił w boczną uliczkę, jeszcze straszniejszą, mroczniejsza i śmierdzącą dawno niewywożonymi śmieciami. Kręciło się tutaj jeszcze więcej dziwnych ludzi, a pod ścianami budynków siedziały grupki pijanych znajomych. Edgar przeszły dreszcze.
— Mam ogólnie plan — odezwał się Artem, chcąc przerwać nieprzyjemną ciszę. Chodzili w kółko od dobrej godziny. — Jak nas znajdą, to ty ich zaczarujesz.
— Co to ma znaczyć? — oburzyło się. — To jest twój cały plan?
— Wpadłem na to przed chwilą — odpowiedział dumnie.
— Czyli cały czas nie miałeś żadnego pomysłu, jak możemy to rozwiązać i jeszcze mnie poganiałaś?
— Tak, a co?
Edgar zmarszczyło brwi, ale postanowiło tego nie komentować.
— W jaki sposób oni cię w ogóle znajdą? Tutaj jest dużo dziwnych ludzi. — Rozejrzał się i momentalnie się skrzywił, kiedy jejgo wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem jakiegoś obrzyganego pijaczka. — Co jak ich tutaj nawet nie ma?
Artem pokręcił głową.
— Oni zawsze tutaj są. — Skinął głową na zniszczony budynek przed nimi.
Ściany były obsmarowane graffiti, śmietnik był tak zapełniony śmieciami, że zaczęło z niego wszystko wypadać, a para naćpanych gości próbowała dobić się do środka, wściekle uderzając pięściami o metalowe drzwi.
— Wystarczy chwilę poczekać. — Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął pudełko papierosów. — Chcesz? — Wyciągnął rękę z otwartym opakowaniem w stronę Edgar.
Jeśli musieli czekać, to przecież nie bezczynnie.
Troglodyta?
────
[900 słów: Artem otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz