JESIEŃ IV
Izan napierał na mebel całym ciężarem swojego ciała. Na jego czole pojawiły się żyły. Wyglądał, jakby przeżywał bolesną walkę na kiblu po zjedzeniu kebaba z ostrym sosem. Vergil również z całych sił starał się przesunąć szafkę. Dwójka mężczyzn miała problem ze zwykłym meblem.
Szafka ustąpiła nagle. Zawzięty Izan nie odsunął się w odpowiednim momencie. Poleciał do przodu, lądując boleśnie na ziemi. Dobrze, że w ostatniej chwili osłonił twarz, bo wybiłby sobie jedynki.
Vergil przeszedł nad nim, ale poczekał, aż sam się podniesie. Nawet chciał wyciągnąć do niego rękę, ale zrezygnował po krótkim namyśle. Izan i tak odrzuciłby pomoc pretora.
— Ty mnie popchnąłeś?! — krzyknął na cały głos, gdy już się podniósł.
Zaczął namiętnie poprawiać włosy. Vergil przewrócił oczami.
— Sam się przewróciłeś.
Izan zapłonął na twarzy. Przyznanie się do błędu było dla niego poniżające. Lepiej zrzucić winę na kogoś innego. Najlepiej na Vergila, tego bezużytecznego, denerwujące pretora i brata jednocześnie.
— Nieprawda!
Zamierzał wykłócać się dalej, ale Vergil już go nie słuchał. Szafka bowiem skrywała kolejne tajne przejście. Na dodatek było tak schowane, jakby właściciel pokoju nie chciał, żeby nieproszeni goście je odnaleźli.
Na ścianach wisiały pochodnie, które ładnie oświetlały całe przejście. Vergil szedł pierwszy, a Izan dwa kroki za nim. Pomimo tego, że widoczność była dobra, mężczyzna nie odrywał dłoni od ściany, bojąc się, że zaraz się zgubi.
Tunel wydawał się nie mieć końca. Szli przez dłuższy czas, a Izan zaczynał coraz głośniej dyszeć. Próbował ukryć fakt, że ma klaustrofobię i zaczyna robić mu się duszno.
— Daleko jeszcze? — zapytał poirytowany.
— Boisz się?
Izan od razu się wyprostował. Nikt nie będzie mu sugerować, że się czegoś boi! Jest synem Marsa i również jego ambasadorem!
— Ja się niczego nie boję! — odwarknął od razu.
Vergil się odwrócił, żeby na niego zerknąć, a kiedy wrócił spojrzeniem na niekończący się tunel, Izan wypuścił z trudem powietrze. Tak naprawdę cholernie się stresował i chciałby w końcu stąd wyjść.
Pretor nagle się zatrzymał. Zagapiony Izan wpadł na jego plecy. Zanim jednak zdążył się oburzyć i zwyzywać Vergila, jakiś dziecięcy śmiech odbił się echem o ściany tunelu. Izan ze strachu się zatrząsł i zacisnął palce na pretorskiej pelerynie.
— To ty? — zapytał, mocniej uwieszając się na ubraniu Vergila. — To nie jest śmieszne! Przestań!
— Puść mnie, porwiesz mi ubranie. — Spróbował wyrwać się z uścisku Izana, ale ten tylko mocniej chwycił kawałek materiału. — Co ty robisz?
— Nie interesuj się! — odburknął.
Śmiech dziecka znowu odbił się echem. Izan cicho jęknął ze strachu. Jeszcze jeden raz, a wskoczy Vergilowi w ramiona.
Vergil zamachnął się, uwalniając się od Izana.
— Idziemy — zarządził.
Izan przecząco pokręcił głową. Prędzej wolałby walczyć ze stadem dużych mrówek niż iść w stronę przerażającego, dziecięcego śmiechu. Scena jak z horroru. Obydwoje też mieli instynkt głównych bohaterów takich filmów, bo zamiast uciekać, pchali się w źródło problemu.
Skulony Izan szedł za Vergilem, obierając taktykę, że gdyby coś się stało, to pretor posłuży mu za tarczę.
Tunel w końcu się skończył. Wyszli do pomieszczenia podobnego do tamtego pokoju, tylko w tym nie wisiały sugestywne plakaty na ścianach. Nie było też półek z książkami, a zamiast tego na regałach leżały różne tasaki, noże oraz sztylety. Izanowi włos zjeżył się na karku.
— Ej, debilu, chodźmy stąd. — Izan chciał się wycofać, ale ktoś zamknął wyjście. Mógł tylko patrzeć na grube, metalowe pręty. — Ktoś sobie jaja robi!
— W takim miejscach jest dużo pułapek, to nic dziwnego, że…
— Gówno! — krzyknął. — Chcesz mnie zabić. Pewnie współpracujesz z tym gówniarzem!
Vergil trzymał się na ostatnich resztkach cierpliwości. Zbyt długo przebywał z Izanem w tej samej przestrzeni. Dobrze, że nie był wilkiem, bo wtedy musiałby dodatkowo walczyć ze smrodem potu i okropnych męskich perfum podobnych do tych szamponów 12w1 zapach gorącego samca alfa.
Postanowił nie odpowiadać (dobry wybór) i zignorował przeklinającego na cały świat Izana. Vergil jako jedyny potrafił trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Chciał się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Kto robił im żarty? Dlaczego chcą ich nastraszyć?
Podszedł do regału i podniósł nóż. Obrócił go zwinnie w dłoniach i dosyć szybko zrozumiał, że nie jest wykonany nawet z metalu. To drewno pomalowane srebrną farbą.
— Te rzeczy nie są prawdziwe — powiedział, zerkając na Izana. Raczej mówił to do siebie, bo mężczyzna siedział w kącie, mamrocząc, że tutaj zginie.
— Dlaczego to zbudowałeś?! — krzyknął nagle do Vergila. Jego krzyk stał się na tyle przerażający i ochrypły, że pretor prawie wypuścił z dłoni drewniany nóż. — Nigdy stąd nie wyjdziemy. Umrzemy z głodu…
— Myślałem, że jesteś odważniejszy.
Izan się nastroszył.
— Ja tylko trzeźwo myślę — odpowiedział wymuszonym, spokojniejszym tonem. — Jestem realistą.
Vergil miał ochotę wbić kolejną szpilkę, ale wolał nie ryzykować ewentualnym szałem ambasadora. Musiałby wtedy kolejną godzinę wysłuchiwać bluzgów. Na co mu to?
— Myślę, że kolejne wyjście będzie… — przerwał mu dziwnie głośny syk. Pokój zaczął napełniać się różowym gazem.
— Zatruje nas! — wrzasnął rozpaczliwie Izan.
Zaczął biegać po całym pokoju, jak mucha, która przez przypadek wleciała do domu i nie potrafiła z niego wylecieć. Gazu zaczęło przybywać. Izan kaszlnął i w ostatnim momencie, zanim stracił przytomność, rzucił się Vergilowi w objęcia. Obydwoje padli na ziemię.
Izan obudził się, czując pod sobą coś miękkiego. Nie była to jego pościel ani łóżko (bo chwilę myślał, że to sen i wcale nie gania z pretorem jakiegoś srala), a Vergil. Leżał na swoim bracie. Swoim największym wrogu.
Poderwał się jak poparzony. Obudzili się w pomieszczeniu, które wydawało się jakieś inne. Wydawało, bo przecież nikt nie zdołałby przenieść dwójki ciężkich chłopów. Wszystko też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że tutaj nie znajdowało się żadne oświetlenie. Żadnych pochodni. Żadnych lampek albo chociaż smutno zwisających żarówek.
— Wstawaj, kurwa! — zamachnął się i trzepnął Vergilowi z liścia.
Pretor otworzył z trudem oczy. Złapał się za policzek.
— Ej, Izan, za przeproszeniem… czy ciebie pojebało?
— Nastaw drugi policzek! Nie bądź cipcią! — Uniósł dłoń.
Zanim zdążyli się pobić, przeszkodził im ten sam dziecięcy śmiech. Teraz wydawało się, jakby był jeszcze bliżej. Jakby nad ich głowami.
Izan się uspokoił. Nie będzie bić pretora, kiedy sam srał w gacie ze strachu. Zostawi to sobie na później.
— To pewnie ten sral. — Zazgrzytał zębami. — Jakieś go dorwę… jak go dorwę, to mu nogi z dupy powyrywam!
Vergil chciał się wtrącić, żeby dodać, że ciężko byłoby mu wyrwać nogi duchowi, ale powstrzymał się od tego komentarza.
— Wypuść nas gówniarzu!
────
[1018 słów: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz