sobota, 5 września 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Była przyzwyczajona do nagłych wybuchów i fal uderzeniowych, ale ta śmierć potwora miała wyjątkowo duży impakt.
Wybiło ją i gruchnęła na ziemię z łoskotem. Zacisnęła zeby, kiedy łopatki uderzyły o metalową powierzchnię autodromu. Płuca próbowały złapać powietrze, szok im na to nie pozwalał. Który już raz dzisiaj?
Gdy otworzyła oczy, światła nad jej głową gasły. Migały niejednostajnie, jakby walczyły ze wszystkich sił, żeby oświetlić koniec sceny. Dahlia mimo wszystko zamknęła oczy, wzdychając z ulgą.
Kiedy Inez ją obudziła, bezczelnie wręcz, zdała sobie sprawę, że nie poleży tu długo. Ludzie zaraz się zejdą. Ostatnie czego chciała, to uporczywego przepytywania. Może by nie miała z tym problemu, ale istniała szansa, że Velez by się głupio nie wsypała i trzeba by było tuszować na siłę. Tak, panie policjancie, my się pojawiłyśmy tak przypadkiem na atrakcji. Nie, nie piłam. To tylko nieletni z obozu, który jest zaraz za tą górą. Nie, autko samo się tak wygięło, a te siniaki to się pojawiły, jak spadłam ze schodów.
Przetarła oczy.
— Zbierzmy się już. Nie możemy tu zostać.
— Nie wyciągamy kolejnych tarotów? — Inez zapytała z nadzieją.
— Jakich tar— Dahlia się zdziwiła, dopóki sobie nie przypomniała. — A, te cholerne taroty. A chcesz zostać na przepytywanie policji? Super zabawa, możesz sobie wylosować kartę wyjścia z aresztu.
— Nie, podziękuję, naprawdę. To co, w którą stronę?
— Tam, gdzie masz obóz. Misja została wykonana, to musisz wrócić. Chyba, że czegoś nie wiem o rzymskich zwyczajach.
— A, tak. Racja. Czas wrócić do obowiązków legionisty. Do legionistycznego czyszczenia akweduktu.
— Nie wiem, czy powinnam pytać.
— Spoko, czyścimy nie tylko akwedukt. Czasem latryny. Zdarza się, że trzeba też słonia umyć.
Inez wzruszyła rękami. Tak, jakby przebywanie z dużym, lądowym zwierzęciem z Afryki nie było jakoś imponujące. Za to Dahlia prawie upuściła szablę z wrażenia.
— Macie słonia?! Takiego realnego? Nie jakąś głupią zabawkę dzieciaków Hefajstosa? Czy jak się on tam u was nazywa?
— Wulkana? Niee, taki normalny słoń bojowy. Nazywa się Hannibal. Bardzo się obraża, kiedy nie może brać udziału w potyczkach wojennych. A po każdej takiej potyczce trzeba go umyć.
— Dużo czyszczenia u was.
— A daj spokój. — jęknęła Inez.
Kuśtykającym krokiem wydostały się poza teren parku rozrywki. Zajęłoby im to szybciej, gdyby nie zmęczenie i gwałtowny spadek adrenaliny po walce. W pewnym momencie Dahlii wszystko się plątało przed oczami. To, co mogła rozczytać na co dzień, było w tym momencie koszmarnym makaronem, który kłuł w oczy. Nie była pewna, czy idą w dobrą stronę. Widocznie Inez radziła sobie z tym lepiej. Albo udawała, że radzi sobie lepiej i wyszły dzięki łutowi szczęścia. Lepsze to niż tarot.
Przynajmniej otoczenie pozostało niewzruszone. Tafla wody w zatoce połyskiwała światełkami, rzuconymi przez okna wieżowców i neony. Może i gdzieś dalej jawiły się słynne atrakcje San Francisco, między innymi Golden Gate, ale tutaj można było zaznać spokoju. Spokoju, który koił skronie. Kusiło przemyć znużoną twarz, wyczerpaną wysiłkami, ale aż tak nie ufała Amerykanom w kwestii zachowania czystości cieków wodnych. Na potwierdzenie tych myśli niedaleko ich podryfowała plastikowa butelka. Inez coś wspomniała o śmiecących idiotach, a Dahlia nie kontynuowała obelg pod ich kątem. Modliła się wyłącznie o zimny prysznic i możliwość spania. Przyjęłaby wszystko, nawet ten cholerny pokój w nawiedzonym hotelu, z duchami i glitchującym się Labiryntem. Wyciągnęła z kieszeni wysłużony zegarek, który przetrwał wiele walk, sądząc po wgnieceniach i zadrapaniach na weku. Wskazówka dzielnie przesuwała się, z drobnym opóźnieniem, ale wytrwale. Miała jeszcze czas na złapanie parę obskurnych autobusów, czy przejazdów taksówką, w cenie „po znajomości”.
Inez wpatrywała się w obrys góry Tamalpais, jakby czegoś szukała. Po chwili udało się jej wypatrzeć sylwetki tańczące dookoła zimnych, niewzruszonych skał.
— Muszę podejść bliżej, żeby mnie pegazy usłyszały. Stąd zabiorą mnie do obozu.
— Od razu na czyszczenie słonia? — Dahlia nie chciała pokazać, że zazdrości tych pegazów.
— O nie, nie, nie! Muszę zreportować Lupie, co się stało. Minimalnie lepsza robota.
Kiwnęły głową. To był ten czas, żeby się rozejść. Legionistka, poprawiając gastrafetes, chwiała się lekko. Wciąż utrzymywała pogodną fasadę, tak jakby zamiast walki ze złodupcami wróciły dopiero z jedzenia waty cukrowej. Jej oczy się zaświeciły, odkąd ventus/anemoi spopieliły się z powrotem do Tartaru. Dobrze, trzeba być dumnym z takiej walki.
— Bezpiecznej drogi. — wydusiła z siebie po minucie.
— Nawzajem.

W San Francisco Dahlii udało się znaleźć taksówkę ze znajomym numerem, która zabrała ją bezpiecznie do domu. Gdy już miała zapłacić znajomemu za przewóz, przypadkiem wyciągnęła żetony na atrakcje.
— Co to jest? Tego nie przyjmę, mam rachunki do opłacenia. — taksówkarz zaśmiał się.
Sprawdziła drugą kieszeń, krzywiąc się na swoje zmęczenie.
— Racja. Masz tutaj prawdziwe dolary. A te żetony zatrzymaj sobie, może na starość będziesz chciał się bawić w elektrycznych autkach. Nawet polecam.
— O ile się zmieszczę.
Była to słuszna uwaga. Nie bez powodu tego faceta każdy nazywał Big B. Na potwierdzenie tych słów poklepał się po wielkogabarytowym brzuchu. Dahlia wielokrotnie powtarzała mu, że dostanie zawału i gdzie znajdzie podobnie uczciwego taksówkarza, który zawsze opowiadał z ekscytacją swój dzień? Za każdym razem zbywał ją, mówiąc, że to nie te lata.
— Ej, czy to nie to miejsce, w którym elektryka zaczęła świrować i parę ludzi zostało porażonych? — zapytał z podejrzliwością.
Woził ją na tyle długo, że zawsze się jej spodziewał przy wypadkach czy innych katastrofach. Często wtedy żartował, że celowo je powoduje, żeby miała o czym pisać.
— Nie wiem, o czym mówisz. — odparła, siląc się na uśmiech i otwierając drzwi auta. — Zabierz swojego dzieciaka na watę cukrową.


KONIEC WĄTKU DAHLII I INEZ.
────
[879 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz