JESIEŃ IV
Pierwszą myślą Kuźmy jest stwierdzenie, że przecież jest jeszcze za wcześnie na Halloween i pułapki fałszywych, ruszających się drzew. Druga myśl, w szoku, próbuje obliczyć, ile dokładnie kwadransów jest do Halloween, równocześnie kłócąc się z innymi myślami na temat rodzaju drzewa, które ich zaatakowało. Z pewnością jest liściaste, to każdy może stwierdzić na pierwszy rzut oka oraz po pierwszym dostaniu z liścia od zdenerwowanej driady. Jednakże dla umysłu Kuźmy w tym momencie ważniejsze jest to, czy zdenerwowany jest jakiś dąb, czy np. buk. Kora buków zawsze wydawała się Kuźmie o wiele atrakcyjniejsza niż jakiejś, dajmy na to, sosny. Szara i gładka, zawsze przyjemnie zimna w dotyku – jakby spoliczkowano ją właśnie taką gałęzią, to dziewczyna byłaby odrobinę mniej wkurwiona, niż gdyby dostała w mordę świerkiem.
Wracając do tematu, po początkowym szoku, do Kuźmy dociera parę bardzo ważnych faktów, o których najchętniej by zapomniała, odwróciłaby się na pięcie i prędko uciekła z miejsca zdarzenia, opcjonalnie zostawiając tu biednego Ricky'ego, o którym też by zapomniała. Jednak w tym momencie dziewczyna czuje się aż nazbyt realna, więc z godnym podziwu brakiem natychmiastowej paniki rzuca okiem na trzy ważne punkty wokół siebie:
1. Trumnę, która poturbowana leży parę metrów dalej i jeżeli się otworzyła, to mogą mieć spory problem.
2. Wkurwioną driadę, która niestety nie jest bukiem ani nawet topolą. Jest niesamowicie wykrzywionym złością dębem jakimśtam, który wrzeszczy wniebogłosy o nieszanowaniu lasów i ludziach, którzy w ogóle nie rozumieją, przez jakie tortury na tle historycznym przeszła kalifornijska flora.
3. Ricky'ego, który nie ma pewności, czy wciąż żyje.
To wszystko zajmuje jej cenne sekundy, podczas których driada wykonuje swój pierwszy ruch, oczywistym sposobem oszukując rzut na inicjatywę. Kuźmie udaje się tylko wyartykułować ciche: „a chuj ci w dupę jebana kurwo”, bo szanowna pani dąb postanawia jako pierwszego zaatakować Ricky'ego. Jak zawsze Kuźma boleśnie przekonuje się o tym, że wybieranie jej na samym końcu nie ogranicza się wyłącznie do lekcji wychowania fizycznego, a do wszystkich aspektów życia. Za ten konkretny wybór driady powinna być wdzięczna, ale w tym przypadku niestety uważa, że ma większe szanse przetrwania niż Ricky (nie, że w niego nie wierzy – po prostu tak samo pomyślałaby każda osoba, która potrafi myśleć). Z drugiej strony kwestionuje ruch nimfy również za to, że nie zaatakowała ich dwójki równocześnie i nie upiekła dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale może po prostu jest zbyt zaślepiona gniewem, żeby w ogóle pomyśleć o takiej opcji.
– BONIE DYDY – wrzeszczy chłopak, widząc nadlatujące w jego stronę gałęzie. Ratuje go chyba tylko czyste szczęście i jakiś ułamek nadnaturalnej prędkości odziedziczonej po ojcu. Patyki świstają wokół niego, przerywają koszulkę i jedną z kieszeni spodni, z której wypada parę garści szklanych kulek umazanych czymś koloru jasnopomarańczowego. Ricky nie podejmuje szczególnie inteligentnej decyzji, automatycznie się po nie schylając i próbując je wygrzebać z błota, po czym wsadzić z powrotem do którejś z nieprzepełnionych kieszeń. Na jego szczęście jest to wystarczająco niespodziewany ruch, żeby na moment zbić driadę z tropu. Pozostałe gałęzie przelatują kilkadziesiąt centymetrów nad Rickym, który pakuje do kieszeni ziemię z ewentualną zawartością kulek.
– ZABILIŚCIE NAS, WYCINALIŚCIE NAS, PALILIŚCIE NAS!!!! – wrzeszczy driada, strzelając dookoła liśćmi jak małymi, ale piekielnie ostrymi nożykami. – A TERAZ NISZCZYCIE NASZE KORZENIE SWOIM TOKSYCZNYM METALEM!!!
W tym czasie Kuźma prowizorycznie ukrywa się za innym drzewem, strzela palcami dla dodania scenie większego kinematograficznego potencjału i skupia się na świecie zupełnie metafizycznym. Gdzieś w jej pobliżu trzeszczy kora i świstają gałęzie, podczas gdy ona w najlepsze stoi z zamkniętymi oczami i butami głęboko zakopanymi w grząskim błocie. Dziewczyna nurkuje w umyśle driady, jej intuicja prowadzi ją dokładnie w to miejsce, którego potrzebuje – jak po sznurku, przemieszcza się wgłąb, aż wreszcie odkrywa bardzo smutny największy strach nimfy. Od współczucia odciąga Kuźmę nie tylko jej zwykłe nastawienie do innych ludzi oraz nierozumienie konceptu empatii, ale też nagły, ostry ból, który rozpościera się gdzieś w okolicy jej piszczela i wrzaski Ricky'ego („Jasny wodór!”, „Do stu chlorów!”). Dziewczyna bierze niepotrzebny głęboki wdech i aktywuje rzadko używaną moc, która z początku porusza się jak zardzewiały mechanizm starego zegara, a dopiero potem rozkręca się i wpada na właściwe tory.
Driada zatrzymuje się i szeroko otwartymi oczyma rozgląda dookoła. Kuźma wpatruje się w nią w nerwowym oczekiwaniu, podczas gdy schowany za gnijącym konarem Ricky wciąż mamrocze coś o pierwiastkach chemicznych; dopiero po chwili dociera do niego, że zagrożenie może nie minęło, ale ktoś wyraźnie wcisnął pauzujący je przycisk i wychyla się zza swojego konara, żeby dokładniej rozeznać się w sytuacji.
Parę sekund ciszy mija równie gwałtownie, jak się zaczęło. Las i pola dookoła nagle wypełnia wrzask, od którego drżą liście innych drzew i trzęsie się ziemia. Kuźma nie miała najmniejszego pojęcia, że driada potrafi krzyczeć tak głośno, ba, że cokolwiek jest w stanie krzyczeć równie głośno i piskliwie jak przedszkolak, któremu ukradnie się lizaka.
– DLACZEGO WSZYSTKO PŁOOOOOOOOOONIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!
– To mój grecki ogień! – radośnie odpowiada Ricky, po czym orientuje się, że to, co rzucił, nie było bombą, tylko piłką stworzoną z nałożonych na siebie gumek recepturek. – To jednak nie mój grecki ogień! – koryguje, tak jakby driadę to obchodziło.
Kuźma z całych sił ignoruje ból uszu i brzęczenie w głowie, próbując dostać się do Ricky'ego. Z pierwszym krokiem do rzeczy ignorowanych dodaje również ból lewej nogi, na którą w tym momencie woli nie patrzeć, czując spływającą po niej krew i prawdopodobnie tkwiące w niej ciało obce. Jej buty topią się we wrzechobecnym błocie, gdy, w bardzo dramatyczny sposób upadłszy na ściółkę, wrzeszczy do Ricky'ego: „SPIERDALAMY”. On krzyczy do niej coś o trumnie, na co ona nawet nie próbuje odpowiadać. Ma tylko nadzieję, że jeżeli wieko trumny postanowiło się choćby uchylić, to ukryty w środku radioaktywny makaron pozostaje dalej bezpieczny na talerzu, a sos nie wylewa się na niczego nieświadomą ściółkę. Gdy Ricky podnosi się z ziemi, Kuźma już prawie myśli, że po prostu ją tutaj zostawi, niezdolną do sprawnego chodzenia (może byłaby zdolna do jakiegoś innego sposobu przemieszczania się lub kulejącej parodii chodzenia). Jednak chłopak najwyraźniej się nad nią lituje, podbiega do niej i przez chwilę oboje patrzą na siebie, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.
– Może cię podniosę i wtedy… – proponuje Ricky, ale Kuźma zaraz mu przerywa.
– Przecież ty mnie nie uniesiesz, troglodyto – prycha, potem wyciąga do niego obydwie ręce. – Najpierw to weź mi pomóż wstać.
Ricky'emu ledwo się to udaje. Gdy dziewczyna przenosi cały ciężar na zdrową nogę i przy okazji wspiera się na chłopaku (co dopisuje do swojej listy najwstydliwszych rzeczy, które kiedykolwiek zrobiła), jest w stanie jakoś stać. Potem próbuje jakoś iść i w pewnym sensie jej się udaje, bo dzięki kurczowemu ściskaniu ramienia Ricky'ego udaje jej się brnąć w przód, pomijając to, że każdy krok powoduje w niej rosnącą chęć zabicia siebie lub kogoś innego (gdy Ricky próbuje ją wesprzeć i objąć ramieniem, rzuca w niego wiązanką przekleństw, uderza i byłaby gotowa do wykonania wszelkich niezbędnych środków, przez które chłopak nie odważyłby się jej już nigdy dotknąć, ale powstrzymuje się wyłącznie z powodów logistycznych).
Dwójka herosów desperacko przemieszcza się w stronę otwartej przestrzeni, odprowadzana przez wrzaski domagające się wody i pomocy. Drzewa dookoła dygocą coraz mocniej, driady budzą się ze swojego snu, a Kuźma trzyma się głupiej nadziei, że w Obozie nikt nie słyszy hałasu, który w pełni świadomie spowodowała. Niech się cieszą, że jeszcze żadna z driad nie pożegnała się z życiem. Ani żaden półbóg się z nim nie pożegnał. Chociaż jeden półbóg jest tego bliski, z twarzą skrzywioną bólem i zalanym potem czołem, ale o tym można porozmawiać już w ambulatorium. Jeżeli uda im się do niego dotrzeć.
────
[1231 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz